|
|
Śladami Zbawiciela (1)
„Pierwszy raz
w dziejach Polonii powojennej we Francji zorganizował ks. dr F.
Stawarski, ze zgromadzenia Księży Misjonarzy, pielgrzymkę
zbiorową do Ziemi Świętej. Grupa liczyła czterech księży i
dziewiętnaście osób świeckich. Dzięki doskonałej organizacji
Biura Podróży El–AL, nieprzeciętnym kwalifikacjom przewodnika
p. Mirona N. z Tel Awiwu oraz harmonijnej współpracy wszystkich
uczestników pielgrzymki, można ją ocenić jako nadzwyczaj udaną
– tak pod względem religijno–kulturalnym jak i krajoznawczym.
[...]” – pisał po swojej podróży w 1969 roku ks. Alojzy
Misiak (1919-2004). Zmarły 22 grudnia pallotyn pozostawił ze
swojej wyprawy obszerną relację, którą cyklicznie publikował
na łamach pallotyńskiego pisma.
Nad szczytami zaśnieżonych
Alp
Nasz lśniący
Boeing 707 nosi grecką nazwę „Olympic”. Motory pracują pełną
parą. Długi harmonijny kadłub aż drży z niecierpliwości. Załoga
od przeszło godziny czeka na sygnał odlotu. My również. Nowa
kontrola dokumentów. Po długich targach wyprowadzają jakiegoś
elegancko ubranego pana. W naszej grupie pielgrzymkowej mamy
„staruszków” liczących sobie po 73 lata. Rozumiemy ich niepokój,
odpowiadamy na rozliczne pytania związane z podróżą powietrzną,
zapewniamy o bezpieczeństwie lotu. Zresztą nie są sami, samolot
zdołał pomieścić w swym wnętrzu aż 186 osoby, w tym nieletnie
dzieci i osiwiałych staruszków.
Niedziela Palmowa, 30 marca. Godzina 1720. Nareszcie
ruszamy. „Olympic” rozpędza się na betonowej płycie,
szybciej i szybciej, potem lekko odrywa się od ziemi. „Ach! –
wyrywa się z niejednej piersi. Znak krzyża świętego na drogę i
bardzo żarliwe „Pod Twoją obronę”. Oczy księdza
Stawarskiego jeszcze raz liczą rozrzuconych po całym samolocie
pielgrzymów, potem ojcowskim spojrzeniem obejmują wszystkich pasażerów.
Wiele rodzin żydowskich udaje się na wakacje świąteczne do
Izraela, toteż nastrój jest bardzo rodzinny.
„Polecimy na wysokości 10000 metrów, z szybkością 900
kilometrów na godzinę. Będziemy w Tel-Awiwie za cztery
godziny” – słyszymy spokojny głos stewardessy aż w trzech językach:
hebrajskim, greckim i angielskim. Oczywiście musimy wszystko tłumaczyć
na język polski. Po niecałej godzinie lotu jesteśmy już nad
Alpami. Szarobiałe chmury zostały za nami. Zachodzące słońce
opromienia śniegiem pokryte szczyty. Urzekający widok. Widać
bardzo wyraźne wierzchołki i grzbiety górskie, długie języki
lodowców, głębokie kotliny spowite w cieniu. Szczególnie nasi
„nowicjusze” nie mogą się nadziwić piękności górskiego
krajobrazu oglądanego z takiej wysokości. „Chwalcie Pana na
ziemi... Ogniu i gradzie, śniegu i mgło... Góry i wszelkie pagórki...”
szepcą wargi (Ps 148) a ręce same splatają się do modlitwy.
Za lądem Italii ogarnia nas gwiaździsta noc. Głęboko pod nami
Morze Adriatyckie, potem Jońskie, białawe urwiska wysp Grecji,
Morze Śródziemne. Podają nam smaczną kolację. Trochę ciasnawo,
ale każdy je spokojnie, jakby u siebie w domu. Dopiero pod koniec
lotu załoga uprzedza o „jeździe na bruku”, ale nie zawsze w
porę. Wtedy tu i tam blednieją niektóre twarze. Uspakajamy
przestraszonych. „To tylko są trous d’air” – tłumaczy
pani Libera swej zaniepokojonej sąsiadce. Nic dziwnego, że niektórzy
pasażerowie z niecierpliwością wypatrują brzegów Azji.
Nareszcie! Pod nami, stosunkowo blisko, roztacza się planowo,
geometrycznie rozłożone Tel Awiw. Całe w światłach. Okrążamy
je aż dwa razy, bo nasz „Olympic” nie miał wolnego wjazdu.
Podobno całe dziesiątki samolotów przybywa tu ze wszystkich
stron świata.
Dokładnie po 4 godzinach lotu lądujemy spokojnie na międzynarodowym
lotnisku Lod–Tel Aviv, leżącym niedaleko starożytnej Lyddy,
gdzie Piotr apostoł uzdrowił Eneasza, „który był sparaliżowany
od lat ośmiu i leżał na łożu” (Dz 9, 33). Wychodzimy
rozglądając się ciekawie. Noc. Wita nas odurzający zapach drzew
pomarańczowych, mimozy i tamaryszku. Oddychamy pełną piersią.
Temperatura raczej łagodna, jak w nasze letnie wieczory.
Na lotnisku, mimo późnej godziny, ruch ogromny. Setki turystów i
pielgrzymów wysypuje się z samolotów różnych linii lotniczych.
Krótka kontrola paszportowa. Odprawa celna, to prosta formalność.
Zawdzięczamy to grzecznemu urzędnikowi, jak też usłużnemu
przewodnikowi, panu Mironowi, który od tej chwili bierze nas w
swoją opiekę. Jeden i drugi mówią biegle po polsku. Z radością
stwierdzamy, że nasz język ojczysty jest tutaj powszechnie znany
i to nie tylko przez najstarszą generację.
Jedziemy do Jerozolimy oddalonej od Lyddy o 46 kilometrów. Mimo zmęczenia
i nocy ciekawie patrzymy na górzysty krajobraz. Szosa wije się
wciąż w górę. Cisza w autobusie. Myśli nasze wracają w przeszłość.
Droga do Jerozolimy! Cel tylu pragnień, tak wielkich przedsięwzięć
w dziejach całej ludzkości. Tą drogą, raczej szlakiem
Joppa-Jerozolima, spieszyli pątnicy od pierwszych wieków chrześcijaństwa
aż po dzień dzisiejszy. Spieszyli, niczego nie żałując, żeby
zaczerpnąć nowych sił u źródeł naszej wiary. Szli do
Betlejem, wspinali się na Kalwarię, wracali przemienieni z
Taboru. To pieszo, to na mule lub ośle, znaczniejsi na wozie lub w
zbrojnym orszaku. Nie tak szybko jak my, ale przez miesiące i
lata. Nie tak wygodną szosą, ale zakurzonym szlakiem karawan. Nie
tak bezpiecznie i ufnie, bo często wśród przygód, które kończyły
się tragedią... I my pójdziemy teraz szlakiem tysiącleci, co
prawda w innych czasach i warunkach, niemniej jednak przynagleni
tym samym ideałem: znaleźć ślady stóp Zbawiciela. Dlatego radość
w sercach naszych jest tak wielka, kiedy, dobrze po północy,
witają nas mury Jerozolimy.
W Betlejem judzkim
Stajemy przed
arabskim hotelem „Commodore”. Leży na północno-wschodnim
zboczu góry Oliwnej, w dawnej dzielnicy Jordańskiej. Gospodarz
jeszcze na nas czeka. Otrzymujemy pokoje. Są jasne, nowocześnie
urządzone, na dwie osoby. Otwieram okno. Cisza. Z myślą o nocy
Betlejemskiej wnet zasypiam.
Wielki Poniedziałek. Pan Miron już czeka w holu. Zapoznajemy się
bliżej z jego osobą, będzie nam bowiem wiernie towarzyszył
przez cały tydzień, dając nie tylko szerokie i jasne objaśnienia,
ale odpowiadając też chętnie na rozliczne pytania, jakie bez
ustanku i przy najmniejszej okazji będziemy mu stawiali. Zaskarbił
sobie naszą szczerą wdzięczność, albowiem umiał zaspokoić
zachłanną ciekawość niektórych pielgrzymów, jak też przyznać
się otwarcie, gdy czegoś nie wiedział, prosząc o czas, ażeby móc
zebrać dokładniejsze informacje. Tu i tam umiał wpleść jakąś
arabską legendę lub odpowiednie przysłowie, opowiedzieć śmieszną
żydowską kabałę lub historyjkę, i tak okrasić humorem swe
rzeczowe objaśnienia.
Po śniadaniu korzystamy z kilku minut przerwy, żeby wysłać
pierwsze pozdrowienia do najbliższych. Inni notują pierwsze wrażenia.
Jeszcze inni już kupują jakieś świecidełka w hotelowym kiosku.
Do Betlejem jedziemy wzdłuż murów starej Jerozolimy. Wszystko
jest dla nas czymś nowym, niecodziennym. Nasz przewodnik ledwie
nadąża odpowiadać na pytania. Potem objaśnia, tłumaczy,
pokazuje. Nasi domorośli i fachowi fotografowie oczywiście nie
strajkują, zaś jasne słońce Wschodu jeszcze bardziej uwydatnia
kontrasty napotykanych budowli i różnokolorowe stroje Arabów,
Beduinów i wielojęzycznych turystów.
Szosa prowadząca
do Betlejem i dalej na Hebron wije się prawie grzbietami gór
Judzkich. Po lewej stronie, ku wschodowi, rozciągają się
skaliste i nagie pasma, kiedyś pokryte nie tylko lasem i bujną
trawą, ale także tarasowymi ogrodami i winnicami. Gospodarce Arabów
a jeszcze więcej Turków ,,zawdzięcza” ten kraj ogołocenie i
pustkę, na jakie patrzymy. Już w pobliżu miasta, w głębokiej
kotlinie, znajdują się „łąki pasterzy”. Nad jedną z
tamtejszych grot objawili się w Noc Betlejemską Aniołowie
obwieszczając pasterzom, że ,,narodził się im Zbawiciel” (Łuk
2, 8–20). Inaczej czyta się i rozumie tę scenę ewangeliczną,
kiedy nasze oczy patrzą na to historyczne miejsce.
Jeszcze jeden nagły
zakręt drogi, i wjeżdżamy na plac rynkowy w Betlejem. Hebrajska
nazwa beth-lehem znaczy dosłownie „dom chleba” a w języku
arabskim „dom ciała”. Głęboka symbolika, która uzmysławia
treść i cel misji mającej się tu narodzić Dzieciny. Wnet też
czytać będziemy w Grocie Narodzenia, na miejscu gdzie pobożność
wieków upamiętniła historyczne wydarzenie: „Oto tutaj z
Dziewicy Maryi narodził się Jezus Chrystus”.
Wiele innych
wspomnień biblijnych łączy się z tym miastem i jego okolicą.
Tutaj narodził się Dawid, na okolicznych zboczach pasał trzody
swego ojca, tu został namaszczony przez Samuela na króla Izraela.
A w kilka wieków potem, prorok Micheasz, współczesny wielkiemu
Izajaszowi, oznajmił wybranemu ludowi przyjście przyobiecanego
Mesjasza: „A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród
plemion judzkich! Z ciebie wyjdzie ten, który będzie panował w
Izraelu, a pochodzenie jego od dni wieczności”.
Większość miejsc
świętych jest pod opieką materialną i duchową Ojców
Franciszkanów nazywanych tu „stróżami Ziemi Świętej”.
Wchodzimy do bazyliki Narodzenia. Brama, przez którą ongiś
przechodziły wielbłądy i konie, jest prawie zamurowana. Trzeba
się schylić, żeby pod nią przejść. W ten sposób, chcąc nie
chcąc, każdy adoruje Tego, który tutaj stał się Ciałem.
Ojciec przeor wita
nas serdecznie i zaraz wykłada ornaty podarowane przez Rodaków.
Bardzo miła niespodzianka. Koncelebracja ma miejsce w Grocie
Narodzenia oddanej katolikom. Ze smutkiem stwierdzamy, że o
posiadanie miejsc świętych toczą się wiekowe spory między różnymi
wyznaniami. Jakżesz się potem dziwić, że nie mniejsze toczą się
o posiadanie samej Ziemi Świętej! Mimo nastroju Wielkiego
Tygodnia śpiewamy jednak nasze rzewne polskie kolędy, żeby móc
głębiej i żywiej przeżyć tajemnicę przyjścia na świat Słowa
Wcielonego właśnie w tej ciemnej Grocie.
Wspólna fotografia
ma upamiętnić to pierwsze bliskie spotkanie się z historycznym tłem
życia naszego Zbawiciela.
Zwiedzamy jeszcze
tzw. „mleczną grotę” oraz kilka warsztatów rękodzielniczych.
Większość arabskich mieszkańców Betlejemu zajmuje się bowiem
wyrobem dewocjonalii dla różnych kultów. Warto choć chwilę
przypatrzeć się zwinnym palcom, które obrabiają drzewo oliwne
na paciorki różańcowe, masę perłową na korale, albo twardy
marmur na cudne figurki. Robotnik pracujący w warsztacie swego
patrona – nazywają go tu „ojcem” – zarabia przeciętnie do
20 franków za dziesięciogodzinny dzień pracy.
W drodze powrotnej
odwiedzamy grób Racheli, żony patriarchy Jakuba. To ona tak
rzewnie płakała nad swymi najmłodszymi synami, Józefem i
Benjaminem, przebywającymi w pogańskim Egipcie, stając
się w ten sposób figurą innych matek Betlejemskich, które
straciły swe dzieci z ręki oprawców okrutnego Heroda (Mt 2,
16–18). Nic dziwnego, że Rachela, „matka Izraela” (Jer 31,
15) jest czczona jako święta nie tylko przez wiernych żydów i
chrześcijan, ale też przez Arabów.
Jerozolima – miasto pokoju
Dla Arabów miasto Jerozolima jest największą
świętością po Mekce. Na dawnym miejscu świątyni Heroda wznosi
się od VII wieku wspaniały meczet Omara, kryjący pod swą złotą
kopułą skałę, skąd prorok Mahomet miał na swym chyżym rumaku
pogalopować do nieba.
Dla Żydów znowu
jest to wybrane przez Boga miasto, ongiś stolica pobożnego
Dawida, jakby żywym i wiecznotrwałym symbolem wielkości Izraela
oraz gwarancją urzeczywistnienia wszystkich pragnień Ludu
Wybranego. Stolica religijna, kulturalna i dziś polityczna.
„Bramy Jeruzalem rozbrzmiewać będą pieśniami wesela, a
wszyscy jej mieszkańcy zawołają: Alleluja! Alleluja! Niech będzie
uwielbiony Bóg Izraela!” (Tob 13, 18).
A dla nas chrześcijan
spieszących tu z całego świata? Nieledwie każda piędź ziemi,
dziś może pokryta stosem kamieni czy wygładzona asfaltem, mówi
nam o przedziwnym w dziejach historii działaniu Emanuela, czyli
„Boga z nami”. Patriarchowie składali tu Najwyższemu krwawe
ofiary, Prorocy zwiastowali Zbawiciela, a kiedy ten wreszcie się
zjawił, krew jego wsiąkła w skałę Golgoty „na okup za
wielu”. Głębokie wzruszenie ogarnia nas, gdy sobie uświadamiamy,
że oto danym nam było stanąć przy historycznej i geograficznej
kolebce Kościoła, a tym samym odświeżyć naszą wiarę przy
samym jej źródle. Czyż nie ono użyźniło, często przemieniło
i uszlachetniło wszystko to, co geniusz ludzkości dotychczas
stworzył! Przecież tak bardzo szczycimy się osławioną kulturą
chrześcijańską. I dziwić się, że do tego właśnie miasta
wszyscy żywią jakoweś pretensje i kto może, choć raz w życiu
pragnie je zobaczyć.
Wszyscy mieszkańcy
Jerozolimy, bez różnicy religii, rasy i języka, witają nas i żegnają
treściwym słowem „szalom” – pokój z tobą! I rano przy
powitaniu, i wieczorem na dobranoc. Nawet w dzień sobotni lub święto
Paschy – któreśmy tu przeżyli – życzono nam „pokojowego
sabatu”. A przecież mimo obojętności religijnej pewnych grup
społecznych, w każde żydowskie święto ustaje wszelka kupiecka,
polityczna a nawet społeczna aktywność ludzka, imprez sportowych
i rozrywkowych nie wyłączając. Ciekawy kraj i miasto, jeszcze
ciekawszy człowiek, który – mówiąc szczerze – uznaje nad
sobą tylko jeden niekwestionowany autorytet – Boga.
A jednak na
szerokim świecie tyle się mówi i pisze o wojnie. Wyświetla się
na ekranach sceny zamachów. Chyba celowo podkreśla wszystko to,
co dzieli dwa pobratymcze narody. Czy po to, żeby zadać kłam słowu
„pokój”? Czyżby Jerozolima, miasto o tak bujnej i jakże
tragicznej przeszłości, była jedyną oazą pokoju w Izraelu! Nie
myślę. Trzeba bezstronnie spojrzeć na codzienne życie. Fakty
mają swoją wymowę. Na gwarnych i wypełnionych ciżbą uliczkach
słyszysz prawie wszystkie języki świata, patrzysz na
wielokolorowe twarze, podziwiasz kosmopolityczne stroje, budujesz
się taką czy inną praktyką religijną. Zaś na otwartych
straganach znajdujesz wszystkie produkty szerokiego świata,
w kiosku kupisz przeróżne gazety. Wszędzie pełno gwaru i
popychania – jesteśmy na Wschodzie – a jednak na palcach
zliczysz kradzieże, bitki i gwałty, bo ludzie tutejsi po prostu
nie mają czasu na takie wybryki. Nawet nie zobaczysz wałęsającej
się „złotej młodzieży” naszego kulturalnego Zachodu, chyba
w nowym mieście i to jeszcze turystów. Rzadkie afisze kinowe nie
rażą wyuzdaniem i tanią reklamą.
O tym wszystkim
rozmawiamy zajadając smaczny obiad u Sióstr Elżbietanek w nowym
Domu Polskim. Znajduje się on przy gmachu patriarchatu rumuńskiego,
w pobliżu dawnej bramy Mandelbauma, gdzie przed wojną
sześciodniową znajdowało się jedyne przejście między Jordanią
i Izraelem. Polskie Siostry otwartym sercem przyjęły pierwszą
zwartą grupę pielgrzymkową Rodaków. Pokazały dom i kaplicę.
Czytaliśmy pamiątkową tablicę z imionami żołnierzy 2-go
Korpusu, którzy ufundowali ten zakład. Wielu z nich dało potem
życie za Ojczyznę i w obronie wolności innych narodów. W
gorliwej modlitwie poleciliśmy ich miłosierdziu dobrego Boga;
Siostry i sierotki codziennie to czynią. A Dom Polski właśnie
dzięki ofiarności jeszcze dziś służy dobrej sprawie.
Tak, naprawdę
czujemy się „u siebie” : język, zwyczaje, atmosfera domowa,
nawet jedzenie – lepsze i obfitsze niż w hotelu – wszystko
prawdziwie polskie w dodatku okraszone matczyną serdecznością Sióstr.
Na tym miejscu szczere „Bóg zapłać” od wszystkich pielgrzymów!
Do stołu
towarzyszy nam ojciec Semkowski OP, rektor Papieskiego Instytutu
Biblijnego. Jako stały mieszkaniec Jerozolimy, znakomicie
orientuje się w tutejszej sytuacji, toteż jego wyjaśnienia uzupełnione
potem przez naszego przewodnika i własną obserwację pozwalają
nam wyrobić sobie bardziej obiektywną opinię, tak o samych
miejscach świętych, jak też o mieszkańcach samej Jerozolimy.
Po obiedzie ruszamy
w kierunku na zachód, gdzie na wzgórzach rozbudowuje się nowa
Jerozolima, licząca już 200000 mieszkańców. Stare miasto
mieszczące się w obrębie murów liczy do 60000, w większości
Arabów. Jedziemy przez szerokie ulice wysadzone palmami. Trzeba
przyznać, że dotychczasowe realizacje planu rozbudowy nie ustępują
postępom urbanistycznym Zachodu. O ile Żydzi szczycą się
najmniejszą śmiertelnością (6%) i największym przyrostem
naturalnym (19%), to nie mniej są dumni ze swoich lekarzy i
architektów. Zresztą dzieła chwalą mistrza. Rzeczywiście mamy
co podziwiać.
Zwiedzenie „Yad
Vashem”, czyli narodowego mauzoleum ku czci 6 milionów
pomordowanych Żydów w Europie pozostawia na nas niezapomniane wrażenie.
Wchodzimy do podziemia jakby do krypty kościoła. Ogromny blok
surowego betonu niemal przytłacza do ziemi okrągłe kamienie –
symbol milionów istnień ginących pod ciężarem brutalnej
przemocy. Wewnątrz, na surowej płycie, gdzie płonie wieczny
znicz, obraz nieśmiertelności ducha ludzkiego, czytamy nazwy głównych
obozów zagłady: Dachau. Oświęcim, Treblinka. Następuje chwila
grobowej ciszy, potem chórem odmawiamy „Zdrowaś” i „Wieczne
odpoczywanie”. Cóż więcej mogliśmy dla nich uczynić?
Obok, w hali
wystawowej, moc archiwów na temat zbrodni hitlerowskich, spis
nominalny zaginionych, liczne fotografie, nawet odtworzenie słynnego
„kanału” warszawskiego getta.
Zatrzymuję się na
końcu Alei Sprawiedliwych – chodzi o dwurząd drzew zasadzonych
ku czci osób, które pomagały Żydom podczas ostatniej wojny –
żeby w kiosku kupić pamiątkowe pocztówki. Słyszę rozmawiającą
młodą parę. Niemcy. Ona ocierała załzawioną twarz: „Nie,
nie mogę uwierzyć, żeby to było prawdą... Aż 6 milionów
ofiar, kobiet dzieci...” Spojrzałem na sprzedawczynię, młodą
Izraelitkę. „Być może, że wielu rzeczywiście o niczym nie
wiedziało”. Jako były jeniec wojenny mógłbym na ten temat coś
nie coś powiedzieć, ale na tym swego rodzaju również świętym
miejscu wolałem milczeć.
Obiekty nowego
uniwersytetu, gdzie uczy się 15000 studentów – nie tylko Żydów
– muzeum bohatera narodowego Teodora Herzla, uważanego jako ojca
idei państwowej Izraela – wspaniały gmach Knesetu
(Parlament), nowe szpitale, szkoły, cmentarze i
parki, to wszystko naocznie świadczy o żywotności obywateli
nowego państwa, które dziś liczy zaledwie 2,5 miliona mieszkańców.
Zjeżdżając ku
kotlinie, gdzie leży Ain Karim, nasz przewodnik powraca do rozmowy
przy stole. Mówi o potrzebie, konieczności pokoju dla tej pięknej
stolicy i jej pracowitych mieszkańców. Oto dlaczego słowo
„szalom” nie schodzi z ich ust, jest bowiem czymś więcej niż
życzeniem i potrzebą serca, jest po prostu sprawą życia lub śmierci.
W domu Nawiedzenia
„Maryja w one dni
udała się spiesznie w okolicę górzystą do miasta Judy. I weszła
do domu Zachariasza, i pozdrowiła Elżbietę” (Łk 1,
39-40).
Okolica jest rzeczywiście bardzo falista. Samo osiedle Ain
Karim co znaczy „dobrego, żywego źródła” leży na dnie
kotliny u podnóża Pomnika narodowego. Niedawne wykopaliska
udowodniły, że za czasów Chrystusa było to dość pokaźne
miasteczko zamieszkałe głównie przez bogatszych ludzi. Do takich
należał również kapłan Zachariasz, który co pewien czas
odbywał swą służbę przy Świątyni Jerozolimskiej” (Łk 1,
5–25).
Zatrzymujemy się przy strumyku, który przepływa przez osiedle. Wąska
struga czystej wody wypływa ze źródełka, do którego z pewnością
chodziła jeszcze Najświętsza Panna, kiedy podczas swego
trzymiesięcznego pobytu w domu Zachariasza pomagała Elżbiecie w
gospodarstwie domowym.
Kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela wznosi się na
ruinach dawnej bazyliki bizantyńskiej, prawdopodobnie nad
mieszkaniem ojca poprzednika Chrystusa. Jak prawie w całej
Palestynie, opiekę nad sanktuarium dzierżą ojcowie
Franciszkanie. Ojciec kustosz oprowadza nas po przestrzennej ale
nieco ciemnawej świątyni. W głębi po lewej stronie, kilka
stopni niżej posadzki, znajduje się Grota Narodzenia św. Jana.
Za ołtarzem, przed którym długo się modlimy, widać jeszcze
obnażoną ścianę groty, podczas gdy reszta kaplicy jest pokryta
marmurem i bogatą mozaiką ze scenami życia tego, o którym sam
Zbawiciel zaświadczył, iż „między narodzonymi z niewiast nie
powstał większy nad Jana Chrzciciela” (Mt 11, 11). Ale mimo
takiej pochwały tenże Chrystus nie omieszkał zaraz dodać na
pociechę wielu nieznanych światu bohaterów życia chrześcijańskiego:
„Natomiast najmniejszy w Królestwie Niebieskim większy jest niż
on” (11, 12).
Obrzęd obrzezania, rodzaj chrztu starotestamentowego, który włączał
nowonarodzone dziecię do społeczności Ludu wybranego, miał
miejsce w mieszkaniu rodziców. Z tej okazji otrzymywał chłopczyk
swe imię. „I stało się, że przybyli dnia ósmego, aby obrzezać
dzieciątko i nazwać go imieniem ojca jego, Zachariasza. A
odpowiadając matka jego rzekła: Żadną miarą, lecz nazwany będzie
i Janem. I rzekli do niej: Nie masz nikogo w rodzie twoim, którego
by zwano tym imieniem. I pytali przez znaki ojca jego, jakby go
zechciał nazwać. On tedy zażądał tabliczki i napisał słowa:
Jan jest imię jego i zdumiewali się wszyscy. A w tejże chwili
otwarły się usta jego i mówił wielbiąc Boga” (Łk 1,
59–64).
Jak wczoraj w Betlejem, podobnie dzisiaj w Ain Karim, głęboko
przeżywamy tak drogie naszemu sercu sceny ewangeliczne,
najpierw spotkania dwóch matek – Elżbiety z Maryją
– i teraz, w tej zacisznej krypcie, cudu miłosierdzia Pańskiego
dokonanego na osobie kapłana Zachariasza. I dziwić się, że już
„podeszły w latach” kapłan (Łk 1, 7) wyśpiewał Bogu na cześć
i Izraelowi na chwałę przecudny hymn Benedictus!
„Błogosławiony Pan Bóg Izraela, że nawiedził i odkupił lud
swój. Potęgę zbawienia wzbudził nam w rodzie Dawida, sługi
swego... A ty, dzieciątko, nazwane będziesz Prorokiem Najwyższego,
bo pójdziesz przed obliczem Pana, by gotować drogi jego” (Łk
1, 68, 69, 76). I Jan poszedł, żeby przygotować drogi
Zbawicielowi, który jeszcze w łonie matki oczyścił go ze
wszelkiej skazy: „I stało się, skoro usłyszała Elżbieta
pozdrowienie Maryi; skoczyło dzieciątko w łonie i napełniona
została Duchem Świętym, i zawołała głosem wielkim, mówiąc:
Błogosławionaś ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota
twego” (Łk 1, 41–42).
Naprawdę nie żałujemy, żeśmy nieco skręcili z drogi, by w
Domu Nawiedzenia głębiej przeżyć treść Magnificat i Benedictus,
dwóch hymnów ewangelicznych codziennie śpiewanych przez miliony
wyznawców Chrystusa i czcicieli jego pokornej matki.
Getto Świętego Miasta
Do hotelu wracamy
przez ciekawą dzielnicę, gęsto zabudowaną, gdzie mieszkają Żydzi
„starej daty”. Zamknięci dobrowolnie jakby w getcie, zachowują
swe tysiącletnie tradycyjne stroje, noszą chałaty, mycki i
pejsy, używają dialektu jydisz, stronią od życia
politycznego, uciekają przed postępem.
Dzielnica Mea Shearim jest oazą prawowierności i pobożności żydowskiej
w nowej Jerozolimie.
Trzeba bowiem sobie uprzytomnić, że cała Biblia – księga święta
dla wszystkich Żydów – jest na wskroś przesiąknięta pojęciami
teokratycznymi. Według nich rzeczywistym władcą i rządcą kraju
i jedynym pasterzem Ludu wybranego jest Bóg Jahwe. Wszystko
pochodzi z jego postanowienia, jego mądrym planom nikt nie zdoła
się sprzeciwić: przedziwna historia Izraela jest tego przykładem.
On też sam, i nikt inny – ani obca moc, ani przemyślność żydowska
– zadecyduje o czasie, w którym ma zostać odnowione wspaniałe
królestwo Dawida. Bezbożnikiem i bluźniercą będzie każdy, kto
odważy się sprzeciwić odwiecznym i niezmiennym planom wielkiego
Jehowy.
Dlatego też dziwne, nieledwie wrogie nastawienie tych
prawowiernych Żydów do wszystkiego, co nie pochodzi z ręki Boga,
nie powinno nas zbytnio dziwić, tym mniej gorszyć. W imię swoich
zasad stronią oni od wszelkiej aktywności politycznej, nie biorą
udziału w głosowaniu, nie odbywają służby wojskowej, nie chodzą
do kina, żyją odosobnieni ale zwarci w „swoim świecie”.
Zdarza się nawet, że chodzenie samopas po dzielnicy Mea Shearim
byłoby rzeczą wielce niebezpieczną. Nawet dzieci są tak wierne
przepisom Tory – księga komentująca Biblię – że nie
odpowiadają na zadawane pytania i uciekają przed kamerą filmową
jak przed szatanem. A jednak nawet i ci mieszkańcy nowej
Jerozolimy – liczą się na kilkanaście tysięcy – godni są
szacunku, choćby ze względu na swą wierność wierze ojców, za
którą w wiekowej historii Diaspory przelali już tyle krwi.
I znowu zbliżamy
się do murów starej Jerozolimy. Handlujący przy bramie Damasceńskiej
Arabowie jeszcze teraz tam siedzą, rozgadani jak papugi. Móc
targować się bez przestanku, rozmawiać o wszystkim i o niczym,
to ich jedyna rozrywka i chyba najgłębsza radość szarego dnia
pracy. Cierpliwi i wyrozumiali, nie gniewają się, gdy odejdziesz
po godzinnym handlu z próżnymi rękami. To też ciekawy naród, równie
oryginalny jak ten z getta, i dlatego mogący nas wiele nauczyć.
Patrząc na ten pstrokaty tłum przekupniów, na brązowe piękne
twarze mężczyzn, na proste i wysokie sylwetki kobiet Wschodu, słysząc
różne języki świata, przychodzi mi na myśl trafne spostrzeżenie
pewnego znawcy tego ciekawego kraju: „Ważne są miejsca święte
i wielce czcigodne, ale czy człowiek je zamieszkujący nie jest
daleko więcej ważny? Wiele dotychczas uczyniono dla zachowania i
upiększenia tych drogich nam wszystkim miejsc i pamiątek, a tak
bardzo niewiele dla człowieka, który po nich chadza, może z nich
żyje. Tymczasem – jak nas uczy Ewangelia – Zbawiciel świata
przyszedł na ziemię właśnie tutaj, dla tych szarych ludzi, dla
polepszenia ich losu, dla ich trwałego pokoju...”
Co potęgi tego świata
w tym kierunku uczyniły i co nam uczynić wypada? Nad świętym
miastem zapadała noc. Cisza panowała w autobusie. Każdy był zajęty
swymi myślami, może przetrawiał w sobie przeżycia dobrze wypełnionego
dnia. Tak, miasto święte, również dlatego, że w ciągu wieków
tyle krwi, potu i łez wylało. Szalom, Jerozolimo! – oto nasze
szczere życzenie na dobranoc.
W Ogrodzie Agonii
Wielki Wtorek.
Zaraz po śniadaniu udajemy się do Ogrodu Getsemani. Leży on u stóp
Góry Oliwnej dominującej nad Jerozolimą od strony wschodniej.
„Jezus i uczniowie jego często się tam gromadzili” – pisze
św. Jan, który dobrze znał to miejsce. Po trudach pracy
apostolskiej Chrystus miał zwyczaj zachodzić do rodziny Łazarza
w pobliskiej Betanii albo też chronił się na noc do ustronnego i
zacisznego ogrodu Getsemani (Gath Schemanin = prasa do
oliwy), gdzie mógł spokojnie „rozmawiać z Ojcem”.
Sam ogród był
otoczony kamiennym murem pilnie strzeżonym przez właściciela,
prawdopodobnie przyjaciela czy nawet krewnego jednego z uczniów
Zbawiciela. W samym ogrodzeniu znajdowały się groty, gdzie
robotnicy tłoczyli oliwki lub zbierali wodę deszczową na irygację
ogrodu. Oczywiście z braku lepszego schronienia w mieście, można
było tutaj łatwo i spokojnie spędzić noc.
Szum drzew
oliwkowych – symbol pokoju – nastrajał duszę do rozmyślań i
modlitwy. W ową noc czwartkową – był to początek kwietnia,
jak dziś – schronił się Jezus z uczniami do tegoż ogrodu, żeby
w samotności stoczyć wewnętrzną walkę ze złem. Bo wyrażenie
greckie ,,agonia” może najlepiej uzmysławia wewnętrzną
tragedię serca Chrystusowego, które w tej chwili nie znalazło
zrozumienia nawet ze strony najbliższych przyjaciół. Walka
duchowa Jezusa znalazła swój wyraz w pocie „podobnym do kropli
krwi” (Łk 22, 44) tak, że nawet anioł z nieba musiał
podtrzymać siły fizyczne Zbawiciela: „wtedy ukazał mu się
anioł z nieba i umacniał go” (Łk 22, 43).
To wszystko staje
przed oczyma naszego ducha, kiedy wchodzimy do pięknej Bazyliki
Agonii, wzniesionej na fundamentach starego kościoła bizantyńskiego.
Presbiterium świątyni kryje pod swym stropem kamień agonii,
przed którym skupiamy się w cichej modlitwie. Przecież to właśnie
na tym miejscu, na tej twardej skale, przeżywał Chrystus mękę
duchową, która po dziś dzień ponawia się choć tylko w
milionowej części – w sercu każdego człowieka, l jak On ,,będąc
w ucisku, dłużej się modlił” (Łk 22, 44), podobnie i my pamiętaliśmy
o tych wszystkich, którzy przejść muszą przez ogrójec swego życia.
Mszę świętą
koncelebrowaną odprawiamy jednak w tak zwanej Grocie Apostołów,
która leży nieco niżej, blisko grobu Matki Boskiej, rzeczywiście
o „rzut kamienia” (Łk 22, 41) od Bazyliki Agonii. Jest to
ogromna nieforemna sala podziemna, dziś podtrzymana kilku grubymi
kolumnami pochodzącymi z czasów krzyżowców. W niszach groty oglądamy
ślady dawnych mozaik z IV wieku. To tutaj spędził Jezus z
uczniami niejedną noc na spoczynku, ale też na gorącej
modlitwie. Freski nad ołtarzem przedstawiają sceny ewangeliczne z
Ogrójca: agonię, zdradę Judasza, ucieczkę uczniów.
Ze wzruszeniem
odprawiamy Najświętszą Ofiarę w tym czcigodnym miejscu. Zamiast
Ewangelii czytamy pasję według św. Marka. W miarę czytania
przesuwają się przed oczyma duszy wyżej wspomniane sceny agonii.
Tutaj głębiej i żywiej niż zazwyczaj przeżywamy ból i
osamotnienie cierpiącego za nas Zbawiciela.
Jego wymówka pod
adresem śpiących uczniów jest dla nas czymś więcej niż
wyrzutem sumienia : „Szymonie, śpisz ? Nie mogłeś czuwać choć
jednej godziny” (Mk 14, 37)?
„Gorzkie Żale”,
to tak bardzo liturgiczne rozważanie Męki Pańskiej, nie mogły
znaleźć lepszego obramowania jak to pamiętne miejsce. Wszyscy
uczestnicy śpiewali je nie tylko z głębokim przejęciem, ale też
bardziej świadomi tragedii, jaka się właśnie tutaj rozegrała.
Ale dopiero jutro przeżyjemy bliżej dalsze jej etapy.
W Dolinie Jordanu
Zostawiając
zwiedzenie wyższej części Góry Oliwnej na popołudnie,
opuszczamy Grotę Apostołów i wracamy na szeroką szosę prowadzącą
poprzez Góry Judzkie ku Morzu Martwemu. Cały ten kraj, dziś
prawie że ogołocony z zieleni i mało zabudowany, był za czasów
Chrystusa pokryty lasami, polami a nawet winnicami. Rzecz po prostu
nie do uwierzenia, gdy patrzymy na nagie góry tylko tu i tam
pokryte nędzną trawą. W swych licznych podróżach do Jerozolimy
i z powrotem do Galilei, Chrystus zazwyczaj szedł tym szlakiem
karawanowym. Jego oczy patrzyły na bogatszy pejzaż aniżeli
nasze.
Jedziemy stale w dół
ku depresji Jerychońskiej, z wysokości Jerozolimy (+750 metrów)
aż do poziomu Morza Martwego (-392 metrów).
Tylko na krótką chwilę zatrzymujemy się przy ,,oberży
Samarytanina”, o której wspomina Chrystus w swej przepięknej
przypowieści „o miłosiernym Samarytaninie” (Łk 10, 34). W
niespokojnych dla Izraela czasach napady na podróżnych w tym
pustkowiu nie były rzadkością.
Na okolicznych
zboczach pokrytych rzadką i nędzną trawą – jesteśmy na końcu
pory deszczowej – pasą się stada ciemnobrunatnych i zupełnie
czarnych kóz i owiec. Pasą się pod czujnym okiem dorosłych
pasterzy, którzy muszą w potrzebie bronić stada przed drapieżnymi
zwierzętami i ptakami. Przypowieść Chrystusa o ,,dobrym
pasterzu” (J 10, 1-16) znajduje tutaj pełne potwierdzenie.
Raptownie urywa się
pasmo gór i wyjeżdżamy w żyzną dolinę ujścia Jordanu. Skręcamy
w lewo ku ,,miastu palm” i chyba kwiatów, jakim jest Jerycho.
„Jerycho leży wśród bujnej zieleni, jakby czarodziejskim
sposobem przeniesionej z podzwrotnikowych krajów w dolinę
Jordanu, która chroniona górami od suchych i porywistych wiatrów
i bogata w obfite źródła, i błogosławiona bliskością świętej
rzeki, jest jednym kwitnącym ogrodem”.
Autor ,,Jezusa z
Nazarethu” nie przesadza. Jerycho jest kwitnącą oazą wśród
nagich gór. Tędy wdarli się Izraelici po czterdziestu latach wędrówki
przez pustynię Synaj do Ziemi Obiecanej. Wykopaliska za
dzisiejszym miastem, które zresztą z ciekawością oglądamy, świadczą
o kolejnym istnieniu ponad 20 osiedli i to począwszy od dziesiątego
tysiąclecia przed Chrystusem. Łukasz ewangelista opowiada, że
mieszkańcy Jerycha cisnęli się, żeby ujrzeć przechodzącego
Jezusa z Nazaretu, który przyjął gościnę u małego wzrostem
ale wielkiego sercem Zacheusza, zwierzchnika pogardzanych
powszechnie celników (19, 1-10).
Dzisiejsze miasto,
położone na skrzyżowaniu dróg, jest znane ze swych wczesnych
warzyw i owoców. Ulice toną w bujnej zieleni, z której wychylają
się co chwila całe pęki różnokolorowych kwiatów – prawdziwa
gratka dla naszych fotografów.
Za miastem, u podnóża
samotnego stożka góry Pokuszenia – bo tutaj Chrystus miał odbyć
swój czterdziestodniowy post przed rozpoczęciem misji
apostolskiej (Mt 4) – rozciąga się ogromny obóz wysiedleńców
palestyńskich. Problem nie tylko dla Izraela może najtrudniejszy
do rozwiązania! Faktem jednak jest, że dziś wszyscy mężczyźni
zdolni do pracy zarabiają uczciwie na chleb dla swych licznych
rodzin, a dzieci chodzą do szkół zbudowanych dzięki pomocy UNRY.
Na prawo, ku
wschodowi, prowadzi szosa ku Jordanowi na sławny most Allenby, ale
tam jak też w miejscu chrztu Jezusa, może być niebezpiecznie się
zatrzymać, dlatego jedziemy wprost szeroką i bogatą doliną –
niestety dotychczas mało wykorzystaną – ku lśniącemu w słońcu
Morzu Martwemu. Daleko na horyzoncie widnieje góra Nebo, skąd
przed śmiercią Mojżesz patrzał na Ziemię Obiecaną (Pwt 34,
1). Z jakim żalem musiał patrzeć na tę ziemię „mlekiem i
miodem płynącą”, do której grzech nieufności zabronił mu
wstępu!
Morze Martwe, a dokładnie
mówiąc „słone”, jest w rzeczywistości zamkniętym jeziorem
długości ponad 80 kilometrów, szerokości do 15 kilometrów i o
przeciętnej głębokości 50 metrów. W grotach wzdłuż
zachodniego brzegu znaleziono w ostatnich latach cenne dokumenty,
które potwierdzają historyczność wielu ksiąg Biblii oraz
opisują ciekawe życie żydowskiej sekty Esseńczyków, do której
prawdopodobnie należał również św. Jan Chrzciciel.
Jeszcze dalej ku południowi
leży wśród surowej przyrody śliczna oaza Engaddi, o której
wspomina Pieśń nad Pieśniami i gdzie rosną sławne krzewy
aromatyczne, z których produkuje się najcenniejsze perfumy.
Wreszcie u południowego krańca morza można jeszcze dzisiaj oglądać
ruiny osławionych miast Sodomy i Gomory, nawiedzonych straszliwą
karą Jehowy. Niestety, plan naszej obecnej pielgrzymki nie
przewidywał zwiedzenia tych cennych pamiątek biblijnych. Musieliśmy
się zadowolić wykąpaniem nóg w siarkowej wodzie morskiej i
paradą na pstrokato ubranych wielbłądach. Ze smutkiem patrzyliśmy
na żyzną dolinę Jordanu, dziś opuszczoną czy zaniedbaną przez
dwa bratnie narody, które walczą o ziemię tak mało wykorzystaną.
W drodze powrotnej
do Jerozolimy zatrzymujemy się w Betanii, gdzie mieszkała
przyjazna Jezusowi rodzina Łazarza, którego Chrystus wskrzesił z
martwych (J 11) i gdzie potem został namaszczony drogocennym
olejkiem w domu Szymona Trędowatego (Mk 14, 1-11), co ostatecznie
zadecydowało o nikczemnej zdradzie Judasza. Do grobu Łazarza
schodzi się do głębokiej skalnej groty, znajdującej się pod
bazyliką w stylu bardzo nowoczesnym. Nie możemy się opędzić
natręctwu starej Arabki, która od każdego chce wyłudzić pieniądze
za raz już opłacony wstęp do grobu. Też problem niełatwy do
rozwiązania, bo każda nieroztropnie udzielona jałmużna jeszcze
bardziej rozleniwia ludzi już z natury skłonnych do nieróbstwa.
„Dasz ubogiemu rybę, uratujesz go na jeden dzień; nauczysz go
łowić ryby, uratujesz go na całe życie” – mówi mądre chińskie
przysłowie. Odnieśliśmy wrażenie, że Izrael stara się
realizować jego treść.
Na wzgórzu Syjon
Po smacznym
obiedzie w Domu Polskim jedziemy znów wzdłuż zachodnich murów
miasta. Po lewej ręce, tuż za bramą Jaffy, zostawiamy surowe
mury starożytnej cytadeli z wieżą Dawida w środku. Nazwa nie
zupełnie ścisła, albowiem sama wieża została zbudowana później
na ruinach potężnych fortyfikacji Heroda Wielkiego, który właśnie
tutaj przyjmował bogaty orszak mędrców ze Wschodu, którzy
pytali się o miejsce „gdzie się narodził król żydowski” (Mt
2, 2).
Jedziemy zawsze wzdłuż
murów ku południowi, nad krawędzią głębokiej doliny Hinnom. Tędy
szła dawna granica między Izraelem i Jordanią. Tylko północna
część samego wzgórza Syjon jest objęta murami miasta, reszta
– tworząca mało estetyczną całość – stanowi zgrupowanie
budynków różnych epok o charakterze wybitnie religijnym. Dlatego
też tak bardzo nas interesuje.
Skręcamy pod ostrym kątem w lewo. Wąska
i bardzo stroma asfaltówka prowadzi na sam szczyt wzgórza, gdzie
zatrzymujemy się na ocienionym placyku, od razu otoczeni mrowiem młodych
arabskich przekupniów. Rozglądamy się po okolicy. „W Paryżu
macie moulin rouge” – objaśnia śmiejąc się nasz
przewodnik – my tutaj mamy moulin blanc”. Rzeczywiście
na zboczu pagórka, wśród rozrzuconych ruin – jeszcze jeden ślad
ostatniej wojny – sterczy biały cylinder wiatraka z przeraźliwie
obnażonymi i poranionymi skrzydłami; widok raczej smutny i mało
pociągający.
Przez starannie
pielęgnowany ogródek kierujemy się w stronę zespołu budowli,
gdzie samemu łatwo by można zbłądzić. Ale pan Miron czuwa nad
naszą gromadką, broniąc jej przed tuzinem dzieci arabskich wołających
o „bakczysz”. Poprzez kręte i kryte zaułki, potem przez
labirynt wąskich i mocno wydeptanych schodów dochodzimy nareszcie
do Wieczernika. ,,Nauczyciel mówi: gdzie jest miejsce odpocznienia,
gdzie bym spożył Paschę z uczniami moimi? A on pokaże wam
wieczernik przestronny, usłany (tj. ozdobiony do biesiady) i tam
przygotujecie nam. I odeszli uczniowie jego, i przyszli do miasta,
i znaleźli jako im był powiedział” (Mk 14, 14-16).
Teraz lepiej
zdajemy sobie sprawę z ważności miejsca, na którym w tej chwili
się znajdujemy. Ogarnia nas wzruszenie. Ostatnie kroki stawiamy w
modlitewnym skupieniu. Przeciskamy się gęsiego przez wąskie
drzwi, niskie i odrapane, patrzymy na próg wydeptany stopami długich
stuleci. Stajemy w osłupieniu. Albowiem spodziewaliśmy się ujrzeć
coś wielkiego, niecodziennego, tymczasem... Wielka sala w stylu
gotyckim, coś w rodzaju sali rycerskiej względnie kapitulnej.
Kilka kolumn o kapitelach korynckich podtrzymuje odrapany strop.
Posadzka wyłożona płytami z kamienia, mocno zniszczonymi przez
czas czy zaniedbanie.
Przez dłuższą
chwilę trwa grobowe milczenie. Zresztą nie chcemy przeszkadzać
angielskiej grupie, która słucha objaśnień swego przewodnika.
Wychodzą. Jeden z naszych księży daje krótkie objaśnienie.
Miejsce to jest dla nas chrześcijan szczególnie drogie nie tyle
ze względu na swą bogatą historię, ile na głęboką treść
spuścizny Chrystusowej. Przecież w tej sali spożył Jezus z
uczniami Ostatnią Wieczerzę, podczas której ustanowił sakrament
Eucharystii i kapłaństwa. „A gdy oni wieczerzali, wziął Jezus
chleb i błogosławiąc łamał, i dał im i rzekł: bierzcie, to
jest ciało moje. A wziąwszy kielich i dzięki czyniąc dał im, i
pili zeń wszyscy” (Mk 14, 22-23). „To czyńcie na moją pamiątkę”
(Łk 22, 19).
W tejże sali
objawił się zmartwychwstały Chrystus uczniom, ganiać ich
niedowiarstwo i twardość serca (Mk 16, 14). ,,Górna sala”
została z czasem jakby materialną kolebką Kościoła: tu
przebywali Apostołowie wraz z Matką Jezusa i innymi niewiastami,
czekając na Zesłanie Ducha Świętego (Dz 1, 13), które właśnie
tu miało miejsce (r. 2). Wieczernik stał się potem bazą wypadową
dla działalności misyjnej Apostołów i uczniów Pańskich.
Późniejsza
historia Wieczernika jest ciekawa, ale też smutna dla serca chrześcijan.
Św. Epifaniusz (307-403) podaje, że podczas zniszczenia miasta
przez Tytusa w 70 roku ocalało tylko wzgórze Syjon, a z nim
Wieczernik. Najazd Arabów w VII w. zamienił wszystko w ruinę.
Dopiero krzyżowcy zbudowali tu kościół pod wezwaniem Najświętszej
Maryi Panny od wzgórza Syjonu; wieczernik stanowił południową
część świątyni. Wreszcie król Neapolu wykupił w 1333 roku to
uświęcone miejsce, powierzając pieczę nad nim franciszkanom.
Wtedy to przebudowano salę według gotyckich wzorów architektury
średniowiecznej. Już jednak w XVI wieku Turcy zamienili kościół
na meczet, powołując się na tradycję żydowską, jakoby w
podziemiach znajdował się grobowiec króla Dawida.
Dziś jest
Wieczernik dostępny każdemu, ale nie wolno w nim sprawować żadnych
ceremonii religijnych. Paweł VI, podczas swej pielgrzymki do Ziemi
Świętej, ograniczył się również do prywatnej i cichej
modlitwy, którą zmówił na klęczkach. I my jeszcze raz skupiamy
się na chwilę, żeby wspólnie i głośno odmówić krótką a
serdeczną modlitwę w intencji Kościoła i całej rodziny
ludzkiej.
Schodzimy na
parter, do sarkofagu Dawida. Jest on chyba po „murze płaczu”
najciekawszą świętością dla wszystkich żydów. Nad grobem
umieszczono drogocenne naczynia zawierające talmudy z różnych
miast świata: to symbol wspólnoty religijnej dzieci Izraela, dla
których król Dawid pozostaje niedościgłym wzorem. Nad miejscem
świętym czuwają sami rabini, odpowiadając chętnie na stawiane
im pytania.
Tylko kilka kroków
dzieli kompleks Wieczernika od bazyliki „zaśnięcia Najświętszej
Panny Maryi”. Świątynia jest godnym przybytkiem Matki Boga i
naszej. Pod krzyżem powierzył ją Chrystus Janowi: „oto matka
twoja. I od onej godziny wziął ją uczeń pod swoją opiekę”
(J 19, 27). Trzeba sobie uprzytomnić, że wokół Wieczernika z
natury rzeczy zorganizowała się pierwsza gmina chrześcijańska
w Jerozolimie, koncentrując się przy tych osobach, które
naocznie znały Pana. Istotnie według starej tradycji Maryja
zamieszkała po śmierci Jezusa w domu Janowym i tu też umarła,
do ostatniej chwili będąc skromną pomocnicą robotników winnicy
Pańskiej. Została pogrzebana w grobie, u stóp góry Oliwnej, w
pobliżu Groty Apostołów, gdzie rodzina Jana miała swój
grobowiec.
Dziś cudna świątynia
zbudowana w stylu bizantyńskim, lecz na wzór katedry w Kilonii,
znajduje się w rękach niemieckich benedyktynów. Okrągłe wnętrze
ozdobione bogatymi mozaikami tchnie jakimś dziwnym spokojem i
nastraja do modlitwy. W krypcie, pod marmurowym baldachimem,
podziwiamy spoczywającą figurę „zaśniętej” Bogarodzicy:
domniemane miejsce jej śmierci. W tylnej nawie tejże krypty
kaplica Najświętszego Sakramentu z mozaikowym korowodem dwunastu
Apostołów. Promienie popołudniowego słońca ozłacały ich
zachwycone oblicza skierowane ku siedzącej na tronie Królowej i
Matki. Całość dzieła sztuki religijnej dziwnie kojąco działała
na nasze serca. Toteż z pewnym żalem opuszczaliśmy to Maryjne
sanktuarium. Potem, ile razy oczy nasze kierowały się na wysoką
wieżę kościoła ,,zaśnięcia” – a góruje nad wszystkimi świątyniami
Jerozolimy – myśleliśmy z wdzięcznością o testamencie krzyża,
dzięki któremu nie tylko Jan i jemu współcześni, ale wszystkie
pokolenia otrzymały w spuściźnie tak dobrą Matkę...
Do kaplicy Wniebowstąpienia
Objeżdżamy
Jerozolimę od strony północnej, gdzie skalisty teren wznosi się
ponad 800 metrów. Po lewej zostawiamy ciekawe katakumby z grobami
członków Sanhedrynu, to jest Najwyższej Rady Żydowskiej. Powoli
jedziemy przez nowoczesną dzielnicę Jarrah, podziwiając rozmach
urbanistyczny na modłę prawdziwie amerykańską. Szeroka szosa
prowadzi ku górze Scopus. Po prawej kilka zniszczonych bunkrów
jordańskich. Tędy bowiem szedł główny atak Izraela, żeby odciąć
kompletnie wojska Jordanii od zaplecza.
Na szczycie Scopus, systematycznie
zalesionego, każdy wolny teren jest rozkopany. Wszędzie budują:
szpitale, hotele, uniwersytet hebrajski połączony z Biblioteką
Narodową. Po lewej pięknie utrzymany cmentarz brytyjski. Teraz
szosa spada lekko w dół ku wzgórzu Oliwnemu (812 metrów), które
jest wprost zasiane sanktuariami. Nie mamy czasu, żeby móc
wszystkie odwiedzić. W dodatku zaczyna mżyć deszcz; tak zwykle
bywa po uprzednim wietrze pustynnym, który wczoraj okrył całe
miasto jakby piaszczystą zasłoną.
Nieco bliżej
drogi, na zboczu spadającym ku Ogrodzie Oliwnemu, stoi kapliczka
pod wezwaniem Dominus flevit – „Pan zapłakał”.
Przypomina ewangeliczną scenę zapisaną przez św. Łukasza : ,,A
gdy się (Jezus) zbliżył i ujrzał miasto, zapłakał nad nim”
(19, 41), przepowiadając mu kompletne zniszczenie, które rzeczywiście
nastąpiło w 40 lat później. Obok kapliczki natrafiono podczas
wykopalisk nie tylko na ciekawe cmentarzysko starochrześcijańskie
– jesteśmy przecież nad doliną Josefata! – ale też na osady
przedhistoryczne z epoki brązowej.
Tuż za szosą, po
lewej stronie, wznosi się klasztor karmelitanek zwany ,,Ojcze
nasz”. Nazwa ta ma ewangeliczne uzasadnienie. Św. Łukasz łączy
bowiem powstanie ,,modlitwy Pańskiej” z wizytą Chrystusa w
pobliskiej Betanii, gdzie mieszkała rodzina Łazarza. ,,I rzekł
im: gdy się modlicie, mówcie: Ojcze, święć się imię Twoje”
(r. 11). Na ścianach krużganku klasztoru, w którym modlą się
karmelitanki o nawrócenie Żydów, wypisano tekst „Ojcze nasz”
w ponad 50 językach, również w polskim, a to dzięki żołnierzom
II–go Korpusu.
Obok kościoła
natrafiono na ruiny bazyliki z czasów Konstantyna Wielkiego z IV
wieku. Cesarz kazał wybudować świątynię chrześcijańską na
pamiątkę przepowiedni Chrystusa o końcu świata (Mt 24, 3-52).
Jak wiadomo, wiara w szybki powrót Chrystusa ,,w chwale” była wówczas
bardzo żywa.
Szybko przebiegamy
wolną przestrzeń, chroniąc się przed rzęsistym deszczem w
kaplicy Wniebowstąpienia. Stoi na samym szczycie góry Oliwnej. Na
tym miejscu pożegnał się zmartwychwstały Chrystus z Apostołami,
zalecając im nie opuszczać Jerozolimy przed zesłaniem Ducha Świętego
(Dz 1, 4). ,,A gdy to powiedział, w ich oczach uniósł się w górę
i obłok skrył przed oczami ich” (w. 9).
I znowu, jak na wzgórzu
Syjon, doznaliśmy rozczarowania. Spodziewaliśmy się znaleźć
kapliczkę godną chwały Pana. Okrągła kapliczka. Nagie i brudne
ściany, karygodne zaniedbanie. Ale nic nie poradzisz –
sanktuarium jest własnością Arabów i chrześcijanom nie wolno
tu odprawiać żadnych nabożeństw. Tylko w wigilię i w dzień
Wniebowstąpienia, ale prawosławni muszą się zadowolić podwórzem.
Na posadzce otwartej w kopule kaplicy – bo tędy z pewnością
wstępował Chrystus do nieba! – znajduje się szary kamień, w
nim zaś odcisk stopy. Ślad jest wyraźny; katolicy mówią, że
Chrystusowy, Arabowie – że Mahometa. Pocieszamy się, że to nie
jest ważne ani dla nich, ani dla nas. A jednak pocieramy o ,,stopkę”
zakupione dewocjonalia; nie tylko ze względu na świętość tego
miejsca, ale też na pamiątkę milionów pielgrzymów, którzy ten
kamień i tę szarą ziemię ze czcią całowali.
Mimo to wracamy do
autobusu dziwnie przygnębieni i zasmuceni. Zresztą szary deszcz
nie nastraja do wesołości. Chyba w podobnym nastroju wracali
Apostołowie do miasta, kiedy ukochany Mistrz zniknął właśnie
na tej górze sprzed ich oczu. Jakie szczęście, że nie na zawsze
i dlatego zapewnienie Aniołów pod adresem uczniów stało się i
naszą pociechą: „Ten Jezus, który spośród was wzięty jest
do nieba, przyjdzie tak, jakoście go widzieli idącego do nieba”
(Dz 1, 11).
W sercu Świętego
Miasta
Dziś Wielka Środa,
2 kwietnia. Wstajemy bardzo wcześnie. Jak co dzień, mrok nocy
szybko gdzieś się rozprasza i wnet zza góry Oliwnej wyłania się
potężna czerwona tarcza słońca. Zapowiada się piękny wiosenny
dzień. Wraz ze słońcem budzi się też wszelkie życie.
Przez dwa dni z rzędu
będziemy zwiedzali starą Jerozolimę dziś jeszcze otoczoną
czterokilometrową obręczą potężnych murów wzniesionych przez
Solimana Wspaniałego w XVI wieku. Ale niektóre części
Jerozolimskiej twierdzy pamiętają panowanie Heroda
Wielkiego, który na kilka lat przed narodzeniem Chrystusa w ten
sposób umocnił swoje panowanie. Zaś szczątki zachodniego
podmurowania Ofelu, czyli zewnętrzna ściana sławnej świątyni
– osławiony „mur płaczu” – sięgają nawet czasów mądrego
Salomona, który panował nad Izraelem 10 wieków wcześniej. Ale o
tym jutro.
Z braku autobusu
pojemne taksówki odstawiają nas na plac już w obrębie murów,
przy samej Bramie Jaffejskiej. Nareszcie jesteśmy w mieście
Dawida, w mieście ,,świętym” – El Kuds – dla Arabów.
,,Wspaniałe światło promieniować będzie na wszystkie krańce
ziemi. Liczne narody przyjdą do ciebie z daleka i mieszkańcy
wszystkich krańców ziemi... Bramy Jeruzalem rozbrzmiewać będą
pieśniami wesela... I błogosławieni będą wysławiać imię święte
na wieki”. Dzieje świętego miasta zdają się potwierdzać
proroctwo księgi Tobiasza (13, 14, 18). Tak, miasto niby pokoju,
spotkania się ludzi wszystkich ras, języków i religii, miasto
pogodzenia się człowieka z Bogiem, w rzeczywistości jest nowym
paradoksem historii. Dlaczego?
Przez wieki – Żydzi
twierdzą, że przez trzy tysiąclecia – była Jerozolima stolicą
Izraela, ośrodkiem działania proroków i mężów Bożych,
ogniskiem życia kulturalnego, symbolem nadziei zbawienia
wszystkich ludzi dobrej woli. I dziwić się, że to miasto jest
dla młodego państwa Izraela czymś więcej niż drogocenną spuścizną
praojców narodu, czymś droższym niż historyczną pamiątkę
wielkiej przeszłości. Jest i pozostanie kolebką Ludu wybranego
przez samego Jehowę, pozostanie na zawsze sercem organizmu państwowego
i gwarancją tak drogo opłaconej wolności.
Wszak bezstronny
widz nie może zamykać oczu na drugą stronę medalu. Dzięki
licznym pamiątkom po Mahomecie i długiemu panowaniu islamizmu, to
samo miasto jest drugą po Mekce świętością wyznawców Allaha.
Dla nas zaś –
mam na myśli wszystkich chrześcijan – Jerozolima jest czymś więcej
niż Betlejem i Nazaret, uczuciowo nawet ważniejsza niż Rzym.
Jest dosłownie jakby żywym śladem bezgranicznej miłości
Chrystusa dla każdego człowieka. Dlatego losy tego miasta nie mogą
nam być obojętne.
Pamiętając o tym,
może łatwiej będzie nam zrozumieć dziejowy tragizm walki o
posiadanie właśnie tego miejsca, o którym apostoł syjonizmu
Teodor Herzl powiedział jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia:
„stare miasto będzie i pozostanie i Lourdes i Mekką i Jerozolimą”,
ujmując treściwie jego epokowe i wszechświatowe znaczenie.
Uliczki są kręte,
wąskie, spadziste, nawet schodkowane. Nareszcie stajemy na małym
placyku. Przewodnik oznajmia, że jesteśmy na wzgórzu Kalwarii.
Kalwarii? Stoimy na dziedzińcu otoczonym wysokimi murami. Nawet
nie rozpoznasz wejścia do potężnej Bazyliki Grobu, chociaż
stoisz przed nim. Albowiem wysoki portyk świątyni robi naprawdę
przygnębiające wrażenie: chaotyczne żelazne rusztowanie
podtrzymuje nadszarpane przez wieki mury kościoła. Więc to właśnie
jest najczcigodniejsze miejsce dla każdego wyznawcy Chrystusa!
Nowe rozczarowanie i jakaś nieokreślona żałość ogarnia serce.
Snadź nie w pięknościach ziemskich lubuje się nasz Zbawiciel.
Cały zespół
kapliczek należących aż do sześciu różnych obrządków składa
się na całość ogromnej Bazyliki Grobu, kryjącej pod swym
sklepieniem najdroższe pamiątki z ostatnich chwil życia
Chrystusa. Pamięta ona chwile największej chwały naszej wiary,
ale była też świadkiem najstraszliwszych zbrodni. Zbudowana na
szczycie wzgórza Kalwarii przez św. Helenę, matkę Konstantyna
Wielkiego, została uroczyście poświęcona dnia 14 września 335
roku w obecności 300 biskupów. Z tej okazji niesiono
procesjonalnie krzyż Zbawiciela, niedawno odnaleziony w zaśmieconym
dole.
Jeszcze inne sceny
historyczne stają nam przed oczyma, chwalebne i smutne. Umysł
nasz nadaremnie próbuje rozwiązać ten nowy paradoks. Mimo woli
staje w pamięci zagadkowe proroctwo starca Symeona wypowiedziane
pod adresem Dziecięcia: „Oto ten przeznaczony na upadek i na
powstanie wielu w Izraelu, na znak, któremu sprzeciwiać się będą”
(Łk 2, 34).
Przejęci religijną
czcią przekraczamy wydeptany próg bazyliki. Na wprost przed nami
grupa pielgrzymów klęczy przed kamienną płytą, na której
miano złożyć martwe ciało Jezusa po zdjęciu z krzyża.
Nieco w prawo, ale kilka metrów wyżej,
znajduje się właściwa kaplica ukrzyżowania. Pielgrzym dziwi się,
że nie musi się wspinać na stok wzgórza, jak jeszcze przed
godziną dziwiliśmy się i my, że bazylika Grobu znajduje się
prawie w środku starego miasta. Odpowiedź na to daje nam
historia. Cesarz Hadrian, dobry zarządca ale srogi prześladowca
Żydów i chrześcijan, żeby zatrzeć wszelkie ślady po
Chrystusie, kazał zasypać wzgórze Trupiej Głowy metrową warstwą
ziemi, na niej położyć płyty kamienne oraz postawić świątynię
Wenus, bogini miłości oraz posągi innych bożków. Oczywiście
ludność miejscowa unikała tego miejsca poświęconego bałwochwalstwu.
Dopiero cesarz Konstantyn usunął w roku 326 wszelkie ślady kultu
pogańskiego, zniwelował pagórkowaty i niesymetryczny teren
Kalwarii, włączając wszystkie pamiątkowe miejsca w obręb
ogromnej bazyliki długiej na 136 metrów. Obejmowała ona niszę
skalnego grobu, którą otoczono wspaniałą kolumnadą uwieńczoną cudną kopułą; była
to sławna kaplica
Anastasis, czyli Zmartwychwstania. Natomiast nagą skałę Golgoty
zostawiono nietkniętą, otoczywszy ją srebrną balustradą z drogocennym
krzyżem w środku. Zachodnią część bazyliki
stanowiło tzw. Martyrion, w którego krypcie znajdowała się
cysterna, gdzie znaleziono zagubione drzewo krzyża
Chrystusowego. Niestety ta okazała Świątynia Grobu została kompletnie zniszczona w
maju 614 roku podczas najazdu Persów, którzy wymordowali 26500 mieszkańców miasta, uprowadzając innych wraz z relikwią krzyża do
Persji.
O godzinie 6-tej
wychodzę ze Mszą świętą dla naszych pielgrzymów. Otoczyli wieńcem
ołtarz sceny krzyżowania – stacja 11-sta – po prawej stronie
kaplicy Ukrzyżowania. Po lewej mały ołtarzyk Matki Boskiej
Bolesnej, przy którym odprawia Mszę świętą ksiądz Stawarski.
Jeszcze po lewej Ołtarz Ukrzyżowania, należący do prawosławnych.
Pod mensą tegoż ołtarza znajduje się pęknięcie skały –
miejsce, gdzie tkwił krzyż Chrystusa. Rozkładając korporał,
patrzę na mozaikę półkolistej niszy ołtarzowej. Ogromna
mozaika przedstawia surową scenę przybicia Jezusa do krzyża.
Bolesna Matka stoi nieruchoma, zapatrzona na rozłożone ramiona
Syna. Jest bezsilna wobec rozgrywającej się tragedii. Jej cudne
oczy, już bez łez, wyrażają niemy ból. Ten wymowny obraz
pomaga mi do skupienia się. Albowiem mimo ważności miejsca
naprawdę trudno skupić myśl i serce na tekstach liturgii dnia.
Wokół nas pchają się pielgrzymi i ciekawi, o uszy odbija się
ustawiczny szept różnojęzycznych głosów, echo chłopięcego chóru
śpiewającego przy Kaplicy Grobu wypełnia całą przestrzeń.
Heroicznym wysiłkiem zdobywam się na chwilę wewnętrznej ciszy.
Więc to tutaj dokonał się największy akt zbawczej miłości...
i rozpoczynam odprawiać bezkrwawą ofiarę Nowego Przymierza tam,
gdzie Syn Boży złożył swą jedyną, krwawą ofiarę na okup za
wielu. Trudno opisać przeżycia kapłańskiego serca, któremu
danym było choć raz w życiu odprawić Mszę świętą właśnie
na tym miejscu.
W pół godziny później, kiedy inni kolejno całowali kamienną płytę
pokrywającą miejsce krzyża, usunąłem się w ciemny kącik, żeby
oddać się dziękczynieniu za tę pielgrzymkę i za tyle innych łask.
W pewnej chwili uwagę moją zwróciła klęcząca w cieniu filara
postać zakonnicy. Jej szaroniebieska suknia mówiła o przynależności
do Zgromadzenia ,,Małych Sióstr Jezusa”. Co za kontrast między
tą rozmodloną duszą a popychającymi się pielgrzymami i
turystami! Scena jakże podobna do tej, która na tymże miejscu
odegrała się prawie 2000 lat temu: krzyczący tłum, bluźniący
Chrystusowi faryzeusze, grający w kości żołnierze i oprawcy –
i ciche, odrętwiałe z niemego bólu pobożnej niewiasty (J 9,
25). To one, te nieznane światu, jeszcze dziś utrzymują ludzkość
w duchowej równowadze, wypraszając swą modlitwą, pracą i czynną
miłością przebaczenie i łaski nieba. Nie my, mocno zapracowani,
wiecznie zabiegani, nie znajdujący chwili na poważną refleksję,
na szczerą rozmowę z Panem wszechświata.
Schodzimy do kaplicy Anastasis. Przy Grobie Pańskim trzymają straż
brodaci mnisi koptyjscy. Są bardzo grzeczni. Toruję przejście
dla naszej grupy. Najpierw kaplica Aniołów (J 20, 12), następnie
wąskie i niskie przejście do niszy grobowej. Na marmurowej płycie
Grobu stoją świeże róże. Skupiam się na chwilę, potem
stawiam pytania czuwającemu u wezgłowia mnichowi. Odpowiada
grzecznie obdarowując kwiatem róży. Byłem wzruszony tym
skromnym upominkiem tego prostego mnicha, w którym odkryłem
braterskie serce dla obcego przybysza z Zachodu. A może bardziej
– wyznawcy tego samego Zbawiciela, bo dla niego „nie masz ani
Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny
ani niewiasty, wszyscy będący jednym w Chrystusie Jezusie” (Gal
3, 28).
Via Dolorosa
Na śniadanie
udajemy się do Sióstr Elżbietanek, do „starego Domu
Polskiego”. Trudno do niego trafić w labiryncie ciasnych i krętych
ulic starego miasta, niemniej położenie jego jest dośrodkowe i
siostry planują go przemienić na dom dla pielgrzymów. Zresztą
muszą znaleźć środki utrzymania.
I tutaj czujemy się wnet jak u siebie. Po smacznym polskim śniadaniu
rozbiegamy się po domostwie, żeby oglądać całe
„gospodarstwo”. Każdy kącik jest wykorzystany. Same siostry
zeszły do suteren, żeby zarezerwować kilka mieszkań dla
pielgrzymów. Rozkład samego domu daje nam dość dokładny obraz
prywatnego budownictwa w starej Jerozolimie.
Na dole panuje dotkliwy ziąb, dlatego też, kto może wdrapuje się
na równie ciasny taras, ku ciepłym promieniom rannego słońca,
żeby oglądać wschodnią panoramę miasta. Widać tylko stożkowate
kamienne kopuły, płaskie tarasy i migocące w słońcu szkła górnych
okien, i w dali – zieleń Góry Oliwnej.
Tu i tam wystrzelają z monotonii dachów smukłe i wysokie wieże
minaretów. Ale spieszno nam do kościoła św. Anny, skąd z kolei
wyruszymy na Drogę Krzyżową, którą chcemy odbyć pod
przewodnictwem ks. Stanisława Pietruszki, który zna jej dzieje
jak rzadko kto. Już protoewangelia Jakuba z II wieku wspomina o
Jerozolimie jako miejscu urodzenia Matki Zbawiciela. Pielgrzymi z V
wieku odwiedzali kościółek przy „sadzawce owczej” (Bethsaida),
„gdzie się urodziła Myriam”, o czym pisze również św. Jan
Damasceński w połowie VIII wieku. Sam kościół św. Anny,
zbudowany w stylu gotycko-bizantyńskim, pochodzi z czasów wypraw
krzyżowych. Nas specjalnie interesuje głęboko położona krypta,
do której schodzi się stromymi i mocno krętymi schodami. Klękamy
przed skromnym ołtarzykiem wciśniętym w niszę skalną, gdzie
miała stać kolebka córki Joachima i Anny. Modlimy się cicho
rozważając słowa jakże aktualnej antyfony Maryjnej:
„Narodzenie twoje, święta Dziewico, zwiastowało radość całemu
światu”.
Tylko na chwilę zaglądamy do wygrzebanej spod 12–to metrowej
warstwy gruzów sławnej sadzawki owczej, po hebrajsku zwanej
Bethsaida (J 15, 1–15), gdzie Chrystus uzdrowił w szabat mężczyznę
obsypanego trądem od 38 lat. Całość terenu razem z kościołem
św. Anny znajduje się w ręku Francuzów, dar sułtana Turcji za
udział Napoleona III w zwycięskiej wojnie krymskiej (1856).
Jeszcze dziś święci właśnie tutaj kolonia francuska wszystkie
uroczystości o charakterze narodowym.
„Przez Maryję do Jezusa”. Wypadało, żebyśmy od nawiedzenia
sanktuarium Matki Bożej rozpoczęli i naszą Drogę Krzyżową.
Według opisu ewangelistów pojmany w Ogrodzie Oliwnym Zbawiciel
przesiedział noc w piwnicy domu Kajfasza, gdzie dziś stoi kościół
ormiański, tuż przy bazylice Zaśnięcia Najświętszej Maryi
Panny, na wzgórzu Syjonu. Wspomniałem już o dolinie Gehenny, na
południowym zboczu murów, gdzie miał się powiesić Judasz,
kiedy zrozumiał, iż zdradzając swego Mistrza „wydał krew
sprawiedliwego” (Mt 27, 3-5). Skazanego na śmierć przez Radę
żydowską Chrystusa przeprowadzono wczesnym rankiem do pretorium
namiestnika rzymskiego (J 18, 28).
Było to wewnętrzne podwórze, wyłożone ogromnymi płytami
kamiennymi – znane z Ewangelii litostrotos – potężnej
twierdzy Antonia zbudowanej przez Heroda Wielkiego dla prokuratora
rzymskiego, który w okresie Paschy zwykł był z tego miejsca
czuwać nad porządkiem na, leżącym przed twierdzą, ogromnym
placu świątyni. A trzeba pamiętać, że na święta przybywało
tu z całego ówczesnego świata do 300 tysięcy żydów.
Podczas tzw. sądu Piłat nie zdołał zmiękczyć serca oskarżycieli
i dlatego, niby w imię racji stanu imperium rzymskiego (J 19,
12-16), skazał Jezusa na śmierć krzyżową, uwalniając równocześnie
złoczyńcę Barabasza (Mt 27, 15-26). Te sceny jawią się przed
oczyma naszej wyobraźni, kiedy na podwórzu dzisiejszej szkoły
arabskiej Al-Omariye-Medresse rozpoczynamy iść śladami umęczonego
Zbawiciela. Następnie przechodzimy na podwórze Instytutu
Biblijnego Ojców Franciszkanów, gdzie znajdują się Kaplice
Biczowania i Skazania. Obie są odnowione. W pierwszej, bardzo
jasnej, witraże absydy przemawiają głęboko do naszych serc:
scena nieludzkiego biczowania, bezskuteczny gest umycia rąk (Mt
27, 24), tryumf uwolnionego Barabasza. Cierniowa korona pod stropem
kopuły przypomina nam przepowiednie samego Chrystusa: „I będą
się z niego naigrawać, i plwać na niego, i ubiczują go i zabiją...”
(Mk 10, 34).
Wychodzimy na ulicę i przed łukiem „Ecce homo” (J 19, 5)
zatrzymujemy się na chwilę w bazylice o tejże nazwie. Ze czcią
stąpamy po białych, przez czas zniszczonych płytach litostrotos,
gdzie uwagę naszą skupiają rysunki korony, miecza i litery B (basileus
= król), znamiona „gry królewskiej” uprawianej przez
rzymskich żołnierzy. To tutaj Chrystus został uwieńczony
cierniową koroną, a w przyległej ciemnicy musiał czekać na
przygotowanie drzewa krzyżowego.
Było może koło południa, kiedy oprawcy wyprowadzili Jezusa na
drogę wiodącą wzdłuż muru – chyba nie dłuższą jak
500–800 metrów – ku wzgórzu „trupiej głowy” tj.
Kalwarii; tam bowiem, poza miastem i przy publicznym szlaku –
ludziom na przestrogę – wykonywano wyroki na skazańcach. Obok
Jezusa szli dwaj złoczyńcy, jak on skazani na haniebną śmierć
krzyżową.
Sama via dolorosa była wąska, nierówna, kamienista, tu i
tam nawet schodkowata. Nic dziwnego, że o upadek nie było trudno.
Aż do doliny potoku Tiropaneon droga schodziła stromo w dół,
krzyżując się tutaj z poprzeczną ulicą. To tu umiejscowiono
III stację, zbudowaną i utrzymywaną przez polskich dobrodziejów
dzięki inicjatywie księdza prałałata Pietruszki. Stacja jest
starannie pielęgnowana. Fresk absydy przedstawiający „płaczących
Aniołów” jest naprawdę arcydziełem: każdy przedstawiciel
12–tu chórów anielskich inaczej przeżywa i objawia swe uczucia
względem czołgającego się na Kalwarię boskiego Zbawiciela.
Tylko żałujemy, że pamiątkowe fotografie nie uwieczniły na
kliszy tego wyjątkowego malowidła.
Po odmówieniu pacierzy stacyjnych zatrzymujemy się dłużej w tym
„sanktuarium polskości”, oglądając cenne eksponaty muzeum
archeologicznego oraz liczne i ciekawe pamiątki po Polakach z
Bliskiego Wschodu.
Zbliża się południe, przeto wracamy na przerwaną Drogę Krzyżową.
Być może, że właśnie na skrzyżowaniu dróg czekała Maryja na
przechodzącego Syna. Tradycja umiejscowiła tu scenę spotkania
Matki z Jezusem. Stał tu dawniej kościółek „łkania”. Starożytna
mozaika przedstawia dwa sandały obok siebie, symbol owego
tragicznego spotkania. Dzisiaj stacja IV jest również w rękach
polskich, a płaskorzeźby ołtarzyka są dłuta artysty Tadesza
Zielińskiego. Teraz droga skręca w prawo. Idziemy schodkowaną
ulicą pamiętając, iż za czasów Chrystusa poziom wyboistej
drogi leżał może 15 albo nawet 20 metrów niżej. Wyobrażamy
sobie zmęczenie Jezusa, obarczonego belką krzyża, wlokącego
się w górę, w pełnym słońcu południa. Nic dziwnego, że żołnierze
rzymscy zatrzymali przy bramie miasta Szymona z Cyreny (Afryka), żeby
dopomógł w dźwiganiu krzyża (Mt 27, 32). Mała kaplica stacji V
przypomina tę scenę.
Stacja VI, poświęcona upamiętnieniu siostrzanej posługi
Weroniki, znajduje się na skraju tejże ulicy. Świeżo odnowiona
kapliczka, pod opieką Małych Sióstr Jezusa, należy do
grekokatolików.
Również stacja drugiego upadku – z kolei VII – Jest mało
widoczna, jak też blisko leżąca stacja VIII. Przyjmuje się, że
tak upadek jak też spotkanie ze współczującymi niewiastami miały
miejsce w bramie miejskiej, dziś – na skrzyżowaniu sięvia
dolorosa z ulicą Bazaru. Aż dziwne, że zmęczony i
sponiewierany Zbawiciel znalazł jeszcze siłę i chęć, żeby
podnieść na duchu i upomnieć płaczące niewiasty. Grecki napis
na krzyżu stacyjnym – „Jezus Chrystus zwycięża” –
przypomina nam tę wieczystą prawdę, że nasz boski Mistrz zawsze
zbawia i zwycięża, nawet w największym cierpieniu i poniżeniu.
Prosty słup stojący przy portyku gmachu koptyjskiego patriarchatu
uprzytamnia nam treść stacji IX, czyli trzeci upadek. Jesteśmy u
podnóża szczytu Kalwarii. Dziś cały blok greckiego klasztoru
Karalambos blokuje pierwotny szlak drogi krzyża. Żeby dojść do
tej stacji, jak zresztą podczas całej naszej wędrówki, trzeba
dosłownie przepychać się przez ludzką ciżbę. Naprawdę trudno
zachować skupienie, idąc śladami cierpiącego Zbawiciela po
rojnych uliczkach albo stromych i niewygodnych schodach, zaczepiani
przez siedzących przekupniów, szarpani przez przy godnych stręczycieli,
ogłuszeni krzyczącą różnojęzyczną gawiedzią. A jednak w mało
lepszych warunkach i w zupełnie innych nastrojach – bo wrogich
sobie – szedł tędy drogi sercu chrześcijańskiemu miłościwy
Pan.
Ostatnie pięć stacji odprawiamy w obrębie bazyliki Grobu, którą
zwiedziliśmy tegoż poranka. W kaplicy Ukrzyżowania skromne ścienne
malowidło obrazuje X stację: odarcie z szat było naturalnym
przygotowaniem do męki krzyżowania.
Zaledwie kilka kroków dalej – i jesteśmy przy ołtarzu naszej
dzisiejszej Mszy świętej. Wymowna mozaika rozrzewnia serce:
bezradność Matki jeszcze powiększa już i tak straszliwą mękę
Syna przybijanego do belek krzyża. Znowu zaledwie kilka metrów w
lewo, i klęczymy przed Ołtarzem Ukrzyżowanego.
Już nam nie przeszkadzają błyskotliwe lampiony greckich ołtarzy.
Ze czcią całujemy srebrny krążek, otaczający otwór, gdzie
ongiś tkwił krzyż Zbawiciela. Nieco głębiej na prawo, metalowa
płyta osłania szczelinę powstałą na skutek trzęsienia ziemi w
chwili śmierci Jezusa (Mt 27, 51).
W religijnym skupieniu wychodzimy z Bazyliki Grobu i zaraz wpadamy
w rozkrzyczaną ciżbę arabskiego „suku”, czyli targowiska.
Jeszcze raz ogarnia nas cisza modlitewna, kiedy zwiedzamy opodal leżący
klasztor prawosławny. W jego wnętrzu oglądamy mury obronne
Jerozolimy, pamiętające czasy Zbawiciela. Zakwefione mniszki suną
cicho, zawsze skupione, po długich krużgankach, podczas gdy
czarno ubrany zakonnik czuwa wiernie przy skale, o którą miał się
potknąć zmiażdżony ciężarem naszych win – Król nieba i
ziemi.
Wigilia wielkiego święta
Trzeba samopas lub
w małych grupkach powałęsać się po wąskich i zawsze
zapchanych uliczkach starej Jerozolimy, żeby móc choć trochę
odczuć tętno życia tego ciekawego pod każdym względem miasta.
Tu bowiem dosłownie na każdym kroku ciekawy turysta czy pobożny
pielgrzym spotyka się z coraz to nowymi odkryciami, gdzie nie
zawsze łatwo pogodzić rzucające się w oczy kontrasty. Cała
rzecz w tym, żeby umysł umiał obiektywnie ocenić spuściznę
przeszłości, bogatą w nieprzemijające wartości ogólnoludzkie,
przeto drogą każdemu z nas, ale też liczyć się z osiągnięciami
dzisiejszego postępu, który wychwala swe towary w każdym bazarze
i sklepie, ba, nawet na zakurzonej nawierzchni ulicy, ale wciska się
też przemocą do każdego domu, atakując tradycyjne obyczaje
rodzinne z uszczerbkiem dla zdrowia fizycznego i moralnego
tutejszych mieszkańców. Wiadomo – gwałtowne przemiany bywają
szkodliwe. Nawet Żydzi przekonali się o tym, szczególnie teraz,
kiedy powoli „stara gwardia” odchodzi na odstawkę na rzecz
nowej generacji.
Po krótkim nabożeństwie wielkopostnym w kaplicy polskich sióstr
dano nam na całe po obiedzie „przepustkę” na miasto. Jesteśmy
wolni aż do kolacji. To wszystko z okazji Paschy żydowskiej,
największego święta w Izraelu. Rozumie się, że panu Mironowi
Nelkin, naszemu miłemu przewodnikowi, daliśmy również wolne,
aby w gronie swych przyjaciół mógł spożyć tradycyjną
wieczerzę wielkanocną, o której dziś rano opowiadał nam bardzo
ciekawe rzeczy. Warto zauważyć, że od dwóch tysiącleci obrzędy
tej wieczerzy niewiele się zmieniły, co pozwala nam lepiej poznać
okoliczności, w jakich odbyła się wieczerza paschalna boskiego
Mistrza, o której piszą wszyscy ewangeliści.
W tym roku święto Paschy żydowskiej rozpoczynało się w środę
wieczorem. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Po drodze
do starego miasta wstępuję do gmachu poczty. Za późno:
„zamknięte do piątku rano”. Inne urzędy również. Izrael,
jako państwo, przestrzega bardzo rygorystycznie wszystkich świąt
religijnych, zapewniając wolność innym wyznaniom. Nie tu
miejsce, żeby pisać o samym mozaizmie, urzędowej
religii państwa. Mimo panoszącej się niewiary w tzw. „górnych
sferach” społeczeństwa, zasady mozaizmu zdają się odgrywać
ważną rolę w całym życiu państwowym, zwłaszcza w różnych
formach ruchu syjonistycznego. Praktycznie wygląda to tak, jakby
religia była na usługach państwa. Nie da się zaprzeczyć, że
gorący patriotyzm, jaki znamionuje każdego obywatela, nie jest do
pomyślenia bez znajomości Biblii i jej dość radykalnych wymagań.
A może właśnie w tym leży wsobna siła młodego państwa.
Grupkami przeciskamy się przez Bramę Damasceńską. Nachalni
przekupnie wprost prześcigają się w zachwalaniu swoich towarów.
Są niebywale wymowni, obrotni, bardzo uprzejmi, nadzwyczaj
cierpliwi. I tak przez cały boży dzień. Oczywiście wśród ciżby
ludzkiej ich wytrawne oko wyławia co ciekawszych cudzoziemców, którzy
o tej porze – jak my – wybrali się na przedświąteczny shoping.
Nie jest nam spieszno, więc oglądamy pstrokaciznę rozłożonych
towarów, ciągnieni (sic!) przez tzw. „naganiaczy”, czyli stręczycieli,
zaglądamy do co bogatszych sklepów, gdzie znajdziesz
przecudne eksponaty Wschodu obok błyskotliwej tandety. Mimo
wszystko warto tym bogactwom przyjrzeć się na własne oczy, bo
ostatecznie „suk” jerozolimski jest jednym wielkim muzeum.
Ostrożnie, trochę nieufni, zaglądamy nawet do arabskich kawiarń.
Wszak jesteśmy w samym sercu Moslem, dzielnicy na wskroś
arabskiej. Przed dość przestronną salą rozsiedli się starsi mężczyźni,
pociągając z ogromnych cybuchów; nie bardzo chce mi się wierzyć,
że ,,upijają się” wonnym tytoniem, bo oczy mają mętne i
jakby niewidzące.
Na skrzyżowaniu ulic możesz spotkać starszą kobietę, całą
omotaną w szmaty, z dzieckiem na ręku, proszącą o jałmużnę.
Podobne tego rodzaju sceny są coraz rzadsze. Częściej zobaczysz
chłopczynę prowadzącą ślepca. Ślepota jest tutaj chorobą
nagminną. Prosty ludek uważa niewidomych za ludzi
uprzywilejowanych przez Allaha, albowiem już tu na ziemi cieszą
się oni widzeniem raju, przeto każda przysługa im oddana spotka
się ze sowitą nagrodą z ręki Proroka.
Wracamy na ulice Bazaru, która dzieli miasto na dwie połowy.
Arteria o charakterze więcej międzynarodowym. Bardzo dyskretnie,
jakby wzdłuż ścian, przemykają się spiesznie grupki nabożnych
Żydów, spieszących pod „mur płaczu”, żeby tam odprawić
swe rytualne modły. Jak wiadomo, przed sześciodniową wojną było
to niemożliwe. Teraz skwapliwie korzystają z pełnej swobody.
Najczęściej widzi się ojców w otoczeniu synów. Żadnej kobiety
ani dziewczyny. Uważają, żeby przypadkiem nie dotknąć nie-żyda,
czyli goim, bo nabawiliby się „nieczystości”, która
pociąga za sobą różne ceremonie tradycyjnych obmywań. Wiemy,
że chodzi o Żydów z getto Mea Shearim, którzy patrzą
zgorszonym okiem na ciekawych turystów tak mało dbałych o kult
wielkiego Jehowy. Są odświętnie ubrani: długie czarne płaszcze,
jarmułki lub wielkie kapelusze na głowach białe pończochy
kontrastujące z czernią reszty odzienia. Oczywiście brodaci i
„pejsaci”. Swoją drogą podziwiamy ich gorliwość religijną
i ani nie przypuszczałem, że nazajutrz znajdę się w ich gronie,
żeby choć raz w życiu własnymi rękoma dotknąć ich wielkiej
świętości.
Z chwilą zapadającego mroku ciżba uliczna zaczyna rzednąć. Co
ważniejsze magazyny zamykają swe bramy. I my wracamy do naszego
hotelu. Tu i tam, zawsze bardzo dyskretnie, pojawiają się silnie
uzbrojone patrole izraelskie. Żaden podejrzany ruch nie uchodzi
ich uwagi. Żołnierze są młodzi, małomówni, niemniej z życzliwością
udzielają nam informacji.
Jesteśmy znowu w poddaszu Bramy Damasceńskiej. Połowa kramów
zamknięta. Przygodni przekupnie popędzają swe osiołki, mocno
obarczone niesprzedanym towarem. Może jutro pójdzie lepiej.
Ledwie wyszliśmy za Bramę na wielki bulwar sułtana Sulejmana, a
znowu ogarnęło nas życie wielkomiejskie naszej epoki.
Neony i reklamy, pojazdy i ludzie z europejska ubrani, to wszystko
jest czymś całkiem innym od tego, cośmy przed chwilą oglądali
i przeżywali. Może dlatego zatrzymywaliśmy się częściej, żeby
w oświetleniu reflektorów oglądać stare mury Jerozolimy. Czynią
czarujące wrażenie mimo zębu czasu, który je gryzie z dnia na
dzień. Siadamy na ławce, żeby jakoś uszeregować nasze wrażenia.
Wymiana myśli pozwala nam skompletować co ważniejsze przeżycia
Wielkiej Środy roku Pańskiego 1969.
Alojzy MISIAK
SAC
Ks. Alojzy Misiak SAC (1914-2004). Urodził się
we wsi Rzadkowo. święcenia
przyjął w 1943 roku. W Regii Miłosierdzia
Bożego, pełnił wiele funkcji, między innymi był: wychowawcą,
mistrzem nowicjatu, profesorem, dyrektorem szkoły, Przełożonym
Regionalnym, rekolekcjonistą, ojcem duchownym, wielkim czcicielem,
propagatorem i świadkiem Bożego Miłosierdzia, wicepostulatorem w
procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym siostry Faustyny. Relacja z pielgrzymi do Ziemi świętej ukazywała się
w kolejnych numerach „Naszej Rodziny“ – 6 (297) 1969, s.
8-10; 7 (298) 1969, s. 14-16; 8-9 (299-300) 1969, s. 12-13; 10 (301) 1969, s.
18-19; 11 (302) 1969, s. 18-19; 12 (303) 1969, s. 18-19; 1 (304)
1970, s. 9-11; 2 (305) 1970, s. 16-17.
|

Na zdjęciu:
Jedna z ulic
Nazaretu
(lata sześćdziesiąte
XX wieku)
Fot. Archiwum "NR"
|