O poezji, muzyce, krzywoprzysięstwie i nadziei, której nikt spełnić nie zdoła

Nous sommes plantés entre ciel et terre
George Sand

1

Wiemy o tym nie od dziś i przypominamy sobie wcale nie tak rzadko, iż czas zmienia perspektywę, wciąż każe inaczej patrzeć, czuć i myśleć. Podążamy niby utartym szlakiem, ale nic nie jest takie, jakie było ani się wydaje. Musi upłynąć wiele miesięcy, a nawet lat, aby poznane niegdyś rzeczy albo krajobrazy i – co równie ważne – przemyślenia nabrały znaczenia, żeby dawne olśnienie nie okazało się naiwnością, minione przeżycie – chwilowym uniesieniem, pierwsze spostrzeżenia – mylącym tropem a zrealizowane zamierzenia – zaledwie impulsem, zalążkiem czegoś nowego: jeszcze nie zgłębionego albo doświadczonego powierzchownie. Dlaczego więc tak łatwo wszystko zapominamy? Dlaczego musi pojawić się choćby nieoczekiwane zdarzenie, żebyśmy powrócili do spraw najistotniejszych? 
Musiało chyba dojść do tego, w zasadzie przypadkowego spotkania. Znowu zadecydował splot zdarzeń. Goszcząc przyjaciela poznałem kogoś, z kim – jak teraz widzę – warto dużo rozmawiać, być, spędzać dni i, czasem, noce.
Przedwiośnie 2002 roku nie zapowiadało zmian. Wędrowałem z Pawłem – jak jesienią 1990 roku, za jego pobytu z okazji Dni Literatury Polskiej we Francji – po ulicach Paryża, słuchałem jego publicznych wystąpień, częściej przysłuchiwałem się prywatnym dysputom niż brałem w nich aktywny udział. Nie moim pomysłem było zaproszenie kilku osób na lampkę czerwonego wina. Wieczór, który przeciągnął się prawie do rana, okazać się miał nie tylko początkiem nowej znajomości, ale i dalszym ciągiem, kontynuacją, przedłużeniem wędrówki; drogi, której nie znałem i sam nie wybrałem.


2

Melpomena, Polihymnia czy Erato także i dziś nie tracą swoich wielbicieli, ale spotkamy również ludzi, którzy zdają się podzielać opinię Sekstusa Empiryka, iż muzyka przeszkadza w dążeniu do cnoty. Ów pogląd pochodzi nie tyle od stoika i sceptyka, co człowieka mającego do czynienia ze złym przykładem, złą sztuką. 
Sokrates i Platon kładli nacisk na aspekt wychowawczy muzycznego wykształcenia. Arystoteles w ósmej księdze „Polityki” pisał o Lakończykach, którzy nie ucząc się muzyki potrafią trafnie osądzić, jaka pieśń jest dobra. I zastanawiał się, komu i czemu służy, jak powinna oddziaływać, czy jest tylko wytchnieniem, przyjemnością, czy ma kształtować charakter i duszę. Jego podejście – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – było czysto utylitarne. Albowiem Stagiryta wyżej stawiał gimnastykę czy sztuki wojenne, mniemał iż nie jest ona ważniejsza od tego, co bezpośrednio – zresztą nie tylko w jego czasach – decyduje o życiu, nie tylko losie jednostki, lecz całego państwa.
Takich jak ja, czyli osoby muzycznie nieutalentowane, ów punkt widzenia winien uspokajać albo przynajmniej pocieszać. Dlaczego więc zdaje się jedynie przykładem, próbą zrozumienia porządku rzeczy? Dlaczego nie jest ani pokrzepieniem, ani usprawiedliwieniem?
Muzyka zaczyna się tam, gdzie kończy się mowa – usłyszałem niedawno. Autorem tej opinii nie była jednak osoba wypowiadająca powyższe zdanie, lecz Claude Debussy. Najbardziej ulotna z muz jest przecież nieprzetłumaczalna na słowa1 – czytamy we wstępie do popularnych niegdyś felietonów. Sprawa jednak – jak zaznaczał Paweł Beylin – nie jest prosta ani oczywista. Gdzie zatem rozpoczyna się etiuda, ballada czy symfonia, a właściwie ich powstanie? Skąd pęd, pragnienie, by przekroczyć barierę słów a zarazem być czytelnym i przekonującym?
Kto chce, znajdzie dostatecznie wiele literatury na ten temat, ale przecież nawet najlepsza teoria nie rozstrzygnie problemu. Tego, co wykracza poza semantyczny opis, nie sposób zamknąć w sztywnych ramach formuł i pojęć. Jednocześnie nie wolno zapominać, iż nie poruszamy się po grzęzawisku i nic nie jest bardziej obce prawdziwej kompozycji, niż chaos, brak rzetelnego zapisu, logicznych powiązań, płynnej narracji, czytelnej frazy. Słowem, brak ładu i harmonii. Geniusz ustala swój porządek, wprowadza nowe zasady i „pewniki”, ale nie jest kimś z innej epoki, nie pojawia się znikąd, nie tworzy z niczego i nie istnieje w historycznej próżni.
W jednym z listów, pisząc o Chopinie, autor „Promethidiona” zauważył, iż najwyższego liryzmu sięgać2 można dopiero wtedy, gdy potrafimy oprzeć się konwencji. Uproszczenia, jak i przerost formy, uleganie modzie, jak i niedostatki warsztatowe, schlebianie pospolitym gustom, jak i oderwanie od rzeczywistości – nie sprzyjają powstaniu oryginalnego dzieła. Niełatwo jednak wykreślić granicę pomiędzy inwencją a konwencją, chybionym i trafnym wyborem, inercją a konstruktywnym działaniem.
Przed laty, z ust Kazimierza Wiłkomirskiego, usłyszałem opinię, iż utwory jakie są najczęściej lansowane charakteryzują się skrajnym ubóstwem fantazji i rozpaczliwym ubóstwem środków technicznych. Nestor polskich muzyków mówił o panującej psychozie i jednocześnie nie tracił nadziei, że zwycięży dobry smak i przestaniemy słuchać nieartykułowanych dźwięków. Jego zdaniem chaos opanował wiele dziedzin ludzkiej egzystencji i trzeba wyjść z zaklętego koła, normalnie słuchać i patrzeć, nie wstydzić się własnych upodobań, swoich wzruszeń czy swoich uczuć.


3

Gdy w ponury, dżdżysty, styczniowy poranek 2000 roku wchodziłem na pokład samolotu, cel był jeden: wyspa jaskiń, mioceńskich skał i mezozoicznych wapieni. Nie ujrzenie modnej, odległej krainy obfitości, nie ucieczka od codzienności ni poszukiwanie nowych atrakcji, lecz sprawdzenie, przekonanie się na własne oczy, jak wygląda zakątek, o którym tyle dobrego i złego słyszałem, jak mogli czuć się przybysze na obcy im ląd, dlaczego z pasją albo żalem pisali o tym, czego doświadczyli, dlaczego szybko chcieli uciec gdzie indziej albo długo nie mogli rozstać się ze swoimi widokami.
Brema – co zimową porą nierzadko się zdarza – zdała się pogrążona w głębokim śnie. Znam osoby, które wiele lat mieszkając w cieniu Rolanda nie mogą się do tego przyzwyczaić. Wprawdzie nigdy nie byłem bremeńczykiem dłużej niż trzy miesiące i najczęściej przybywałem nad Wezerę wiosną i jesienią, nie umiem jednak pogodzić się z takim nastawieniem. Lot znad Morza Północnego, poprzez Alpy i Lwią Zatokę, do największej z Wysp Balearskich nie trwał długo. Ku swojemu zaskoczeniu ujrzałem – najpierw nie zakryte chmurami górzyste brzegi a potem rozjaśnioną słońcem Zatokę Palmy. Ulice stolicy dość chętnie odwiedzanej prowincji – jak miało się szybko okazać – w niczym nie przypominały atmosfery miasta, jakie tego samego dnia, nieco wcześniej, opuściłem.
Początkiem listopada 1838 roku, przybijając do brzegów obcego lądu, George i Fryderyk, a także Solange i Maurycy Sand, byli oczarowani, zdawało się im, że wreszcie mogą spełnić swoje marzenie. Niedługo musieli czekać, aby się przekonać, jak wiele spotka ich trudności. Po opuszczeniu frachtowego statku i zainstalowaniu się w Calle de Marina pojawiły się poważne problemy. XIX-wieczna Palma nie oferowała „bogatego” nocnego życia, oprócz uciekinierów nie ściągała wielu gości ani nie traktowała przychylnie każdego, kogo stać było na pozostawienie na wyspie cząstki swojej fortuny. 
Współczesny holenderski czy angielski turysta nie musi się obawiać ani o transport, ani o lokum. Wszystko jest sprawnie zorganizowane. Już na lotnisku – gdzie panuje największy ruch – czekają uśmiechnięte hostessy. Kto nie zdążył zarezerwować hotelu lub wynająć samochodu, może to uczynić zaraz po przylocie. Oferta – zważywszy na zimową porę – jest bogata. Spóźnialskich, niezorganizowanych lub dzikich przybyszów raczej się nie spotyka. Nie każdy potrafi sobie poradzić z nieskomplikowanymi oznakowaniami, ale Niemcy – na krótko towarzysze mojej wyprawy – z natury trzymają się razem; nikt się nie wyłamuje, nikt nie ma wątpliwości, że agencja, jakiej się powierzył, dawno załatwiła wszelkie formalności. Jeśli nawet zdjęcia z reklamowego prospektu okazują się nie odpowiadać rzeczywistym standardom a proponowane atrakcje są niezbyt tanie, znacznie droższe niż te same usługi organizowane własnym sumptem, nikt nie ma odwagi głośno zaprotestować, nikt prawie nie zdaje się na siebie. Wszelkiego typu absencja albo chodzenie własnymi ścieżkami niemile są widziane, ale gdy gospodarze przekonują się, że mają do czynienia z kimś zza dawnej Żelaznej Kurtyny, przestają się dziwić i nalegać na korzystanie ze swoich usług. Co najwyżej dają odczuć, że jest się obywatelem gorszej Europy.
Katedra La Seu, siedziba mauretańskich gubernatorów, piesza wędrówka do Castell de Bellver i inne, niezaplanowane szlaki – pozwalają się przekonać, że nie brakuje rzeczy godnych zobaczenia a dawna obskurna portowa dzielnica przestała być tym, czym jesienią 1838 roku była dla niecodziennych pasażerów „El Mallorquin”. Inna sprawa, że i w sercu miasta, nieopodal bazyliki de Sant Francesc, przypadkiem można znaleźć się w zaułku, który nie zachęca do dłuższego postoju.
Koncerty, owacje, wizyta u wdowy po Isaaku Albénizie, salonowe dysputy i uznanie dla swego talentu stanowiły tło pobytu Artura Rubinsteina na Majorce w 1916 roku. Inaczej ułożyły się losy tego, któremu jeden z najsłynniejszych pianistów XX wieku w dużym stopniu swój sukces zawdzięczał. Ale chyba, nie tylko na balearskiej wyspie, lepiej pojawiać się incognito, nie czuć presji środowiska, omijać wpływowych notabli i strzec się publiczności.
Ani autorka agresywnych, feministycznych książek, ani towarzyszący jej, borykający się z kłopotliwymi przypadłościami, nietypowy podróżnik nie zamierzali na nieznanym, otoczonym morzem lądzie prowadzić bujnego towarzyskiego życia. Raz po raz wyruszali w drogę z nadzieją, że odzyskają równowagę i pogodę ducha, a także samych siebie. Od proboszcza kościoła Sant Miquel wynajęli cele w opuszczonym, zagubionym pośród gór klasztorze. Po niespokojnych, a niekiedy irytujących dniach spędzonych w stolicy wybrali oddaloną o osiem kilometrów wioskę i So’n Vent (Dom Wiatru) a następnie, po krótkim pobycie u domu francuskiego konsula, zainstalowali się nieopodal Fontamelles. 


4

Wyprawy na Półwysep Iberyjski, szczególnie wśród francuskiej bohemy artystycznej, stały się modne pod koniec lat trzydziestych XIX wieku. Chociaż narzekano na straszne drogi i podłe oberże, podróżników przyciągały nieznane pejzaże, bogate stroje, gorące andaluzyjskie czy kastylijskie rytmy. Nieobojętnie też patrzono na egzotyczną urodę, piękność i powab hiszpańskich seňoritas. Moda na kraj Calderona i Cervantesa sprawiła, iż 1838 roku zaprezentowano w Paryżu obrazy takich mistrzów jak Vélasquez, Murillo, Zurbarán i Goya. Latem tego samego roku, z powodu obaw o zdrowie swojego syna, pani Sand zaczęła myśleć o wyjeździe. Najpierw w planach pojawiła się Italia. Ostateczna decyzja zapadła na początku października a wybór padł na inny, dobrze znany protektorom i wielbicielom jej talentu zakątek. 
Kilka osób spośród salonowego paryskiego towarzystwa, a nade wszystko zaprzyjaźnieni z autorką „Lelii” państwo Marliani próbowali roztoczyć wspaniałe perspektywy, zachęcić do poznania – jak podkreślali – cudownych widoków. Przekonywali, iż mimo dopiero co zakończonej wojny i utraty niezależności Majorkanie nie odnoszą się wrogo do obcych, są dla nich nadzwyczaj mili i serdeczni. Francisco Frontera y la Serra, 31-letni kataloński wirtuoz, który jako pseudonim przybrał nazwę wioski Valldemosa, swojej rodzinie i znajomym zawczasu zarekomendował przybycie paryskich gości. Rekomendacji i kontaktów zresztą im nie brakowało. Zdawało się więc, iż mimo pojawiających się przeciwności, pobyt na wyspie musi przynieść upragnioną odmianę, dostarczyć wyjątkowych przeżyć.
Spośród dziesięciu cel Królewskiego Kartezjańskiego Klasztoru Jezusa z Nazaretu, do których dochodzi się długim korytarzem, jedną zajmowała niejaka Maria Antonia, kobieta z kontynentu, następną katolicki proboszcz, kolejne: dawny zakonnik i zarazem aptekarz, dozorca, wreszcie Ignatio Durán, człowiek interesów z Madrytu, ze swoją żoną i bratankiem. Państwo Duránowie zaproponowali francuskim przybyszom swoje lokum wraz z wyposażeniem. Zgodzili się je odstąpić – jak przekonywali – po wyjątkowo niskiej cenie. W rzeczywistości dziwić się należy, iż nieuczciwe zamiary, niewiarygodna wprost bezczelność i podejrzana transakcja zostały zaakceptowane. 
Źle usytuowane, zimne pomieszczenia i nieustanne deszcze nie sprzyjały ani wypoczynkowi, ani kreacji. Co gorsza, stan zdrowia kompozytora pogarszał się z dnia na dzień i to, co miało być niemal królewską, najcudowniejszą, najbardziej poetycką rezydencją na ziemi3 stawało się coraz większym zmartwieniem – i dla Fryderyka, i dla pani Dudevent, i dla jej, dość oryginalnej kompanii. Trudno było mówić o podniosłej atmosferze, choć Chopin nie tracił entuzjazmu i, w przeciwieństwie do swojej opiekunki i kochanki, doceniał walory rozległej przestrzeni, bogactwo natury i poetyckość krajobrazu. Dodatkowym, poważnym problemem okazała się społeczność wioski, która zaczęła traktować ekscentryczne towarzystwo jak intruzów i bezbożników. Pochodzący z XVII-XVIII wieku klasztor, z którego w 1835 roku wypędzono zakonników, miał być doskonałą samotnią, wymarzonym azylem, lecz nie trzeba było długo czekać, żeby zachwyt przerodził się w rozgoryczenie a nadzieja na szczęśliwe, w twórczej atmosferze spędzone chwile ustąpiła miejsca powiększającej się apatii, poczuciu wyobcowania. Obydwoje mimo wszystko wiele pracowali. Efektem wyprawy stały się nowe preludia i polonezy, Ballada F-dur op. 38 czy Scherzo cis-moll op. 39, a także „Spirydion”, czyli historia benedyktyńskiego opata, w której autorka, w dość mglisty sposób,  próbowała wyłożyć swoje socjalistyczno-chrześcijańskie idee oraz – powstała po powrocie do Francji, raczej nużąca – „Zima na Majorce”.
Korzystanie z położonej na szczycie klifu kwatery trwało 56 dni i zakończyło się w lutym 1839 roku. Niewielką pociechą okazał się sprowadzony z wielkim wysiłkiem fortepian Pleyela, który przy wyjeździe nastręczył dodatkowych kłopotów a obecnie, dla wielu turystów, stanowi główną atrakcję. Autorka jednej z licznych biografii francuskiej pisarki, zatytułowała rozdział poświęcony nieudanej eskapadzie i pobytowi w Valldemosie „Od przyjemności do wzniosłości”4. Należałoby jednak powątpiewać w tego typu konstatację i zapytać, czy bardziej odpowiedni nie byłby tytuł „Od wzniosłości do przyziemności”? Zresztą w swojej autobiografii George Sand wyznała, iż dni spędzone w klasztorze kartuzów były dla niej męką, a dla Fryderyka udręczeniem. Mimo że nie było ponoć duszy szlachetniejszej, delikatniejszej i bardziej bezinteresownej ani wierniejszej i lojalniejszej w przyjaźni, mimo że jej towarzyszowi podróży nie brakowało ani błyskotliwości, ani humoru, ani dobrej woli, skarżyła się, iż trudno o bardziej nierówne usposobienie, kapryśną i pełną urojeń wyobraźnię, drażliwość bardziej podatną na urazy, wymagania serca bardziej niemożliwe do zaspokojenia5. Tak czy inaczej – jak uważają chociażby autorzy książki „La Chartreuse de Valldemosa”6 – pobyt na wyspie był dla francusko-polskiej pary zaledwie preludium, okazją do poznania się, rozpoznania swoich ról, uczuć i zamiarów. 
Styczeń 2000, podobnie jak początek 1839 roku, był bardzo pogodny, raczej wiosenny niż zimowy. I cały mój pobyt na Majorce, wbrew wcześniejszym obawom, nie przyniósł ani ulewnego deszczu, ani specjalnych wahań temperatur. Ale Valldemosa witała chłodem, ciężkimi, wyzierającymi zza szczytów chmurami, sennością i szarością, zastygłym w bezruchu, mało widocznym, typowo prowincjonalnym ludzkim skupiskiem.
Dzisiaj nikt się nie dziwi obcym, na ogół pojawiającym się na krótko, tylko po to, żeby ujrzeć ni pustelnię, ni sanktuarium sztuki. Nikt też nie rzuca w przybyszów kamieniami, mieszkańcy ukrytej pośród gór wioski wydają się zadowoleni z faktu, iż gości – bardziej lub mniej ekscentrycznych – nie brakuje przez okrągły rok. Nie zachęca do dłuższego zatrzymywania się i pomnik (banalna podobizna kompozytora, którą, jak informuje okolicznościowa tabliczka, miała zaszczyt odsłonić żona prezydenta Rzeczypospolitej), i mnóstwo wątpliwej wartości upominków. Ani długo oczekiwany i prawie bezużyteczny dla Chopina fortepian, ani zgromadzone w muzealnych, dawnych klasztornych celach eksponaty nie robią takiego wrażenia jak potężna budowla i jej otoczenie.
Opuszczając Palmę a potem Hiszpanię potomkini saskiego rodu nie zawahała się stwierdzić, iż w tym niegościnnym zakątku Europy jej noga więcej nie postanie, zaś ze wstrętnym narodem7 będzie mieć jak najmniej do czynienia. Z czasem, w swoich listach, wspomnieniach i książkach potrafiła powściągać własne emocje, w sposób bardziej wyważony wypowiadała się o ludziach i zdarzeniach, a także własnych rozczarowaniach i osiągnięciach jesienno-zimowej wyprawy 1838/1839 roku.
W przedmowie do listów, jakie łatwo nabyć w celi Fryderyka Chopina i George Sand, czytałem o początkach wielkiej miłości dwojga wielkich ludzi, o złotej wyspie i o prestiżowej, jednej z najbardziej przejmujących, najwspanialszych samotni Majorki. Ktokolwiek jednak chciałby tam odzyskać równowagę, nacieszyć się samotnością czy też odkryć coś zaskakującego, nie powinien zapominać o jednym: nigdy niczego nie da się do końca zaplanować. 


5

Nie w opuszczonym klasztorze kartuzów, lecz w Andratx i w Sant Elm czy, jak wolą nazywać zagubioną osadę Katalończycy, San Telmo odniosłem wrażenie, iż znalazłem się między niebem i ziemią, mimo że rytm życia wyznacza tam morze i słońce. Dojechać udało się do wciśniętej między wzgórza, dość zaniedbanej mieściny, albowiem poza sezonem mało kto chce wyprawiać się dalej. Większość, jeśli nie wszyscy spośród pasażerów autobusu, ruszyła prosto na targ. Nikogo nie interesował zachodni kraniec Illa de Mallorca. Nad malownicze klify czy w pobliże nie zamieszkałej, groźnej i pociągającej Illa Dragonera nie dotarła jeszcze cywilizacja, a raczej typowa, nowożytna subkultura z handlowymi centrami, hotelami i niedbale porozrzucanymi osiedlami. Puste zimą domy – jak łatwo się domyślić – wiosną zamieniają się w turystyczne kwatery, skupiska wielotysięcznej, złaknionej swobody i natury gawiedzi. Ani nadzwyczaj pogodny początek roku, ani z każdym rokiem coraz większy napływ cudzoziemskich poszukiwaczy nowego eldorado nie zmienił starych zwyczajów. Taksówka, która w tej sytuacji pozostała jedynym dostępnym środkiem lokomocji, na szczęście nie okazała się droga. Wreszcie, po dotarciu do celu, miałem poczucie, iż ocalała jeszcze nieskażona, nienaruszona przyroda i człowiek, który potrafi z nią współistnieć i współpracować.
George Sand wspominając młodzieńczą twórczość Chopina, a zarazem niefortunną jesienno-zimową wyprawę pisała o nieznanych romancach, pełnych uroczej swojskości i cudownej słodyczy. Według niej niektóre kompozycje autora deszczowego, majorkańskiego preludium przypominają kryształowe źródło, w którym odbija się światło słońca, a także chwile pogodnej ekstazy czy błyski niezmąconego w swej pogodzie piękna, będące udziałem każdego niemal, gdy doświadcza rzeczy zwyczajnych a zarazem niezwykłych, bo związanych z nieubłaganymi prawami, niezmiennym rytmem, porządkiem natury. Niestety, zamierzenia miały się okazać niemożliwe do zrealizowania. Żałosny krzyk wygłodniałego orła na skałach Majorki, przykry świst północnego wichru i ponury smutek płaczących wierzb pokrytych śniegiem przygnębiały go o wiele dotkliwiej i dłużej, niż radowała woń drzew pomarańczowych, uroda gron winnych i mauretańska kantylena oraczy8 – czytamy we wspomnieniach francuskiej powieściopisarki.
Współczesnemu czytelnikowi i jednocześnie interpretatorowi romantycznych, literackich czy muzycznych dzieł podobny zapis wydaje się niekiedy zbyt patetyczny, nadmiernie wystylizowany, a przez to pretensjonalny, lecz czyż nie umieszczamy swoich wzruszeń albo przeżyć w konkretnej przestrzeni, właśnie pośród spokojnych czy groźnych krajobrazów? Czyż nie łączymy słowa z obrazem albo dźwięku z wyobrażeniem, wspomnieniem lub doznaniem?
Zwracając uwagę na obecną w dziele polskiego kompozytora, ujawnioną dzięki Busoniemu, pewną dozę samozadowolenia, jeden z najbardziej dyskutowanych a zarazem liczących się współczesnych myślicieli uważa, iż szczególna zwartość złożonych nastrojów u Chopina odrzuca dyskurs9. Czy zatem istnieją, mają prawo istnieć w jego muzyce jak i w muzyce w ogóle, takie utwory czy takie momenty, które moglibyśmy nazwać – jak kiedyś uczynił to autor „Livre pour orchestre” – potężną rzeźbą, dziełem wykutym w skale? Czy da się pomyśleć, obronić klasyczności dzieła, jeśli pomiędzy tym co emocjonalne i racjonalne nie istnieje równowaga, zostaje zachwiana trudna, choć możliwa do wyznaczenia proporcja? 
Najwybitniejszy obok Karola Szymanowskiego XX-wieczny polski kompozytor, choć wyznaczał granice kreacyjnej swobody, bronił indywidualnej metody, natchnienia, a nawet ekstazy. Jego zdaniem każda wielka kompozycja, podobnie jak fresk czy ścienne malowidło, powinna być rozpoznawalna, czytelna i widoczna. Treść muzyczna nie jest tym samym, co wizualne przedstawienie, rysunek czy olejne płótno, ale nie ma nic bardziej mylącego, niż przekonanie, iż wystarczy w dowolny sposób „złożyć” ze sobą nuty, dźwięki, instrumenty, temperamenty czy wykonawcze umiejętności. Jedno jest pewne: muzyki nie tworzy się po to, aby miała ona wyrażać cokolwiek w sposób jednoznaczny10 – przekonywał autor symfonii, preludiów, fug, poematów i kwartetów. Wszelkie, muzyczne i pozamuzyczne skojarzenia są sprawą bardzo indywidualną, lecz wzrokowe lub uczuciowe wizje świadczą raczej – jak zdawał się sugerować autor „Rozmów z Witoldem Lutosławskim” – o ubóstwie muzycznej wyobraźni, o ucieczce w pozamuzyczne znaczenia.
Co jednak czynić, gdy próby „zamknięcia się” w świecie dźwięków stają się bezowocne i choć rozum optuje ku muzyce „czystej”, serce dyktuje inne potrzeby? Czym jest albo powinno być zestrojenie duchowe, wspólność przeżyć, skoro proces komponowania polega na egocentrycznym wypełnianiu własnych życzeń, marzeń, pragnień11, a także wyrażeniu bólu, lęków, rozczarowań, jak i olśnień, zachwytów czy uczuć?
W każdej podróży wiele czasu wypełniają mi listy i lektury. Siedząc długo na skalnym brzegu, patrząc w błękit nieba i morza, kierując wzrok na Illa Dragonera, nie miałem odwagi sięgać po książki. Podobnie było w pustej, usytuowanej naprzeciw wyspy restauracji. Chociaż, oprócz biografii Chopina, zabrałem ze sobą „Rozmowy”, wtedy okazały się one zupełnie bezużyteczne. Trzeba było nieplanowanej wyprawy do Drozdowa, wielu innych spotkań, wędrówek i lektur, żeby tak różne osobowości, osoby z innych epok, kompozytorzy o odmiennym podejściu do sztuki, przemówili jakby jednym głosem.
Dzisiaj, oprócz widoków, z Andratx i z Sant Elm niewiele pozostaje. Dlaczego zatem – pytam nieraz siebie – pojawia się to, czego w gruncie rzeczy tam nie było, nie miało być, nigdy wcześniej ani później spełnić się nie miało prawa, w żaden sposób określić się nie dało?


6

Legend dotyczących nieprzeciętnych osobowości, ludzkich wyzwań, namiętności, upadków albo wzlotów nie brakuje. W mit odwiecznej podróży, wielkiej i szalonej miłości – jak i w jakikolwiek inny mit – łatwiej uwierzyć niż w „suche” fakty, które rzadko poddają się prostej, a tym bardziej dowolnej interpretacji. Wszędzie, gdziekolwiek się udajemy, można odkryć rzeczy wielkie i małe, ciekawe i przeciętne, prawdziwe i wątpliwe, niewarte pamiętania.
Nie wyruszamy w drogę w poszukiwaniu „złotego runa”, ale to, co zobaczymy, co odkryjemy, z czym się spotkamy czy z czym trudno będzie się pogodzić, nie jest nam obojętne. Jeśli myślimy o innych albo podążamy ich śladem, często czynimy tak dlatego, bo sami chcemy się przekonać, co jest prawdą, co zmyśleniem, co cudem a co mitem, co najbardziej osobistym, subiektywnym spostrzeżeniem a co dowodem przenikliwości i przezorności, a nawet nieprzeciętnej wrażliwości. Nie szukamy kłopotów ani banałów. Poszukujemy wyjątkowych przeżyć, ale także inspiracji i piękności, czasem czyjejś bliskości i zrozumienia, czasem tylko odosobnienia.
Udając się do różnych, lepiej lub gorzej rozpoznanych, bardziej lub mniej popularnych zakątków nie jesteśmy w stanie wszystkiego zobaczyć i wszystko sprawdzić, ale lepiej jest, gdy nie gonimy na oślep, nie szukamy sensacji ani nie zadowalamy się tym, co znaleźć możemy w najciekawszym, najlepszym nawet przewodniku.
Nie trzeba dzisiaj zadawać sobie wiele trudu, żeby otrzymać w miarę wystarczająco informacji na temat określonych miejsc i osób, historycznych wydarzeń czy okoliczności czyjegoś pobytu, czyjejś wędrówki, czyichś decyzji. Wystarczy odpowiedni informator, internetowe łącze albo listy, zapiski czy dzienniki, żeby wyprawa nie okazała się szlakiem w nieznane. Nigdy jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co nas czeka, co jeszcze – nieraz zupełnie przypadkiem albo w ostatniej chwili – może się przydarzyć.
Nie planowałem wyprawy do miejscowości osławionej dzięki – ponoć do dzisiaj licznej – kolonii osadników, ludzi przybyłych z różnych stron świata. Nieopodal Puig des Teix lata przed hiszpańską wojną domową spędziła ekscentryczna para: autor „Mitów greckich” i zekranizowanej powieści „Ja, Klaudiusz” oraz pisarka, mistyczka i niedoszła samobójczyni, znana ze swych bulwersujących opinii, jak i kilku dość poczytnych niegdyś książek. Autorka powieści o wojnie trojańskiej miała w 1936 roku opuścić wyspę na zawsze. Robert Graves po drugiej wojnie światowej powrócił na Majorkę, by związać się z inną kobietą, również byłą przyjaciółką Laury Riding, i pozostać w malowniczej osadzie do końca swoich dni.
Czy dobrze się stało, że Gertruda Stein amerykańskiej wizjonerce i zadurzonemu w niej pisarzowi poleciła – jako miejsce tanie i przyjemne – mało znane skupisko imigrantów? Cokolwiek by powiedzieć o ludzkich związkach czy uczuciach, one decydują o wielu konkretnych wyborach. Nie one jednak są, powinny być podstawowym miernikiem, zasadniczą perspektywą, soczewką, w której skupiają się sądy, opinie, domysły czy późniejsze zainteresowania czytelników. Najważniejsze, iż właśnie w Dejá powstała większość wierszy z „Collected Poems”, „Everybody’s Letters” czy krótkich próz niespokojnej i nieobliczalnej Laury, a także gros twórczości zafascynowanego nią mężczyzny.
Mitu potrzebuje każdy, twierdziła autorka „Progress of Stories”, bowiem on zaspokaja ujawniającą się już w dzieciństwie potrzebę zadomowienia, przypodobania się światu. Mit to nic innego jak ołtarz na cześć ulotności, sztuka życia. Z poczucia powszechnego obowiązku, z obawy, że nie znajdziemy sobie miejsca, że będziemy lekceważeni, że zostaniemy odrzuceni przez społeczeństwo albo swoje środowisko, podtrzymujemy zastane wzorce, tradycje czy mitologie. Muzyka i malarstwo, filozofia i religia, a nawet historia i nauka karmią się naszymi ambicjami, przekonaniami, niezaspokojonymi oczekiwaniami. Nie chcemy być śmiertelni, łudzimy się i oszukujemy, że jesteśmy niezniszczalni. I tylko poezja okazuje się przeciwieństwem prawdy Mitu, przypomina o tym, co wiecznie ulotne, nietrwałe, często pozalogiczne, trudne do zaakceptowania, a jednak istotne, a może nawet najważniejsze w życiu. Pozostaje zatem jedna jedyna alternatywa: poezja albo krzywoprzysięstwo społeczeństwa 12.
Przechadzając się po niewielkim, przykościelnym cmentarzu, wędrując stromymi uliczkami nie zastanawiałem się, czym jest poezja albo muzyka, jakie prawa rządzą sztuką, w jaki sposób wiąże się ona z egzystencją albo w jaki sposób wiąże nas ona z mitem, potrzebą nieśmiertelności. O niedalekiej, ponadplanowej wyprawie zadecydował przypadek, a właściwie – ściśle rzecz ujmując – dogodne połączenie autobusowe i krótka wzmianka w przewodniku „Pascala” o grobie Roberta Gravesa i okolicznościach jego pobytu na Majorce. Być może, gdyby nie jeden pogodny i zarazem cichy dzień spędzony w Dejá, nie zainteresowałbym się osobą, która miała stać się na krótko muzą i kochanką, towarzyszką życia sławnego pisarza. Lakoniczność informacji, świadomość, iż legenda jest zawsze łatwą pożywką, lecz nigdy nie stanie się prawdziwym dla duszy pożywieniem, długo nie dawała spokoju i, już po powrocie do Paryża, kazała szukać i pytać. Nie o prawdę egzystencji ani własne czy cudze wyobrażenia, lecz o przemijanie, upływający czas i istnienie, sens trwania, sens bycia pośród żywych i umarłych.
Każda podróż jest wyzwaniem – wobec siebie, przyrody a nawet kosmosu. Niekiedy okazuje się wzlotem, okazją, by przybliżyć się do spraw, o jakich miało się niejasne lub żadne pojęcie. Bywa też wytchnieniem i ukojeniem. Niekiedy okazuje się fiaskiem, rozczarowaniem, rozgoryczeniem. Trudno się oszukiwać i udawać, iż nie bywa rodzajem krzywoprzysięstwa, próbą pogodzenia się z rzeczywistością. Ale – co dla mnie zawsze posiadało ogromne znaczenie – jest również nie kończącym się dialogiem, rozmową z tymi, których już nie ma.


7

Zapewne najlepszy, najwłaściwszy byłby chronologiczny zapis, zestawienie dat, miejsc i zdarzeń. A jednak Villa Valldemosa, Sant Elm czy Dejá powraca w pamięci wraz z wieloma, z pozoru nie związanymi ze sobą sprawami. Co więcej, jazda XIX-wieczną kolejką z Palmy do Sóler, wśród cytrynowych i pomarańczowych sadów, poprzez góry i żyzne doliny, teraz zdaje się zbytkiem, codzienne wieczorne spacery brzegiem Playa de Palma – jedynie głębszym oddechem, wyprawy do Ses Maravelles i S’Arenal – zaspokojeniem ciekawości, poszukiwaniem dodatkowych wrażeń.
Mimo, że nadal dokładnie pamiętam lądowanie, pierwsze, jak i ostatnie kroki po balearskiej wyspie a potem niezwykły widok z samolotu, gdy jednym spojrzeniem, jakby za jednym razem można było ogarnąć wszystko – przeszłość i teraźniejszość, myśli i zachowane, wbite w pamięć obrazy – nie odczuwam potrzeby, by traktować tak samo każde przeżycie, każdy szczegół czy każdy cel wędrówki. Ciągle pojawia się coś nowego, nieprzewidzianego, a nawet zaskakującego.
Od ostatniej wiosny, niemal do jesieni, przygotowywałem się do wyprawy do Grecji; w grę wchodziła Kreta albo Rodos. Bardzo pragnąłem ujrzeć choćby cząstkę tego świata, z którego wywodzi się cała zachodnia cywilizacja. W połowie października dowiedziałem się, iż – tym razem – z Hamburga polecieć mam w innym kierunku. I w połowie listopada znalazłem się tam, gdzie – jak kiedyś naiwnie wierzono – słońce zanurza się w morze, a potem wydostaje się na powierzchnię, by oddzielić dzień od nocy, decydować o rytmie życia, o ludzkich planach i działaniach.
Gdy niemiecki samolot ogromnym łukiem podchodził do lądowania w Faro, a po ośmiu dniach wzniósł się nad Ilha do Anção i Ilha da Berreta, zdawało mi się, iż przybyłem i opuszczam Algarve nie po raz pierwszy. Nie miałem wątpliwości, że to, co mnie spotkało, łączy się z wieloma innymi miejscami i wydarzeniami. Albowiem w Praia de Dona Ana, Ponta da Piedale czy Cabo de São Vincente zrozumiałem, iż nie zwykły przypadek ani ślepe zrządzenie sprawiło, że znalazłem się na peryferiach Europy a nie w dawnym centrum Starego Kontynentu. I dopiero tam powróciłem do lektur i pytań, które od zimy 2000 roku nie dawały mi spokoju.
Niegdyś William Backford znalazłszy się – wbrew własnym planom – w Portugalii i Hiszpanii ujrzał nieznany, przez długi czas obcy sobie świat. Gdy go poznał, był przeświadczony, iż najgorszą z rzeczy jest przekonanie, że istnieje tylko jedna, bliska nam rzeczywistość. Każdy musi najpierw poznać dobrze to, co jemu najbliższe, najwłaściwsze, ale to dopiero początek drogi. Miarą naszych odkryć czy dokonań nie jest wcale wyznaczony szlak – o nim bowiem często nie decydujemy sami. Miara jest ponad a zarazem w nas. Miarę wyznaczają różne dzieła, nasze tęsknoty, niekiedy własne porażki i niespełnienia, ale też głód poznania, wola odkrywania, zdolność do myślenia i odczuwania, przyjmowania tego, co na zewnątrz i wewnątrz, głęboko w nas. Każdy posiada swoje mapy, przewodniki, punkty odniesienia. Nie każdy cel udaje się osiągnąć. Nie każde marzenie zyskuje pożądany kształt, formę, strukturę albo wyraz. Ale czy można i warto by żyć, gdyby o naszych wyborach decydowały tylko zasady ekonomii, prawa rynku, zdroworozsądkowe kalkulacje albo pustka, znużenie, ucieczka, poszukiwanie siebie, chęć zaspokojenia banalnych potrzeb i nieuzasadnionych ambicji?
Mimo że George i Fryderykowi na Majorce nie udało schronić się przed światem, mimo że zawiodła sama natura13, nie wolno zapominać, że właśnie tam powstał cykl 24 Preludiów, dwa Polonezy op. 40 czy Ballada F-dur i stamtąd, poprzez Barcelonę i Marsylię, prowadziła droga do Nohant, do najpłodniejszego, najbardziej twórczego okresu w życiu polskiego kompozytora. Zdaniem swojej towarzyszki podróży, gdy komponował, nie zdawał sobie sprawy, na jakim świecie żyje. I chociaż podczas całego pobytu w Hiszpanii często chorował, był w tak złym stanie, że obawiano się o jego życie, jego muzyka kazała myśleć o raju, a nie o cierpieniu, bólu czy śmierci.
Nigdy zapewne nie da się rozstrzygnąć kwestii, czy jedna z najważniejszych w życiu Chopina osób była aniołem czy demonem, czy dzięki niej wiele rzeczy stworzył, czy był tułaczem i samotnym geniuszem męczonym chorobami, otoczonym niedorzecznymi i małostkowymi istotami, czy też wszystko, oprócz muzyki, należy umieścić na drugim planie. Jednak nie sposób chyba dowodzić, iż na jego twórczość nie wpłynęły ani kobiety, ani określone fakty, ani spełnione czy niespełnione zamierzenia.


8

Być może po trzech prawie latach, jakie minęły od wyjazdu na Majorkę, zamiast niedawnej wyprawy do Algarve warto by wspomnieć pobyt w Nohant, a nawiązując do rozważań Lutosławskiego powinienem powrócić do rozmowy z Tadeuszem Kaczyńskim czy do koncertu z lutego 1995 roku w paryskiej siedzibie UNESCO. Ale przecież autor książki-wywiadu zwracając się z prośbą o pomoc w zorganizowaniu wieczoru na cześć zmarłego kompozytora po prostu trafił pod niewłaściwy adres. Nie reprezentowałem żadnej instytucji ani, z powodu braku jakichkolwiek muzycznych kontaktów, nie umiałem wskazać odpowiednich osób, właściwych adresów czy wpływowych osobistości. W jakiś czas potem, gdy dotarła do mnie wiadomość, że polski muzykolog, autor liczących się monografii, założyciel Filharmonii im. Traugutta w Warszawie, zginął w Tatrach, żałowałem, iż nie zapytałem o wiele rzeczy, że nie starczyło mi odwagi, aby namówić go na krótki wywiad lub dłuższą dysputę. Po pobycie w Nohant nie raz obiecywałem sobie, że wrócę do spraw, jakie od lat nie dają mi spokoju, ale wciąż pozostawało zbyt wiele pytań, zbyt wiele wątpliwości.
W swoich zainteresowaniach jesteś za bardzo klasyczny – usłyszałem od Joanny, gdy polecała dzieła Barbera i Brittena. Długie, często nocne dysputy, rozmowy o Paulinie Viardot, XIX-wiecznych muzycznych salonach, stylu Chopina i nowoczesnych, niekiedy kontrowersyjnych interpretacjach jego utworów, relacje z lekcji jazzu u Laury Littardi a nawet poszukiwanie nagrania z dziełami Beethovena, symfoniami w wykonaniu wiedeńskiej orkiestry pod batutą Carlosa Kleibera, przypominają nieustannie, jak wiele jeszcze przede mną i – o czym nie mogę zapominać – jak wiele zawdzięczam przypadkowi, a właściwie jednemu spotkaniu. Czyż właśnie od tego, kogo, kiedy, gdzie i w jaki sposób mamy szczęście spotkać a potem bliżej poznać, nie zależy niekiedy najwięcej? A może wszystko całkiem inaczej mogło wyglądać, od czego innego powinno się zacząć? – pytam teraz siebie.

* * *

Autor popularnych niegdyś szkiców, zastanawiając się nad sonatą śmierci, nazwał ją jedną z najbardziej zagadkowych a jednocześnie przestrzegał przed poszukiwaniem linii programowych, ukrytych symboli, melodeklamacyjnych liryzmów czy pozawarsztatowych wykładni. Wspomniał przy okazji, iż Arturowi Rubisteinowi, gdy grał Sonatę b-moll, jej finał wydał się poświstem wiatru na cmentarzu. Inni doszukiwali się błędnych ogników czy schadzki duchów. Jeszcze inni uznali, iż romantyczny twórca przeczuwał impresjonizm. Karol Stromenger ostrzegał przed formułą odwiecznego poetyzowania na temat muzyki Chopina, zupełnie obcą kompozytorowi postawą pomnikową, tworzeniem nowych legend. Trzeba być wielkim majstrem formy, aby tak władać bezkształtem, aby rzucać urywki tak w swym niedokończeniu skończone – pisał na temat preludiów14.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że autor  dwóch Polonezów op. 40 czy Ballady F-dur – jak każdy prawdziwy twórca – unikał patosu, a tam, gdzie osoba przez długi czas mu najbliższa dopatrywała się nadzwyczajnych wzruszeń i niezwyczajnych przeżyć, decydowały przede wszystkim: warsztat i wyobraźnia, zmaganie się z muzyczną materią i długa walka – ludzki a nie nadludzki wysiłek! – trud dochodzenia do prawdy.
Chyba nigdy nie będę umiał wytłumaczyć się ze swoich muzycznych upodobań. Mój odbiór Chopinowskich mazurków, etiud, preludiów czy sonaty śmierci nie jest z pewnością czysty, wolny od skojarzeń, zapamiętanych obrazów i nieobojętnych myśli. Niełatwo przyznać się do własnych ograniczeń, a znacznie trudniej z nimi żyć, radzić sobie z rzeczywistością, w której z bezkształtem łączy się to, co najbardziej zmysłowe, odczuwalne i bliskie, niemożliwe do wyrażenia – a jednak istniejące, nieobce – a jednak niedosięgłe. 
Wiele razy – wspinając się po schodach mansardy przy avenue de Camoēns a potem słuchając muzyki albo czekając na odpowiedź na jedną z nierozstrzygalnych kwestii – zastanawiałem się, dlaczego los wciąż z nami igra, ofiarowuje wiele, ale i szybko odbiera, otwiera przed nami nowe horyzonty i zamyka we własnych wyobrażeniach, przypuszczeniach, a nawet marzeniach. I chciałem zapytać, gdzie przebiega granica między prawdą serca a jasnym, trzeźwym, pozbawionym złudzeń oglądem i oczywistą konstatacją, iż nie żyjemy między niebem i ziemią, nie jesteśmy zjawami ani pozbawionymi wad, wolnymi od przyziemnych potrzeb istotami? Czyż na naszą codzienność nie wpływają najbardziej trywialne uprzedzenia i ambicje, niezbyt wzniosłe ideały? Czy szukając piękna nie idziemy zbyt daleko a słuchając deszczowego preludium zbyt łatwo nie zatrzymujemy się na sobie, w swoich nadziejach, tęsknotach lub obawach?
Być może większość ludzi nie ma z tym problemu i nie musi rozmawiać z cieniami albo toczyć swój dialog z umarłymi. Być może są tacy, którym różne prawdy Mitu, jak i od nich odstępstwa, nie przeszkadzają, nie wypełniają godzin spędzonych w drodze ani nie powracają w dyskusjach, w bardziej lub mniej emocjonujących dysputach, w listach albo tylko w zamysłach. 
Wieczór, który przeciągnął się prawie do rana, mógł wyglądać inaczej. Mógł się wcale nie wydarzyć! Ale przecież – los czy traf, szczęście czy zwykły był to przypadek? – nieważne jest, co mogłoby się stać. Ważne, co było, co jest, co jeszcze raz może lub będzie chciało – zamiast snu – ofiarować chwilę, która nie tyle zbliża do prawdziwej poezji, najczystszych dźwięków lub wielkiej muzyki, co nie pozbawia nadziei, że jutro, pojutrze, uda się zrozumieć, pochwycić, zatrzymać również to, co nietrwałe, co z pozoru śmiertelne, co niewidoczne – a jednak rzeczywiste. 

* * *

Jeżeli powstaje wiersz albo, na nutowym papierze, udaje się komuś zapisać nie tylko własne wzruszenia, jeżeli z dalekiej podróży nie przywozimy jedynie bezwartościowych pamiątek, a z nocnej rozmowy, z zasłuchania lub zapatrzenia nie pozostaje jedynie ulotne wrażenie, jeszcze jeden niespełniony, w półjawie śniony sen, może warto przezwyciężać własną słabość, własne ograniczenia albo własną i cudzą obojętność, wszelką niechęć, niemoc lub lęk.

Marek WITTBROT

Paryż, listopad-grudzień 2003

1 Por. Cyprian Norwid, List do Marii Trębickiej, w: Cypran Norwid, „Pisma wszystkie”, t. VIII, Warszawa 1971, s. 287.
2 Paweł Beylin w przedmowie do książki Karola Stromengera „Czy należy spalić Luwr?”, Warszawa 1970, s. 5.
3 List George Sand do Francois Buloz z listopada 1838 oraz list do Marliani z 14 grudnia 1838 roku, w: „Lettres de Chopin et de George Sand 1836-1839”, Palma de Mallorca 1975, ss. 48, 63. Por List do Władysława Grzymały; w: „Korespondencja Fryderyka Chopina z George Sand i jej dziećmi”, przełożyła Julia Hartwig, Warszawa 1981, s. 271.
4  Por. Belinda Jack, „George Sand”, przełożył Jerzy Korpanty, Warszawa 2002, s. 238-251.
5 George Sand, „Dzieje mojego życia”, przełożyła Maria Dramińska-Joczowa, Warszawa 1968, s. 334.
6 Bernadette Chovelon, Christian Abbadie, „La Chartreuse de Valldemosa. George Sand et Chopin a Majorque”, Paris 1999.
7 J.w., s. 232.
8 George Sand, j.w., s. 333.
9 George Steiner, „Rzeczywiste obecności”, przełożyła Ola Kubińska, Gdańsk 1997, s. 21.
10 Tadeusz Kaczyński, „Rozmowy z Witoldem Lutosławskim”, Warszawa 1993, s. 57.
11 J.w., s. 144-145.
12 Laura Riding, „Mit”, przełożyła Julia Fiedorczuk, w: „Literatura na Świecie” 7-8/2003 (384-385), ss. 33-35.
13 Barbara Smoleńska-Zielińska, „Fryderyk Chopin i jego muzyka”, Warszawa 1995, s. 160.
14 Karol Stromenger, j.w., s. 47.

Publikowany tekst ukazał się w toruńskim piśmie artystyczno-literackim „Undergrunt”, nr 12-13 (1-2/2004), s 131-141.

32-3.jpg (49502 Byte)


Na zdęciu:

Bez tytułu 
(Palma 
de Maillorca, 
2000)

Fot. Marek Wittbrot

.