Paryskie wędrówki

Szlakiem bohaterów

Paryż od najmłodszych mych lat – jako nazwa miasta – nie był mi obcy. Do Paryża w podróż poślubną dyliżansem udali się pradziadkowie Landié. W Paryżu studiowały siostry mej babki Jadwigi z Jezierskich Szpotańskiej: Helena i Natalia, późniejsza Liszkowa. O Paryżu nieraz mówiono w naszym i moich dziadków domu przy rozmaitych okazjach. Ze starych albumów, zalegających stoły u dziadków, z ilustracji i fotografii w czasopismach znałem paryskie kościoły, pałace, ogrody. Z książek i powieści lepiej znałem historię Paryża i Francji, niż z podręczników.
Dzięki doktorowi Gilbert i jego ukochanej Andrei de Taverney, późniejszej hrabiny de Charny – z wielotomowych „Pamiętników lekarza” Aleksandra Dumas, dzięki Mariuszowi i Kozecie, i opiekunowi tej ostatniej Janowi Valjean oraz małemu Gavroch’owi – z „Nędzników” Wiktora Hugo, jak również dzięki Danielowi Eyssette („Le petit chose” Alfonsa Daudet) wiedziałem o Paryżu więcej i lepiej znałem jego topografię, niż niejeden mieszkaniec tego miasta. Paryż był mi niemal tak bliski, jak moje rodzinne miasto – Warszawa. Chociaż nie mogłem nigdy mu zapomnieć, że w nim właśnie, z trudów, głodu i zimna zmarł pod bramą domu ogrodnika Acquina – gdzieś na Glaciere – biedny stary Witalis z malotowej „Bez rodziny”...
A kiedy ukończyłem piątą klasę gimnazjum, mogłem – tak mi się przynajmniej wtedy wydawało – być przewodnikiem po tym mieście.
Podręcznik do nauki języka francuskiego – Jana Szaroty – dla tej klasy, wydany – jak o tym świadczyła winieta z archaniołem w pas zbójnicki przybranym – przez zasłużone wydawnictwo lwowskie Książnicę-Atlas – poświęcony był Paryżowi. Oprócz licznych ilustracji miał plan pomników miasta z sylwetkami najważniejszych gmachów. Był więc na nim i nie istniejący dziś pałac Trocadéro z dwiema wysokimi wieżami, jak również zabawne domki hal centralnych, usuniętych w ostatnich latach z miejsca, które od lat zajmowały. Była naturalnie i Wieża Eiffia, i Łuk Triumfalny na Placu Gwiazdy, dziś de Gaulla, i Ogród Tuileryjski z Luwrem, i Palais Royal, Notre-Dame i Pałac Sprawiedliwości, Panteon i Ogród Luksemburski, kościoły św. Sulpicjusza i Val-de-Grâce, a także Opera i Giełda oraz parki Monceau i Buttes-Chaumont. l na samym krańcu miasta Sacré-Coeur. A wszystko rozsiane dookoła wygiętego w górę łuku Sekwany.
Zwiedzałem miasto – przed pięćdziesięciu kilku laty – w towarzystwie Karola i Janki, dwojga młodych głównych bohaterów podręcznika, oprowadzany przez – tak zasłużoną później – panią Rosę Bailly, sekretarkę towarzystwa Amis de la Pologne.
Byliśmy naturalnie i w katedrze Notre-Dame, i w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie studenci paradowali w cylindrach lub wielkich beretach. Wałęsaliśmy się nadsekwańskimi bulwarami przeszukując skrzynki licznych wówczas bukinistów w nadziei znalezienia jakiejś interesującej i wartościowej książki. Z piętrowego autobusu oglądaliśmy Wielkie Bulwary a metrem pojechaliśmy do Parku Buttes-Chaumont, z którego glorietty roztacza się piękny widok na miasto, a zwłaszcza na niedalekie wzgórze Montmartru. Znad stolika w kawiarni de la Paix obserwowaliśmy ruch uliczny. No i zajadaliśmy się smakowitym kotletem cielęcym z bukietem jarzyn, a nie jak pierwotnie myślałem z ogrodniczką (Cóte de veau jardinière). W późniejszych latach okupacji wspominałem go z rozrzewnieniem.
Kiedy po wielu, wielu latach rzeczywiście znalazłem się w Paryżu, czułem się jak w domu. Na miasto patrzyłem jednak oczami bohaterów powieści Dumasa, Hugo, Daudeta... Ich też śladów szukałem w ulicach i na placach, w pałacach i kościołach, w starych domach, parkach i ogrodach, które przecież z upływem tylu lat znacznie nieraz się zmieniły. Dawne więc widoki Paryża, Paryża z tamtych czasów, odnajdywałem w muzeach i antykwariatach, i przesłaniałem nimi ich wygląd dzisiejszy. Z ulic usuwałem asfalt i samochody, z domów neony i anteny telewizyjne, z okien wystawowych jarzeniówki i reflektory. Przechodniów przebierałem w ubrania i suknie z lat minionych i czasem... Czasem udawało mi się na tle jakiegoś fragmentu muru wywołać z przeszłości postać, której życiem i przygodami pasjonowałem się – i pasjonuję nadal – ogromnie.
Kościół Saint-Germain-des-Près, najstarszy kościół Paryża, a zwłaszcza jego starą romańską wieżę-dzwonnicę oglądałem przed laty z okna facjatki Jakuba i Daniela Eyssette. Razem z nimi gościłem u siebie dzwonyz kościoła, które mi składały wizytę parę razy dziennie. Bardzo lubiłem te ich odwiedziny. Wpadały z hałasem przez okno i napełniały pokój muzyką. Raz były to radosne, swawolne melodie sygnaturek rozsypujących wokoło swoje płoche szesnastki; kiedy indziej znów – żałobne, posępne pienia pogrzebowych dzwonów, których nuty padały jedna po drugiej jak łzy. Prócz tego bywał u mnie każdy Anioł Pański: Anioł Pański południowy – archanioł w słonecznych szatach, który wstępował do wnętrza pokoju cały jaśniejący światłością; Anioł Pański wieczorny – melancholijny serafin, który schodził po promieniu księżyca i skraplał cały pokój rosą otrząsając w nim wielkie swe skrzydła... l chociaż w czasie moich kilkakrotnych chyba odwiedzin kościoła ani razu nie natrafiłem na Anioł Pański, dzwony wyraźnie dźwięczały mi za każdym razem w uszach.
Kiedyś spacerując po Ogrodzie Luksemburskim, błądząc po jego alejach i alejkach, wśród drzew, strzyżonych szpalerów i kwiecistych parterów, koło basenu usianego kolorowymi zagiełkami łódek dziecięcych, obok rzeźby gladiatora nagle spotkałem Mariusza i Kozetę. Należałoby właściwie powiedzieć: natknąłem się na Mariusza i Kozetę. Zapatrzeni w siebie nie zauważyli nawet mego nadejścia. Wycofałem się więc jak tylko mogłem najostrożniej. To przecież przy tym gladiatorze ona po raz pierwszy spojrzała na zakochanego w niej Mariusza...
Mariusz i Kozeta, i Jan Valjean, i Thénardier, inspektor Javert i cała bogata galeria postaci, ludzi złych i dobrych, małych i wielkich, powołanych do życia czy ożywionych tylko z mroków niepamięci piórem i talentem pisarza. Jakże gorąco i serdecznie przeżywaliśmy – i przeżywamy nadal – tragedię nieszczęsnego Jana Valjean, którego poświęcenia i bohaterstwa nie mogły usunąć w cień rzeczywiste przeżycia autentycznych – nie książkowych – bohaterów wędrujących w sto przeszło lat później kanałami Powstańczej Warszawy.
Muszę się przyznać, że na cmentarzu Pere-Lachaise rozglądałem się, czy nie natrafię przypadkiem na grób Jana Valjean. Ale nie znalazłem ani grobu, ani stojącego nad nim wyniosłego cisa, rosnącego wśród perzu i mchów, oplecionego powojem. Jak go zresztą można było odszukać między tylu mogiłami, tym bardziej że na jego kamieniu grobowym nie było przecież żadnego nazwiska.
Nie znalazłem też naturalnie niezwykłego lokum Gavroche’a na placu Bastylii, wzniesionego z inicjatywy cesarza Napoleona l pomnika w postaci słonia. Pomnik, a raczej makieta pomnika wysokości czterdziestu stóp, zbudowany z cegieł i desek budził mieszane uczucia. Na pustym i odsłoniętym krańcu placu szerokie czoło tego kolosa, jego trąba, kły, wieża, którą dźwigał na grzbiecie, potężny zad, nogi podobne do czterech kolumn odcinały się w nocy na tle gwiaździstego nieba tworząc sylwetkę zdumiewającą i straszną... Odświętnie wystrojeni mieszczanie, przechodząc koło słonia i mierząc go pogardliwym spojrzeniem wyłupiastych oczu, mawiali: – Na co to komu potrzebne? To było potrzebne, aby małą istotę bez ojca i matki, bez chleba, bez odzienia, bez dachu ochronić od zimna, szronu, gradu i słoty, osłonić od wiatrów zimowych, ustrzec przed spaniem w błocie, które sprowadza gorączkę, i przed spaniem w śniegu, które powoduje śmierć. To było potrzebne, aby przytulić niewinne stworzenie, odtrącone przez społeczeństwo... Cesarz miał genialną wizję: w postaci tego tytanicznego słonia, zbrojnego, niezwykłego, z podniesioną w górę trąbą, z wieżą na grzbiecie, z którego wytryskiwały wokoło wesołe i ożywcze strumienie wody, widział wcielenie ludu. Bóg zrobił z tego rzecz większą – schronienie dla dziecka.
Na placu nie znalazłem ani Gavroche'a, ani jego domu. Gavroche zginął zbierając naboje pod barykadą przy ulicy Konopnej, a makietę pomnika rozsypującą się w gruzy usunięto z placu Bastylii w roku 1846.
Fragmenty kontrszkarpy głębokiej fosy Bastylii, ujrzane na stacji metra, głęboko pod ziemią, przypomniały mi postać doktora Gilberta, uwięzionego w tej warowni, i jego wybawicieli: dzielnego pana Billot, zaciętego wroga arystokratów, i wzruszającego w swej prostocie Anioła Pitou, młodego kapitana Gwardii Narodowej. Ruszyłem w ich ślady. Ale było ich tyle – szły przez miasto wszerz i wzdłuż – że nie mogąc się zdecydować w którą iść stronę, przerwałem wkrótce poszukiwania.
Nie byłem więc w pałacyku Andrei przy ulicy Coq-Héron, ani w sąsiednim domu Jana-Jakuba Rousseau (ul. Plâtrière), gdzie mieszkał i pracował Gilbert, ani w pałacu wielkiego maga ukrywającego się pod nazwiskami: Balsamo, Cagliostro czy hrabia Foenix, ani w tylu innych miejscach, gdzie żyli, cieszyli się i płakali, kochali i nienawidzili bohaterowie tej wielotomowej powieści Dumasa. Zadanie czy chęć znalezienia się tam, gdzie toczyła się akcja powieści, była ponad moje siły a i mocno ograniczony czas pobytu w Paryżu stanął temu na przeszkodzie.

Szlakiem poetów

Polaków nigdy nie brakowało w Paryżu. Po raz pierwszy jednak masowo tu napłynęli po upadku powstania listopadowego – niektórzy jak na przykład Słowacki nieco wcześniej – i w tym okresie zebrało się ich w mieście, które sina Sekwana pośpiesznymi falami przerzyna, około 6000. Znaleźli się z czasem wśród nich, oprócz wspomnianego wyżej Juliusza Słowackiego, Adam Mickiewicz, Cyprian Norwid (w kilkanaście lat później) i inni. Przebywał też często w Paryżu Zygmunt Krasiński. Żadne więc z polskich miast nie może pochwalić się tym, czym może szczycić się francuski Paryż: w swych murach gościł naszych czterech najwybitniejszych poetów.
Próbowałem na planie miasta zaznaczyć miejsca, w których mieszkali, działali, pisali i wydawali swe dzieła, gdzie – trzej z nich umarli, a jeden (Krasiński) też się urodził. Było ich bardzo wiele. Jakiś niespokojny duch przenosił poetów z miejsca na miejsce. Drogi ich krzyżowały się ze sobą. Bywali na spotkaniach rodaków w pałacu Czartoryskich (Hotel Lambert) na Wyspie św. Ludwika, w kościołach, gdzie polscy księża głosili ze Słowem Bożym słowa otuchy i pokrzepienia, gromadzili się przy wspólnych stołach biesiadnych i nad mogiłami zmarłych przyjaciół. Ileż w tym mieście miejsc związanych z ich pobytem ! A ilu już nie ma.
Spróbujmy przynajmniej niektóre z nich odszukać. 
W kościele Saint-Louis d'Antin brał ślub z Celiną Szymanowską Adam Mickiewicz i w domu przy ulicy de la Pépinière z nią zamieszkał. Mieszkamy daleko od środka miasta, w zaciszu, jak na wsi – pisał w tym czasie poeta do Edwarda Odyńca. – Mamy tylko trzy pokoje, własne meble, wkrótce będziemy mieć fortepiano. Od rana Celina robi kawę, potem niby to gospodaruje, kręci się, świegoce i śmieje się aż do wieczora...
Nie było to oczywiście jedyne paryskie mieszkanie Mickiewicza. Miał ich wiele. Zmieniał je dość często, zawsze jednak szukając ulic cichych, spokojnych, przypominających mu w tym wielkim gwarnym mieście, pełnym stuku, choć w części kraj lat dziecinnych. Ostatnia – w gmachu  Biblioteki Arsenału, gdzie przed misją na Wschód był bibliotekarzem.
...zaszedłem doń – wspomina Norwid – do gmachu Biblioteki Arsenału, gmachu ciemnego, z korytarzami i kamiennymi wschodami – było to w niedzielę, bo pamiętam, że ze mszy szedłem i książkę z sobą miałem. [...] Wesoło spojrzał na mnie i uścisnął i rozmawiałem z nim do zachodu słońca, bo pamiętam, że czerwono zrobiło się w oknie, kiedy myśliłem odejść. Pokoik to był mały z piecykiem dobrze zapalonym, gdzie od razu do razu pan Adam poprawiał nieco węgle kijem. [...] w pokoiku wisiała piękna rycina przedstawiająca ś. Michała Archanioła podług oryginału, który jest u Kapucynów w Rzymie – czy też podług tego obrazu Rafaela, który w Luwrze jest, tego dobrze nie pamiętam. Także Ostrobramska Matka Najświętsza i Dominik! – na oryginalny rysunek, komunię św. Hieronima przedstawiający – jeszcze także rycinka mała z Napoleona I-go przed generalstwem jego portretowana, a pod nią daguerotyp mężczyzny sędziwego, prosto stojącego, w surducie zapiętym, jak chodzą francuskie inwalidy, a był to czas właśnie pierwszych wojennych kroków ostatniej wojny... Na biurku zaś, od czasu niedawnego dopiero widzialne u pana Adama, dwa niedźwiedzie pasujące się – odlew z gipsu.
Z tego mieszkania wyjechał na Wschód. A po śmierci zatrzymał się już tylko na krótko w kościele św. Magdaleny, skąd po nabożeństwie żałobnym ciało jego zawieziono na cmentarz w Montmorency...
I Juliusz Słowacki w czasie swego pobytu w Paryżu mieszkał w kilku miejscach. Ostatnim jego lokalem było mieszkanie w domu na ulicy Ponthieu opodal Pól Elizejskich. Tam na najwyższym piętrze pokoik był, ile można najskromniej umeblowany – wspomina Norwid – a okna jego dawały na przestrzeń, jaką się z wysokości zawsze widuje, tym jednym tylko upiększoną, iż czerwone słońca zachody w szyby biły łunami swymi. Kitka doniczek z kwiatami na ganku przed oknami tymi stało, a ośmielone przez mieszkańca wróble zlatywały tam i szczebiotały. Obok drugi maleńki pokoik był – to sypialnia.
Wstąpił do tego mieszkania Norwid po dowiedzeniu się o śmierci Juliusza... w nocy poprzedniej, Sakramentami opatrzony (list od matki swej, nadeszły właśnie w chwili skonania, odczytawszy), zasnął śmiercią i w niewidzialny świat odszedł. Mało piękniejszych twarzy umarłego widzi się, jako była twarz Słowackiego, rysująca się białym profilem na spłowiałym dywanie ciemnym, coś z historii polskiej przedstawiającym, który łoże od ściany dzielił...
Sam Norwid około trzydziestu lat swego życia spędził w Paryżu, biorąc czynny udział w pracach polskiej emigracji, zarabiając na życie jak się da i gdzie się da, jak tylu innych towarzyszy niedoli. W okolicach miasta jest trzy cmentarze, na których są groby robione według rysunków moich – pisze w jednym z listów. Pod koniec życia zmęczony beznadziejną walką o byt, schorowany, umiera w schronisku św. Kazimierza przy ulicy Chevaleret w ubogiej dzielnicy miasta, wtedy właściwie pod miastem.
Trzypiętrowy dom Zakładu z piętrową oficyną, z kaplicą, ze sporym ogrodem, w nim stara lipa i kasztany, mieści się w fabrycznej, robotniczej dzielnicy. W kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej jest i obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej i świętego Kazimierza, patrona Zakładu, prowadzonego przez polskie Siostry Miłosierdzia. Czystość – jak to zwykle u Sióstr – wszędzie wzorowa, chociaż ich coraz mniej... A nad wejściem do oficyny, w której zmarł Norwid, medalion z wizerunkiem Poety przypomina o tym rodakom,  odwiedzającym  to miejsce. Ostatnie momenta Jego były bardzo spokojne: raczej zasnął, jak umarł; dumał, często płakał, ale nigdy nie wynurzał się przed nikim z uczuciami serca swego, i zdaje się, że to Go dobiło... Grób Norwida znaleźć można na polskim cmentarzu w Montmorency. Ale czy tam  rzeczywiście spoczywa, różnie o tym powiadają... Jakby nie było zasługuje jednak na naszą pamięć i zdrowaśki – jak i inni – za swoją duszę. C.N. zasłużył na dwie rzeczy od Społeczeństwa Polskiego – pisał o sobie Norwid w liście na parę miesięcy przed zgonem. – To jest, ażeby oneż społeczeństwo nie było dlań obce i nieprzyjazne... A jak lepiej tę ostatnią jego prośbę spełnić? Gdy znajdziemy się w okolicy Pól Elizejskich przejdźmy od ronda aleją Franklina do kościoła  Saint-Philippe-du-Roule. W kościele tym odbyły się dwa pogrzeby: w roku 1849 skromny, ledwo 30 osób liczący w kondukcie, pogrzeb Juliusza Słowackiego a w siedem lat później – w lutym 1856 roku – tłumy – Zygmunta Krasińskiego.
Pamiętajmy też wstąpić do Biblioteki Polskiej – tak zasłużonej dla naszej kultury – na Wyspie św. Ludwika przy Wybrzeżu Orleańskim. Jest przy niej maleńkie Muzeum Mickiewiczowskie, gdzie wśród wielu cennych pamiątek widzi się autograf Inwokacji Pana Tadeuszowej, o tekście nieco odmiennym od tego, który umiemy na pamięć, z nieco inaczej ustawionym akcentem: Ojczyzno, Litwo moja... ileś sercu potrzebna...
No i warto wstąpić na chwilę do gmachu Collège de France na wzgórzu św. Genowefy, opodal Sorbony, przejść się po jego korytarzach, zajrzeć do sal wykładowych. W latach 1840-1844 prowadził tu wykłady z literatury słowiańskiej Adam Mickiewicz.
A idąc prawym brzegiem Sekwany – pomiędzy mostem Inwalidów i mostem d'Alma – pokłonić się Wielkiemu Pielgrzymowi, zamaszyście kroczącemu kasztanową aleją nadbrzeżną.
Ja – wędrując stamtąd lewym brzegiem rzeki – przystanąłem naprzeciw Luwru na wybrzeżu Woltera, przed domem nr 15. 
Ostatnia wojna znowu rozrzuciła Polaków po szerokim świecie, ale 

w śniegach Północy i piaskach Tobruku, 
i pod błękitnym Italii niebem 
szła z nimi – wszędzie... jakaś polska książka: 
Ojczyzny naszej będąc Winem, Chlebem... 

l kiedy trzeba było w rozłące żyć z Krajem 
– w najcięższych chwilach, w dniach śmierci i głodu 
– lżej było sercu, gdy na piersi były 
Księgi Pielgrzymstwa Polskiego Narodu...
O niepodległość, całość, wolność Polski, 
o przyśpieszenie dnia Jej zmartwychwstania, 
Na Wawel, na Wawel, krakowiaku żwawy!
Podumaj, potęsknij nad pomnikiem sławy.
Dzieje twojej ziemi na grobowcach czytaj,
Twoich wodzów groby uściskiem powitaj...
o broń i orły, o szczęsną śmierć w boju 
– błagała Boga Pielgrzymska Litania. 
O cud powrotu na Ojczyzny łono 
wołały wiersze Pana Adamowe...

(A. Dubowski)

I ja wychodząc z zagrożonego w dniach Powstania domu wyniosłem z mej biblioteki jedną tylko książkę: Księgi Narodu Polskiego i Pielgrzymstwa Polskiego. Była jedną z cenniejszych pozycji księgozbioru, odziedziczonego w dużej części po dziadkach: wydano ją w Paryżu w drukarni A. Pinard, przy Ouai Voltaire 15, Roku Pań... 1832. l tym wtedy – w Powstaniu – cenniejszą, że z łatwością mieściła się w kieszonce mej marynarki. Udało mi się nie uszkodzoną wynieść z burzy wojennej i potem stała się zalążkiem nowej kolekcji, której jednak daleko do tej pierwszej.
Na wybrzeżu Woltera pod numerem 15 stała wielka kamienica wzniesiona w roku 1894, jak mówiła o tym data umieszczona nad wejściem do bramy, i nic nie wskazywało, że drukarnia A. Pinard egzystuje jeszcze. Pozostało mi więc tylko zmówić Zdrowaś... i trzy wieczne odpoczynki za tych, którzy przyczynili się do wydania tej małej książeczki: za zecerów, wydawców i... oczywiście Autora.

Na paryskich cmentarzach

Przed [...] laty żył w Krakowie młody poeta, Edmund Wasilewski (1814-1846), który zasłynął jako twórca krakowiaków, łączących w sobie motywy pieśni ludowych z akcentami patriotycznymi. Do najpopularniejszych jego utworów należy znany powszechnie – krakowiak o Wawelu:

Na Wawel, na Wawel, krakowiaku żwawy!
Podumaj, potęsknij nad pomnikiem sławy.
Dzieje twojej ziemi na grobowcach czytaj,
Twoich wodzów groby uściskiem powitaj...

Poznałem tę piosenkę jeszcze w dzieciństwie. Śpiewał ją mój dziadek, opowiadając nam – mnie i mej siostrze – legendy i podania z dziejów Polski. Słowa tego właśnie krakowiaka dźwięczą mi w uszach, kiedy usłyszę słowo „dzieje”. Zwiedzając też Paryż szukam w jego murach, ale przede wszystkim na paryskich cmentarzach grobów tych, którzy mocnymi zgłoskami zapisali się na kartach naszej historii.
Na cmentarzach Montparnasse, Montmartre i Pere-Lachaise leżą dziesiątki Polaków, których nazwiska spotyka się w podręcznikach historii czy literatury polskiej. A „polskim cmentarzem” może być – bez wielkiej przesady – nazwany cmentarz w podparyskim Montmorency.

* * *

W cieniu wysmukłego błękitnego wieżowca, na rozległym cmentarzu Montparnasse leżą między innymi: Henryka Pustowójtówna, uczestniczka powstania styczniowego adiutant generała Langiewicza, oraz generał Ludwik Mierosławski.
Grobu Pustowójtówny – mimo dość dobrych wskazówek – znaleźć nie mogłem, ale na miejsce ostatniego spoczynku Mierosławskiego dotarłem bez kłopotu. Stoi nad nim niewysoki cokół z popiersiem Generała smutnie spoglądającego na rzadkich tu przechodniów a na cokole wyryte daty urodzenia (1814), śmierci (1878) i cztery słowa: GÉNERAL MIEROSŁAWSKI – EXILÉ POLONAIS.
W tych kilku słowach zamknięto jakże bogate i urozmaicone życie Polaka (syna oficera polskiego), urodzonego w Francji z matki Francuzki, ale wychowanego w Polsce, ucznia szkoły pijarów w Łomży i szkoły kadetów w Kaliszu, żołnierza powstania listopadowego, potem pisarza i działacza politycznego na emigracji, konspiratora i więźnia berlińskiego Moabitu w latach 1846-1848, wodza naczelnego powstania 1848 roku w Poznańskiem, uczestnika walk „za wolność waszą i naszą” na Sycylii i w Niemczech, wreszcie nieszczęsnego dyktatora powstania styczniowego na Kujawach, legendarnego szermierza wolności a właściwie historyka powstań polskich i co ważniejsze długoletniego nauczyciela i wychowawcy polskiej młodzieży na emigracji, zwłaszcza w słynnej szkole batiniolskiej w Paryżu.
Stoję czas dłuższy nad grobem szepcząc zdrowaśki i wieczne odpoczynki – za Generała, za Pustowójtównę, za Polaków leżących na montparnaskim cmentarzu – pod badawczym spojrzeniem czarnego, dobrze spasionego kocura, wygrzewającego się we wrześniowym słońcu na jednym z sąsiednich nagrobków. Kot – i to liczony na setki – jest chyba nieodłącznym atrybutem melancholijnych paryskich cmentarzy.

* * *

Nie jestem oczywiście w stanie obejść – w czasie stosunkowo krótkiego pobytu – wszystkich polskich grobów. Z rocznika Towarzystwa Polskiego Literacko-Artystycznego, wydanego w roku 1911 w Paryżu, a znalezionego przeze mnie w zasobnej Bibliotece Polskiej, wybieram tylko najważniejsze, albo raczej – zabrzmi to trochę patetycznie – najbliższe memu sercu. Na cmentarzu Montmartre będzie to grób zbiorowy, z Orłem i Pogonią na nagrobku i z wypisanymi niżej miejscami bitew: Stoczek, pod którym grzmiały armaty i błyszczały białe rabaty a Dwernicki na przedzie na Moskala samjechał. Potem – Dobre, Grochów z pamiętną światu tą sławną olszyną, gdzie nieprzyjaciel twardym murem stał, Wawer i Dęby wielkie...

Zbił Skrzynecki, zbił na łeb, na szyję,
Zbił pod Wawrem Rozena, Gejzmara,
Nabrał jeńców i dział co niemiara...

Właściwie było trochę inaczej: pod Wawrem pobito Gejsmara, a pod Dębem Wielkim – Rosena, ale to nieistotne. Zwycięskie także łganie. A potem – Ostrołęka i początek niepowodzeń wojennych pomimo bohaterstwa polskiego żołnierza. A za Ostrołęką Rajgród, Międzyrzec i Warszawa, która gdy Turków za Bałkanom cara straszą spiże, gdy poselstwo paryskie jego stopy liże, jedyna jego mocy się urąga, podnosi na niego rękę... Warszawa, gdzie wstarym kościółku na Woli został generał Sowiński, starzec o drewnianej nodze i wrogom się broni szpadą... Aż go jeden Właściwie było trochę inaczej: pod Wawrem pobito Gejsmara, a pod Dębem Wielkim – Rosena, ale to nieistotne. Zwycięskie także łganie. A potem – Ostrołęka i początek niepowodzeń wojennych pomimo bohaterstwa polskiego żołnierza. A za Ostrołęką Rajgród, Międzyrzec i Warszawa, która gdy Turków za Bałkanom cara straszą spiże, gdy poselstwo paryskie jego stopy liże, jedyna jego mocy się urąga, podnosi na niego rękę... Warszawa, gdzie w żołnierz stary uderzył w piersi i przebił... opartego na ołtarzu i na tej drewnianej nodze.
Na nagrobku – szereg nazwisk pochowanych tu Polaków. U dołu na białej tablicy – najważniejsze: Joachim Lelewel 1786-1861 i  Jeszcze Polska nie zginęła, póki Bóg na niebie.
Dla Lelewela tu przyszedłem, dla wielkiego uczonego, którego imię wybiegło za Chrobrego szranki, między teutońskie sędzię i bystrzejsze Franki a młodzież polska darzyła uwielbieniem. Dla Lelewela żarliwego patrioty, który cały swój czas, siły, a właściwie życie dzielił między pracę naukową, pionierską, i pracę dla Polski; który nawet swój stosunek do Kościoła i duchowieństwa mierzył ich postawą wobec Polski, a który dwie piąte swego długiego i nad podziw pracowitego żywota musiał spędzić z dala od kraju, na emigracji, naprzód we Francji a potem w Belgii, w Brukseli.
Marzeniem tego samotnika brukselskiego było dożyć chwili, gdy wszystkie stany i wyznania zjednoczą się pod hasłem narodowej sprawy, marzeniem niestety nie spełnionym. Umierał wprawdzie w czasach, kiedy manifestacje patriotyczne w Warszawie 1861 roku wydawały się zapowiedzią zbratania się Polaków, a imię odradzającej się Polski znów weszło na łamy dzienników Europy. Cieszył się tym, ale i niepokoił przeczuwające, że nim to nastąpi, będzie wiele biedy i krwi przelewu... Stawiał jednak na wytrwałość, na tę najpiękniejszą cnotę polską, jak w każdej, tak szczególnie w takiej chwili. Już w roku 1831 – po upadku Warszawy – na posiedzeniu połączonych izb senatorskiej i poselskiej w Zakroczymiu przemawiał za uchwaleniem gwiazdy wytrwałości, znaku zaszczytnego dla każdego, który poświęciwszy się usłudze krajowej i wspierając czynnie powstanie narodowe, wytrwa w szlachetnym postępowaniu aż do stanowczego losów Ojczyzny rozstrzygnienia...
Zniedołężniały, schorowany, opadał z sił coraz bardziej i mimo wysiłków przyjaciół, którzy wbrew jego woli, niemal siłą dla ratowania jego zdrowia przewieźli go do Paryża, zmarł w kilka dni potem.
W papierach znalezionych po śmierci był fragment przygotowywanego testamentu: Nie wiem, jaki będzie mój koniec, czy zostanę pokrzepiony pociechami religii czy ich będę pozbawiony, ale oświadczam, że urodzony i wychowany w Kościele rzymskokatolickim byłem i jestem wierny temu Kościołowi z wolnością mego sumienia...
Całkowicie pojednany z Bogiem, wierzący jak go matka nauczyła, umarł Fryderyk Chopin. Cierpiał ogromnie...
Stojący przy łożu ksiądz Jełowicki zaczął odczytywać modlitwy za konających, Chopin zaś, podtrzymywany przez Grzymałę, z głową bezwładnie zwieszoną na jego ramieniu, z przymkniętymi oczyma, z piersią podnoszącą się i opadającą ciężko, siedział milczący, nieruchomy, okutany kołdrą. oświetlony ponurym światłem gromnic. Obecnym, którzy klęcząc modlili się za niego, zdawało się, że spał, że nie wiedział co się działo wkoło niego. Okazało się jednak, że i słuchał, i uważał, bo gdy ksiądz dokończył modlitwy, on otworzył oczy – roztwierając je dziwnie szeroko – i rzekł wyraźnie:
Amen!
Z kolei, gdy mu ksiądz podał krzyż do pocałowania, wyszeptał:
Jestem już u źródeł szczęścia.
Nie mogąc jednak być pochowanym w Warszawie, na cmentarzu powązkowskim, prosił przyjaciół, aby pochowali go na cmentarzu Père-Lachaise, ale by serce zwrócono Warszawie, jako jej niepodzielną własność. l zgodnie z życzeniem Zmarłego na trumnę spuszczaną do grobu spała garść ziemi polskiej, zabranej przez Chopina przed wyjazdem z Warszawy na zawsze.
Grób jego – na malowniczo położonym cmentarzu Père-Lachaise, gdzie podobno najpiękniej śpiewają ptaki – należy obok grobów Balzaka, Musseta, Edith Piaf do najczęściej odwiedzanych przez tysiące różnokolorowych turystów z całego świata. Wśród różnobarwnych wieńców i bukietów kwiatów przeważają – biało-czerwone. Grobu Chopina nie omija żaden Polak.
Ja jednak szukam jeszcze innego. Na chwilę zatrzymuję się koło grobu Alfonsa Daudet, pisarza, do którego mam wielki sentyment. Na narożniku – medalion autora ,,Listów z mojego młyna”, a niżej kartusz z tytułami jego powieści, nowel i opowiadań. Z wielkim zażenowaniem przyglądam się tej liście. Większości nie znam, ale z prawdziwą przyjemnością wyławiam z nich i urocze „Listy”, i „Okruszka” („Le petit chose”) i „Tartarena”...
Rzucam tylko okiem na sarkofagi La Fontaine’a i Moliera, bo opodal nich widzę ten, którego szukam – grób kobiety pobożnej i skromnej, Klementyny z Tańskich Hoffmanowej. Wcale duży i efektowny grobowiec uwieńczony brązowym popiersiem pisarki – z wpatrzonymi w nią postaciami dwóch dziewcząt, pisarki, która postawiła sobie jako zadanie zastąpienie książki obcej książką polską, rozbudzenie zamiłowania do rzeczy ojczystych i wychowanie młodzieży w duchu wiary i etyki katolickiej.
W ciągu niedługiego przecież swego życia (1798-1845) dokonała niezwykle dużo... a dwie chęci – jak pisała w liście do filozofa Trentowskiego w roku 1841 – kierowały moim piórem: żeby z naszych dziewcząt porobić dobre Polki i prawdziwe kobiety. Pisała zeszłą nie tylko dla dziewcząt.
W mojej bibliotece, odziedziczonej po dziadku, miałem kilkanaście tomów zbiorowego wydania dzieł Hoffmanowej, które wertowałem z wielkim zapałem. Od „Wiązania Helenki” z nauką czytania, krótkimi a potem dłuższymi opowiadankami o dużej wartości pedagogicznej, poprzez opowiadania i powieści historyczne, aż po Historię Starego i Nowego Testamentu. l muszę wyznać, że dzięki Hoffmanowej w szkole Stary Testament – doskonale przez nią opracowany – znałem znacznie lepiej od Ewangelii. Przez szereg lat była moim ulubionym pisarzem, zanim ustąpiła miejsca innym: Sienkiewiczowi, Prusowi i Żeromskiemu.
Hoffmanowa stworzyła nie tylko polską literaturę dla dzieci, ale i pismo periodyczne dla nich pod tytułem„Rozrywki dla dzieci”, które cieszyło się dużą poczytnością i w którym większość opowiadań i artykułów wyszła spod jej pióra. Żyła jednak w czasach pełnych niepokoju, kiedy pióro trzeba było porzucać dla pracy przy organizacji lazaretów wojskowych w okresie powstania listopadowego a po jego upadku tułaczym szlakiem porzucając też ojczyznę przedostać się do Francji i umierać na wygnaniu.
Napis umieszczony na jej grobie wzywa do zmówienia Zdrowaś Marya. Czy trzeba pisać, że dla mnie – wychowanego na książkach Klementyny z Tańskich Hoffmanowej – takie wezwanie było zupełnie zbyteczne?

Adam DUBOWSKI

Adam Dubowski (1910-1998). Urodził się w Warszawie, gdzie studiował prawo. Po wojnie związał się z Poznaniem, był asystentem Katedry Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Poznańskiego. Od roku 1956 współpracował z "Przewodnikiem Katolickim". Był autorem książeczek dla dzieci i prac krajoznawczych poświęconych zabytkom Poznania i Wielkopolski. Zmarł w Poznaniu, pochowany został w grobowcu rodzinnym na warszawskich Powązkach. Paryskie wędrówki ukazały się w trzech kolejnych numerach "Naszej Rodzinie" - 4 (427) 1980, s. 16-17; 5 (428) 1980, s. 12-15; 6 (429) 1980, s. 14-16. 

31-3.jpg (33819 bytes)

Na zdęciu:

Place de Varsovie
(Paryż, 2004)

Fot. Michael Wittbrot





.