
|
Poetyka snu w reinterpretacji mitu Orfeusza przez Jeana
Cocteau
Uwielbiamy śnić. Mam tu na myśli egzystowanie w tym jakże
ulotnym wymiarze, swoistej historii, gdzie wszystko jest możliwe.
Często spełniają się wtedy nasze najskrytsze marzenia, często
najgłębsze lęki, o których boimy się nawet myśleć. We śnie
możemy być królem, bogaczem, linoskoczkiem, poetą,...czasem
szukamy. Poznajemy siebie, tym samym Istotę. Istotę tego, co
chcemy znaleźć, tego, co dla nas istotne. Cudownie jest, kiedy
upragnione sny przenoszą się na jawę (być może doświadczał
tego sam Cocteau w wyniku zażywania chociażby opium?). Orfeusz
ma wrażenie, że cały czas śni... (stan taki jest głównie
zakomunikowany w ekranizacji dramatu ”Orfeusz” tegoż autora).
*
* *
W tradycji kultury europejskiej występuje ogromna ilość
dzieł, będących wynikiem inspiracji mitami starożytnymi, w tym
także mitem Orfeusza. Był on trackim, niezwykłym pieśniarzem,
który swym śpiewem, poezją nakłonił Persefonę do oddania mu
zmarłej (ukąszonej przez węża) ukochanej Eurydyki. Sztuka stała
się potęgą. Jednak chyba żaden z reinterpretatorów tej
historii (legendy), nie był autorem tak awangardowej
(groteskowej) czasem wizji dziejów „potrafiącego swoją mocą
ożywiać kamienie”, jak właśnie Jean Cocteau. Ten „poeta śmierci”
(bo
w jego utworach śmierć jest wszechobecna), protagonista trendów
w sztuce, jakie miały miejsce w pierwszej połowie XX wieku (głównie
nadrealizmu, ale także dada), stworzył niezwykle głęboką,
dualistyczną, senną interpretację. Szalenie dramatyczną już i
tak bardzo dramatycznego mitu. Pierwotnym ukoronowaniem jego pracy
(snów?) był dramat „Orfeusz” z 1925 roku oraz rozszerzenie,
czy może wyjaśnienie kilku kwestii (choć jest wiele momentów różniących
się, w zasadzie wszystko jest ciemne i senne...) w ekranizacji z
1949 roku o tym samym tytule (niezmiernie cieszę się, że
obejrzałem ten film, ponieważ utwierdziłem się w moich rozważaniach,
dodatkowo był to doskonały przykład par
excellence surrealizmu w kinematografii).
***
„Pantomima snu na jawie, na linie. Dziedziniec przed
odejściem. Wszystko płowieje, święta o czasach świetności.
Budzimy się w milczeniu, dźwięczy szkło. Walczę bez tłumu,
jak bóstwo dopuszczone do głosu” (W. Okoń, „Wersy dla
Orfeusza”).
Akcja dramatu zaczyna się niezwykle groteskowo. Bo oto sławny,
cudowny Orfeusz wykorzystuje w swojej twórczości słowa, zdania
przekazane mu przez konia (w filmie przez stację radiową
prowadzoną przez pomocnika Śmierci) i nawet nie jest to Pegaz,
tylko zdaje się jego zdeprecjonowana forma – zwykły (?) koń.
Choć jednocześnie niezwykły, bo będący źródłem liryzmu i
tragedii, będący medium niewiadomego, niebezpiecznego. Eurydyka
obawia się tej istoty nie tylko dlatego, że Orfeusz jest nim tak
zaabsorbowany, zachwycony (-„tylko ten koń mnie rozumie”– mówi
poeta), a ona przez to zaniedbywana (koń staje się dosłowną
przyczyną konfliktu między małżonkami). W scenie piątej dawna
bachantka wyznaje Heurtebisowi, że tajemnica jest jej wrogiem.
Uczucie to zapewne zostaje spotęgowane niezwykłym zawiśnięciem
szklarza w powietrzu. Zdarzenie obłędne, sen na jawie, kiedy
Heurtebis wydaje się Eurydyce – „straszliwy jak los i piękny
jak tęcza” (znów niepokój, strach przed nieznanym).
*
* *
„Komfort zabija, jego brak tworzy”.[1]
Orfeusz wie, że może wiele. Permanentnie niespokojny, ciągle
szuka. Szuka natchnienia, dzieła totalnego, wreszcie nieznanego,
niewiadomego, tajemnicy, snu, nocy, ...śmierci?! (orphanos-sierocy,
orpha-ciemność nocy; tłumaczenie z greki). Istnieje on tylko w
pieśni (w filmie na początku wyraźnie ukazany jest ogólny brak
poważania i popularności, wyrażany wobec niego przez
skokietowany światek artystyczny Paryża, sytuacja ta również
jest katalizatorem buntu Orfeusza). A właśnie dopada go jakaś
zgniła niemoc. Jest niecierpliwy, coraz bardziej. I wtedy koń (radio)
dają mu poczucie, że zbliża się do jakiejś tajemnicy, że
„chwyta w potrzask nieznane”. Orfeusz chce wiedzieć. W
poszukiwaniach poety, tej idée
fixe, pojawia się swoisty totalizm poznania, coś nad-,
ponad-, pogrzebał w rupieciach słońce (sam był kapłanem słońca)
oraz księżyc (otoczony kultem przez bachantki). Dąży do jedności
ambiwalencji (w mitologii uważany jest czasem za twórcę obrzędów
dionizyjskich, a jak wiadomo, Dionizos był właśnie takim bogiem
skrajności, właściwie hybrydą boga i człowieka, syntezą radości
i rozpaczy). Zresztą, chyba każdy poeta niejako arbitralnie wręcz
do poznania dąży, chce zrozumieć. Pisze, bo może ten „język
duszy” będzie choć bardziej zrozumiały. Dla niego
(subiektywizm i relatywizm prawdy, podobnie jak u sofistów czy
Kierkegaarda).
*
* *
–„Myślisz, że twoje końskie zdanie przyniesie Ci
sukces?” – pyta zirytowana Eurydyka męża. Sukcesu może nie
przyniesie, ale jest swoistym napędem, twórczą entropią.
Dlaczego Eurydyka umiera? Jest to dziełem przypadku, losu czy
raczej wypełnieniem przeznaczenia (planu Śmierci)? Driada chce
przeciąć pajęczynę prawdy utkanej przez nieznane– noc (Śmierć?).
Staje na drodze do odkrycia (wypełnienia planu), dlatego ginie
(jest to dobitnie ukazane w ekranizacji „Orfeusza”, gdzie
zabijają ją właśnie pomocnicy zaświatów).
„Jesteśmy już martwi”[2]
Przynajmniej metaforycznie, tak twierdzi Orfeusz, nie
wiemy, kiedy umieramy, wszystko jest szalenie enigmatyczne, senne.
Poeta w wersji filmowej nie wie już, kiedy śni, a kiedy nie.
Eurydyka umiera po raz drugi. W wersji mitologicznej spogląda na
nią kochanek (łamie prawo), bo szalenie kocha, jest niecierpliwy.
Tym samym zabija. Też tworzy. Zdaje się, że jest to swoista
ofiara. Ofiara zrodzona z czystego, niepojętego natchnienia, dzieło
złożone na ołtarzu sztuki. To pragnienie śmierci i nocy.
Pragnienie ujrzenia tego Innego. U Cocteau w warstwie literalnej
to wynik kłótni, przypadek. Nieświadoma chęć ujrzenia żony.
Też innej, pragnienie Eurydyki nie niewidzialnej w świetle dnia,
ale niewidzialnej w nocy-otchłani. Wynik zniecierpliwienia, miłości,
natchnienia, miłości (zdaje się, że dosłownie) Śmierci., „śmierci-snu-wolności”.
W scenie XIX Orfeusz opisuje tę istotę jako „niewidzialną
kobietę, otchłań, poemat”! Jest materią, jakiej poeta pożąda.
W wersji filmowej padają sobie w ramiona, wyznają miłość,
łączą niemożliwe, sen z jawą, która snem być pragnie.
Dodatkowo twórca filmu wyjaśnia sens i okoliczności wcześniejszych
zdarzeń (obłędu Orfeusza, śmierć Eurydyki). Są one dziełem właśnie
zakochanej Śmierci, „której przypisuje się kosę jako narzędzie
pracy”. Jest ona zresztą nadzwyczaj ludzka. Jesteśmy więc świadkami miłości totalnej, przerażającej i pięknej,
prawdziwej, wszelakiej. Śmierć tak kocha poetę, że uśmierca
jego duszę, by stał się nieśmiertelny i rzeczywiście żywy.
Poświęca siebie. Poświęca się też Heurtebis, również
kocha. Dla Eurydyki i jej oprawczyni przekracza zakazane granice.
Miłość wszechogarniająca, jak kosmos.
*
* *
Nie jest jasne, czy Śmierć wydaje Kapłanowi Słońca
ukochaną z racji mocy jego poezji, czy może jego osoby (choć w
zasadzie brała się ona właśnie z cudowności wierszy).
Lateksowe rękawiczki są oczywiście kluczem do bramy zaświatów,
lecz nie tym właściwym czynnikiem sprawczym, raczej groteskowym
zabiegiem Cocteau. Zresztą i tak efemeryczność w kompozycji
bierze górę, bo np., w filmie to „rada sędziów” wydaje
Orfeuszowi Eurydykę, ganiąc przy tym samą Śmierć.
*
* *
„Lustro jest twarde i przeczytało list”[3]
Nie sposób tu nie zastanowić się nad obecnością,
symboliką szkła, które odgrywa w „Orfeuszu” jakże
niejednoznaczne role. Eurydyka bije szyby w mieszkaniu małżonków.
Te dramatyczne czynności (mowa o nich dalej), mają przynieść
szczęście i dobro. Na pewno są sprawcą miłosnego uczucia,
jakie narodziło się między driadą a szklarzem Heurtebisem. Sam
poeta prawdopodobnie ginie od kawałków rozbitej szyby. Wypełnia
się groteskowo, czarne marzenie Orfeusza. Przezroczyste (czyste,
jednoznaczne, nieobłudne) szkło jest twórcą jego pięknego
popiersia. Jest nim dosłownie prawdziwa, odcięta głowa
(komisarz
i prokulant są zachwyceni). Wreszcie szkło-lustro jest wyrocznią,
okrutną Mojrą, wrotami do tego innego świata, tajemnicą nad
tajemnicami. Szkło w wszelakiej formie zdaje się być relatywnym
ekwiwalentem zachodzących zdarzeń. Towarzyszy snom. Sam sen, ma
się wrażenie chce opanować, wypełnić przestrzeń,...stać się
jawą. Abstrahując od całej ułudnej atmosfery „Orfeusza”,
obecne są w obu dziełach Cocteau sytuacje, znaki tezę tę
potwierdzające. Śmierci Orfeusza w dramacie towarzyszy zaćmienie
słońca (zwycięstwo nocy), sama śmierć zadana jest z rąk
bachantek-czcicielek księżyca, atrybutu nocy. Wtedy to bohaterzy
toną w irracjonalności, ulotności-śnie. Symbolikę „pory śmierci”
odnaleźć też można w postaci pisma literackiego wydawanego
przez księżną (Śmierć; mowa teraz o wersji filmowej), pod tytułem
„Nudyzm”. Składające się nań czyste, białe kartki przywołują
na myśl tę latarnię jasną-księżyc, promieniującą właśnie
białym światłem. W filmie również, Orfeusz odrzuca prośbę
udzielenia wywiadu dziennikarzowi gazety „La Soleil”. Wreszcie
sam poeta odrzuca powinności swego stanu kapłańskiego-czciciela
owej „gwiazdy na jawie”. Trudno waloryzować ten obłęd
ekspansji nocy, tego jednak chciał chyba Orfeusz- poznać...
*
* *
„Droga umarłych porzuci senne
krainy-aniołem”.[4]
Zakończenie dramatu jest jednak dość zaskakujące. Wcześniej
jednak warto jeszcze wspomnieć o tajemniczym Heurtebisie, postaci
niewątpliwie kluczowej (można doszukiwać się jego analogii w
Hermesie-posłańcu ze skrzydłami, który to w jednej z wersji
mitu miał towarzyszyć kochankom opuszczającym podziemie, krainę
zmarłych. Jego zadaniem był szczęśliwy powrót Eurydyki i
Orfeusza. Nie udaje mu się wypełnić misji). Jak natomiast jest u
Cocteau? Anioł (pomocnik i lojalny przyjaciel Śmierci), stający
się upadłym tylko dlatego, że kocha. A kochając, łamie prawo
swego świata. On to wskazuje Orfeuszowi sposób na dostanie się
do „Pani Cieni”, on też chce ratować poetę przed końcem
egzystencji w realnym (?) świecie (mimo że, dla pieśniarza koniec
ten ma być początkiem, wyzwoleniem). „Lustro przeczytało
list...”.Heurtebis wreszcie w wersji filmowej jest wierny do końca
swojej pani, skazując się tym samym na... Jawa zdaje się zwyciężać.
Kochanka ciemności i jej przyjaciel sprawiają, że Eurydyka
budzi się zupełnie zdrowa. Ma też przy sobie męża. Zostaje
diametralnie odwrócony bieg zdarzeń, trawestacja czasu i
przestrzeni, jak we śnie. Dawna bachantka zresztą zaraz po
przebudzeniu skarży się jedynie na zły sen. Miłość to
kreacja. Zakończenie to rodzi ambiwalentne odczucia. Miłość (Śmierci
i Heurtebisa) skazana zostaje na swoiste wszechunicestwienie.
Mieszkańcy nocy zostają wygnani ze swej krainy. Gdzie? Czy
przestają istnieć? To totalne odwrócenie wartości, deprecjacja
światła i mroku...,życia i śmierci, bogów. I nawet nie ma w
tym histerii, wszystko jest dziwnie spokojne, płynne, zawieszone.
Niejako pogodzenie się z losem (może wysłannicy cieni wiedzieli
o jego istocie wcześniej?!). Czy Cocteau chciał powiedzieć, że
gdzieś, może właśnie w tym innym świecie, snu właśnie nie
można marzyć, kochać, czuć?..
Mniej enigmatyczny, wątpliwy koniec zamyka wersję
literacką „Orfeusza”. Mniej skrajny, a oczywisty. Bo oto
trochę karykaturalnie bohaterowie zachłystują się normalnością–mogą
zjeść obiad. Ważniejsze są jednak podziękowania składane
Bogu, gdzie koń (tajemnica) okazuje się być szatanem, a miłość
Eurydyki niejako krucjatą przeciw złu. Dom postaci wypełnia się
rajem-niebiosami, dobrem. Heurtebis zaś okazuje się pomocnikiem
Boga (Aniołem Stróżem), nie Śmierci. Bohaterowie zdają się
być szczęśliwi...
*
* *
Skąd tak różne zakończenia? Pierwotna wersja
„Orfeusza” przynosi wreszcie normalność (w całym
absurdzie), spokój, ciszę, ukojenie i w końcu oczyszczenie. Jej
filmowa realizacja pozostawia ból. Nie wiemy do końca, co czuł
autor, wiemy, jakich czasów doświadczył (ekranizacja powstała
po II Wojnie Światowej). Orfeusz „wyrwał kwiat z
najtajniejszych głębin śmierci”. Czy zdołał on w pełni
zakwitnąć?..
Piotr Łukasz GRZYWACZ
Piotr Łukasz Grzywacz – student kulturoznawstwa UAM w Poznaniu.
Na stałe mieszka w Szczecinie. e-mail: grzywamodit@o2.pl
[1]
Jean Cocteau, Opium: Dziennik kuracji odwykowej, przeł.R.iA. Nowakowie,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990
[2] Jean Cocteau, Orfeusz, scena I
[3] ibidem
[4] ibidem
|

Na
zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 2004)
Fot. Michael Wittbrot
|