
|
Recogito
Z Markiem WITTBROTEM rozmawia Katarzyna KOWALSKA
Ks. Marek Wittbrot. Urodził się w 1960 roku w
Polanowie. Od 1991 do 1999 roku pełnił stanowisko redaktora
naczelnego miesięcznika „Nasza Rodzina”, zaś od roku
2000 jest redaktorem „Recogito”. Publikował między
innymi w „Azymucie”, „Czasie Kultury”,
„Toposie”, „Twórczości”, „Tyglu
Kultury”, „Tytule”, „Undergruncie” i
„W drodze”. Swoje zdjęcia eksponował na wystawie
zbiorowej „Regards divers” w Atelier Visconti w Paryżu
(1998) oraz na wystawach indywidualnych: „Ślady/Spuren”
w łódzkim Muzem Kinematografii (1999), „Pejzaże
Francji” w poznańskim Domu Bretanii i w Domu Kultury w
Pniewach (2000), „Perché?” w paryskiej „Galerie
Perspective” (2001).
- Jakie były początki „Recogito”?
- Dość prozaiczne... „Nasza
Rodzina”, którą prowadziłem od 1991 roku, na stronach
internetowych zaczęła pojawiać się 1996 roku. Były to wybrane
teksty i reklama poszczególnych numerów. Początki wirtualnej
obecności nie były porywające. Wystarczy wspomnieć, iż przesłanie
lub odebranie zwykłego pliku zajmowało od pięciu do dziesięciu
minut. Sprzęt, jakim wtedy dysponowałem, raczej nie należał do
cudów techniki. Gdy w grudniu 1999 roku ukazał się ostatni,
662/663 numer...
- ...postanowiłeś podążyć nowym szlakiem?
- Raczej miałem nadzieję, że uda się ocalić
choć cząstkę 55-letniej spuścizny, tradycji pisma, które w połowie
lat sześćdziesiątych, głównie dzięki ks. Józefowi Sadzikowi,
zyskało wyraźny pro-soborowy profil. Przez kolejne lata było z
„Naszą Rodziną” lepiej i gorzej, ale było do czego
się odnieść.
- I wystartować w XXI wiek.
- To był nie tyle start, co przeskok – z
dyliżansu w TGV. Bez pomocy przyjaciół właściwie nic bym nie
zrobił, bo nie miałem na czym. Najwięcej zawdzięczałem wtedy
Arturowi Majce, architektowi, malarzowi i grafikowi w jednej
osobie, który zajął się wszystkim oprócz tekstów.
- I udało się.
- Pierwszy rok był bardzo trudny, bo nie
dysponowałem żadnymi pieniędzmi a trzeba było opłacić domenę
i „web-majstra”, do tego znaleźć nowych autorów i
jeszcze przekonać ich do pracy „dla idei”.
Praktycznie bez wsparcia najbliższych mógłbym co najwyżej
pomarzyć...
- ...o wspaniałej, wirtualnej przyszłości?
- Ani przeszłość, ani teraźniejszość, ani
przyszłość świetlana być nie może i nie będzie. Każde dzieło
– czy jako rękodzieło, czy wytwór myśli – posiada
swojego autora, ale też jest wypadkową możliwości, chęci,
umiejętności, zamierzeń i pojawiających się ograniczeń.
Parafrazując słowa autora „Lęku przed wpływem” można
by mówić o dialektycznej relacji, która nigdy nie istnieje bez
kontekstu: czasowego, kulturowego czy obyczajowego. Zatem trzeba
się liczyć i z – własnymi czy cudzymi – możliwościami,
i z ograniczeniami.
- Co znaczy recogito, skąd taka nazwa?
- Recogito to tyle, co przemyśleć,
zastanowić się, myśleć znowu o czymś. Chodziło o to, żeby
nie zamykać się na historię czy tradycję i być świadomym
– choćby tego, skąd się pochodzi – otwartym a
zarazem krytycznym, dalekim od resentymentu, ignorancji czy
skostnienia. Można było pozostać przy tytule „Nasza
Rodzina”, ale spodobał mi się pomysł Krzysztofa
Hermanowicza, pallotyna pracującego obecnie na parafii w
Montmorency, i uznałem, iż to dobry moment, żeby pismu kultywującemu
dialog wiary i kultury dać adekwatny do treści tytuł.
- 5 lat to mało i wiele. Co Cię dziś cieszy
a co budzi obawy?
- Cieszy powstanie dość osobliwej wspólnoty,
której nawet nie trzeba nazywać czy w jakiś sposób przyporządkowywać,
martwi: brak minimalnych choćby funduszy, co skazuje na ciągłe
poszukiwania, szukanie nowych autorów, głównie spośród młodych
ludzi.
- Nie jest tajemnicą, że masz – jak
zdradził mi nasz wspólny znajomy – szerokie i nietypowe
kontakty, uchodzisz – jak wyczytałam u Teresy Tomsi –
za przyjaciela malarzy i poetów. To chyba pomaga: i w
poszukiwaniach, i trzymaniu się określonej linii.
- To są owe – jak mawiał pewien polityk,
klasyk współczesnej polszczyzny – plusy dodatnie i plusy
ujemne, które pomagają jak i przeszkadzają w pracy.
- Kogo myśli czy idee, książki czy dzieła
uważasz za warte propagowania?
- Żeby nie bujać w obłokach, powiedziałbym,
że wielkim, niezasłużenie nieobecnym w polskim myśleniu
religijnym jest ks. Józef Sadzik, założyciel wydawnictwa i
paryskiego Centrum Dialogu, ale też autor interesujących tekstów.
Chciałbym doczekać chwili, gdy będzie można czytać jego
korespondencje z Wyszyńskim, Wojtyłą, Miłoszem czy Herbertem.
Warto by też powrócić do dzieła księdza
Pasierba, odkryć na nowo księdza Paciaka (również jako autora
tekstów!), bardziej rozpowszechnić myśl księdza Sedlaka, a jeśli
chodzi o obcy grunt, zainteresować się na przykład dorobkiem
francuskiego księdza i pisarza Sulivana...
- ... a jeśli chodzi o świeckich?
- Bardzo żałuję, że nie zdołałem kiedyś
namówić pani Marii Smoleń z wydawnictwa „Słowo-Obraz-Terytoria”,
na mało znanego pisarza o nazwisku Calaferte, kontynuatora dzieła
Paula Léautaud. A jest jeszcze, jeśli o „pamiętnikarstwo”
chodzi, Leon Bloy, ceniony przez Czapskiego Charles Du Bos, trochę
w Polsce znany Jules Renard, są namiętnie czytane przez Kubiaka
i chyba nietłumaczone „Cahiers” Valéry’ego, są
„Carnets” żyjącego i tworzącego w Genewie Haldasa...
a to tylko jeden „dział” i to potraktowany „po
łebkach”. Zawsze dziwiłem się tym spośród Polaków, którzy
ubolewali nad upadkiem literatury francuskiej, a przecież –
również współcześnie – mamy więcej do pozazdroszczenia
niż zaproponowania. Bardzo chciałbym poznać polskiego Joë
Bousqeta, polskiego Jacques’a Borela, czy nawet polskiego
Jean-René Huguenina. Przedwcześnie zmarły Huguenin, którego
bardzo cenił i Mauriac, i Aragon, i Gracq, to autor bardzo
interesującego „Dziennika”.
- Co robić z zalewem literatury dewocyjnej?
- Propagowanie tak zwanych prostych treści to
najczęściej łatwa droga do „robienia” pieniędzy,
więc się to czyni i chętnie na tym poprzestaje, przy okazji
wmawiając innym, że chodzi o wielkie i w dodatku boskie sprawy.
Żadnego społeczeństwa czy określonych nawyków nie da się
jednak zmienić na siłę. Każde społeczeństwo ma swoje mity i
mitologie i cały problem polega na tym, żeby nie mitologizować
rzeczywistości, również religijnej. Co oczywiście nie oznacza,
żeby z różnych legend, ludowych przypowieści czy tradycji
rezygnować. Jednocześnie nie można zapominać, że czym innym
jest devotio w sensie pobożności, a czym innym –
powiedzmy – dewocja nie zauważająca tego, „że za kościołem
człowiek o ratunek woła”. Nie jest łatwo przeciwstawić
się kulturze pośpiechu, naporowi tanich, łatwo przyswajalnych,
a zatem pokupnych „prawd”, namysł czy, tym bardziej,
otwarta dyskusja, nie są mile widziane, bo nie mieszczą się w
konsumenckich nawykach i nie pomagają w robieniu interesów.
- Kościół, jeśli chodzi o przymierze wiary
i kultury, czyni w tym względzie za mało czy wystarczająco
wiele?
- Przede wszystkim nie należy zapominać,
że Kościół – jeśli chodzi o duchowieństwo czy wiernych
– nie stanowi jakiejś wspólnoty wyłączonej, ewoluuje w
myśleniu czy sposobie działania razem ze społeczeństwem,
zmienia się razem z nim, a nie wbrew czy na przekór niemu.
Nie sposób udawać, że minione czy nawet dziewiętnaste
stulecie było okresem doskonałej koincydencji. Długo pracowano
nad tym, żeby oddzielić „ludzkie” od
„boskiego” czy „świeckie” od „świętego”,
więc dzisiaj mamy nie tylko współczesne odmiany „świątyni
rozumu” czy – raczej należałoby rzec – czystej
spekulacji, lecz i wiele katolickich świątyń, do których
wchodzi się jak do marketu. Nie dość, że straszą eklektyzmem
i przerostem formy nad treścią, ale i nie są budowane ani na
ludzką ani na boską miarę.
Dodałbym, że pallotyńskie principium, o
którym i sami pallotyni trochę zapomnieli, czyli szeroko
pojmowane apostolstwo świeckich, które – idąc po myśli
Pallottiego – można by nazwać uświęcaniem świeckości,
odpowiada jak najbardziej na zapotrzebowania naszego czasu.
Problem tkwi w tym, iż często młode wino
wlewamy do starych bukłaków czy też nie znamy wartości starego
albo zapominamy jak smakowało stare wino. Zerwaliśmy z tak zwaną
nowoczesnością, nie potrafimy często określić swojej tożsamości,
przestaliśmy przejmować się i przeszłością, i przyszłością,
i jednocześnie uwierzyliśmy, że wszystko się od nas zaczyna i
na nas kończy, żyjemy więc tak jakby Boga nie było albo próbujemy
uczynić z Niego gwiazdę pop-kultury.
– Myślisz o religijnym populizmie, chęci
przypodobania się masom?
– Często akceptujemy Boga, wymogi
wypływające z Dekalogu czy zasad Ewangelii, tylko wtedy, gdy
odpowiadają indywidualnym czy zbiorowym, doraźnym potrzebom.
Sami więc potrzebujemy nieustannej przemiany, powrotu do źródeł,
ewangelicznej prostoty, po prostu uwolnienia się i od skostniałych
form pobożności, i od własnych grzechów.
Rzeszami ludzkimi ktoś się musi zajmować i
dobrze, jeśli nie podchodzi do tego merkantylnie, nie manipuluje,
nie próbuje się przypodobać ani nie odcina się od ludzkich
spraw, od szerokich problemów społecznych. Nie trzeba przypominać,
co uczynił i czyni w tym względzie, mimo ciężkiej choroby, Jan
Paweł II.
Chodzi o to, żeby nie zatrzymywać się nie
swoich przyzwyczajeniach czy przyporządkowywać każdego społecznym
lub religijnym schematom. Rzeczywistość boska przekracza nasze
wyobrażenia, a jednocześnie ciągle się dzieje, poprzez
Wcielenie, już Objawione i objawiające się ciągle Słowo staje
się nam bliska. Wiara jest rzeczywistością dynamiczną. Ludzka
rzeczywistość wprawdzie nigdy nie będzie idealna, ale –
jak pisał kiedyś ojciec Hryniewicz – dzieła nasze pójdą
za nami do Wiecznego Miasta Bożego. Nie powinniśmy zatem lekceważyć
tego, co się staje, co dzieje się blisko nas i – powiedzmy
– daleko w świecie.
Kultura to nic innego jak współuczestnictwo,
rezygnacja z anonimowości, wysiłek współtworzenia, kształtowania
naszego „dziś” i „jutro”. Jeśli
zatrzymujemy się tylko na tym, co „świeckie”,
pozostaje grób i ewentualnie cześć czyjejś pamięci. Jeśli, w
swej pysze czy głupocie, uzurpujemy sobie boskie przymioty,
budujemy nieludzki, okrutny świat przemocy, wyzysku, strachu, bólu
i cierpienia.
- „Recogito” zatem stawia sobie
ambitne plany, by pójść daleko i szeroko w świat?
- Możliwości pisma są bardziej niż skromne,
nie chodzi zatem o to, żeby oddziaływać na masy. Zresztą w
drugiej połowie XX wieku pojęcia czasu i przestrzeni zyskały
zupełnie nowe znaczenie. I daleko, i szeroko można oddziaływać
w różny sposób, również wtedy, gdy to, co prezentujemy czy
proponujemy, wcale nie jest głębokie. Całe nieszczęście
globalizacji – jak twierdzą niektórzy – polega na
tym, iż ogranicza się ona głównie do kumulacji zysków,
powszechnej denacjonalizacji kapitału, poszerzaniu obszarów
biedy, nadprodukcji – produkcji w dużej mierze rzeczy zbędnych
– czy produkcji ludzi-odpadów.
Z uporem powracam do osoby i dzieła ks. Józefa Sadzika, choć
czasem odnoszę wrażenie, iż jest to wołanie na puszczy. On
bowiem udowodnił, że porozumienie jest możliwe, że „świeckie”
nie musi istnieć bez nadprzyrodzonego, zaś ludzie różnych
klas, stanów, wyznań czy przekonań mogą prowadzić dialog nie
tylko między sobą, lecz i z tymi, którzy byli przed nami i będą
po nas, a także dialog, który dosięga „najwyższych”,
pozaludzkich wymiarów.
- Czyli sprzeciw wobec dehumanizacji i
desakralizacji, walka o lepszy świat...
- ...raczej – w coraz bardziej
skonfliktowanej, wrogo nastawionej do siebie, agresywnej, bezwzględnej
rzeczywistości – próba odnalezienia równowagi, ładu czy
harmonii. Nie lubię słowa walka, bo łatwo wyciągnąć
pistolet i strzelać, niszczyć, a nawet, jeśli nie sięga się
po brutalne środki czy ekstremalne rozwiązania, wytknąć czyjeś
braki, trudniej skupić się na tym, co pozytywne, dać propozycję,
być twórczym, poszukującym, nieobojętnym na to, co przynosi
czas i świat.
- Dlaczego – nie ukrywam – za
namową kilku osób, które dobrze znasz, których imion i nazwisk
nie zdradzę, musiałam tak długo namawiać Cię na rozmowę? Czyżbyś
wstydził się tego, co robisz?
- Jeśli cokolwiek robimy, powinno to
przemawiać jakby samo przez siebie, bowiem owoce się liczą a
nie deklaracje, reklamowe chwyty... Może w świecie nastawionym
na doraźny efekt, natychmiastowy skutek, łatwy zysk,
powierzchowne pytania i doznania – to szaleństwo, to rodzaj
nieprzystosowania. Całe życie jednak miałem szczęście spotykać
ludzi nieprzystosowanych, niepogodzonych z rzeczywistością a
zarazem bardzo w niej zakochanych – i chyba stąd ta moja
skaza, chroniczna wręcz potrzeba rozpoznawania, uczenia się
wielu rzeczy na nowo.
Gdynia, 12 września 2004 roku
Katarzyna Kowalska
jest studentką I roku Uniwersytetu Warszawskiego Wydziału Prawa
i Administracji na kierunku prawo. Mieszka w Warszawie.
|

Na
zdjęciu:
Marek Wittbrot
(Krotoszyn,
2004)
Fot. Michael Wittbrot
|