
|
Obecność chrześcijaństwa
Z Czesławem MIŁOSZEM
rozmawia ks. Józef SADZIK
Czesław
Miłosz (1911-2004). Urodził się w miejscowości Szetejnie na
Wileńszczyźnie. W latach 1929-1934 studiował prawo na
Uniwersytecie Wileńskim. Debiutował w 1930 roku na łamach pisma
„Alma Mater Vilnensis”. Był współzałożycielem
poetyckie grupy „Żagary” i, w latach, 1936-1939
pracownikiem Polskiego Radia w Wilnie i Warszawie. Jesienią 1939
roku znalazł się w Rumunii, dalszy okres okupacji spędził w
Wilnie, Warszawie, Goszycach i Krakowie. Po wojnie pracował w
placówkach dyplomatycznych w Nowym Jorku i Waszyngtonie. W 1950
roku został I sekretarzem ambasady PRL w Paryżu. W 1951 roku
zdecydował się na emigrację. Do 1960 roku mieszkał we Francji,
następnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie do emerytury pracował
na Uniwersytecie Kalifornijskim jako profesor języków i
literatur słowiańskich. W 1981 roku otrzymał literacką Nagrodę
Nobla. Wydał między innymi powieści „Dolina Issy”
(1955), „Zdobycie władzy” (1955), eseje
„Zniewolony umysł” (1953), „Rodzinna
Europa” (1959), „Ziemia Ulro” (1977),
„Zaczynając od moich ulic” (1985), „Spiżarnia
literacka” (2004). Jest autorem dziennika „Rok myśliwego”
(1990), tłumaczeń i wielu tomików poetyckich. Najbardziej znane
jego publikacje to „Trzy zimy” (1936),
„Ocalenie” (1945), „Traktat poetycki”
(1957), „Miasto bez imienia” (1969), „Gdzie
wschodzi słońce i kędy zapada” (1974), „Ogród
nauk” (1979), „Traktat moralny. Traktat
poetycki” (1982), „Hymn o perle” (1982),
„Nieobjęta ziemia” (1984), „Kroniki”
(1987), „Na brzegu rzeki” (1994), „To”
(2000), „Orfeusz i Eurydyka” (2002). Z inicjatywy ks.
Józefa Sadzika podjął się tłumaczenia ksiąg biblijnych, które
po raz pierwszy ukazały się w Paryżu w roku 1979 (Księga Psalmów)
i 1980 (Księga Hioba). Zmarł 14 sierpnia w Krakowie.
– Są filmy telewizyjne z De Gaullem, który cztery razy
rozpoczynał wywiad, bo coś nie działało i tak jak szkolarz to
samo mówił: „od początku”. No więc właśnie, jak
to się u Ciebie działo, w Twoim życiu, jeśli chodzi o sprawy
religii?
– Zacznę od
tego, że w średniowieczu wszyscy byli chrześcijanami: złodzieje,
bandyci, asceci, świeccy, duchowni, wszyscy prawie. Dziś jest
inaczej. Wygląda na to, że jesteśmy w takiej sytuacji jak w
Imperium Rzymskim, kiedy chrześcijaństwo było jedną z wielu
orientacji, grup. Chociaż nie jest całkowicie tak, bo kiedy mówimy
po polsku, jesteśmy w orbicie Polski, to jednakże fakt urodzenia
się Polakiem w jakiś sposób suponuje katolicyzm. W dużym
stopniu to samo jest z Włochami, Irlandczykami.
– Tak,
jednocześnie tak: katolicy i pijacy, wszyscy oni –
Polacy, Irlandczycy, Bretończycy.
– Tak, czyli
powiedzmy, mieszkając w Ameryce jakoś rozumiem ten związek, kto
są katolicy tam. To są ludzie pochodzenia włoskiego,
irlandzkiego, niemieckiego, polskiego.
– Czy można
dotknąć spraw osobistych?
– Ja zaczynałem
w ten sposób. Od tego można iść bardzo daleko w głąb, czyli
oderwanie od religii, przychodzenie do religii odbywa się jednak
w tej otoczce sprawy polskiej, w łączności ze wspólnotą. Błędy
przeciwko religii, kiedy byłem w szkole, były połączone równocześnie
z pewnym kryzysem wspólnotowym, pewną rewoltą przeciwko
polskiej wspólnocie, polskiej inteligencji.
– Ale
przyszedłeś na świat w rodzinie katolickiej?
– Tak jest!
–
Praktykującej?
– No, dosyć
indyferentnej, jak to często bywa w Polsce. Tu nie bardzo u mnie
te aspekty właśnie indyferencji, jakiegoś takiego przynależenia
do Kościoła, co to niby na zasadzie tej: no tak, oczywiście...
ale nikt się tam bardzo nie stara, sceptyczny co do dogmatów, co
do Kościoła.
– Nawet
sceptyczny.
– No tak, a
potem dostają normalny pogrzeb katolicki.
– Ach,
tak! Już wtedy, to znaczy nie tylko po prostu to mnie interesowało,
ale pewien sceptycyzm.
– Co, w
rodzinie?
– Tak.
– Tak,
powiedziałbym, że tak. I to nawet, zresztą gdzieś o tym pisałem,
że moja matka miała taki stosunek: „E, co tam oni wiedzą”,
ale głęboko religijny. „Pan Bóg lepiej wie”. Te
elementy trudno analizować, ale nie mogę powiedzieć, że w
rodzinie była dewocyjność. Niewątpliwie, moja babka jedna i
druga były bardzo pobożne i każda na zupełnie, absolutnie,
diametralnie różny sposób. To była religijność, dla każdej
z nich zupełnie innego rodzaju. Poza tym był wpływ. No,
wszystko u mnie odbywało się jednakże w ramach szkoły. Nie
zapominaj, że na zasadzie konkordatu były lekcje religii w
szkole przez osiem lat, przez całe gimnazjum. I był prefekt, który
spełniał, siał dużą rolę w szkole.
– A, no właśnie,
tu specjalnie znacząca rola Twojego prefekta.
– Oczywiście!
– Jak to
było z tym prefektem, bo to powraca w twórczości Twojej... Mam
wrażenie, że w ogóle nawet w pewnym ukierunkowaniu religijnym.
– Na pewno.
Był to człowiek fanatyczny absolutnie, jak twierdzą niektórzy
moi koledzy dzisiaj, patrząc z perspektywy.
– Jak on
się nazywał?
– Nazywał
się Leopold Chomski. Podobno umarł, ale jeżeli umarł, to
dopiero w tym roku. Dlatego, że pomimo iż miał ponad dziewięćdziesiąt
lat, był do niedawna proboszczem w Białej Warce pod Wilnem.
– Ja
osobiście odnoszę takie wrażenie, z tego co wyczytałem z
Twoich wierszy, z esejów, gdzie czasami powraca postać tego księdza,
że właściwie Twój stosunek do niego był bardzo wieloznaczny.
Nie był jednoznacznie przeciwny.
– Myślę,
że co fascynowało i być może wywarło trwały wpływ na mnie,
to jego pewne, może nawet psychopatyczne cechy, jak mówią moi
dzisiaj koledzy o nim z perspektywy. To znaczy: on uważał, że
towarzystwo na deptaku po Mszy o godz. 11 w kościele św.
Jerzego, to są zwierzęta. Wychodzą i popadają w zwierzęcość
natychmiast, to znaczy przyglądają się sobie wzajemnie i
podniecają się seksualnie, oglądając panny kręcące zadkami.
Ta strona u niego były bardzo silna - rzucanie gromów na cały
świat cielesny.
– To może
pewna inspiracja u Ciebie...
–
Manichejska.
– O, właśnie,
ale również jeśli chodzi o dogmatykę...
– Nie
zapominaj! Myśmy mieli bardzo gruntowne wykształcenie. Jeżeli
ktoś chciał. Większość jakoś się tam jeszcze migała, ale
jeżeli ktoś był zainteresowany: podręcznik historii Kościoła
księdza Ruchlewskiego bardzo solidny, podręczniki do dogmatyki,
apologetyki, bardzo gruntowne wykształcenie. Jak przekonałem się,
wykładając później na uniwersytecie, wszystko co wiedziałem,
główne podstawy, pochodziło przeważnie z mojej szkoły, a nie
z uniwersytetu.
– Jednak.
– Więc to
musiało mieć duży wpływ.
– Ale
wydaje mi się, że gdzieś czytałem, że Tyś na tych lekcjach
religii rozrabiał, a jednocześnie wkuwałeś te podręczniki w
domu.
– Nie. Ja
rozrabiałem, ale dlatego mogłem zadawać okropne pytania, żenujące,
ks. Prefektowi albo zaświadczać swoim zachowaniem się, że nie
akceptuję i wtedy on mówił: „Miłosz, ty masz
nieprzyzwoity wyraz twarzy, wyjdź z klasy”. To były
wielkie walki. To był okres mojego pokwitania i bardzo ogromnej
rewolty. Strasznie byłem arogancki, nieprzyjemny i chuligan. To
była klasa chyba siódma ówczesnego gimnazjum. Miałem wtedy lat
14-15.
– Tak, to
jest typowy okres buntu.
– Ale zacząłem
od tych aspektów wspólnotowych i niewątpliwie u mnie sprawa
religii, z jednej strony, miała fascynację i wielkie
zainteresowanie herezjami, dogmatyką itd., historią Kościoła,
z drugiej strony ta rebelia na tle intelektualnym, ale równolegle
z tym i może bardziej ważne, szła rebelia natury społecznej,
natury nawet z początku może niezupełnie politycznej świadomie,
ale wkrótce politycznej. Przy czym tu znowu byłoby to zakłamanie,
gdyby to wyabstrahować i oddzielić od aspektu osobistego,
psychologicznego, nad czym można by siedzieć i drążyć w
nieskończoność, ale faktem jest, że mój konflikt z tymi
„zwierzętami”, jak nazywał nasz ks. prefekt, z
„towarzystwem na deptaku”, bardzo wcześnie przerodził
się w jakiś konflikt z polskością, z mentalnością polskiej
inteligencji.
– No, ale
to na pewno jeszcze nie w latach gimnazjum?
– Nie, ale
to były już preambuła.
– Wydaje
mi się, że ta fascynacja księdzem Chomskim u Ciebie jest tak
ogromna, że na przykład jak czytałeś tutaj nowy wiersz o tym
chłopczyku, który dostał w odpowiednie miejsce i musiał składać
litery, to wydawało mi się, że to jesteś Ty w gimnazjum i przy
księdzu Chomskim.
– Nie, to
jednak nie! Bo było na odwrót. Chociaż muszę powiedzieć -
tak! Jeżeli tak przypomnę uczciwie, Chomski miał do mnie dosyć
złożony stosunek dlatego, że ja przechodziłem momenty w dzieciństwie
bardzo żarliwej pobożności i on to widział i głęboko ubolewał
nad tym, że ja uległem degeneracji i odszedłem od tego, uważał
mnie za straconą czarną owcę klasy.
– Jednak
całej klasy.
– Tak, bo
inni należeli albo do Sodalicji Mariańskiej, albo...
– Mniej
byli buńczuczni.
– Albo mniej
byli buńczuczni. Ja w ósmej klasie, w ostatniej klasie przed
maturą dałem za wygraną, to znaczy stosunki nasze się wygładziły,
ale to nie znaczy, że wygładziły się na zasadzie powrotu do
mojej pobożności poprzedniej, tylko były takie pozory w jakości
zachowania.
– No,
dobrze. Matura i potem uniwersytet.
– Tak, z tym
że mój konflikt przybierał na sile. Nie bardzo umiałem sobie z
tym poradzić. Myślę, że jakoś ten fakt, iż wychowałem się
w Wilnie zaważył, bo Wilno nie miało tego głębokiego podłoża
ludowego polskiego. Owszem, to była jednakże szlachecka,
drobnoszlachecka polskość. Mnie się wydaje, że konflikty moje
rozmaite, nie powiedziałbym czysto polityczne i społeczne, ale
konflikty towarzysko-społecznościowe odgrywały rolę.
– Tak,
ale z jednej strony rozpoczął się konflikt religijny, a z
drugiej strony konflikt ze wspólnotą. Powiedzmy - społeczny czy
przynależnościowy, który może potem przerodził się w
konflikt polityczny wprost w tym okresie.
– Tak, mnie
się wydaje, że Wat w swoich pamiętnikach dotknął bardzo ważnego
aspektu, kiedy mówi, że lewicowość w Polsce, ale ta właśnie
lewicowość radykalna, komunistyczna była silnie antypolska i to
nawet niekoniecznie u ludzi, którzy pochodzili z mniejszości na
przykład Żydów, ale także u rdzennych Polaków. Był to jakiś
bunt przeciwko całej szlacheckiej, sarmackiej formacji.
– Łatwo
to sobie wyobrazić, bunt Gombrowicza, Witkacego, Schulza.
– Tak,
oczywiście, na przykład ja, pochodząc z rodziny szlacheckiej,
szlachecko-inteligenckiej, długi czas wstydziłem się swego
pochodzenia. Teraz się nie wstydzę, teraz nie mam żadnych
obiekcji.
– A to już
oczywiście w latach uniwersyteckich?
– Gdybym się
nie wstydził, to prawdopodobnie w mojej twórczości byłoby masę,
mnóstwo elementów branych bezpośrednio z tego środowiska.
Przecież tutaj, powiedziałbym, taktyka Gombrowicza była o tyle
lepsza, że on „brał byka za rogi”.
– Tak
jest! No, Tyś czasami...
– Nie, nie!
Ja uciekałem, ja miałem te punkty wstydliwe.
– No, w
„Rozmowie na Wielkanoc” to widać.
– Dobrze,
ale to napisane kiedy? Przecież „Rozmowa na
Wielkanoc”, na miły Bóg, napisana kiedy mieszkaliśmy we
Francji, na emigracji. Ja stopniowo wracałem do swoich sarmackich
korzeni, ale przez długi czas...
– Ale pójdźmy
tak chronologicznie. Studia na uniwersytecie w Wilnie, jak tam te
sprawy się układały?
– Jednakże
lewicowość bardzo silna. Może nie bezpośrednio marksistowska,
raczej Brzozowski, ale jakieś racjonalizacje lewicowe, które
mnie stawiały w bardzo ostrym konflikcie wobec całej wspólnoty
polskiej.
– Tak,
ale czy byłeś wtedy w konflikcie? W końcu z Wilna wywodzą się
również wybitne osobistości katolickie wprost: Sławińska,
Stomma.
– No, więc
dobrze. Stomma jest moim kolegą z gimnazjum. Nie tylko! Jesteśmy
także sąsiadami, urodziliśmy się w odległości kilku kilometrów
od siebie. Ostatecznie Stomma, kiedy byłem w szkole, wciągnął
mnie do tajnej organizacji, on był na uniwersytecie.
– A do
tajnej organizacji jakiej?
– Ja o tym
pisałem w „Rodzinnej Europie”. To była organizacja
tajna rzeczywiście, to znaczy tajna nie w tym sensie, że była
wywrotowa, ale to była organizacja elitarna, oparta na zasadzie
masońskiej loży, której urokiem jest tajność i to była
organizacja podtrzymująca tradycje tych związków młodzieży.
Nazywała się PET. Dawniej były organizacje: PET, ZET itd.
– To nie
był żaden skrót, tylko tak się nazywało?
– Tak to się
nazywało. Nie wiem jaką drogą, jakiej tradycji, bo były te
organizacje młodzieżowe: PET, ZET orientacji raczej prawicowej.
A to była jednakże organizacja, do której zapraszano młodzież
o poglądach antyendeckich, czyli w gimnazjum już i to w czasie
tych moich wielkich batalii z księdzem, zostałem jednak
upatrzony.
– Już
przez Stommę w gimnazjum.
– Przez
Stommę, tak. Stomma był definitywnie antyendekiem. Kiedy to było,
Stomma był jeszcze w szkole, a ja byłem w młodszej klasie, to
było chyba w ósmej klasie.
– No
dobrze, ale w końcu takie organizacje zawsze chłopcy w gimnazjum
zakładali. Myśmy też mieli taką organizację. Tu może nic
szczególnego w Wilnie, gdzie były tradycje filomatów, filaretów.
– Tak, ale
chodzi o to, że była to organizacja elitarna, żeby zostać
przyjętym, trzeba było być oficjalnie wprowadzonym.
–
Inicjacja.
– Inicjacja.
Mieliśmy zebrania, które były dyskusyjne, bardzo interesujące.
Orientacja była zasadniczo antynacjonalistyczna, liberalna,
raczej pro Piłsudski. Te zebrania dyskusyjne pamiętam dobrze.
Ciekawe osobistości tam bywały. Na nich poznałem właśnie
wielkiego dla mnie wówczas poetę Teodora Bujnickiego, studenta.
Organizacja - co było ciekawe? Tam byli chłopcy ze szkoły, ja
wtedy zdaje się kończyłem gimnazjum, i byli chłopcy z
uniwersytetu i dziewczęta też. Nie pamiętam. Małunowiczówna,
którą zapytałem, twierdziła, że ona do tego nie należała,
ale ja poznałem ją wtedy z tej okazji, tam była.
– Sławińska?
– Nie. Sławińska
do tego nie należała. Sławińską poznałem na uniwersytecie,
ale tam należał Gołubiew. Albo należał, albo był bardzo
blisko.
– Czy
tacy ludzie jak Stomma czy Gołubiew już wtedy mieli jakiś
profil religijny określony?
– Mnie się
wydaje, że Stomma był zawsze człowiekiem wierzącym i praktykującym.
Nie natrętnym w swojej religijności, ale bardzo konsekwentnym i
stale przywiązanym.
– Kto był
organizatorem, kto stworzył tę organizację?
– Nie pamiętam.
To są jakieś bardzo dziwne sprawy wileńskie. Ja podejrzewałem,
że za tym stały jakieś liberały miejscowe wileńskie, które
chciały młodzież wychowywać w duchu antynacjonalistycznym. Ale
jak to się zawiązywało, to nie wiem. Później ta cała
historia organizacji w Wilnie bardzo dziwna. Dlatego, że mój
pobyt w tej organizacji, czy też nasza w ogóle organizacja trwała
jakiś rok, półtora, chyba nie dłużej. Były zebrania i była
księga, którą każdy dostawał po kolei do ręki i miał obowiązek
czy też przywilej pisania wszystkiego co myśli. Czego tam nie było.
– No właśnie,
bo Putrament też z Wilna.
– On nie. On
przyjechał z Lidy na uniwersytet i właściwie mówiąc, kiedy ja
wstąpiłem na uniwersytet, to już chyba ta nasza organizacja
wtedy przestała działać, przestaliśmy się zbierać, a
Putrament przyjechał i z początku należał do obozu Wielkiej
Polski, do nacjonalistów. To było absolutne tabu, żadnych w
moim otoczeniu nie było endeków. To było tabu, nie można się
było z nimi zadawać w ogóle. Ten przedział dzisiaj jest uświadamiany
słabo, do jakiego stopnia był silny, że endek to było
wyzwisko.
– Skąd
to się wywiodło u Ciebie? Czy to była już Twoja postawa, czy
rodzinna, czy tradycja?
– W rodzinie
też, endek to było wyzwisko. Z nimi nie można się było zadawać.
I w tym otoczeniu, w naszej organizacji, którą prowadził Stomma
tak samo. To było tabu. Ten przedział w Polsce był bardzo
silny. Można zapytać, do jakiego stopnia to, co opowiadam, łączy
się z naszym tematem? Wydaje mi się, że jakoś się łączy, bo
w tej naszej organizacji byli ludzie o różnym stosunku do
religii. Bujnicki. Jeżeli weźmiemy Bujnickiego, który - jak
wiesz - został zastrzelony przez podziemną organizację za
pisanie, zresztą idiotycznych wierszyków doprawdy. Trudno
powiedzieć, on lewicował, ale pisał także wiersze do Matki
Boskiej. Sięgamy tu do spraw bardzo ciekawych, dlatego zacząłem
od spraw wspólnotowych. Jeżeli spojrzeć na polityczną ewolucję
niektórych ludzi w Wilnie, na przykład Henryka Dembińskiego, to
był on wychowany w rodzinie gorliwie katolickiej, powiedzmy
proletariackiej. Ojciec jego był maszynistą kolejowym, matka była
bardzo pobożna. Wychowała go jako gorliwego katolika i Dembiński,
kiedy przyjechał, zdaje się z Oszmiany, z jakiegoś
prowincjonalnego gimnazjum na uniwersytet, to działał w
Odrodzeniu, w organizacji katolickiej i później przechodził tę
ewolucję do komunizmu, odrzucając, próbując godzić stopniowo.
Mnie się wydaje, że w Polsce były wzory zachowań się, które
dzisiaj można znaleźć w Ameryce Łacińskiej. Taki na przykład
Henryk Dembiński był postacią, która mogłaby być dzisiaj w
Ameryce Łacińskiej. Dlatego, że bardzo silna tradycja katolicka
i przywiązanie do tego, a później rebelia, próba godzenia
politycznego radykalizmu z katolicyzmem, a następnie przejście
zupełne na marksizm. To jest zupełnie odmienna historia niż życiorys
innego mojego kolegi z Wilna - Jędrychowskiego, który żyje
dotychczas na emeryturze. Wielki dygnitarz na emeryturze.
– To też
Twój kolega?
– Tak, to mój kolega. Przez dłuższy czas mój bliski
przyjaciel. U niego nie było żadnych prób łączenia, żadnych
wahań. Mam wrażenie, że on
zupełnie nie dostał wychowania katolickiego. Jakoś tak bardzo wcześnie to z niego spłynęło i to
było stanowisko ateistyczne już od bardzo wczesnej młodości.
Komunizm u niego przyszedł logicznie.
– Jak to
się kształtowało na uniwersytecie u Ciebie? Czy konflikt
religijny się pogłębiał, czyś odchodził w ogóle, czy Cię
to interesowało?
– Przez dłuższy
czas mój stosunek do religii był dziki, to znaczy było odejście
od praktyk religijnych i pewien stosunek do Kościoła dosyć
negatywny. Połączone to było z chaosem w moim życiu osobistym.
– Ale może
również dlatego, że Kościół miał chyba wtedy orientację właśnie
nacjonalistyczną.
– Oczywiście,
dlatego wspominam o tym wspólnotowym tle. Co to znaczyło
ostatecznie chodzić do kościoła? To znaczyło włączyć się w
ten „tłum na deptaku”: panów oficerów, żon oficerów,
tych dam, mecenasów kłaniających się sobie, to także tutaj był
w dużym stopniu ten konflikt. Moje osobiste sprawy były właśnie
powikłane. Jeżeli weźmiesz moje wiersze pisane w okresie
przedwojennym, to właśnie znajdziesz tam bardzo wcześnie wiersz
o charakterze dość silnie religijnym.
– No więc
właśnie. To, co zawsze mi daje ogromnie dużo do myślenia w
Twoich wierszach, że pomimo wszystkich oscylacji istnieje jaka
fascynacja, powiedziałbym religijna, a na pewno metafizyczna. I
to od najwcześniejszych utworów. Oczywiście, na zasadzie jakiejś
sprzeczności są te wszystkie inne postawy, pozycje, jakbyś usiłował
się od tego oderwać.
– Tak,
naturalnie. Jeżeli weźmiemy sprawy literackie, jako przykład
poety ateistycznego – Przybosia, u mnie właściwie nigdy nie było
takiej fazy . Nawet fazy, żebym był zdeklarowanym
ateistą. Ta rzecz jest ciekawa do prześledzenia w polskiej
literaturze. Może ciekawe byłoby to u Gombrowicza, jak to u
niego przebiegało.
–
Gombrowicz o tym pisał, że to spłynęło po nim bardzo szybko,
bez większego znaku, szedł niejako w sposób normalny. Przestał
go Pan Bóg interesować we wczesnych latach gimnazjalnych. To
jest ciekawe, że u Gombrowicza, przynajmniej tak jak on to pisze,
to było mniej dramatyczne niż u Sartre’a. U Sartre’a
mamy ten słynny opis, jak on jako małe dziecko nagle w łazience
nagi uprzytomnił sobie, że Pan Bóg na niego patrzy i nastąpił
gwałtowny bunt, że ma prawo patrzeć na niego w łazience i że
właśnie dlatego, iż wszędzie patrzy i wszędzie widzi, to zaczął
Go nienawidzić. To jest bardzo dramatyczne u Sartre’a i
jest to napisane przez niego samego. Natomiast u Gombrowicza w
„Dziennikach” wspomina on o swoim ateizmie i właśnie
tak par française mówi, że go to przestało
interesować za młodych lat w gimnazjum, że chodził na
katechizm, ale później więcej do tego nie wracał i koniec.
Ateizm jakoby taki naturalny.
– Nie bardzo
mogę to zrozumieć. Dlatego, że Gombrowicz czytał daleko więcej
filozofów niż się wydaje i sam się przyznaje do wielkiego wpływu
Schopenhauera. Więc jak można czytać Schopenhauera i nie
interesować się sprawą religii, to ja tego nie rozumiem.
– Może
to jeszcze jedna forma?
– Może tu
jest coś ukrytego u Gombrowicza?
– Tak to
opisał.
– Weźmijmy
innego pisarza ze środowiska katolickiego – Yeats, zdaje się,
że u niego to bardzo gwałtowne przybiera formy i jest strasznie
silnie związane z jego buntem przeciwko swojej irlandzkości. Jak
to jest z takimi ludźmi jak Przyboś, który w dzieciństwie, o
ile wiem, był ekstatycznie religijny (widzenia itd.).
–
Pochodził zresztą ze środowiska chłopskiego, nie mógł być
niereligijny.
– Nie, ale
on był wyjątkowym dzieckiem. Zdaje się, że miał jakieś
widzenia. W każdym razie, jak on to rozgrywał: połączenie tego
antykatolicyzmu z polskością, przywiązaniem polonisty do polskości.
– Ale to
już było w okresie przedwojennym też?
– Co?
– No bo
to przywiązanie było po wojnie oczywiste.
– Nie wiem.
Może rzeczywiście tam było jakieś większe to lewicowe
wyobcowanie, tak jak lewicowcy byli wyobcowani. Może rzeczywiście
u Przybosia coś tam było w tamtym okresie przedwojennym.
|

Na
zdjęciu:
Czesław
Miłosz
i ks. Józef
Sadzik
(Paryż, 1974)
Fot. Witold Urbanowicz
|