
|
O poezji, muzyce, krzywoprzysięstwie i nadziei, której nikt
spełnić nie zdoła
Nous sommes
plantés entre ciel et terre
George Sand
1
Wiemy o tym nie od dziś
i przypominamy sobie wcale nie tak rzadko, iż czas zmienia
perspektywę, wciąż każe inaczej patrzeć, czuć i myśleć. Podążamy
niby utartym szlakiem, ale nic nie jest takie, jakie było ani się
wydaje. Musi upłynąć wiele miesięcy, a nawet lat, aby poznane
niegdyś rzeczy albo krajobrazy i – co równie ważne – przemyślenia
nabrały znaczenia, żeby dawne olśnienie nie okazało się naiwnością,
minione przeżycie – chwilowym uniesieniem, pierwsze spostrzeżenia
– mylącym tropem a zrealizowane zamierzenia – zaledwie
impulsem, zalążkiem czegoś nowego: jeszcze nie zgłębionego
albo doświadczonego powierzchownie. Dlaczego więc tak łatwo
wszystko zapominamy? Dlaczego musi pojawić się choćby
nieoczekiwane zdarzenie, żebyśmy powrócili do spraw
najistotniejszych?
Musiało chyba dojść
do tego, w zasadzie przypadkowego spotkania. Znowu zadecydował
splot zdarzeń. Goszcząc przyjaciela poznałem kogoś, z kim –
jak teraz widzę – warto dużo rozmawiać, być, spędzać dni i,
czasem, noce.
Przedwiośnie 2002
roku nie zapowiadało zmian. Wędrowałem z Pawłem – jak jesienią
1990 roku, za jego pobytu z okazji Dni Literatury Polskiej we
Francji – po ulicach Paryża, słuchałem jego publicznych wystąpień,
częściej przysłuchiwałem się prywatnym dysputom niż brałem w
nich aktywny udział. Nie moim pomysłem było zaproszenie kilku osób
na lampkę czerwonego wina. Wieczór, który przeciągnął się
prawie do rana, okazać się miał nie tylko początkiem nowej
znajomości, ale i dalszym ciągiem, kontynuacją, przedłużeniem
wędrówki; drogi, której nie znałem i sam nie wybrałem.
2
Melpomena,
Polihymnia czy Erato także i dziś nie tracą swoich wielbicieli,
ale spotkamy również ludzi, którzy zdają się podzielać opinię
Sekstusa Empiryka, iż muzyka przeszkadza w dążeniu do cnoty. Ów
pogląd pochodzi nie tyle od stoika i sceptyka, co człowieka mającego
do czynienia ze złym przykładem, złą sztuką.
Sokrates i Platon kładli
nacisk na aspekt wychowawczy muzycznego wykształcenia. Arystoteles
w ósmej księdze „Polityki” pisał o Lakończykach, którzy
nie ucząc się muzyki potrafią trafnie osądzić, jaka pieśń
jest dobra. I zastanawiał się, komu i czemu służy, jak powinna
oddziaływać, czy jest tylko wytchnieniem, przyjemnością, czy ma
kształtować charakter i duszę. Jego podejście – jak byśmy
dzisiaj powiedzieli – było czysto utylitarne. Albowiem Stagiryta
wyżej stawiał gimnastykę czy sztuki wojenne, mniemał iż nie
jest ona ważniejsza od tego, co bezpośrednio – zresztą nie
tylko w jego czasach – decyduje o życiu, nie tylko losie
jednostki, lecz całego państwa.
Takich jak ja, czyli osoby muzycznie
nieutalentowane, ów punkt widzenia winien uspokajać albo
przynajmniej pocieszać. Dlaczego więc zdaje się jedynie przykładem,
próbą zrozumienia porządku rzeczy? Dlaczego nie jest ani
pokrzepieniem, ani usprawiedliwieniem?
Muzyka zaczyna
się tam, gdzie kończy się mowa – usłyszałem niedawno.
Autorem tej opinii nie była jednak osoba wypowiadająca powyższe
zdanie, lecz Claude Debussy. Najbardziej ulotna z muz jest
przecież nieprzetłumaczalna na słowa1 – czytamy
we wstępie do popularnych niegdyś felietonów. Sprawa jednak –
jak zaznaczał Paweł Beylin – nie jest prosta ani oczywista.
Gdzie zatem rozpoczyna się etiuda, ballada czy symfonia, a właściwie
ich powstanie? Skąd pęd, pragnienie, by przekroczyć barierę słów
a zarazem być czytelnym i przekonującym?
Kto chce, znajdzie dostatecznie wiele
literatury na ten temat, ale przecież nawet najlepsza teoria nie
rozstrzygnie problemu. Tego, co wykracza poza semantyczny opis, nie
sposób zamknąć w sztywnych ramach formuł i pojęć. Jednocześnie
nie wolno zapominać, iż nie poruszamy się po grzęzawisku i nic
nie jest bardziej obce prawdziwej kompozycji, niż chaos, brak
rzetelnego zapisu, logicznych powiązań, płynnej narracji,
czytelnej frazy. Słowem, brak ładu i harmonii. Geniusz ustala swój
porządek, wprowadza nowe zasady i „pewniki”, ale nie jest kimś
z innej epoki, nie pojawia się znikąd, nie tworzy z niczego i nie
istnieje w historycznej próżni.
W jednym z listów,
pisząc o Chopinie, autor „Promethidiona” zauważył, iż najwyższego
liryzmu sięgać2 można dopiero wtedy, gdy
potrafimy oprzeć się konwencji. Uproszczenia, jak i
przerost formy, uleganie modzie, jak i niedostatki warsztatowe,
schlebianie pospolitym gustom, jak i oderwanie od rzeczywistości
– nie sprzyjają powstaniu oryginalnego dzieła. Niełatwo jednak
wykreślić granicę pomiędzy inwencją a konwencją, chybionym i
trafnym wyborem, inercją a konstruktywnym działaniem.
Przed laty, z ust
Kazimierza Wiłkomirskiego, usłyszałem opinię, iż utwory jakie
są najczęściej lansowane charakteryzują się skrajnym ubóstwem
fantazji i rozpaczliwym ubóstwem środków technicznych.
Nestor polskich muzyków mówił o panującej psychozie i jednocześnie
nie tracił nadziei, że zwycięży dobry smak i przestaniemy słuchać
nieartykułowanych dźwięków. Jego zdaniem chaos opanował
wiele dziedzin ludzkiej egzystencji i trzeba wyjść z zaklętego
koła, normalnie słuchać i patrzeć, nie wstydzić się własnych
upodobań, swoich wzruszeń czy swoich uczuć.
3
Gdy w ponury, dżdżysty, styczniowy poranek
2000 roku wchodziłem na pokład samolotu, cel był jeden: wyspa
jaskiń, mioceńskich skał i mezozoicznych wapieni. Nie ujrzenie
modnej, odległej krainy obfitości, nie ucieczka od codzienności
ni poszukiwanie nowych atrakcji, lecz sprawdzenie, przekonanie się
na własne oczy, jak wygląda zakątek, o którym tyle dobrego i złego
słyszałem, jak mogli czuć się przybysze na obcy im ląd,
dlaczego z pasją albo żalem pisali o tym, czego doświadczyli,
dlaczego szybko chcieli uciec gdzie indziej albo długo nie mogli
rozstać się ze swoimi widokami.
Brema – co zimową
porą nierzadko się zdarza – zdała się pogrążona w głębokim
śnie. Znam osoby, które wiele lat mieszkając w cieniu Rolanda
nie mogą się do tego przyzwyczaić. Wprawdzie nigdy nie byłem
bremeńczykiem dłużej niż trzy miesiące i najczęściej
przybywałem nad Wezerę wiosną i jesienią, nie umiem jednak
pogodzić się z takim nastawieniem. Lot znad Morza Północnego,
poprzez Alpy i Lwią Zatokę, do największej z Wysp Balearskich
nie trwał długo. Ku swojemu zaskoczeniu ujrzałem – najpierw
nie zakryte chmurami górzyste brzegi a potem rozjaśnioną słońcem
Zatokę Palmy. Ulice stolicy dość chętnie odwiedzanej prowincji
– jak miało się szybko okazać – w niczym nie przypominały
atmosfery miasta, jakie tego samego dnia, nieco wcześniej, opuściłem.
Początkiem
listopada 1838 roku, przybijając do brzegów obcego lądu, George
i Fryderyk, a także Solange i Maurycy Sand, byli oczarowani, zdawało
się im, że wreszcie mogą spełnić swoje marzenie. Niedługo
musieli czekać, aby się przekonać, jak wiele spotka ich trudności.
Po opuszczeniu frachtowego statku i zainstalowaniu się w Calle de
Marina pojawiły się poważne problemy. XIX-wieczna Palma nie
oferowała „bogatego” nocnego życia, oprócz uciekinierów nie
ściągała wielu gości ani nie traktowała przychylnie każdego,
kogo stać było na pozostawienie na wyspie cząstki swojej
fortuny.
Współczesny
holenderski czy angielski turysta nie musi się obawiać ani o
transport, ani o lokum. Wszystko jest sprawnie zorganizowane. Już
na lotnisku – gdzie panuje największy ruch – czekają uśmiechnięte
hostessy. Kto nie zdążył zarezerwować hotelu lub wynająć
samochodu, może to uczynić zaraz po przylocie. Oferta – zważywszy
na zimową porę – jest bogata. Spóźnialskich,
niezorganizowanych lub dzikich przybyszów raczej się nie spotyka.
Nie każdy potrafi sobie poradzić z nieskomplikowanymi
oznakowaniami, ale Niemcy – na krótko towarzysze mojej wyprawy
– z natury trzymają się razem; nikt się nie wyłamuje, nikt
nie ma wątpliwości, że agencja, jakiej się powierzył, dawno załatwiła
wszelkie formalności. Jeśli nawet zdjęcia z reklamowego
prospektu okazują się nie odpowiadać rzeczywistym standardom a
proponowane atrakcje są niezbyt tanie, znacznie droższe niż te
same usługi organizowane własnym sumptem, nikt nie ma odwagi głośno
zaprotestować, nikt prawie nie zdaje się na siebie. Wszelkiego
typu absencja albo chodzenie własnymi ścieżkami niemile są
widziane, ale gdy gospodarze przekonują się, że mają do
czynienia z kimś zza dawnej Żelaznej Kurtyny, przestają się
dziwić i nalegać na korzystanie ze swoich usług. Co najwyżej
dają odczuć, że jest się obywatelem gorszej Europy.
Katedra La Seu,
siedziba mauretańskich gubernatorów, piesza wędrówka do Castell
de Bellver i inne, niezaplanowane szlaki – pozwalają się
przekonać, że nie brakuje rzeczy godnych zobaczenia a dawna
obskurna portowa dzielnica przestała być tym, czym jesienią 1838
roku była dla niecodziennych pasażerów „El Mallorquin”. Inna
sprawa, że i w sercu miasta, nieopodal bazyliki de Sant Francesc,
przypadkiem można znaleźć się w zaułku, który nie zachęca do
dłuższego postoju.
Koncerty, owacje,
wizyta u wdowy po Isaaku Albénizie, salonowe dysputy i uznanie dla
swego talentu stanowiły tło pobytu Artura Rubinsteina na Majorce
w 1916 roku. Inaczej ułożyły się losy tego, któremu jeden z
najsłynniejszych pianistów XX wieku w dużym stopniu swój sukces
zawdzięczał. Ale chyba, nie tylko na balearskiej wyspie, lepiej
pojawiać się incognito, nie czuć presji środowiska,
omijać wpływowych notabli i strzec się publiczności.
Ani autorka
agresywnych, feministycznych książek, ani towarzyszący jej,
borykający się z kłopotliwymi przypadłościami, nietypowy podróżnik
nie zamierzali na nieznanym, otoczonym morzem lądzie prowadzić
bujnego towarzyskiego życia. Raz po raz wyruszali w drogę z
nadzieją, że odzyskają równowagę i pogodę ducha, a także
samych siebie. Od proboszcza kościoła Sant Miquel wynajęli cele
w opuszczonym, zagubionym pośród gór klasztorze. Po
niespokojnych, a niekiedy irytujących dniach spędzonych w stolicy
wybrali oddaloną o osiem kilometrów wioskę i So’n Vent (Dom
Wiatru) a następnie, po krótkim pobycie u domu francuskiego
konsula, zainstalowali się nieopodal Fontamelles.
4
Wyprawy na Półwysep
Iberyjski, szczególnie wśród francuskiej bohemy artystycznej,
stały się modne pod koniec lat trzydziestych XIX wieku. Chociaż
narzekano na straszne drogi i podłe oberże, podróżników przyciągały
nieznane pejzaże, bogate stroje, gorące andaluzyjskie czy
kastylijskie rytmy. Nieobojętnie też patrzono na egzotyczną urodę,
piękność i powab hiszpańskich seňoritas. Moda na kraj
Calderona i Cervantesa sprawiła, iż 1838 roku zaprezentowano w
Paryżu obrazy takich mistrzów jak Vélasquez, Murillo, Zurbarán
i Goya. Latem tego samego roku, z powodu obaw o zdrowie swojego
syna, pani Sand zaczęła myśleć o wyjeździe. Najpierw w planach
pojawiła się Italia. Ostateczna decyzja zapadła na początku października
a wybór padł na inny, dobrze znany protektorom i wielbicielom jej
talentu zakątek.
Kilka osób spośród
salonowego paryskiego towarzystwa, a nade wszystko zaprzyjaźnieni
z autorką „Lelii” państwo Marliani próbowali roztoczyć
wspaniałe perspektywy, zachęcić do poznania – jak podkreślali
– cudownych widoków. Przekonywali, iż mimo dopiero co zakończonej
wojny i utraty niezależności Majorkanie nie odnoszą się wrogo
do obcych, są dla nich nadzwyczaj mili i serdeczni. Francisco
Frontera y la Serra, 31-letni kataloński wirtuoz, który jako
pseudonim przybrał nazwę wioski Valldemosa, swojej rodzinie i
znajomym zawczasu zarekomendował przybycie paryskich gości.
Rekomendacji i kontaktów zresztą im nie brakowało. Zdawało się
więc, iż mimo pojawiających się przeciwności, pobyt na wyspie
musi przynieść upragnioną odmianę, dostarczyć wyjątkowych
przeżyć.
Spośród dziesięciu
cel Królewskiego Kartezjańskiego Klasztoru Jezusa z Nazaretu, do
których dochodzi się długim korytarzem, jedną zajmowała
niejaka Maria Antonia, kobieta z kontynentu, następną katolicki
proboszcz, kolejne: dawny zakonnik i zarazem aptekarz, dozorca,
wreszcie Ignatio Durán, człowiek interesów z Madrytu, ze swoją
żoną i bratankiem. Państwo Duránowie zaproponowali francuskim
przybyszom swoje lokum wraz z wyposażeniem. Zgodzili się je odstąpić
– jak przekonywali – po wyjątkowo niskiej cenie. W rzeczywistości
dziwić się należy, iż nieuczciwe zamiary, niewiarygodna wprost
bezczelność i podejrzana transakcja zostały zaakceptowane.
Źle usytuowane,
zimne pomieszczenia i nieustanne deszcze nie sprzyjały ani
wypoczynkowi, ani kreacji. Co gorsza, stan zdrowia kompozytora
pogarszał się z dnia na dzień i to, co miało być niemal królewską,
najcudowniejszą, najbardziej poetycką rezydencją na
ziemi3 stawało się coraz większym zmartwieniem
– i dla Fryderyka, i dla pani Dudevent, i dla jej, dość
oryginalnej kompanii. Trudno było mówić o podniosłej
atmosferze, choć Chopin nie tracił entuzjazmu i, w przeciwieństwie
do swojej opiekunki i kochanki, doceniał walory rozległej
przestrzeni, bogactwo natury i poetyckość krajobrazu. Dodatkowym,
poważnym problemem okazała się społeczność wioski, która
zaczęła traktować ekscentryczne towarzystwo jak intruzów i
bezbożników. Pochodzący z XVII-XVIII wieku klasztor, z którego
w 1835 roku wypędzono zakonników, miał być doskonałą samotnią,
wymarzonym azylem, lecz nie trzeba było długo czekać, żeby
zachwyt przerodził się w rozgoryczenie a nadzieja na szczęśliwe,
w twórczej atmosferze spędzone chwile ustąpiła miejsca powiększającej
się apatii, poczuciu wyobcowania. Obydwoje mimo wszystko wiele
pracowali. Efektem wyprawy stały się nowe preludia i polonezy,
Ballada F-dur op. 38 czy Scherzo cis-moll op. 39, a także „Spirydion”,
czyli historia benedyktyńskiego opata, w której autorka, w dość
mglisty sposób, próbowała wyłożyć swoje
socjalistyczno-chrześcijańskie idee oraz – powstała po
powrocie do Francji, raczej nużąca – „Zima na Majorce”.
Korzystanie z położonej
na szczycie klifu kwatery trwało 56 dni i zakończyło się w
lutym 1839 roku. Niewielką pociechą okazał się sprowadzony z
wielkim wysiłkiem fortepian Pleyela, który przy wyjeździe nastręczył
dodatkowych kłopotów a obecnie, dla wielu turystów, stanowi główną
atrakcję. Autorka jednej z licznych biografii francuskiej pisarki,
zatytułowała rozdział poświęcony nieudanej eskapadzie i
pobytowi w Valldemosie „Od przyjemności do wzniosłości”4.
Należałoby jednak powątpiewać w tego typu konstatację i zapytać,
czy bardziej odpowiedni nie byłby tytuł „Od wzniosłości do
przyziemności”? Zresztą w swojej autobiografii George Sand
wyznała, iż dni spędzone w klasztorze kartuzów były dla niej męką,
a dla Fryderyka udręczeniem. Mimo że nie było ponoć duszy
szlachetniejszej, delikatniejszej i bardziej bezinteresownej ani
wierniejszej i lojalniejszej w przyjaźni, mimo że jej
towarzyszowi podróży nie brakowało ani błyskotliwości, ani
humoru, ani dobrej woli, skarżyła się, iż trudno o bardziej
nierówne usposobienie, kapryśną i pełną urojeń wyobraźnię,
drażliwość bardziej podatną na urazy, wymagania serca bardziej
niemożliwe do zaspokojenia5. Tak czy inaczej –
jak uważają chociażby autorzy książki „La Chartreuse de
Valldemosa”6 – pobyt na wyspie był dla
francusko-polskiej pary zaledwie preludium, okazją do poznania się,
rozpoznania swoich ról, uczuć i zamiarów.
Styczeń 2000,
podobnie jak początek 1839 roku, był bardzo pogodny, raczej
wiosenny niż zimowy. I cały mój pobyt na Majorce, wbrew wcześniejszym
obawom, nie przyniósł ani ulewnego deszczu, ani specjalnych wahań
temperatur. Ale Valldemosa witała chłodem, ciężkimi, wyzierającymi
zza szczytów chmurami, sennością i szarością, zastygłym w
bezruchu, mało widocznym, typowo prowincjonalnym ludzkim
skupiskiem.
Dzisiaj nikt się nie dziwi obcym, na ogół
pojawiającym się na krótko, tylko po to, żeby ujrzeć ni
pustelnię, ni sanktuarium sztuki. Nikt też nie rzuca w przybyszów
kamieniami, mieszkańcy ukrytej pośród gór wioski wydają się
zadowoleni z faktu, iż gości – bardziej lub mniej
ekscentrycznych – nie brakuje przez okrągły rok. Nie zachęca
do dłuższego zatrzymywania się i pomnik (banalna podobizna
kompozytora, którą, jak informuje okolicznościowa tabliczka, miała
zaszczyt odsłonić żona prezydenta Rzeczypospolitej), i mnóstwo
wątpliwej wartości upominków. Ani długo oczekiwany i prawie
bezużyteczny dla Chopina fortepian, ani zgromadzone w muzealnych,
dawnych klasztornych celach eksponaty nie robią takiego wrażenia
jak potężna budowla i jej otoczenie.
Opuszczając Palmę
a potem Hiszpanię potomkini saskiego rodu nie zawahała się
stwierdzić, iż w tym niegościnnym zakątku Europy jej noga więcej
nie postanie, zaś ze wstrętnym narodem7 będzie
mieć jak najmniej do czynienia. Z czasem, w swoich listach,
wspomnieniach i książkach potrafiła powściągać własne
emocje, w sposób bardziej wyważony wypowiadała się o ludziach i
zdarzeniach, a także własnych rozczarowaniach i osiągnięciach
jesienno-zimowej wyprawy 1838/1839 roku.
W przedmowie do
listów, jakie łatwo nabyć w celi Fryderyka Chopina i George
Sand, czytałem o początkach wielkiej miłości dwojga
wielkich ludzi, o złotej wyspie i o prestiżowej, jednej z
najbardziej przejmujących, najwspanialszych samotni Majorki.
Ktokolwiek jednak chciałby tam odzyskać równowagę, nacieszyć
się samotnością czy też odkryć coś zaskakującego, nie
powinien zapominać o jednym: nigdy niczego nie da się do końca
zaplanować.
5
Nie w opuszczonym klasztorze kartuzów,
lecz w Andratx i w Sant Elm czy, jak wolą nazywać zagubioną osadę
Katalończycy, San Telmo odniosłem wrażenie, iż znalazłem się
między niebem i ziemią, mimo że rytm życia wyznacza tam morze i
słońce. Dojechać udało się do wciśniętej między wzgórza,
dość zaniedbanej mieściny, albowiem poza sezonem mało kto chce
wyprawiać się dalej. Większość, jeśli nie wszyscy spośród
pasażerów autobusu, ruszyła prosto na targ. Nikogo nie
interesował zachodni kraniec Illa de Mallorca. Nad malownicze
klify czy w pobliże nie zamieszkałej, groźnej i pociągającej
Illa Dragonera nie dotarła jeszcze cywilizacja, a raczej typowa,
nowożytna subkultura z handlowymi centrami, hotelami i niedbale
porozrzucanymi osiedlami. Puste zimą domy – jak łatwo się domyślić
– wiosną zamieniają się w turystyczne kwatery, skupiska
wielotysięcznej, złaknionej swobody i natury gawiedzi. Ani
nadzwyczaj pogodny początek roku, ani z każdym rokiem coraz większy
napływ cudzoziemskich poszukiwaczy nowego eldorado nie zmienił
starych zwyczajów. Taksówka, która w tej sytuacji pozostała
jedynym dostępnym środkiem lokomocji, na szczęście nie okazała
się droga. Wreszcie, po dotarciu do celu, miałem poczucie, iż
ocalała jeszcze nieskażona, nienaruszona przyroda i człowiek, który
potrafi z nią współistnieć i współpracować.
George Sand
wspominając młodzieńczą twórczość Chopina, a zarazem
niefortunną jesienno-zimową wyprawę pisała o nieznanych
romancach, pełnych uroczej swojskości i cudownej słodyczy.
Według niej niektóre kompozycje autora deszczowego, majorkańskiego
preludium przypominają kryształowe źródło, w którym odbija
się światło słońca, a także chwile pogodnej ekstazy
czy błyski niezmąconego w swej pogodzie piękna, będące
udziałem każdego niemal, gdy doświadcza rzeczy zwyczajnych a
zarazem niezwykłych, bo związanych z nieubłaganymi prawami,
niezmiennym rytmem, porządkiem natury. Niestety, zamierzenia miały
się okazać niemożliwe do zrealizowania. Żałosny krzyk wygłodniałego
orła na skałach Majorki, przykry świst północnego wichru i
ponury smutek płaczących wierzb pokrytych śniegiem przygnębiały
go o wiele dotkliwiej i dłużej, niż radowała woń drzew pomarańczowych,
uroda gron winnych i mauretańska kantylena oraczy8
– czytamy we wspomnieniach francuskiej powieściopisarki.
Współczesnemu
czytelnikowi i jednocześnie interpretatorowi romantycznych,
literackich czy muzycznych dzieł podobny zapis wydaje się
niekiedy zbyt patetyczny, nadmiernie wystylizowany, a przez to
pretensjonalny, lecz czyż nie umieszczamy swoich wzruszeń albo
przeżyć w konkretnej przestrzeni, właśnie pośród spokojnych
czy groźnych krajobrazów? Czyż nie łączymy słowa z obrazem
albo dźwięku z wyobrażeniem, wspomnieniem lub doznaniem?
Zwracając uwagę
na obecną w dziele polskiego kompozytora, ujawnioną dzięki
Busoniemu, pewną dozę samozadowolenia, jeden z najbardziej
dyskutowanych a zarazem liczących się współczesnych myślicieli
uważa, iż szczególna zwartość złożonych nastrojów u
Chopina odrzuca dyskurs9. Czy zatem istnieją, mają
prawo istnieć w jego muzyce jak i w muzyce w ogóle, takie utwory
czy takie momenty, które moglibyśmy nazwać – jak kiedyś
uczynił to autor „Livre pour orchestre” – potężną rzeźbą,
dziełem wykutym w skale? Czy da się pomyśleć, obronić
klasyczności dzieła, jeśli pomiędzy tym co emocjonalne i
racjonalne nie istnieje równowaga, zostaje zachwiana trudna, choć
możliwa do wyznaczenia proporcja?
Najwybitniejszy
obok Karola Szymanowskiego XX-wieczny polski kompozytor, choć
wyznaczał granice kreacyjnej swobody, bronił indywidualnej
metody, natchnienia, a nawet ekstazy. Jego zdaniem każda wielka
kompozycja, podobnie jak fresk czy ścienne malowidło, powinna być
rozpoznawalna, czytelna i widoczna. Treść muzyczna nie jest tym
samym, co wizualne przedstawienie, rysunek czy olejne płótno, ale
nie ma nic bardziej mylącego, niż przekonanie, iż wystarczy w
dowolny sposób „złożyć” ze sobą nuty, dźwięki,
instrumenty, temperamenty czy wykonawcze umiejętności. Jedno
jest pewne: muzyki nie tworzy się po to, aby miała ona wyrażać
cokolwiek w sposób jednoznaczny10 – przekonywał
autor symfonii, preludiów, fug, poematów i kwartetów. Wszelkie,
muzyczne i pozamuzyczne skojarzenia są sprawą bardzo indywidualną,
lecz wzrokowe lub uczuciowe wizje świadczą raczej – jak zdawał
się sugerować autor „Rozmów z Witoldem Lutosławskim” – o
ubóstwie muzycznej wyobraźni, o ucieczce w pozamuzyczne
znaczenia.
Co jednak czynić,
gdy próby „zamknięcia się” w świecie dźwięków stają się
bezowocne i choć rozum optuje ku muzyce „czystej”, serce
dyktuje inne potrzeby? Czym jest albo powinno być zestrojenie
duchowe, wspólność przeżyć, skoro proces
komponowania polega na egocentrycznym wypełnianiu własnych życzeń,
marzeń, pragnień11, a także wyrażeniu bólu, lęków,
rozczarowań, jak i olśnień, zachwytów czy uczuć?
W każdej podróży
wiele czasu wypełniają mi listy i lektury. Siedząc długo na
skalnym brzegu, patrząc w błękit nieba i morza, kierując wzrok
na Illa Dragonera, nie miałem odwagi sięgać po książki.
Podobnie było w pustej, usytuowanej naprzeciw wyspy restauracji.
Chociaż, oprócz biografii Chopina, zabrałem ze sobą
„Rozmowy”, wtedy okazały się one zupełnie bezużyteczne.
Trzeba było nieplanowanej wyprawy do Drozdowa, wielu innych spotkań,
wędrówek i lektur, żeby tak różne osobowości, osoby z innych
epok, kompozytorzy o odmiennym podejściu do sztuki, przemówili
jakby jednym głosem.
Dzisiaj, oprócz
widoków, z Andratx i z Sant Elm niewiele pozostaje. Dlaczego zatem
– pytam nieraz siebie – pojawia się to, czego w gruncie rzeczy
tam nie było, nie miało być, nigdy wcześniej ani później spełnić
się nie miało prawa, w żaden sposób określić się nie dało?
6
Legend dotyczących
nieprzeciętnych osobowości, ludzkich wyzwań, namiętności,
upadków albo wzlotów nie brakuje. W mit odwiecznej podróży,
wielkiej i szalonej miłości – jak i w jakikolwiek inny mit –
łatwiej uwierzyć niż w „suche” fakty, które rzadko poddają
się prostej, a tym bardziej dowolnej interpretacji. Wszędzie,
gdziekolwiek się udajemy, można odkryć rzeczy wielkie i małe,
ciekawe i przeciętne, prawdziwe i wątpliwe, niewarte pamiętania.
Nie wyruszamy w
drogę w poszukiwaniu „złotego runa”, ale to, co zobaczymy, co
odkryjemy, z czym się spotkamy czy z czym trudno będzie się
pogodzić, nie jest nam obojętne. Jeśli myślimy o innych albo
podążamy ich śladem, często czynimy tak dlatego, bo sami chcemy
się przekonać, co jest prawdą, co zmyśleniem, co cudem a co
mitem, co najbardziej osobistym, subiektywnym spostrzeżeniem a co
dowodem przenikliwości i przezorności, a nawet nieprzeciętnej
wrażliwości. Nie szukamy kłopotów ani banałów. Poszukujemy
wyjątkowych przeżyć, ale także inspiracji i piękności, czasem
czyjejś bliskości i zrozumienia, czasem tylko odosobnienia.
Udając się do różnych,
lepiej lub gorzej rozpoznanych, bardziej lub mniej popularnych zakątków
nie jesteśmy w stanie wszystkiego zobaczyć i wszystko sprawdzić,
ale lepiej jest, gdy nie gonimy na oślep, nie szukamy sensacji ani
nie zadowalamy się tym, co znaleźć możemy w najciekawszym,
najlepszym nawet przewodniku.
Nie trzeba dzisiaj
zadawać sobie wiele trudu, żeby otrzymać w miarę wystarczająco
informacji na temat określonych miejsc i osób, historycznych
wydarzeń czy okoliczności czyjegoś pobytu, czyjejś wędrówki,
czyichś decyzji. Wystarczy odpowiedni informator, internetowe łącze
albo listy, zapiski czy dzienniki, żeby wyprawa nie okazała się
szlakiem w nieznane. Nigdy jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć,
co nas czeka, co jeszcze – nieraz zupełnie przypadkiem albo w
ostatniej chwili – może się przydarzyć.
Nie planowałem
wyprawy do miejscowości osławionej dzięki – ponoć do dzisiaj
licznej – kolonii osadników, ludzi przybyłych z różnych stron
świata. Nieopodal Puig des Teix lata przed hiszpańską wojną
domową spędziła ekscentryczna para: autor „Mitów greckich”
i zekranizowanej powieści „Ja, Klaudiusz” oraz pisarka,
mistyczka i niedoszła samobójczyni, znana ze swych bulwersujących
opinii, jak i kilku dość poczytnych niegdyś książek. Autorka
powieści o wojnie trojańskiej miała w 1936 roku opuścić wyspę
na zawsze. Robert Graves po drugiej wojnie światowej powrócił na
Majorkę, by związać się z inną kobietą, również byłą
przyjaciółką Laury Riding, i pozostać w malowniczej osadzie do
końca swoich dni.
Czy dobrze się stało,
że Gertruda Stein amerykańskiej wizjonerce i zadurzonemu w niej
pisarzowi poleciła – jako miejsce tanie i przyjemne – mało
znane skupisko imigrantów? Cokolwiek by powiedzieć o ludzkich związkach
czy uczuciach, one decydują o wielu konkretnych wyborach. Nie one
jednak są, powinny być podstawowym miernikiem, zasadniczą
perspektywą, soczewką, w której skupiają się sądy, opinie,
domysły czy późniejsze zainteresowania czytelników. Najważniejsze,
iż właśnie w Dejá powstała większość wierszy z „Collected
Poems”, „Everybody’s Letters” czy krótkich próz
niespokojnej i nieobliczalnej Laury, a także gros twórczości
zafascynowanego nią mężczyzny.
Mitu potrzebuje każdy,
twierdziła autorka „Progress of Stories”, bowiem on zaspokaja
ujawniającą się już w dzieciństwie potrzebę zadomowienia,
przypodobania się światu. Mit to nic innego jak ołtarz na cześć
ulotności, sztuka życia. Z poczucia powszechnego obowiązku,
z obawy, że nie znajdziemy sobie miejsca, że będziemy lekceważeni,
że zostaniemy odrzuceni przez społeczeństwo albo swoje środowisko,
podtrzymujemy zastane wzorce, tradycje czy mitologie. Muzyka i
malarstwo, filozofia i religia, a nawet historia i nauka karmią się
naszymi ambicjami, przekonaniami, niezaspokojonymi oczekiwaniami.
Nie chcemy być śmiertelni, łudzimy się i oszukujemy, że jesteśmy
niezniszczalni. I tylko poezja okazuje się przeciwieństwem
prawdy Mitu, przypomina o tym, co wiecznie ulotne, nietrwałe,
często pozalogiczne, trudne do zaakceptowania, a jednak istotne, a
może nawet najważniejsze w życiu. Pozostaje zatem jedna jedyna
alternatywa: poezja albo krzywoprzysięstwo społeczeństwa
12.
Przechadzając się
po niewielkim, przykościelnym cmentarzu, wędrując stromymi
uliczkami nie zastanawiałem się, czym jest poezja albo muzyka,
jakie prawa rządzą sztuką, w jaki sposób wiąże się ona z
egzystencją albo w jaki sposób wiąże nas ona z mitem, potrzebą
nieśmiertelności. O niedalekiej, ponadplanowej wyprawie
zadecydował przypadek, a właściwie – ściśle rzecz ujmując
– dogodne połączenie autobusowe i krótka wzmianka w
przewodniku „Pascala” o grobie Roberta Gravesa i okolicznościach
jego pobytu na Majorce. Być może, gdyby nie jeden pogodny i
zarazem cichy dzień spędzony w Dejá, nie zainteresowałbym się
osobą, która miała stać się na krótko muzą i kochanką,
towarzyszką życia sławnego pisarza. Lakoniczność informacji,
świadomość, iż legenda jest zawsze łatwą pożywką, lecz
nigdy nie stanie się prawdziwym dla duszy pożywieniem, długo nie
dawała spokoju i, już po powrocie do Paryża, kazała szukać i
pytać. Nie o prawdę egzystencji ani własne czy cudze wyobrażenia,
lecz o przemijanie, upływający czas i istnienie, sens trwania,
sens bycia pośród żywych i umarłych.
Każda podróż
jest wyzwaniem – wobec siebie, przyrody a nawet kosmosu. Niekiedy
okazuje się wzlotem, okazją, by przybliżyć się do spraw, o
jakich miało się niejasne lub żadne pojęcie. Bywa też
wytchnieniem i ukojeniem. Niekiedy okazuje się fiaskiem,
rozczarowaniem, rozgoryczeniem. Trudno się oszukiwać i udawać, iż
nie bywa rodzajem krzywoprzysięstwa, próbą pogodzenia się z
rzeczywistością. Ale – co dla mnie zawsze posiadało ogromne
znaczenie – jest również nie kończącym się dialogiem, rozmową
z tymi, których już nie ma.
7
Zapewne najlepszy,
najwłaściwszy byłby chronologiczny zapis, zestawienie dat,
miejsc i zdarzeń. A jednak Villa Valldemosa, Sant Elm czy Dejá
powraca w pamięci wraz z wieloma, z pozoru nie związanymi ze sobą
sprawami. Co więcej, jazda XIX-wieczną kolejką z Palmy do Sóler,
wśród cytrynowych i pomarańczowych sadów, poprzez góry i żyzne
doliny, teraz zdaje się zbytkiem, codzienne wieczorne spacery
brzegiem Playa de Palma – jedynie głębszym oddechem, wyprawy do
Ses Maravelles i S’Arenal – zaspokojeniem ciekawości,
poszukiwaniem dodatkowych wrażeń.
Mimo, że nadal dokładnie
pamiętam lądowanie, pierwsze, jak i ostatnie kroki po balearskiej
wyspie a potem niezwykły widok z samolotu, gdy jednym spojrzeniem,
jakby za jednym razem można było ogarnąć wszystko – przeszłość
i teraźniejszość, myśli i zachowane, wbite w pamięć obrazy
– nie odczuwam potrzeby, by traktować tak samo każde przeżycie,
każdy szczegół czy każdy cel wędrówki. Ciągle pojawia się
coś nowego, nieprzewidzianego, a nawet zaskakującego.
Od ostatniej
wiosny, niemal do jesieni, przygotowywałem się do wyprawy do
Grecji; w grę wchodziła Kreta albo Rodos. Bardzo pragnąłem
ujrzeć choćby cząstkę tego świata, z którego wywodzi się cała
zachodnia cywilizacja. W połowie października dowiedziałem się,
iż – tym razem – z Hamburga polecieć mam w innym kierunku. I
w połowie listopada znalazłem się tam, gdzie – jak kiedyś
naiwnie wierzono – słońce zanurza się w morze, a potem
wydostaje się na powierzchnię, by oddzielić dzień od nocy,
decydować o rytmie życia, o ludzkich planach i działaniach.
Gdy niemiecki
samolot ogromnym łukiem podchodził do lądowania w Faro, a po ośmiu
dniach wzniósł się nad Ilha do Anção i Ilha da Berreta,
zdawało mi się, iż przybyłem i opuszczam Algarve nie po raz
pierwszy. Nie miałem wątpliwości, że to, co mnie spotkało,
łączy się z wieloma innymi miejscami i wydarzeniami. Albowiem w
Praia de Dona Ana, Ponta da Piedale czy Cabo de São Vincente
zrozumiałem, iż nie zwykły przypadek ani ślepe zrządzenie
sprawiło, że znalazłem się na peryferiach Europy a nie w dawnym
centrum Starego Kontynentu. I dopiero tam powróciłem do lektur i
pytań, które od zimy 2000 roku nie dawały mi spokoju.
Niegdyś William
Backford znalazłszy się – wbrew własnym planom – w
Portugalii i Hiszpanii ujrzał nieznany, przez długi czas obcy
sobie świat. Gdy go poznał, był przeświadczony, iż najgorszą
z rzeczy jest przekonanie, że istnieje tylko jedna, bliska nam
rzeczywistość. Każdy musi najpierw poznać dobrze to, co jemu
najbliższe, najwłaściwsze, ale to dopiero początek drogi. Miarą
naszych odkryć czy dokonań nie jest wcale wyznaczony szlak – o
nim bowiem często nie decydujemy sami. Miara jest ponad a zarazem
w nas. Miarę wyznaczają różne dzieła, nasze tęsknoty,
niekiedy własne porażki i niespełnienia, ale też głód
poznania, wola odkrywania, zdolność do myślenia i odczuwania,
przyjmowania tego, co na zewnątrz i wewnątrz, głęboko w nas. Każdy
posiada swoje mapy, przewodniki, punkty odniesienia. Nie każdy cel
udaje się osiągnąć. Nie każde marzenie zyskuje pożądany
kształt, formę, strukturę albo wyraz. Ale czy można i warto by
żyć, gdyby o naszych wyborach decydowały tylko zasady ekonomii,
prawa rynku, zdroworozsądkowe kalkulacje albo pustka, znużenie,
ucieczka, poszukiwanie siebie, chęć zaspokojenia banalnych
potrzeb i nieuzasadnionych ambicji?
Mimo że George i
Fryderykowi na Majorce nie udało schronić się przed światem,
mimo że zawiodła sama natura13, nie wolno
zapominać, że właśnie tam powstał cykl 24 Preludiów, dwa
Polonezy op. 40 czy Ballada F-dur i stamtąd, poprzez Barcelonę i
Marsylię, prowadziła droga do Nohant, do najpłodniejszego,
najbardziej twórczego okresu w życiu polskiego kompozytora.
Zdaniem swojej towarzyszki podróży, gdy komponował, nie zdawał
sobie sprawy, na jakim świecie żyje. I chociaż podczas całego
pobytu w Hiszpanii często chorował, był w tak złym stanie, że
obawiano się o jego życie, jego muzyka kazała myśleć o raju, a
nie o cierpieniu, bólu czy śmierci.
Nigdy zapewne nie
da się rozstrzygnąć kwestii, czy jedna z najważniejszych w życiu
Chopina osób była aniołem czy demonem, czy dzięki niej wiele
rzeczy stworzył, czy był tułaczem i samotnym geniuszem męczonym
chorobami, otoczonym niedorzecznymi i małostkowymi istotami, czy
też wszystko, oprócz muzyki, należy umieścić na drugim planie.
Jednak nie sposób chyba dowodzić, iż na jego twórczość nie wpłynęły
ani kobiety, ani określone fakty, ani spełnione czy niespełnione
zamierzenia.
8
Być może po
trzech prawie latach, jakie minęły od wyjazdu na Majorkę,
zamiast niedawnej wyprawy do Algarve warto by wspomnieć pobyt w
Nohant, a nawiązując do rozważań Lutosławskiego powinienem
powrócić do rozmowy z Tadeuszem Kaczyńskim czy do koncertu z
lutego 1995 roku w paryskiej siedzibie UNESCO. Ale przecież autor
książki-wywiadu zwracając się z prośbą o pomoc w
zorganizowaniu wieczoru na cześć zmarłego kompozytora po prostu
trafił pod niewłaściwy adres. Nie reprezentowałem żadnej
instytucji ani, z powodu braku jakichkolwiek muzycznych kontaktów,
nie umiałem wskazać odpowiednich osób, właściwych adresów czy
wpływowych osobistości. W jakiś czas potem, gdy dotarła do mnie
wiadomość, że polski muzykolog, autor liczących się
monografii, założyciel Filharmonii im. Traugutta w Warszawie,
zginął w Tatrach, żałowałem, iż nie zapytałem o wiele
rzeczy, że nie starczyło mi odwagi, aby namówić go na krótki
wywiad lub dłuższą dysputę. Po pobycie w Nohant nie raz
obiecywałem sobie, że wrócę do spraw, jakie od lat nie dają mi
spokoju, ale wciąż pozostawało zbyt wiele pytań, zbyt wiele wątpliwości.
W swoich
zainteresowaniach jesteś za bardzo klasyczny – usłyszałem
od Joanny, gdy polecała dzieła Barbera i Brittena. Długie, często
nocne dysputy, rozmowy o Paulinie Viardot, XIX-wiecznych muzycznych
salonach, stylu Chopina i nowoczesnych, niekiedy kontrowersyjnych
interpretacjach jego utworów, relacje z lekcji jazzu u Laury
Littardi a nawet poszukiwanie nagrania z dziełami Beethovena,
symfoniami w wykonaniu wiedeńskiej orkiestry pod batutą Carlosa
Kleibera, przypominają nieustannie, jak wiele jeszcze przede mną
i – o czym nie mogę zapominać – jak wiele zawdzięczam
przypadkowi, a właściwie jednemu spotkaniu. Czyż właśnie od
tego, kogo, kiedy, gdzie i w jaki sposób mamy szczęście spotkać
a potem bliżej poznać, nie zależy niekiedy najwięcej? A może
wszystko całkiem inaczej mogło wyglądać, od czego innego
powinno się zacząć? – pytam teraz siebie.
* * *
Autor popularnych
niegdyś szkiców, zastanawiając się nad sonatą śmierci,
nazwał ją jedną z najbardziej zagadkowych a jednocześnie
przestrzegał przed poszukiwaniem linii programowych, ukrytych
symboli, melodeklamacyjnych liryzmów czy pozawarsztatowych
wykładni. Wspomniał przy okazji, iż Arturowi Rubisteinowi, gdy
grał Sonatę b-moll, jej finał wydał się poświstem wiatru
na cmentarzu. Inni doszukiwali się błędnych ogników
czy schadzki duchów. Jeszcze inni uznali, iż romantyczny
twórca przeczuwał impresjonizm. Karol Stromenger ostrzegał
przed formułą odwiecznego poetyzowania na temat muzyki Chopina,
zupełnie obcą kompozytorowi postawą pomnikową,
tworzeniem nowych legend. Trzeba być wielkim majstrem formy,
aby tak władać bezkształtem, aby rzucać urywki tak w swym
niedokończeniu skończone – pisał na temat preludiów14.
Nie ulega dla mnie
wątpliwości, że autor dwóch Polonezów op. 40 czy Ballady
F-dur – jak każdy prawdziwy twórca – unikał patosu, a tam,
gdzie osoba przez długi czas mu najbliższa dopatrywała się
nadzwyczajnych wzruszeń i niezwyczajnych przeżyć, decydowały
przede wszystkim: warsztat i wyobraźnia, zmaganie się z muzyczną
materią i długa walka – ludzki a nie nadludzki wysiłek! –
trud dochodzenia do prawdy.
Chyba nigdy nie będę
umiał wytłumaczyć się ze swoich muzycznych upodobań. Mój odbiór
Chopinowskich mazurków, etiud, preludiów czy sonaty śmierci
nie jest z pewnością czysty, wolny od skojarzeń, zapamiętanych
obrazów i nieobojętnych myśli. Niełatwo przyznać się do własnych
ograniczeń, a znacznie trudniej z nimi żyć, radzić sobie z
rzeczywistością, w której z bezkształtem łączy się to, co
najbardziej zmysłowe, odczuwalne i bliskie, niemożliwe do wyrażenia
– a jednak istniejące, nieobce – a jednak niedosięgłe.
Wiele razy –
wspinając się po schodach mansardy przy avenue de Camoēns a
potem słuchając muzyki albo czekając na odpowiedź na jedną z
nierozstrzygalnych kwestii – zastanawiałem się, dlaczego los
wciąż z nami igra, ofiarowuje wiele, ale i szybko odbiera,
otwiera przed nami nowe horyzonty i zamyka we własnych wyobrażeniach,
przypuszczeniach, a nawet marzeniach. I chciałem zapytać, gdzie
przebiega granica między prawdą serca a jasnym, trzeźwym,
pozbawionym złudzeń oglądem i oczywistą konstatacją, iż nie
żyjemy między niebem i ziemią, nie jesteśmy zjawami ani
pozbawionymi wad, wolnymi od przyziemnych potrzeb istotami? Czyż
na naszą codzienność nie wpływają najbardziej trywialne
uprzedzenia i ambicje, niezbyt wzniosłe ideały? Czy szukając piękna
nie idziemy zbyt daleko a słuchając deszczowego preludium
zbyt łatwo nie zatrzymujemy się na sobie, w swoich nadziejach, tęsknotach
lub obawach?
Być może większość
ludzi nie ma z tym problemu i nie musi rozmawiać z cieniami albo
toczyć swój dialog z umarłymi. Być może są tacy, którym różne
prawdy Mitu, jak i od nich odstępstwa, nie przeszkadzają,
nie wypełniają godzin spędzonych w drodze ani nie powracają w
dyskusjach, w bardziej lub mniej emocjonujących dysputach, w
listach albo tylko w zamysłach.
Wieczór, który
przeciągnął się prawie do rana, mógł wyglądać inaczej. Mógł
się wcale nie wydarzyć! Ale przecież – los czy traf, szczęście
czy zwykły był to przypadek? – nieważne jest, co mogłoby się
stać. Ważne, co było, co jest, co jeszcze raz może lub będzie
chciało – zamiast snu – ofiarować chwilę, która nie tyle
zbliża do prawdziwej poezji, najczystszych dźwięków lub
wielkiej muzyki, co nie pozbawia nadziei, że jutro, pojutrze, uda
się zrozumieć, pochwycić, zatrzymać również to, co nietrwałe,
co z pozoru śmiertelne, co niewidoczne – a jednak
rzeczywiste.
* * *
Jeżeli powstaje wiersz albo, na nutowym
papierze, udaje się komuś zapisać nie tylko własne wzruszenia,
jeżeli z dalekiej podróży nie przywozimy jedynie bezwartościowych
pamiątek, a z nocnej rozmowy, z zasłuchania lub zapatrzenia nie
pozostaje jedynie ulotne wrażenie, jeszcze jeden niespełniony, w
półjawie śniony sen, może warto przezwyciężać własną słabość,
własne ograniczenia albo własną i cudzą obojętność, wszelką
niechęć, niemoc lub lęk.
Marek
WITTBROT
Paryż, listopad-grudzień 2003
1 Por.
Cyprian Norwid, List do Marii Trębickiej, w: Cypran Norwid,
„Pisma wszystkie”, t. VIII, Warszawa 1971, s. 287.
2 Paweł
Beylin w przedmowie do książki Karola Stromengera „Czy należy
spalić Luwr?”, Warszawa 1970, s. 5.
3 List
George Sand do Francois Buloz z listopada 1838 oraz list do
Marliani z 14 grudnia 1838 roku, w: „Lettres de Chopin et de
George Sand 1836-1839”, Palma de Mallorca 1975, ss. 48, 63. Por
List do Władysława Grzymały; w: „Korespondencja Fryderyka
Chopina z George Sand i jej dziećmi”, przełożyła Julia
Hartwig, Warszawa 1981, s. 271.
4 Por.
Belinda Jack, „George Sand”, przełożył Jerzy Korpanty,
Warszawa 2002, s. 238-251.
5 George
Sand, „Dzieje mojego życia”, przełożyła Maria Dramińska-Joczowa,
Warszawa 1968, s. 334.
6 Bernadette
Chovelon, Christian Abbadie, „La Chartreuse de Valldemosa. George
Sand et Chopin a Majorque”, Paris 1999.
7 J.w.,
s. 232.
8 George
Sand, j.w., s. 333.
9 George
Steiner, „Rzeczywiste obecności”, przełożyła Ola Kubińska,
Gdańsk 1997, s. 21.
10 Tadeusz
Kaczyński, „Rozmowy z Witoldem Lutosławskim”, Warszawa 1993,
s. 57.
11 J.w.,
s. 144-145.
12 Laura
Riding, „Mit”, przełożyła Julia Fiedorczuk, w: „Literatura
na Świecie” 7-8/2003 (384-385), ss. 33-35.
13 Barbara
Smoleńska-Zielińska, „Fryderyk Chopin i jego muzyka”,
Warszawa 1995, s. 160.
14 Karol Stromenger, j.w., s. 47.
Publikowany tekst ukazał się w toruńskim piśmie
artystyczno-literackim „Undergrunt”, nr 12-13 (1-2/2004), s
131-141.
|

Na
zdęciu:
Bez tytułu
(Palma
de Maillorca,
2000)
Fot. Marek Wittbrot
|