
|
Veronese
Nic bardziej wzruszającego, jak oglądanie dzieł mistrzów z epoki włoskiego renesansu, przynależących do różnych szkół i ośrodków artystycznych.
Z ogromnym zainteresowaniem czeka się na zapowiedziane wystawy, organizowane przez renomowane paryskie muzea, udostępniające dzieła Lotta, Rafaela, Botticellego, Modiglianiego, bądź – jak w ostatnim czasie – Veronesa.
Dzieła niektórych urzekają swym dramatyzmem czy walorami dekoracyjnymi, inne zaś – jak to ujął kiedyś Zbigniew Herbert – „znakomitą materią malarską” albo też „nadawaniem plastycznej realności cudom” natury, zwykłym przedmiotom codziennego użytku, jak i ludzkim postaciom. Prezentowanie takiego dorobku w całości, choć nie zdarza się często, nie należy do łatwego zadania. Odpowiednie nakłady finansowe, miejsce wybrane na ekspozycję, dobrze przemyślana scenografia – wszystko jest niezwykle istotne, aby osiągnąć planowany cel i zadość uczynić temu, co chce się osiągnąć.
Dlatego długo zastanawiałam się, czy muzeum przy francuskim Senacie, od ponad trzech lat decydujące się na bardzo ambitne, acz ryzykowne przedsięwzięcia, jest najlepszym miejscem na prezentację – bez przesady można by rzec – największych ludzkich dzieł, nie posiada bowiem zbyt dużej przestrzeni. Wydawało mi się iż zagubił się w salach Musée du Luxembourg i geniusz Botticellego, i niezwykłe płótna Modiglianiego.
Kolejnym znaczącym wydarzeniem jest ekspozycja 31 obrazów i 11 rysunków Paola Caliariego (1528-1588), znanego dziś jako Veronese, zorganizowana na przełomie 2004 i 2005 roku. Chociaż wychodzi się z paryskiej wystawy z niespełnionym oczekiwaniem i nie widzi się w rezultacie tego, co było motywem przewodnim jego twórczości. Nie wystarczy patrzeć na weneckiego mistrza jak na „profana”. Chyba nie powinno się dzielić jego sztuki i traktować wybiórczo. Był malarzem „królewskim” i czerpał z dwóch tradycji, malarstwa Mantui i Wenecji, szkół, które nie przeszkadzały sobie nawzajem, nie wiodły żadnych sporów, zaś samemu twórcy pomagały sławić i radość życia, i wspaniałość tego świata, i czar kobiecych wdzięków.
Veronese prezentował wolnego ducha epoki Cinquecenta i był nim sam, kiedy malował obrazy i zdobił mury weneckich pałaców mitycznymi bądź biblijnymi scenami, zachowując ich alegoryczny charakter. Jego sztuka miała – jak pisał Jan Białostocki – „radować oczy widzów”, a wybierane przez siebie tematy traktował „jako dworskie przedstawienie na scenie teatru, dysponującego monumentalną scenerią architektoniczną, setkami aktorów i statystów i przebogatym asortymentem luksusowych kostiumów”. Był to świat wielkich wydarzeń historycznych, religijnych czy mitologicznych. Choć pochodził z Werony, ukochał Wenecję i z nią związał swoje życie. Poszukiwał rytmu i światła, pracował dla uprzywilejowanych, ludzi możnych i zasobnych: Cantariniego, Barbero, Grimaniego. Był estetą sławiącym spokój i ciszę, pewien rodzaj bezruchu. Patrząc jakby w sposób idealny na swoją epokę i wydarzenia przeszłości, mieszcząc się doskonale pomiędzy dojrzałym renesansem a manieryzmem, chciał oczarować widzów nie tyle tym, co o sobie i przeszłości wiedzieli, lecz tym, co – dzięki niemu – dopiero mieli dostrzec. Nie uniknął, niestety, ataków Świętego Oficjum. Był sądzony za „Wesele w Kanie” i, ponoć widoczne na obrazie, upodobanie do zbytu. Dziś jednak, jak pokazała paryska wystawa, jego upodobania przyciągają a nie rażą. I niejeden patrzy zazdrosnym okiem – i na jego dzieła, i na rozległość jego spojrzenia.
Anna SOBOLEWSKA
Anna Sobolewska. Urodziła się w Białymstoku. Jest absolwentką Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. W czasie stanu wojennego wyjechała z Polski. Obecnie mieszka w Paryżu.
|

Na
ilustracji:
"Lukrecja"
(1580)
Veronesa
(1528-1588)
© Kunsthistorisches
Museum in Wien
Musée du Luxembourg
|