KĄCIK OTWARTYCH SERC

Drogi "Kąciku"!
Na wstępie chciałem powiedzieć, że bardzo podoba mi się tytuł: „Kącik otwartych serc” i dlatego piszę. Otwarcie serca kojarzy mi się zawsze ze świętem Bożego Narodzenia. Nie jestem już człowiekiem młodym i coraz częściej dochodzę do przekonania, że w życiu najważniejsze jest otwarcie serca na drugiego człowieka. Właśnie na tego, który jest teraz obok mnie, nie tylko na kogoś, z kim jesteśmy spokrewnieni i kogo kochamy, ale otwarcie w każdym momencie i w każdym miejscu na drugiego. Czy to będzie w metrze, w autobusie, sklepie czy w urzędzie. Jestem dość nostalgicznie nastrojony, bo właśnie przeżywałem wraz z rodziną w kraju wspólnie te najpiękniejsze ze świąt, kiedy oczekujemy na przyjście Jezusa, a to oczekiwanie ma dla mnie głębszy wymiar, bo jest i oczekiwaniem na spełnienie marzeń, życzeń, różnych postanowień, spotkaniem także z osobami, które widzimy tylko od wielkiego święta. Dla mnie jest to czas szczególny, pełny refleksji. Zawsze wierzę - choć może to naiwne - że te święta zamienią coś w moim życiu.
Jest to czas oczekiwania na Jezusa, który przyjdzie, pomoże nam zmienić nasze życie na lepsze.
Od dziesięciu już lat mieszkam wraz z moimi dziećmi we Francji. Tu już od listopada zaczyna się ruch przedświąteczny, zabieganie wokół urządzania świątecznych spotkań, prezentów, przygotowywanie się na to, by było przyjemnie. Już prawie się nie pamięta, że jest to święto religijne, że jest to czas na przyjście do nas Pana i Zbawiciela. Sklepy i magazyny prześcigają się w reklamach, aby przyciągnąć klienta i na nim zarobić. Wszystko miga, błyszczy tysiącem świateł, wciska się do oczu ze wszech stron. I taką atmosferę przenosimy do swoich domów na święta. Dawniej dzieci, kiedy były jeszcze małe, same robiły szopkę, oczywiście pod okiem i z inspiracji rodziców, wszyscy śpiewali kolędy, nastrój był naprawdę podniosły i uroczysty. A tu w Paryżu już po pierwszym dniu świąt choinki są wyrzucane na śmietnik, wszystko staje się jakieś takie spłycone. Bardzo nad tym boleję, bo święta, jak i wszystko, co miało ludzki wymiar, w zastraszającym tempie maleje.
Nie widać w tym ani religijnego przeżycia, ani pogłębionych więzi rodzinnych, wszystko jest takie bylejakie, tyle że bardzo błyszczące, ale nie jest to blask Betlejemskiej Gwiazdy niestety. Zadam pytanie może bardzo naiwne: czy tak być musi, czy zwykły człowiek ma jakiś wpływ na to, żeby przywrócić świętu jego prawdziwy wymiar, czy człowiek musi ulegać błyskotkom zamiast zapatrzyć się w Jezusa i za Nim – w drugiego człowieka, aby dało się żyć godnie po ludzku w tym zwariowanym świecie?
Serdecznie Panią pozdrawiam i życzę Bożego błogosławieństwa na ten Nowy Rok!
Andrzej B.


Drogi Panie Andrzeju!
Poruszył Pan bardzo ważny temat, myślę, że nie jest Pan odosobniony snując podobne refleksje. Czas jest wyjątkowo trudny jeśli chodzi o związki międzyludzkie, o wspólne przeżywanie ważnych chwil w życiu. Jesteśmy bombardowani przekazywanymi przez różne media informacjami, reklamami, hukiem dźwięków (często trudno to zaliczyć do muzyki co nam łatwo w ucho wtłacza telewizja czy radio). Myślę, że najtrudniejszą sprawą dla współczesnego człowieka jest odnalezienie tej ciszy w sobie, która pozwoli, wręcz umożliwi bycie zdolnym do podejmowania tak zdawałoby się łatwej decyzji jak wybór tego, co ważne a co nieważne, aby w odpowiednim czasie wyłączyć środki masowego-przekazu i właśnie spojrzeć na drugiego – często żyjącego blisko nas człowieka, jak na kogoś na kim powinniśmy skupić naszą uwagę, nasze uczucia i troski. To jest chyba najważniejszy problem dla nas – umiejętność obrony przed wtłaczaniem w nas spraw, które nas w gruncie rzeczy wcale nie obchodzą. Globalizacja, wszechobecna unifikacja – to wszystko sprawia, że człowiekowi coraz trudniej obronić swoją tożsamość, indywidualność. Do tego dochodzi jeszcze tempo życia, zabieganie i jest to droga donikąd. A w każdym razie nie prowadzi ona do ważnego spotkania z drugim człowiekiem, a także utrudnia drogę do refleksji nad sensem tego życia – i co najważniejsze – także do głębokiego przeżywania naszej wiary, naszych świąt, związanych z tym tradycji i przeżyć rodzinnych. Każdy tu musi się bronić jakby na własną rękę. Jest to obrona konieczna – według mnie – bo chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to obrona naszego człowieczeństwa.
Bardzo serdecznie Pana pozdrawiam i życzę wszelkiego dobra w Nowym 2005 Roku.
Teresa BERSKA

Teresa Berska prowadzi poradnię zdrowia psychicznego w Paryżu.

32-6-1.jpg (94572 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Paryż, 2004)

Fot. Michael Wittbrot

.