Dar patrzenia

Jonasz otworzył kluczem drzwi swojego mieszkania i włączył światło. Półmrok panujący w przedpokoju rozjaśnił się i znów spojrzały na niego przyjazne twarze z portretów i autoportretów zawieszonych jeden przy drugim na ścianie po prawej stronie wejścia. Było ich kilkanaście - prawie wszyscy związani z nim ludzie, z którymi się zmagał w wieczornych dysputach, w pytaniach o tajemnicę życia, tworzenia, o sposób dochodzenia do poczucia piękna.
Szczególnie chodziło Jonaszowi o obrazy. Nie uważał siebie za znawcę malarstwa, ale każdego tygodnia przebywał wiele godzin w muzeach i galeriach sztuki, wpatrując się w skupieniu w misternie oddane kształty - ludzi, zwierząt, przedmiotów nakreślonych ręką holenderskich mistrzów - oświetlone niepowtarzalnym ogniem przeszłości. Patrzył w uniesieniu w rozedrganie barw przejrzyście mieniących się w pejzażach Moneta, podziwiał prowokującą nagość kobiet namalowanych przez Bonnarda, triumfujących tajemnicą zmysłowych doznań - i zastanawiał się, skąd bierze się w nim to łakome patrzenie. Wybrał samotność, a więc odosobnione, skromne, pokorne egzystowanie na skraju głównej ścieżki toczącego się gromadnie życia społecznego. Kiedy kluczył w południe uliczkami Paryża wzdłuż Sekwany, nie śmiał dłużej zatrzymać wzroku na żadnym z nieznajomych ludzi, nie odważył się zbliżyć do spotkanej w parku kobiety, choćby szczególnie mu się spodobała - jednak na obrazy patrzył z bliska i śmiało, z głębi ożywionej potrzeby obecności piękna w swoim życiu, z konieczności poruszenia zmysłów i pragnień. Wyobrażał sobie nieraz, pobudzony pulsowaniem światła i cienia, bliskością obnażonych ciał, namacalnym niemal sąsiedztwem symboli, że za chwilę wtopi się w oglądane płótno, wejdzie w tło razem z obłokami i szarością horyzontu. Lecz za każdym razem pozostawał niesyty, świadomy niemożliwości spełnienia w dążeniu ku doskonałemu pięknu, jakiego istnienie przeczuwał, a nie mógł go zobaczyć, dotknąć, pozostawić na zawsze przy sobie. Odchodził z nie rozwiązaną zagadką swojego losu. Wiedział jednak, że znów powróci.
Nieczęsto można otrzymać od życia to, czego człowiek najbardziej oczekuje, zdarza się wszakże i tak, że dostajemy coś, czego pragnęliśmy, a na co nie zostaliśmy przygotowani, czego nie jesteśmy w stanie przyjąć, spożytkować, zaakceptować, bo zbyt wiele przeszkadza nam zahamowań, podejrzeń, wątpliwości, ograniczeń i innych bezsensów.
Jonasz miał dar patrzenia. Potrafił oglądać świat z takim podziwem jakby był namalowany ręką boskiego mistrza, nie licząc czasu, nie czując głodu ani potrzeby zmiany. Znajdował sens swojej egzystencji w tym, że każdego dnia stawał dłużej przed jednym obrazem lub rzeźbą i kontemplował tajemnicze piękno uchwycone celnie przez artystę - podziwiał kompozycję i kolory, pozwalał, by zniewalała go i wciągała w patrzenie świetlistość barw wysnuta z harmonii jasności i cienia, sięgająca zmysłowych źródeł natury i jej nieodgadnionych znaczeń.
Nie był pewny siebie w rozumieniu tego, co zobaczył, wciąż zmagał się z sobą, z własnym wizerunkiem, przybliżał się ku sobie i oddalał. Szukając wspólnoty odczuwania z innymi i współobecności w poznawaniu, decydował się czasem na towarzystwo znajomego czy gościa z Polski, lecz szybko z tego rezygnował. Czuł, że ukryte i zatrzymane w ramach piękno daje mu się poznawać jedynie w samotności, że już ze swej istoty jest niedostępne, wieloznaczne i tajemnicze - jak płótna Rolliera, które ujrzał na wystawie w Genewie i dał im się przeniknąć do głębi, w skomplikowanej jak labirynt kresce dostrzegając prostotę pierwszego objawienia, radość utożsamienia się z płcią życia. Tajemnicy nie można - jak sądził - dostąpić z cudzą pomocą, trzeba ku niej podążać na własny rachunek, zmagając się z osobistymi niemożliwościami. Wracał więc Jonasz do swojej samotni, jak dziś, nie pogodzony z sobą, przybity bezkresnością drogi, niezupełnie świadomy swych oczekiwań. Zasiadał przy biurku obłożonym książkami i wsłuchując się w muzykę morza odtwarzaną z płyty, zagłębiał się w czytanie. Odpływał w rytm dźwięków w swej osobnej łodzi niby biblijny prorok na spotkanie wieloryba. Świat milczał, nie dawał znaków, nie interesował się Jonaszem ani jego niedokończonymi sprawami. Niekiedy jedynie przybywał cień Hölderlina, by pozdrowić go szeptem i wspólnie się pożalić: Daremnie skrywasz swe serce, daremnie tłumisz odwagę, któż mógłby wzbronić ci radości... Boski ogień wzywa podczas dnia i wśród nocy, więc idź, by w otwarty świat patrzeć, by swoją istotę odnaleźć, jakkolwiek ona daleko. Jonasz nie pamiętał dokładnie słów poety, lecz wiedział, że ma w nim oparcie, w słowach, które kieruje do niego samotnik z wieży w Tübingen – zawsze istnieje miara, wspólna. Tego się trzymał.

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia – autorka tomików wierszy („Czarne wino”, „Białe tango”, „Wieczna rzeka – Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”, „Piękniejsze – Schöner – C’est plus beau”). Mieszka w Poznaniu. 

31-1-2_1.jpg (29082 bytes)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Paryż, 2004)

Fot. Michael Wittbrot


.