Śladami Zbawiciela (1)

„Pierwszy raz w dziejach Polonii powojennej we Francji zorganizował ks. dr F. Stawarski, ze zgromadzenia Księży Misjonarzy, pielgrzymkę zbiorową do Ziemi Świętej. Grupa liczyła czterech księży i dziewiętnaście osób świeckich. Dzięki doskonałej organizacji Biura Podróży El–AL, nieprzeciętnym kwalifikacjom przewodnika p. Mirona N. z Tel Awiwu oraz harmonijnej współpracy wszystkich uczestników pielgrzymki, można ją ocenić jako nadzwyczaj udaną – tak pod względem religijno–kulturalnym jak i krajoznawczym. [...]” – pisał po swojej podróży w 1969 roku ks. Alojzy Misiak (1919-2004). Zmarły 22 grudnia pallotyn pozostawił ze swojej wyprawy obszerną relację, którą cyklicznie publikował na łamach pallotyńskiego pisma.

Nad szczytami zaśnieżonych Alp

Nasz lśniący Boeing 707 nosi grecką nazwę „Olympic”. Motory pracują pełną parą. Długi harmonijny kadłub aż drży z niecierpliwości. Załoga od przeszło godziny czeka na sygnał odlotu. My również. Nowa kontrola dokumentów. Po długich targach wyprowadzają jakiegoś elegancko ubranego pana. W naszej grupie pielgrzymkowej mamy „staruszków” liczących sobie po 73 lata. Rozumiemy ich niepokój, odpowiadamy na rozliczne pytania związane z podróżą powietrzną, zapewniamy o bezpieczeństwie lotu. Zresztą nie są sami, samolot zdołał pomieścić w swym wnętrzu aż 186 osoby, w tym nieletnie dzieci i osiwiałych staruszków.
Niedziela Palmowa, 30 marca. Godzina 1720. Nareszcie ruszamy. „Olympic” rozpędza się na betonowej płycie, szybciej i szybciej, potem lekko odrywa się od ziemi. „Ach! – wyrywa się z niejednej piersi. Znak krzyża świętego na drogę i bardzo żarliwe „Pod Twoją obronę”. Oczy księdza Stawarskiego jeszcze raz liczą rozrzuconych po całym samolocie pielgrzymów, potem ojcowskim spojrzeniem obejmują wszystkich pasażerów. Wiele rodzin żydowskich udaje się na wakacje świąteczne do Izraela, toteż nastrój jest bardzo rodzinny.
„Polecimy na wysokości 10000 metrów, z szybkością 900 kilometrów na godzinę. Będziemy w Tel-Awiwie za cztery godziny” – słyszymy spokojny głos stewardessy aż w trzech językach: hebrajskim, greckim i angielskim. Oczywiście musimy wszystko tłumaczyć na język polski. Po niecałej godzinie lotu jesteśmy już nad Alpami. Szarobiałe chmury zostały za nami. Zachodzące słońce opromienia śniegiem pokryte szczyty. Urzekający widok. Widać bardzo wyraźne wierzchołki i grzbiety górskie, długie języki lodowców, głębokie kotliny spowite w cieniu. Szczególnie nasi „nowicjusze” nie mogą się nadziwić piękności górskiego krajobrazu oglądanego z takiej wysokości. „Chwalcie Pana na ziemi... Ogniu i gradzie, śniegu i mgło... Góry i wszelkie pagórki...” szepcą wargi (Ps 148) a ręce same splatają się do modlitwy.
Za lądem Italii ogarnia nas gwiaździsta noc. Głęboko pod nami Morze Adriatyckie, potem Jońskie, białawe urwiska wysp Grecji, Morze Śródziemne. Podają nam smaczną kolację. Trochę ciasnawo, ale każdy je spokojnie, jakby u siebie w domu. Dopiero pod koniec lotu załoga uprzedza o „jeździe na bruku”, ale nie zawsze w porę. Wtedy tu i tam blednieją niektóre twarze. Uspakajamy przestraszonych. „To tylko są trous d’air” – tłumaczy pani Libera swej zaniepokojonej sąsiadce. Nic dziwnego, że niektórzy pasażerowie z niecierpliwością wypatrują brzegów Azji. Nareszcie! Pod nami, stosunkowo blisko, roztacza się planowo, geometrycznie rozłożone Tel Awiw. Całe w światłach. Okrążamy je aż dwa razy, bo nasz „Olympic” nie miał wolnego wjazdu. Podobno całe dziesiątki samolotów przybywa tu ze wszystkich stron świata.
Dokładnie po 4 godzinach lotu lądujemy spokojnie na międzynarodowym lotnisku Lod–Tel Aviv, leżącym niedaleko starożytnej Lyddy, gdzie Piotr apostoł uzdrowił Eneasza, „który był sparaliżowany od lat ośmiu i leżał na łożu” (Dz 9, 33). Wychodzimy  rozglądając się ciekawie. Noc. Wita nas odurzający zapach drzew pomarańczowych, mimozy i tamaryszku. Oddychamy pełną piersią. Temperatura raczej łagodna, jak w nasze letnie wieczory.
Na lotnisku, mimo późnej godziny, ruch ogromny. Setki turystów i pielgrzymów wysypuje się z samolotów różnych linii lotniczych. Krótka kontrola paszportowa. Odprawa celna, to prosta formalność. Zawdzięczamy to grzecznemu urzędnikowi, jak też usłużnemu przewodnikowi, panu Mironowi, który od tej chwili bierze nas w swoją opiekę. Jeden i drugi mówią biegle po polsku. Z radością stwierdzamy, że nasz język ojczysty jest tutaj powszechnie znany i to nie tylko przez najstarszą generację.
Jedziemy do Jerozolimy oddalonej od Lyddy o 46 kilometrów. Mimo zmęczenia i nocy ciekawie patrzymy na górzysty krajobraz. Szosa wije się wciąż w górę. Cisza w autobusie. Myśli nasze wracają w przeszłość. Droga do Jerozolimy! Cel tylu pragnień, tak wielkich przedsięwzięć w dziejach całej ludzkości. Tą drogą, raczej szlakiem Joppa-Jerozolima, spieszyli pątnicy od pierwszych wieków chrześcijaństwa aż po dzień dzisiejszy. Spieszyli, niczego nie żałując, żeby zaczerpnąć nowych sił u źródeł naszej wiary. Szli do Betlejem, wspinali się na Kalwarię, wracali przemienieni z Taboru. To pieszo, to na mule lub ośle, znaczniejsi na wozie lub w zbrojnym orszaku. Nie tak szybko jak my, ale przez miesiące i lata. Nie tak wygodną szosą, ale zakurzonym szlakiem karawan. Nie tak bezpiecznie i ufnie, bo często wśród przygód, które kończyły się tragedią... I my pójdziemy teraz szlakiem tysiącleci, co prawda w innych czasach i warunkach, niemniej jednak przynagleni tym samym ideałem: znaleźć ślady stóp Zbawiciela. Dlatego radość w sercach naszych jest tak wielka, kiedy, dobrze po północy, witają nas mury Jerozolimy.

W Betlejem judzkim

Stajemy przed arabskim hotelem „Commodore”. Leży na północno-wschodnim  zboczu góry Oliwnej, w dawnej dzielnicy Jordańskiej. Gospodarz jeszcze na nas czeka. Otrzymujemy pokoje. Są jasne, nowocześnie urządzone, na dwie osoby. Otwieram okno. Cisza. Z myślą o nocy Betlejemskiej wnet zasypiam.
Wielki Poniedziałek. Pan Miron już czeka w holu. Zapoznajemy się bliżej z jego osobą, będzie nam bowiem wiernie towarzyszył przez cały tydzień, dając nie tylko szerokie i jasne objaśnienia, ale odpowiadając też chętnie na rozliczne pytania, jakie bez ustanku i przy najmniejszej okazji będziemy mu stawiali. Zaskarbił sobie naszą szczerą wdzięczność, albowiem umiał zaspokoić zachłanną ciekawość niektórych pielgrzymów, jak też przyznać się otwarcie, gdy czegoś nie wiedział, prosząc o czas, ażeby móc zebrać dokładniejsze informacje. Tu i tam umiał wpleść jakąś arabską legendę lub odpowiednie przysłowie, opowiedzieć śmieszną żydowską kabałę lub historyjkę, i tak okrasić humorem swe rzeczowe objaśnienia.
Po śniadaniu korzystamy z kilku minut przerwy, żeby wysłać pierwsze pozdrowienia do najbliższych. Inni notują pierwsze wrażenia. Jeszcze inni już kupują jakieś świecidełka w hotelowym kiosku.
Do Betlejem jedziemy wzdłuż murów starej Jerozolimy. Wszystko jest dla nas czymś nowym, niecodziennym. Nasz przewodnik ledwie nadąża odpowiadać na pytania. Potem objaśnia, tłumaczy, pokazuje. Nasi domorośli i fachowi fotografowie oczywiście nie strajkują, zaś jasne słońce Wschodu jeszcze bardziej uwydatnia kontrasty napotykanych budowli i różnokolorowe stroje Arabów, Beduinów i wielojęzycznych turystów.
Szosa prowadząca do Betlejem i dalej na Hebron wije się prawie grzbietami gór Judzkich. Po lewej stronie, ku wschodowi, rozciągają się skaliste i nagie pasma, kiedyś pokryte nie tylko lasem i bujną trawą, ale także tarasowymi ogrodami i winnicami. Gospodarce Arabów a jeszcze więcej Turków ,,zawdzięcza” ten kraj ogołocenie i pustkę, na jakie patrzymy. Już w pobliżu miasta, w głębokiej kotlinie, znajdują się „łąki pasterzy”. Nad jedną z tamtejszych grot objawili się w Noc Betlejemską Aniołowie obwieszczając pasterzom, że ,,narodził się im Zbawiciel” (Łuk 2, 8–20). Inaczej czyta się i rozumie tę scenę ewangeliczną, kiedy nasze oczy patrzą na to historyczne miejsce.
Jeszcze jeden nagły zakręt drogi, i wjeżdżamy na plac rynkowy w Betlejem. Hebrajska nazwa beth-lehem znaczy dosłownie „dom chleba” a w języku arabskim „dom ciała”. Głęboka symbolika, która uzmysławia treść i cel misji mającej się tu narodzić Dzieciny. Wnet też czytać będziemy w Grocie Narodzenia, na miejscu gdzie pobożność wieków upamiętniła historyczne wydarzenie: „Oto tutaj z Dziewicy Maryi narodził się Jezus Chrystus”.
Wiele innych wspomnień biblijnych łączy się z tym miastem i jego okolicą. Tutaj narodził się Dawid, na okolicznych zboczach pasał trzody swego ojca, tu został namaszczony przez Samuela na króla Izraela. A w kilka wieków potem, prorok Micheasz, współczesny wielkiemu Izajaszowi, oznajmił wybranemu ludowi przyjście przyobiecanego Mesjasza: „A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich! Z ciebie wyjdzie ten, który będzie panował w Izraelu, a pochodzenie jego od dni wieczności”.
Większość miejsc świętych jest pod opieką materialną i duchową Ojców Franciszkanów nazywanych tu „stróżami Ziemi Świętej”. Wchodzimy do bazyliki Narodzenia. Brama, przez którą ongiś przechodziły wielbłądy i konie, jest prawie zamurowana. Trzeba się schylić, żeby pod nią przejść. W ten sposób, chcąc nie chcąc, każdy adoruje Tego, który tutaj stał się Ciałem.
Ojciec przeor wita nas serdecznie i zaraz wykłada ornaty podarowane przez Rodaków. Bardzo miła  niespodzianka. Koncelebracja ma miejsce w Grocie Narodzenia oddanej katolikom. Ze smutkiem stwierdzamy, że o posiadanie miejsc świętych toczą się wiekowe spory między różnymi wyznaniami. Jakżesz się potem dziwić, że nie mniejsze toczą się o posiadanie samej Ziemi Świętej! Mimo nastroju Wielkiego Tygodnia śpiewamy jednak nasze rzewne polskie kolędy, żeby móc głębiej i żywiej przeżyć tajemnicę przyjścia na świat Słowa Wcielonego właśnie w tej ciemnej Grocie.
Wspólna fotografia ma upamiętnić to pierwsze bliskie spotkanie się z historycznym tłem życia naszego Zbawiciela.
Zwiedzamy jeszcze tzw. „mleczną grotę” oraz kilka warsztatów rękodzielniczych. Większość arabskich mieszkańców Betlejemu zajmuje się bowiem wyrobem dewocjonalii dla różnych kultów. Warto choć chwilę przypatrzeć się zwinnym palcom, które obrabiają drzewo oliwne na paciorki różańcowe, masę perłową na korale, albo twardy marmur na cudne figurki. Robotnik pracujący w warsztacie swego patrona – nazywają go tu „ojcem” – zarabia przeciętnie do 20 franków za dziesięciogodzinny dzień pracy.
W drodze powrotnej odwiedzamy grób Racheli, żony patriarchy Jakuba. To ona tak rzewnie płakała nad swymi najmłodszymi synami, Józefem i Benjaminem,   przebywającymi w pogańskim Egipcie, stając się w ten sposób figurą innych matek Betlejemskich, które straciły swe dzieci z ręki oprawców okrutnego Heroda (Mt 2, 16–18). Nic dziwnego, że Rachela, „matka Izraela” (Jer 31, 15) jest czczona jako święta nie tylko przez wiernych żydów i chrześcijan, ale też przez Arabów.

Jerozolima – miasto pokoju

Dla Arabów miasto Jerozolima jest największą świętością po Mekce. Na dawnym miejscu świątyni Heroda wznosi się od VII wieku wspaniały meczet Omara, kryjący pod swą złotą kopułą skałę, skąd prorok Mahomet miał na swym chyżym rumaku pogalopować do nieba.
Dla Żydów znowu jest to wybrane przez Boga miasto, ongiś stolica pobożnego Dawida, jakby żywym i wiecznotrwałym symbolem wielkości Izraela oraz gwarancją urzeczywistnienia wszystkich pragnień Ludu Wybranego. Stolica religijna, kulturalna i dziś polityczna. „Bramy Jeruzalem rozbrzmiewać będą pieśniami wesela, a wszyscy jej mieszkańcy zawołają: Alleluja! Alleluja! Niech będzie uwielbiony Bóg Izraela!” (Tob 13, 18).
A dla nas chrześcijan spieszących tu z całego świata? Nieledwie każda piędź ziemi, dziś może pokryta stosem kamieni czy wygładzona asfaltem, mówi nam o przedziwnym w dziejach historii działaniu Emanuela, czyli „Boga z nami”. Patriarchowie składali tu Najwyższemu krwawe ofiary, Prorocy zwiastowali Zbawiciela, a kiedy ten wreszcie się zjawił, krew jego wsiąkła w skałę Golgoty „na okup za wielu”. Głębokie wzruszenie ogarnia nas, gdy sobie uświadamiamy, że oto danym nam było stanąć przy historycznej i geograficznej kolebce Kościoła, a tym samym odświeżyć naszą wiarę przy samym jej źródle. Czyż nie ono użyźniło, często przemieniło i uszlachetniło wszystko to, co geniusz ludzkości dotychczas stworzył! Przecież tak bardzo szczycimy się osławioną kulturą chrześcijańską. I dziwić się, że do tego właśnie miasta wszyscy żywią jakoweś pretensje i kto może, choć raz w życiu pragnie je zobaczyć.
Wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, bez różnicy religii, rasy i języka, witają nas i żegnają treściwym słowem „szalom” – pokój z tobą! I rano przy powitaniu, i wieczorem na dobranoc. Nawet w dzień sobotni lub święto Paschy – któreśmy tu przeżyli – życzono nam „pokojowego sabatu”. A przecież mimo obojętności religijnej pewnych grup społecznych, w każde żydowskie święto ustaje wszelka kupiecka, polityczna a nawet społeczna aktywność ludzka, imprez sportowych i rozrywkowych nie wyłączając. Ciekawy kraj i miasto, jeszcze ciekawszy człowiek, który – mówiąc szczerze – uznaje nad sobą tylko jeden niekwestionowany autorytet – Boga. 
A jednak na szerokim świecie tyle się mówi i pisze o wojnie. Wyświetla się na ekranach sceny zamachów. Chyba celowo podkreśla wszystko to, co dzieli dwa pobratymcze narody. Czy po to, żeby zadać kłam słowu „pokój”? Czyżby Jerozolima, miasto o tak bujnej i jakże tragicznej przeszłości, była jedyną oazą pokoju w Izraelu! Nie myślę. Trzeba bezstronnie spojrzeć na codzienne życie. Fakty mają swoją wymowę. Na gwarnych i wypełnionych ciżbą uliczkach słyszysz prawie wszystkie języki świata, patrzysz na wielokolorowe twarze, podziwiasz kosmopolityczne stroje, budujesz się taką czy inną praktyką religijną. Zaś na otwartych  straganach  znajdujesz wszystkie produkty szerokiego świata, w kiosku kupisz przeróżne gazety. Wszędzie pełno gwaru i popychania – jesteśmy na Wschodzie – a jednak na palcach zliczysz kradzieże, bitki i gwałty, bo ludzie tutejsi po prostu nie mają czasu na takie wybryki. Nawet nie zobaczysz wałęsającej się „złotej młodzieży” naszego kulturalnego Zachodu, chyba w nowym mieście i to jeszcze turystów. Rzadkie afisze kinowe nie rażą wyuzdaniem i tanią reklamą.
O tym wszystkim rozmawiamy zajadając smaczny obiad u Sióstr Elżbietanek w nowym Domu Polskim. Znajduje się on przy gmachu patriarchatu rumuńskiego, w pobliżu dawnej bramy Mandelbauma, gdzie przed  wojną  sześciodniową znajdowało się jedyne przejście między Jordanią i Izraelem. Polskie Siostry otwartym sercem przyjęły pierwszą zwartą grupę pielgrzymkową Rodaków. Pokazały dom i kaplicę. Czytaliśmy pamiątkową tablicę z imionami żołnierzy 2-go Korpusu, którzy ufundowali ten zakład. Wielu z nich dało potem życie za Ojczyznę i w obronie wolności innych narodów. W gorliwej modlitwie poleciliśmy ich miłosierdziu dobrego Boga; Siostry i sierotki codziennie to czynią. A Dom Polski właśnie dzięki ofiarności jeszcze dziś służy dobrej sprawie.
Tak, naprawdę czujemy się „u siebie” : język, zwyczaje, atmosfera domowa, nawet jedzenie – lepsze i obfitsze niż w hotelu – wszystko prawdziwie polskie w dodatku okraszone matczyną serdecznością Sióstr. Na tym miejscu szczere „Bóg zapłać” od wszystkich pielgrzymów! 
Do stołu towarzyszy nam ojciec Semkowski OP, rektor Papieskiego Instytutu Biblijnego. Jako stały mieszkaniec Jerozolimy, znakomicie orientuje się w tutejszej sytuacji, toteż jego wyjaśnienia uzupełnione potem przez naszego przewodnika i własną obserwację pozwalają nam wyrobić sobie bardziej obiektywną opinię, tak o samych miejscach świętych, jak też o mieszkańcach samej Jerozolimy.
Po obiedzie ruszamy w kierunku na zachód, gdzie na wzgórzach rozbudowuje się nowa Jerozolima, licząca już 200000 mieszkańców. Stare miasto mieszczące się w obrębie murów liczy do 60000, w większości Arabów. Jedziemy przez szerokie ulice wysadzone palmami. Trzeba przyznać, że dotychczasowe realizacje planu rozbudowy nie ustępują postępom urbanistycznym Zachodu. O ile Żydzi szczycą się najmniejszą śmiertelnością (6%) i największym przyrostem naturalnym (19%), to nie mniej są dumni ze swoich lekarzy i architektów. Zresztą dzieła chwalą mistrza. Rzeczywiście mamy co podziwiać.
Zwiedzenie „Yad Vashem”, czyli narodowego mauzoleum ku czci 6 milionów pomordowanych Żydów w Europie pozostawia na nas niezapomniane wrażenie. Wchodzimy do podziemia jakby do krypty kościoła. Ogromny blok surowego betonu niemal przytłacza do ziemi okrągłe kamienie – symbol milionów istnień ginących pod ciężarem brutalnej przemocy. Wewnątrz, na surowej płycie, gdzie płonie wieczny znicz, obraz nieśmiertelności ducha ludzkiego, czytamy nazwy głównych obozów zagłady: Dachau. Oświęcim, Treblinka. Następuje chwila grobowej ciszy, potem chórem odmawiamy „Zdrowaś” i „Wieczne  odpoczywanie”. Cóż więcej mogliśmy dla nich uczynić?
Obok, w hali wystawowej, moc archiwów na temat zbrodni hitlerowskich, spis nominalny zaginionych, liczne fotografie, nawet odtworzenie słynnego „kanału” warszawskiego getta.
Zatrzymuję się na końcu Alei Sprawiedliwych – chodzi o dwurząd drzew zasadzonych ku czci osób, które pomagały Żydom podczas ostatniej wojny – żeby w kiosku kupić pamiątkowe pocztówki. Słyszę rozmawiającą młodą parę. Niemcy. Ona ocierała załzawioną twarz: „Nie, nie mogę uwierzyć, żeby to było prawdą... Aż 6 milionów ofiar, kobiet dzieci...” Spojrzałem na sprzedawczynię, młodą Izraelitkę. „Być może, że wielu rzeczywiście o niczym nie wiedziało”. Jako były jeniec wojenny mógłbym na ten temat coś nie coś powiedzieć, ale na tym swego rodzaju również świętym miejscu wolałem milczeć. 
Obiekty nowego uniwersytetu, gdzie uczy się 15000 studentów – nie tylko Żydów – muzeum bohatera narodowego Teodora Herzla, uważanego jako ojca idei państwowej Izraela – wspaniały gmach  Knesetu (Parlament),   nowe  szpitale, szkoły, cmentarze i parki, to wszystko naocznie świadczy o żywotności obywateli nowego państwa, które dziś liczy zaledwie 2,5 miliona mieszkańców.
Zjeżdżając ku kotlinie, gdzie leży Ain Karim, nasz przewodnik powraca do rozmowy przy stole. Mówi o potrzebie, konieczności pokoju dla tej pięknej stolicy i jej pracowitych mieszkańców.  Oto dlaczego słowo „szalom” nie schodzi z ich ust, jest bowiem czymś więcej niż życzeniem i potrzebą serca, jest po prostu sprawą życia lub śmierci.

W domu Nawiedzenia 

„Maryja w one dni udała się spiesznie w okolicę górzystą do miasta Judy. I weszła do domu Zachariasza, i pozdrowiła Elżbietę” (Łk 1, 39-40). 
Okolica jest rzeczywiście bardzo falista. Samo osiedle Ain Karim co znaczy „dobrego, żywego źródła” leży na dnie kotliny u podnóża Pomnika narodowego. Niedawne wykopaliska udowodniły, że za czasów Chrystusa było to dość pokaźne miasteczko zamieszkałe głównie przez bogatszych ludzi. Do takich należał również kapłan Zachariasz, który co pewien czas odbywał swą służbę przy Świątyni Jerozolimskiej” (Łk 1, 5–25).
Zatrzymujemy się przy strumyku, który przepływa przez osiedle. Wąska struga czystej wody wypływa ze źródełka, do którego z pewnością chodziła jeszcze Najświętsza Panna, kiedy podczas swego trzymiesięcznego pobytu w domu Zachariasza pomagała Elżbiecie w gospodarstwie domowym. 
Kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela wznosi się na ruinach dawnej bazyliki bizantyńskiej, prawdopodobnie nad mieszkaniem ojca poprzednika Chrystusa. Jak prawie w całej Palestynie, opiekę nad sanktuarium dzierżą ojcowie Franciszkanie. Ojciec kustosz oprowadza nas po przestrzennej ale nieco ciemnawej świątyni. W głębi po lewej stronie, kilka stopni niżej posadzki, znajduje się Grota Narodzenia św. Jana. Za ołtarzem, przed którym długo się modlimy, widać jeszcze obnażoną ścianę groty, podczas gdy reszta kaplicy jest pokryta marmurem i bogatą mozaiką ze scenami życia tego, o którym sam Zbawiciel zaświadczył, iż „między narodzonymi z niewiast nie powstał większy nad Jana Chrzciciela” (Mt 11, 11). Ale mimo takiej pochwały tenże Chrystus nie omieszkał zaraz dodać na pociechę wielu nieznanych światu bohaterów życia chrześcijańskiego: „Natomiast najmniejszy w Królestwie Niebieskim większy jest niż on” (11, 12).
Obrzęd obrzezania, rodzaj chrztu starotestamentowego, który włączał nowonarodzone dziecię do społeczności Ludu wybranego, miał miejsce w mieszkaniu rodziców. Z tej okazji otrzymywał chłopczyk swe imię. „I stało się, że przybyli dnia ósmego, aby obrzezać dzieciątko i nazwać go imieniem ojca jego, Zachariasza. A odpowiadając matka jego rzekła: Żadną miarą, lecz nazwany będzie i Janem. I rzekli do niej: Nie masz nikogo w rodzie twoim, którego by zwano tym imieniem. I pytali przez znaki ojca jego, jakby go zechciał nazwać. On tedy zażądał tabliczki i napisał słowa: Jan jest imię jego i zdumiewali się wszyscy. A w tejże chwili otwarły się usta jego i mówił wielbiąc Boga” (Łk 1, 59–64).
Jak wczoraj w Betlejem, podobnie dzisiaj w Ain Karim, głęboko przeżywamy tak drogie naszemu sercu sceny ewangeliczne,  najpierw   spotkania dwóch matek – Elżbiety z Maryją – i teraz, w tej zacisznej krypcie, cudu miłosierdzia Pańskiego dokonanego na osobie kapłana Zachariasza. I dziwić się, że już „podeszły w latach” kapłan (Łk 1, 7) wyśpiewał Bogu na cześć i Izraelowi na chwałę przecudny hymn Benedictus!  „Błogosławiony Pan Bóg Izraela, że nawiedził i odkupił lud swój. Potęgę zbawienia wzbudził nam w rodzie Dawida, sługi swego... A ty, dzieciątko, nazwane będziesz Prorokiem Najwyższego, bo pójdziesz przed obliczem Pana, by gotować drogi jego” (Łk 1, 68, 69, 76). I Jan poszedł, żeby przygotować drogi Zbawicielowi, który jeszcze w łonie matki oczyścił go ze wszelkiej skazy: „I stało się, skoro usłyszała Elżbieta pozdrowienie Maryi; skoczyło dzieciątko w łonie i napełniona została Duchem Świętym, i zawołała głosem wielkim, mówiąc: Błogosławionaś ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota twego” (Łk 1, 41–42).
Naprawdę nie żałujemy, żeśmy nieco skręcili z drogi, by w Domu Nawiedzenia głębiej przeżyć treść Magnificat i Benedictus, dwóch hymnów ewangelicznych codziennie śpiewanych przez miliony wyznawców Chrystusa i czcicieli jego pokornej matki.

Getto Świętego Miasta

Do hotelu wracamy przez ciekawą dzielnicę, gęsto zabudowaną, gdzie mieszkają Żydzi „starej daty”. Zamknięci dobrowolnie jakby w getcie, zachowują swe tysiącletnie tradycyjne stroje, noszą chałaty, mycki i pejsy, używają dialektu jydisz, stronią od życia politycznego, uciekają   przed   postępem. Dzielnica Mea Shearim jest oazą prawowierności i pobożności żydowskiej w nowej Jerozolimie. 
Trzeba bowiem sobie uprzytomnić, że cała Biblia – księga święta dla wszystkich Żydów – jest na wskroś przesiąknięta pojęciami teokratycznymi. Według nich rzeczywistym władcą i rządcą kraju i jedynym pasterzem Ludu wybranego jest Bóg Jahwe. Wszystko pochodzi z jego postanowienia, jego mądrym planom nikt nie zdoła się sprzeciwić: przedziwna historia Izraela jest tego przykładem. On też sam, i nikt inny – ani obca moc, ani przemyślność żydowska – zadecyduje o czasie, w którym ma zostać odnowione wspaniałe królestwo Dawida. Bezbożnikiem i bluźniercą będzie każdy, kto odważy się sprzeciwić odwiecznym i niezmiennym planom wielkiego Jehowy.
Dlatego też dziwne, nieledwie wrogie nastawienie tych prawowiernych Żydów do wszystkiego, co nie pochodzi z ręki Boga, nie powinno nas zbytnio dziwić, tym mniej gorszyć. W imię swoich zasad stronią oni od wszelkiej aktywności politycznej, nie biorą udziału w głosowaniu, nie odbywają służby wojskowej, nie chodzą do kina, żyją odosobnieni ale zwarci w „swoim świecie”. Zdarza się nawet, że chodzenie samopas po dzielnicy Mea Shearim byłoby rzeczą wielce niebezpieczną. Nawet dzieci są tak wierne przepisom Tory – księga komentująca Biblię – że nie odpowiadają na zadawane pytania i uciekają przed kamerą filmową jak przed szatanem. A jednak nawet i ci mieszkańcy nowej Jerozolimy – liczą się na kilkanaście tysięcy – godni są szacunku, choćby ze względu na swą wierność wierze ojców, za którą w wiekowej historii Diaspory przelali już tyle krwi.
I znowu zbliżamy się do murów starej Jerozolimy. Handlujący przy bramie Damasceńskiej Arabowie jeszcze teraz tam siedzą, rozgadani jak papugi. Móc targować się bez przestanku, rozmawiać o wszystkim i o niczym, to ich jedyna rozrywka i chyba najgłębsza radość szarego dnia pracy. Cierpliwi i wyrozumiali, nie gniewają się, gdy odejdziesz po godzinnym handlu z próżnymi rękami. To też ciekawy naród, równie oryginalny jak ten z getta, i dlatego mogący nas wiele nauczyć. Patrząc na ten pstrokaty tłum przekupniów, na brązowe piękne twarze mężczyzn, na proste i wysokie sylwetki kobiet Wschodu, słysząc różne języki świata, przychodzi mi na myśl trafne spostrzeżenie pewnego znawcy tego ciekawego kraju: „Ważne są miejsca święte i wielce czcigodne, ale czy człowiek je zamieszkujący nie jest daleko więcej ważny? Wiele dotychczas uczyniono dla zachowania i upiększenia tych drogich nam wszystkim miejsc i pamiątek, a tak bardzo niewiele dla człowieka, który po nich chadza, może z nich żyje. Tymczasem – jak nas uczy Ewangelia – Zbawiciel świata przyszedł na ziemię właśnie tutaj, dla tych szarych ludzi, dla polepszenia ich losu, dla ich trwałego pokoju...”
Co potęgi tego świata w tym kierunku uczyniły i co nam uczynić wypada? Nad świętym miastem zapadała noc. Cisza panowała w autobusie. Każdy był zajęty swymi myślami, może przetrawiał w sobie przeżycia dobrze wypełnionego dnia. Tak, miasto święte, również dlatego, że w ciągu wieków tyle krwi, potu i łez wylało. Szalom, Jerozolimo! – oto nasze szczere życzenie na dobranoc. 

W Ogrodzie Agonii

Wielki Wtorek. Zaraz po śniadaniu udajemy się do Ogrodu Getsemani. Leży on u stóp Góry Oliwnej dominującej nad Jerozolimą od strony wschodniej. „Jezus i uczniowie jego często się tam gromadzili” – pisze św. Jan, który dobrze znał to miejsce. Po trudach pracy apostolskiej Chrystus miał zwyczaj zachodzić do rodziny Łazarza w pobliskiej Betanii albo też chronił się na noc do ustronnego i zacisznego ogrodu Getsemani (Gath Schemanin = prasa do oliwy), gdzie mógł spokojnie „rozmawiać z Ojcem”.
Sam ogród był otoczony kamiennym murem pilnie strzeżonym przez właściciela, prawdopodobnie przyjaciela czy nawet krewnego jednego z uczniów Zbawiciela. W samym ogrodzeniu znajdowały się groty, gdzie robotnicy tłoczyli oliwki lub zbierali wodę deszczową na irygację ogrodu. Oczywiście z braku lepszego schronienia w mieście, można było tutaj łatwo i spokojnie spędzić noc.
Szum drzew oliwkowych – symbol pokoju – nastrajał duszę do rozmyślań i modlitwy. W ową noc czwartkową – był to początek kwietnia, jak dziś – schronił się Jezus z uczniami do tegoż ogrodu, żeby w samotności stoczyć wewnętrzną walkę ze złem. Bo wyrażenie greckie ,,agonia” może najlepiej uzmysławia wewnętrzną tragedię serca Chrystusowego, które w tej chwili nie znalazło zrozumienia nawet ze strony najbliższych przyjaciół. Walka duchowa Jezusa znalazła swój wyraz w pocie „podobnym do kropli krwi” (Łk 22, 44) tak, że nawet anioł z nieba musiał podtrzymać siły fizyczne Zbawiciela: „wtedy ukazał mu się anioł z nieba i umacniał go” (Łk 22, 43).
To wszystko staje przed oczyma naszego ducha, kiedy wchodzimy do pięknej Bazyliki Agonii, wzniesionej na fundamentach starego kościoła bizantyńskiego. Presbiterium świątyni kryje pod swym stropem kamień agonii, przed którym skupiamy się w cichej modlitwie. Przecież to właśnie na tym miejscu, na tej twardej skale, przeżywał Chrystus mękę duchową, która po dziś dzień ponawia się choć tylko w milionowej części – w sercu każdego człowieka, l jak On ,,będąc w ucisku, dłużej się modlił” (Łk 22, 44), podobnie i my pamiętaliśmy o tych wszystkich, którzy przejść muszą przez ogrójec swego życia.
Mszę świętą koncelebrowaną odprawiamy jednak w tak zwanej Grocie Apostołów, która leży nieco niżej, blisko grobu Matki Boskiej, rzeczywiście o „rzut kamienia” (Łk 22, 41) od Bazyliki Agonii. Jest to ogromna nieforemna sala podziemna, dziś podtrzymana kilku grubymi kolumnami pochodzącymi z czasów krzyżowców. W niszach groty oglądamy ślady dawnych mozaik z IV wieku. To tutaj spędził Jezus z uczniami niejedną noc na spoczynku, ale też na gorącej modlitwie. Freski nad ołtarzem przedstawiają sceny ewangeliczne z Ogrójca: agonię, zdradę Judasza, ucieczkę uczniów.
Ze wzruszeniem odprawiamy Najświętszą Ofiarę w tym czcigodnym miejscu. Zamiast Ewangelii czytamy pasję według św. Marka. W miarę czytania przesuwają się przed oczyma duszy wyżej wspomniane sceny agonii. Tutaj głębiej i żywiej niż zazwyczaj przeżywamy ból i osamotnienie cierpiącego za nas Zbawiciela.
Jego wymówka pod adresem śpiących uczniów jest dla nas czymś więcej niż wyrzutem sumienia : „Szymonie, śpisz ? Nie mogłeś czuwać choć jednej godziny” (Mk 14, 37)?
 „Gorzkie Żale”, to tak bardzo liturgiczne rozważanie Męki Pańskiej, nie mogły znaleźć lepszego obramowania jak to pamiętne miejsce. Wszyscy uczestnicy śpiewali je nie tylko z głębokim przejęciem, ale też bardziej świadomi tragedii, jaka się właśnie tutaj rozegrała. Ale dopiero jutro przeżyjemy bliżej dalsze jej etapy.

W Dolinie Jordanu

Zostawiając zwiedzenie wyższej części Góry Oliwnej na popołudnie, opuszczamy Grotę Apostołów i wracamy na szeroką szosę prowadzącą poprzez Góry Judzkie ku Morzu Martwemu. Cały ten kraj, dziś prawie że ogołocony z zieleni i mało zabudowany, był za czasów Chrystusa pokryty lasami, polami a nawet winnicami. Rzecz po prostu nie do uwierzenia, gdy patrzymy na nagie góry tylko tu i tam pokryte nędzną trawą. W swych licznych podróżach do Jerozolimy i z powrotem do Galilei, Chrystus zazwyczaj szedł tym szlakiem karawanowym. Jego oczy patrzyły na bogatszy pejzaż aniżeli nasze.
Jedziemy stale w dół ku depresji Jerychońskiej, z wysokości Jerozolimy (+750 metrów) aż do poziomu   Morza  Martwego (-392 metrów). Tylko na krótką chwilę zatrzymujemy się przy ,,oberży Samarytanina”, o której wspomina Chrystus w swej przepięknej przypowieści „o miłosiernym Samarytaninie” (Łk 10, 34). W niespokojnych dla Izraela czasach napady na podróżnych w tym pustkowiu nie były rzadkością.
Na okolicznych zboczach pokrytych rzadką i nędzną trawą – jesteśmy na końcu pory deszczowej – pasą się stada ciemnobrunatnych i zupełnie czarnych kóz i owiec. Pasą się pod czujnym okiem dorosłych pasterzy, którzy muszą w potrzebie bronić stada przed drapieżnymi zwierzętami i ptakami. Przypowieść Chrystusa o ,,dobrym pasterzu” (J 10, 1-16) znajduje tutaj pełne potwierdzenie. 
Raptownie urywa się pasmo gór i wyjeżdżamy w żyzną dolinę ujścia Jordanu. Skręcamy w lewo ku ,,miastu palm” i chyba kwiatów, jakim jest Jerycho. „Jerycho leży wśród bujnej zieleni, jakby czarodziejskim sposobem przeniesionej z podzwrotnikowych krajów w dolinę Jordanu, która chroniona górami od suchych i porywistych wiatrów i bogata w obfite źródła, i błogosławiona bliskością świętej rzeki, jest jednym kwitnącym ogrodem”.
Autor ,,Jezusa z Nazarethu” nie przesadza. Jerycho jest kwitnącą oazą wśród nagich gór. Tędy wdarli się Izraelici po czterdziestu latach wędrówki przez pustynię Synaj do Ziemi  Obiecanej. Wykopaliska za dzisiejszym miastem, które zresztą z ciekawością oglądamy, świadczą o kolejnym istnieniu ponad 20 osiedli i to począwszy od dziesiątego tysiąclecia przed Chrystusem. Łukasz ewangelista opowiada, że mieszkańcy Jerycha cisnęli się, żeby ujrzeć przechodzącego Jezusa z Nazaretu, który przyjął gościnę u małego wzrostem ale wielkiego sercem Zacheusza, zwierzchnika pogardzanych powszechnie celników (19, 1-10).
Dzisiejsze miasto, położone na skrzyżowaniu dróg, jest znane ze swych wczesnych warzyw i owoców. Ulice toną w bujnej zieleni, z której wychylają się co chwila całe pęki różnokolorowych kwiatów – prawdziwa gratka dla naszych fotografów.
Za miastem, u podnóża samotnego stożka góry Pokuszenia – bo tutaj Chrystus miał odbyć swój czterdziestodniowy post przed rozpoczęciem misji apostolskiej (Mt 4) – rozciąga się ogromny obóz wysiedleńców palestyńskich. Problem nie tylko dla Izraela może najtrudniejszy do rozwiązania! Faktem jednak jest, że dziś wszyscy mężczyźni zdolni do pracy zarabiają uczciwie na chleb dla swych licznych rodzin, a dzieci chodzą do szkół zbudowanych dzięki pomocy UNRY.
Na prawo, ku wschodowi, prowadzi szosa ku Jordanowi na sławny most Allenby, ale tam jak też w miejscu chrztu Jezusa, może być niebezpiecznie się zatrzymać, dlatego jedziemy wprost szeroką i bogatą doliną – niestety dotychczas mało wykorzystaną – ku lśniącemu w słońcu Morzu Martwemu. Daleko na horyzoncie widnieje góra Nebo, skąd przed śmiercią Mojżesz patrzał na Ziemię Obiecaną (Pwt 34, 1). Z jakim żalem musiał patrzeć na tę ziemię „mlekiem i miodem płynącą”, do której grzech nieufności zabronił mu wstępu!
Morze Martwe, a dokładnie mówiąc „słone”, jest w rzeczywistości zamkniętym jeziorem długości ponad 80 kilometrów, szerokości do 15 kilometrów i o przeciętnej głębokości 50 metrów. W grotach wzdłuż  zachodniego brzegu znaleziono w ostatnich latach cenne dokumenty, które potwierdzają historyczność wielu ksiąg Biblii oraz opisują ciekawe życie żydowskiej sekty Esseńczyków, do której prawdopodobnie należał również św. Jan Chrzciciel.
Jeszcze dalej ku południowi leży wśród surowej przyrody śliczna oaza Engaddi, o której wspomina Pieśń nad Pieśniami i gdzie rosną sławne krzewy aromatyczne, z których produkuje się najcenniejsze perfumy. Wreszcie u południowego krańca morza można jeszcze dzisiaj oglądać ruiny osławionych miast Sodomy i Gomory, nawiedzonych straszliwą karą Jehowy. Niestety, plan naszej obecnej pielgrzymki nie przewidywał zwiedzenia tych cennych pamiątek biblijnych. Musieliśmy się zadowolić wykąpaniem nóg w siarkowej wodzie morskiej i paradą na pstrokato ubranych wielbłądach. Ze smutkiem patrzyliśmy na żyzną dolinę Jordanu, dziś opuszczoną czy zaniedbaną przez dwa bratnie narody, które walczą o ziemię tak mało wykorzystaną.
W drodze powrotnej do Jerozolimy zatrzymujemy się w Betanii, gdzie mieszkała przyjazna Jezusowi rodzina Łazarza, którego Chrystus wskrzesił z martwych (J 11) i gdzie potem został namaszczony drogocennym olejkiem w domu Szymona Trędowatego (Mk 14, 1-11), co ostatecznie zadecydowało o nikczemnej zdradzie Judasza. Do grobu Łazarza schodzi się do głębokiej skalnej groty, znajdującej się pod bazyliką w stylu bardzo nowoczesnym. Nie możemy się opędzić natręctwu starej Arabki, która od każdego chce wyłudzić pieniądze za raz już opłacony wstęp do grobu. Też problem niełatwy do rozwiązania, bo każda nieroztropnie udzielona jałmużna jeszcze bardziej rozleniwia ludzi już z natury skłonnych do nieróbstwa. „Dasz ubogiemu rybę, uratujesz go na jeden dzień; nauczysz go łowić ryby, uratujesz go na całe życie” – mówi mądre chińskie przysłowie. Odnieśliśmy wrażenie, że Izrael stara się realizować jego treść.

Na wzgórzu Syjon

Po smacznym obiedzie w Domu Polskim jedziemy znów wzdłuż zachodnich murów miasta. Po lewej ręce, tuż za bramą Jaffy, zostawiamy surowe mury starożytnej cytadeli z wieżą Dawida w środku. Nazwa nie zupełnie ścisła, albowiem sama wieża została zbudowana później na ruinach potężnych fortyfikacji Heroda Wielkiego, który właśnie tutaj przyjmował bogaty orszak mędrców ze Wschodu, którzy pytali się o miejsce „gdzie się narodził król żydowski” (Mt 2, 2).
Jedziemy zawsze wzdłuż murów ku południowi, nad krawędzią głębokiej doliny Hinnom. Tędy szła dawna granica między Izraelem i Jordanią. Tylko północna część samego wzgórza Syjon jest objęta murami miasta, reszta – tworząca mało estetyczną całość – stanowi zgrupowanie budynków różnych epok o charakterze wybitnie religijnym. Dlatego też tak bardzo nas interesuje.
Skręcamy pod ostrym kątem w lewo. Wąska i bardzo stroma asfaltówka prowadzi na sam szczyt wzgórza, gdzie zatrzymujemy się na ocienionym placyku, od razu otoczeni mrowiem młodych arabskich przekupniów. Rozglądamy się po okolicy. „W Paryżu macie moulin rouge” – objaśnia śmiejąc się nasz przewodnik – my tutaj mamy moulin blanc”. Rzeczywiście na zboczu pagórka, wśród rozrzuconych ruin – jeszcze jeden ślad ostatniej wojny – sterczy biały cylinder wiatraka z przeraźliwie obnażonymi i poranionymi skrzydłami; widok raczej smutny i mało pociągający.
Przez starannie pielęgnowany ogródek kierujemy się w stronę zespołu budowli, gdzie samemu łatwo by można zbłądzić. Ale pan Miron czuwa nad naszą gromadką, broniąc jej przed tuzinem dzieci arabskich wołających o „bakczysz”. Poprzez kręte i kryte zaułki, potem przez labirynt wąskich i mocno wydeptanych schodów dochodzimy nareszcie do Wieczernika. ,,Nauczyciel mówi: gdzie jest miejsce odpocznienia, gdzie bym spożył Paschę z uczniami moimi? A on pokaże wam wieczernik przestronny, usłany (tj. ozdobiony do biesiady) i tam przygotujecie nam. I odeszli uczniowie jego, i przyszli do miasta, i znaleźli jako im był powiedział” (Mk 14, 14-16).
Teraz lepiej zdajemy sobie sprawę z ważności miejsca, na którym w tej chwili się znajdujemy. Ogarnia nas wzruszenie. Ostatnie kroki stawiamy w modlitewnym skupieniu. Przeciskamy się gęsiego przez wąskie drzwi, niskie i odrapane, patrzymy na próg wydeptany stopami długich stuleci. Stajemy w osłupieniu. Albowiem spodziewaliśmy się ujrzeć coś wielkiego, niecodziennego, tymczasem... Wielka sala w stylu gotyckim, coś w rodzaju sali rycerskiej względnie kapitulnej. Kilka kolumn o kapitelach korynckich podtrzymuje odrapany strop. Posadzka wyłożona płytami z kamienia, mocno zniszczonymi przez czas czy zaniedbanie.
Przez dłuższą chwilę trwa grobowe milczenie. Zresztą nie chcemy przeszkadzać angielskiej grupie, która słucha objaśnień swego przewodnika. Wychodzą. Jeden z naszych księży daje krótkie objaśnienie. Miejsce to jest dla nas chrześcijan szczególnie drogie nie tyle ze względu na swą bogatą historię, ile na głęboką treść spuścizny Chrystusowej. Przecież w tej sali spożył Jezus z uczniami Ostatnią Wieczerzę, podczas której ustanowił sakrament Eucharystii i kapłaństwa. „A gdy oni wieczerzali, wziął Jezus chleb i błogosławiąc łamał, i dał im i rzekł: bierzcie, to jest ciało moje. A wziąwszy kielich i dzięki czyniąc dał im, i pili zeń wszyscy” (Mk 14, 22-23). „To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19).
W tejże sali objawił się zmartwychwstały Chrystus uczniom, ganiać ich niedowiarstwo i twardość serca (Mk 16, 14). ,,Górna sala” została z czasem jakby materialną kolebką Kościoła: tu przebywali Apostołowie wraz z Matką Jezusa i innymi niewiastami, czekając na Zesłanie Ducha Świętego (Dz 1, 13), które właśnie tu miało miejsce (r. 2). Wieczernik stał się potem bazą wypadową dla działalności misyjnej Apostołów i uczniów Pańskich.
Późniejsza historia Wieczernika jest ciekawa, ale też smutna dla serca chrześcijan. Św. Epifaniusz (307-403) podaje, że podczas zniszczenia miasta przez Tytusa w 70 roku ocalało tylko wzgórze Syjon, a z nim Wieczernik. Najazd Arabów w VII w. zamienił wszystko w ruinę. Dopiero krzyżowcy zbudowali tu kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny od wzgórza Syjonu; wieczernik stanowił południową część świątyni. Wreszcie król Neapolu wykupił w 1333 roku to uświęcone miejsce, powierzając pieczę nad nim franciszkanom. Wtedy to przebudowano salę według gotyckich wzorów architektury średniowiecznej. Już jednak w XVI wieku Turcy zamienili kościół na meczet, powołując się na tradycję żydowską, jakoby w podziemiach znajdował się grobowiec króla Dawida.
Dziś jest Wieczernik dostępny każdemu, ale nie wolno w nim sprawować żadnych ceremonii religijnych. Paweł VI, podczas swej pielgrzymki do Ziemi Świętej, ograniczył się również do prywatnej i cichej modlitwy, którą zmówił na klęczkach. I my jeszcze raz skupiamy się na chwilę, żeby wspólnie i głośno odmówić krótką a serdeczną modlitwę w intencji Kościoła i całej rodziny ludzkiej.
Schodzimy na parter, do sarkofagu Dawida. Jest on chyba po „murze płaczu” najciekawszą świętością dla wszystkich żydów. Nad grobem umieszczono drogocenne naczynia zawierające talmudy z różnych miast świata: to symbol wspólnoty religijnej dzieci Izraela, dla których król Dawid pozostaje niedościgłym wzorem. Nad miejscem świętym czuwają sami rabini, odpowiadając chętnie na stawiane im pytania.
Tylko kilka kroków dzieli kompleks Wieczernika od bazyliki „zaśnięcia Najświętszej Panny Maryi”. Świątynia jest godnym przybytkiem Matki Boga i naszej. Pod krzyżem powierzył ją Chrystus Janowi: „oto matka twoja. I od onej godziny wziął ją uczeń pod swoją opiekę” (J 19, 27). Trzeba sobie uprzytomnić, że wokół Wieczernika z natury rzeczy zorganizowała się  pierwsza gmina chrześcijańska w Jerozolimie, koncentrując się przy tych osobach, które naocznie znały Pana. Istotnie według starej tradycji Maryja zamieszkała po śmierci Jezusa w domu Janowym i tu też umarła, do ostatniej chwili będąc skromną pomocnicą robotników winnicy Pańskiej. Została pogrzebana w grobie, u stóp góry Oliwnej, w pobliżu Groty Apostołów, gdzie rodzina Jana miała swój grobowiec.
Dziś cudna świątynia zbudowana w stylu bizantyńskim, lecz na wzór katedry w Kilonii, znajduje się w rękach niemieckich benedyktynów. Okrągłe wnętrze ozdobione bogatymi mozaikami tchnie jakimś dziwnym spokojem i nastraja do modlitwy. W krypcie, pod marmurowym baldachimem, podziwiamy spoczywającą figurę „zaśniętej” Bogarodzicy: domniemane miejsce jej śmierci. W tylnej nawie tejże krypty kaplica Najświętszego Sakramentu z mozaikowym korowodem dwunastu Apostołów. Promienie popołudniowego słońca ozłacały ich zachwycone oblicza skierowane ku siedzącej na tronie Królowej i Matki. Całość dzieła sztuki religijnej dziwnie kojąco działała na nasze serca. Toteż z pewnym żalem opuszczaliśmy to Maryjne sanktuarium. Potem, ile razy oczy nasze kierowały się na wysoką wieżę kościoła ,,zaśnięcia” – a góruje nad wszystkimi świątyniami Jerozolimy – myśleliśmy z wdzięcznością o testamencie krzyża, dzięki któremu nie tylko Jan i jemu współcześni, ale wszystkie pokolenia otrzymały w spuściźnie tak dobrą Matkę...

Do kaplicy Wniebowstąpienia

Objeżdżamy Jerozolimę od strony północnej, gdzie skalisty teren wznosi się ponad 800 metrów. Po lewej zostawiamy ciekawe katakumby z grobami członków Sanhedrynu, to jest Najwyższej Rady Żydowskiej. Powoli jedziemy przez nowoczesną dzielnicę Jarrah, podziwiając rozmach urbanistyczny na modłę prawdziwie amerykańską. Szeroka szosa prowadzi ku górze Scopus. Po prawej kilka zniszczonych bunkrów jordańskich. Tędy bowiem szedł główny atak Izraela, żeby odciąć kompletnie wojska Jordanii od zaplecza.
Na szczycie Scopus, systematycznie zalesionego, każdy wolny teren jest rozkopany. Wszędzie budują: szpitale, hotele, uniwersytet hebrajski połączony z Biblioteką Narodową. Po lewej pięknie utrzymany cmentarz brytyjski. Teraz szosa spada lekko w dół ku wzgórzu Oliwnemu (812 metrów), które jest wprost zasiane sanktuariami. Nie mamy czasu, żeby móc wszystkie odwiedzić. W dodatku zaczyna mżyć deszcz; tak zwykle bywa po uprzednim wietrze pustynnym, który wczoraj okrył całe miasto jakby piaszczystą zasłoną.
Nieco bliżej drogi, na zboczu spadającym ku Ogrodzie Oliwnemu, stoi kapliczka pod wezwaniem Dominus flevit – „Pan zapłakał”.  Przypomina ewangeliczną scenę zapisaną przez św. Łukasza : ,,A gdy się (Jezus) zbliżył i ujrzał miasto, zapłakał nad nim” (19, 41), przepowiadając mu kompletne zniszczenie, które rzeczywiście nastąpiło w 40 lat później. Obok kapliczki natrafiono podczas wykopalisk nie tylko na ciekawe cmentarzysko starochrześcijańskie – jesteśmy przecież nad doliną Josefata! – ale też na osady przedhistoryczne z epoki brązowej.
Tuż za szosą, po lewej stronie, wznosi się klasztor karmelitanek zwany ,,Ojcze nasz”. Nazwa ta ma ewangeliczne uzasadnienie. Św. Łukasz łączy bowiem powstanie ,,modlitwy Pańskiej” z wizytą Chrystusa w pobliskiej Betanii, gdzie mieszkała rodzina Łazarza. ,,I rzekł im: gdy się modlicie, mówcie: Ojcze, święć się imię Twoje” (r. 11). Na ścianach krużganku klasztoru, w którym modlą się karmelitanki o nawrócenie Żydów, wypisano tekst „Ojcze nasz” w ponad 50 językach, również w polskim, a to dzięki żołnierzom II–go Korpusu.
Obok kościoła natrafiono na ruiny bazyliki z czasów Konstantyna Wielkiego z IV wieku. Cesarz kazał wybudować świątynię chrześcijańską na pamiątkę przepowiedni Chrystusa o końcu świata (Mt 24, 3-52). Jak wiadomo, wiara w szybki powrót Chrystusa ,,w chwale” była wówczas bardzo żywa.
Szybko przebiegamy wolną przestrzeń, chroniąc się przed rzęsistym deszczem w kaplicy Wniebowstąpienia. Stoi na samym szczycie góry Oliwnej. Na tym miejscu pożegnał się zmartwychwstały Chrystus z Apostołami, zalecając im nie opuszczać Jerozolimy przed zesłaniem Ducha Świętego (Dz 1, 4). ,,A gdy to powiedział, w ich oczach uniósł się w górę i obłok skrył przed oczami ich” (w. 9). 
I znowu, jak na wzgórzu Syjon, doznaliśmy rozczarowania. Spodziewaliśmy się znaleźć kapliczkę godną chwały Pana. Okrągła kapliczka. Nagie i brudne ściany, karygodne zaniedbanie. Ale nic nie poradzisz – sanktuarium jest własnością Arabów i chrześcijanom nie wolno tu odprawiać żadnych nabożeństw. Tylko w wigilię i w dzień Wniebowstąpienia, ale prawosławni muszą się zadowolić podwórzem. Na posadzce otwartej w kopule kaplicy – bo tędy z pewnością wstępował Chrystus do nieba! – znajduje się szary kamień, w nim zaś odcisk stopy. Ślad jest wyraźny; katolicy mówią, że Chrystusowy, Arabowie – że Mahometa. Pocieszamy się, że to nie jest ważne ani dla nich, ani dla nas. A jednak pocieramy o ,,stopkę” zakupione dewocjonalia; nie tylko ze względu na świętość tego miejsca, ale też na pamiątkę milionów pielgrzymów, którzy ten kamień i tę szarą ziemię ze czcią całowali.
Mimo to wracamy do autobusu dziwnie przygnębieni i zasmuceni. Zresztą szary deszcz nie nastraja do wesołości. Chyba w podobnym nastroju wracali Apostołowie do miasta, kiedy ukochany Mistrz zniknął właśnie na tej górze sprzed ich oczu. Jakie szczęście, że nie na zawsze i dlatego zapewnienie Aniołów pod adresem uczniów stało się i naszą pociechą: „Ten Jezus, który spośród was wzięty jest do nieba, przyjdzie tak, jakoście go widzieli idącego do nieba” (Dz 1, 11).

W sercu Świętego Miasta

Dziś Wielka Środa, 2 kwietnia. Wstajemy bardzo wcześnie. Jak co dzień, mrok nocy szybko gdzieś się rozprasza i wnet zza góry Oliwnej wyłania się potężna czerwona tarcza słońca. Zapowiada się piękny wiosenny dzień. Wraz ze słońcem budzi się też wszelkie życie.
Przez dwa dni z rzędu będziemy zwiedzali starą Jerozolimę dziś jeszcze otoczoną czterokilometrową obręczą potężnych murów wzniesionych przez Solimana Wspaniałego w XVI wieku. Ale niektóre części Jerozolimskiej twierdzy   pamiętają panowanie Heroda Wielkiego, który na kilka lat przed narodzeniem Chrystusa w ten sposób umocnił swoje panowanie. Zaś szczątki zachodniego podmurowania Ofelu, czyli zewnętrzna ściana sławnej świątyni – osławiony „mur płaczu” – sięgają nawet czasów mądrego Salomona, który panował nad Izraelem 10 wieków wcześniej. Ale o tym jutro.
Z braku autobusu pojemne taksówki odstawiają nas na plac już w obrębie murów, przy samej Bramie Jaffejskiej. Nareszcie jesteśmy w mieście Dawida, w mieście ,,świętym” – El Kuds – dla Arabów. ,,Wspaniałe światło promieniować będzie na wszystkie krańce ziemi. Liczne narody przyjdą do ciebie z daleka i mieszkańcy wszystkich krańców ziemi... Bramy Jeruzalem rozbrzmiewać będą pieśniami wesela... I błogosławieni będą wysławiać imię święte na wieki”. Dzieje świętego miasta zdają się potwierdzać proroctwo księgi Tobiasza (13, 14, 18). Tak, miasto niby pokoju, spotkania się ludzi wszystkich ras, języków i religii, miasto pogodzenia się człowieka z Bogiem, w rzeczywistości jest nowym paradoksem historii. Dlaczego?
Przez wieki – Żydzi twierdzą, że przez trzy tysiąclecia – była Jerozolima stolicą Izraela, ośrodkiem działania proroków i mężów Bożych, ogniskiem życia kulturalnego, symbolem nadziei zbawienia wszystkich ludzi dobrej woli. I dziwić się, że to miasto jest dla młodego państwa Izraela czymś więcej niż drogocenną spuścizną praojców narodu, czymś droższym niż historyczną pamiątkę wielkiej przeszłości. Jest i pozostanie kolebką Ludu wybranego przez samego Jehowę, pozostanie na zawsze sercem organizmu państwowego i gwarancją tak drogo opłaconej wolności.
Wszak bezstronny widz nie może zamykać oczu na drugą stronę medalu. Dzięki licznym pamiątkom po Mahomecie i długiemu panowaniu islamizmu, to samo miasto jest drugą po Mekce świętością wyznawców Allaha.
Dla nas zaś – mam na myśli wszystkich chrześcijan – Jerozolima jest czymś więcej niż Betlejem i Nazaret, uczuciowo nawet ważniejsza niż Rzym. Jest dosłownie jakby żywym śladem bezgranicznej miłości Chrystusa dla każdego człowieka. Dlatego losy tego miasta nie mogą nam być obojętne.
Pamiętając o tym, może łatwiej będzie nam zrozumieć dziejowy tragizm walki o posiadanie właśnie tego miejsca, o którym apostoł syjonizmu Teodor Herzl powiedział jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia: „stare miasto będzie i pozostanie i Lourdes i Mekką i Jerozolimą”, ujmując treściwie jego epokowe i wszechświatowe znaczenie.
Uliczki są kręte, wąskie, spadziste, nawet schodkowane. Nareszcie stajemy na małym placyku. Przewodnik oznajmia, że jesteśmy na wzgórzu Kalwarii. Kalwarii? Stoimy na dziedzińcu otoczonym wysokimi murami. Nawet nie rozpoznasz wejścia do potężnej Bazyliki Grobu, chociaż stoisz przed nim. Albowiem wysoki portyk świątyni robi naprawdę przygnębiające wrażenie: chaotyczne żelazne rusztowanie podtrzymuje nadszarpane przez wieki mury kościoła. Więc to właśnie jest najczcigodniejsze miejsce dla każdego wyznawcy Chrystusa! Nowe rozczarowanie i jakaś nieokreślona żałość ogarnia serce. Snadź nie w pięknościach ziemskich lubuje się nasz Zbawiciel.
Cały zespół kapliczek należących aż do sześciu różnych obrządków składa się na całość ogromnej Bazyliki Grobu, kryjącej pod swym sklepieniem najdroższe pamiątki z ostatnich chwil życia Chrystusa. Pamięta ona chwile największej chwały naszej wiary, ale była też świadkiem najstraszliwszych zbrodni. Zbudowana na szczycie wzgórza Kalwarii przez św. Helenę, matkę Konstantyna Wielkiego, została uroczyście poświęcona dnia 14 września 335 roku w obecności 300 biskupów. Z tej okazji niesiono procesjonalnie krzyż Zbawiciela, niedawno odnaleziony w zaśmieconym dole.
Jeszcze inne sceny historyczne stają nam przed oczyma, chwalebne i smutne. Umysł nasz nadaremnie próbuje rozwiązać ten nowy paradoks. Mimo woli staje w pamięci zagadkowe proroctwo starca Symeona wypowiedziane pod adresem Dziecięcia: „Oto ten przeznaczony na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, na znak, któremu sprzeciwiać się będą” (Łk 2, 34).
Przejęci religijną czcią przekraczamy wydeptany próg bazyliki. Na wprost przed nami grupa pielgrzymów klęczy przed kamienną płytą, na której miano złożyć martwe ciało Jezusa po zdjęciu z krzyża.
Nieco w prawo, ale kilka metrów wyżej, znajduje się właściwa kaplica ukrzyżowania. Pielgrzym dziwi się, że nie musi się wspinać na stok wzgórza, jak jeszcze przed godziną dziwiliśmy się i my, że bazylika Grobu znajduje się prawie w środku starego miasta. Odpowiedź na to daje nam historia. Cesarz Hadrian, dobry zarządca ale srogi prześladowca Żydów i chrześcijan, żeby zatrzeć wszelkie ślady po Chrystusie, kazał zasypać wzgórze Trupiej Głowy metrową warstwą ziemi, na niej położyć płyty kamienne oraz postawić świątynię Wenus, bogini miłości oraz posągi innych bożków. Oczywiście ludność miejscowa unikała tego miejsca poświęconego bałwochwalstwu. Dopiero cesarz Konstantyn usunął w roku 326 wszelkie ślady kultu pogańskiego, zniwelował pagórkowaty i niesymetryczny teren Kalwarii, włączając wszystkie pamiątkowe miejsca w obręb ogromnej bazyliki długiej na 136 metrów. Obejmowała ona niszę skalnego grobu, którą otoczono wspaniałą kolumnadą uwieńczoną cudną kopułą; była to sławna kaplica Anastasis, czyli Zmartwychwstania. Natomiast nagą skałę Golgoty zostawiono nietkniętą, otoczywszy ją srebrną balustradą z drogocennym krzyżem w środku. Zachodnią część bazyliki stanowiło tzw. Martyrion, w którego krypcie znajdowała się cysterna, gdzie znaleziono zagubione drzewo krzyża Chrystusowego. Niestety ta okazała Świątynia Grobu została kompletnie zniszczona w maju 614 roku podczas najazdu Persów, którzy wymordowali 26500 mieszkańców miasta, uprowadzając innych wraz z relikwią krzyża do Persji.
O godzinie 6-tej wychodzę ze Mszą świętą dla naszych pielgrzymów. Otoczyli wieńcem ołtarz sceny krzyżowania – stacja 11-sta – po prawej stronie kaplicy Ukrzyżowania. Po lewej mały ołtarzyk Matki Boskiej Bolesnej, przy którym odprawia Mszę świętą ksiądz Stawarski. Jeszcze po lewej Ołtarz Ukrzyżowania, należący do prawosławnych. Pod mensą tegoż ołtarza znajduje się pęknięcie skały – miejsce, gdzie tkwił krzyż Chrystusa. Rozkładając korporał, patrzę na mozaikę półkolistej niszy ołtarzowej. Ogromna mozaika przedstawia surową scenę przybicia Jezusa do krzyża. Bolesna Matka stoi nieruchoma, zapatrzona na rozłożone ramiona Syna. Jest bezsilna wobec rozgrywającej się tragedii. Jej cudne oczy, już bez łez, wyrażają niemy ból. Ten wymowny obraz pomaga mi do skupienia się. Albowiem mimo ważności miejsca naprawdę trudno skupić myśl i serce na tekstach liturgii dnia. Wokół nas pchają się pielgrzymi i ciekawi, o uszy odbija się ustawiczny szept różnojęzycznych głosów, echo chłopięcego chóru śpiewającego przy Kaplicy Grobu wypełnia całą przestrzeń. Heroicznym wysiłkiem zdobywam się na chwilę wewnętrznej ciszy. Więc to tutaj dokonał się największy akt zbawczej miłości... i rozpoczynam odprawiać bezkrwawą ofiarę Nowego Przymierza tam, gdzie Syn Boży złożył swą jedyną, krwawą ofiarę na okup za wielu. Trudno opisać przeżycia kapłańskiego serca, któremu danym było choć raz w życiu odprawić Mszę świętą właśnie na tym miejscu.
W pół godziny później, kiedy inni kolejno całowali kamienną płytę pokrywającą miejsce krzyża, usunąłem się w ciemny kącik, żeby oddać się dziękczynieniu za tę pielgrzymkę i za tyle innych łask. W pewnej chwili uwagę moją zwróciła klęcząca w cieniu filara postać zakonnicy. Jej szaroniebieska suknia mówiła o przynależności do Zgromadzenia ,,Małych Sióstr Jezusa”. Co za kontrast między tą rozmodloną duszą a popychającymi się pielgrzymami i turystami! Scena jakże podobna do tej, która na tymże miejscu odegrała się prawie 2000 lat temu: krzyczący tłum, bluźniący Chrystusowi faryzeusze, grający w kości żołnierze i oprawcy – i ciche, odrętwiałe z niemego bólu pobożnej niewiasty (J 9, 25). To one, te nieznane światu, jeszcze dziś utrzymują ludzkość w duchowej równowadze, wypraszając swą modlitwą, pracą i czynną miłością przebaczenie i łaski nieba. Nie my, mocno zapracowani, wiecznie zabiegani, nie znajdujący chwili na poważną refleksję, na szczerą rozmowę z Panem wszechświata.
Schodzimy do kaplicy Anastasis. Przy Grobie Pańskim trzymają straż brodaci mnisi koptyjscy. Są bardzo grzeczni. Toruję przejście dla naszej grupy. Najpierw kaplica Aniołów (J 20, 12), następnie wąskie i niskie przejście do niszy grobowej. Na marmurowej płycie Grobu stoją świeże róże. Skupiam się na chwilę, potem stawiam pytania czuwającemu u wezgłowia mnichowi. Odpowiada grzecznie obdarowując kwiatem róży. Byłem wzruszony tym skromnym upominkiem tego prostego mnicha, w którym odkryłem braterskie serce dla obcego przybysza z Zachodu. A może bardziej – wyznawcy tego samego Zbawiciela, bo dla niego „nie masz ani Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani niewiasty, wszyscy będący jednym w Chrystusie Jezusie” (Gal 3, 28).

Via Dolorosa

Na śniadanie udajemy się do Sióstr Elżbietanek, do „starego Domu Polskiego”. Trudno do niego trafić w labiryncie ciasnych i krętych ulic starego miasta, niemniej położenie jego jest dośrodkowe i siostry planują go przemienić na dom dla pielgrzymów. Zresztą muszą znaleźć środki utrzymania.
I tutaj czujemy się wnet jak u siebie. Po smacznym polskim śniadaniu rozbiegamy się po domostwie, żeby oglądać całe „gospodarstwo”. Każdy kącik jest wykorzystany. Same siostry zeszły do suteren, żeby zarezerwować kilka mieszkań dla pielgrzymów. Rozkład samego domu daje nam dość dokładny obraz prywatnego budownictwa w starej Jerozolimie.
Na dole panuje dotkliwy ziąb, dlatego też, kto może wdrapuje się na równie ciasny taras, ku ciepłym promieniom rannego słońca, żeby oglądać wschodnią panoramę miasta. Widać tylko stożkowate kamienne kopuły, płaskie tarasy i migocące w słońcu szkła górnych okien, i w dali – zieleń Góry Oliwnej.
Tu i tam wystrzelają z monotonii dachów smukłe i wysokie wieże minaretów. Ale spieszno nam do kościoła św. Anny, skąd z kolei wyruszymy na Drogę Krzyżową, którą chcemy odbyć pod przewodnictwem ks. Stanisława Pietruszki, który zna jej dzieje jak rzadko kto. Już protoewangelia Jakuba z II wieku wspomina o Jerozolimie jako miejscu urodzenia Matki Zbawiciela. Pielgrzymi z V wieku odwiedzali kościółek przy „sadzawce owczej” (Bethsaida),  „gdzie się urodziła Myriam”, o czym pisze również św. Jan Damasceński w połowie VIII wieku. Sam kościół św. Anny, zbudowany w stylu gotycko-bizantyńskim, pochodzi z czasów wypraw krzyżowych. Nas specjalnie interesuje głęboko położona krypta, do której schodzi się stromymi i mocno krętymi schodami. Klękamy przed skromnym ołtarzykiem wciśniętym w niszę skalną, gdzie miała stać kolebka córki Joachima i Anny. Modlimy się cicho rozważając słowa jakże aktualnej antyfony Maryjnej: „Narodzenie twoje, święta Dziewico, zwiastowało radość całemu światu”.
Tylko na chwilę zaglądamy do wygrzebanej spod 12–to metrowej warstwy gruzów sławnej sadzawki owczej, po hebrajsku zwanej Bethsaida (J 15, 1–15), gdzie Chrystus uzdrowił w szabat mężczyznę obsypanego trądem od 38 lat. Całość terenu razem z kościołem św. Anny znajduje się w ręku Francuzów, dar sułtana Turcji za udział Napoleona III w zwycięskiej wojnie krymskiej (1856). Jeszcze dziś święci właśnie tutaj kolonia francuska wszystkie uroczystości o charakterze narodowym.
„Przez Maryję do Jezusa”. Wypadało, żebyśmy od nawiedzenia sanktuarium Matki Bożej rozpoczęli i naszą Drogę Krzyżową. Według opisu ewangelistów pojmany w Ogrodzie Oliwnym Zbawiciel przesiedział noc w piwnicy domu Kajfasza, gdzie dziś stoi kościół ormiański, tuż przy bazylice Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny, na wzgórzu Syjonu. Wspomniałem już o dolinie Gehenny, na południowym zboczu murów, gdzie miał się powiesić Judasz, kiedy zrozumiał, iż zdradzając swego Mistrza „wydał krew sprawiedliwego” (Mt 27, 3-5). Skazanego na śmierć przez Radę żydowską Chrystusa przeprowadzono wczesnym rankiem do pretorium namiestnika rzymskiego (J 18, 28).
Było to wewnętrzne podwórze, wyłożone ogromnymi płytami kamiennymi – znane z Ewangelii litostrotos – potężnej twierdzy Antonia zbudowanej przez Heroda Wielkiego dla prokuratora rzymskiego, który w okresie Paschy zwykł był z tego miejsca czuwać nad porządkiem na, leżącym przed twierdzą, ogromnym placu świątyni. A trzeba pamiętać, że na święta przybywało tu z całego ówczesnego świata do 300 tysięcy żydów.
Podczas tzw. sądu Piłat nie zdołał zmiękczyć serca oskarżycieli i dlatego, niby w imię racji stanu imperium rzymskiego (J 19, 12-16), skazał Jezusa na śmierć krzyżową, uwalniając równocześnie złoczyńcę Barabasza (Mt 27, 15-26). Te sceny jawią się przed oczyma naszej wyobraźni, kiedy na podwórzu dzisiejszej szkoły arabskiej Al-Omariye-Medresse rozpoczynamy iść śladami umęczonego Zbawiciela. Następnie przechodzimy na podwórze Instytutu Biblijnego Ojców Franciszkanów, gdzie znajdują się Kaplice Biczowania i Skazania. Obie są odnowione. W pierwszej, bardzo jasnej, witraże absydy przemawiają głęboko do naszych serc: scena nieludzkiego biczowania, bezskuteczny gest umycia rąk (Mt 27, 24), tryumf uwolnionego Barabasza. Cierniowa korona pod stropem kopuły przypomina nam przepowiednie samego Chrystusa: „I będą się z niego naigrawać, i plwać na niego, i ubiczują go i zabiją...” (Mk 10, 34).
Wychodzimy na ulicę i przed łukiem „Ecce homo” (J 19, 5) zatrzymujemy się na chwilę w bazylice o tejże nazwie. Ze czcią stąpamy po białych, przez czas zniszczonych płytach litostrotos, gdzie uwagę naszą skupiają rysunki korony, miecza i litery B (basileus = król), znamiona „gry królewskiej” uprawianej przez rzymskich żołnierzy. To tutaj Chrystus został uwieńczony cierniową koroną, a w przyległej ciemnicy musiał czekać na przygotowanie drzewa krzyżowego.
Było może koło południa, kiedy oprawcy wyprowadzili Jezusa na drogę wiodącą wzdłuż muru – chyba nie dłuższą jak 500–800 metrów – ku wzgórzu „trupiej głowy” tj. Kalwarii; tam bowiem, poza miastem i przy publicznym szlaku – ludziom na przestrogę – wykonywano wyroki na skazańcach. Obok Jezusa szli dwaj złoczyńcy, jak on skazani na haniebną śmierć krzyżową.
Sama via dolorosa była wąska, nierówna, kamienista, tu i tam nawet schodkowata. Nic dziwnego, że o upadek nie było trudno. Aż do doliny potoku Tiropaneon droga schodziła stromo w dół, krzyżując się tutaj z poprzeczną ulicą. To tu umiejscowiono III stację, zbudowaną i utrzymywaną przez polskich dobrodziejów dzięki inicjatywie księdza prałałata Pietruszki. Stacja jest starannie pielęgnowana. Fresk absydy przedstawiający „płaczących Aniołów” jest naprawdę arcydziełem: każdy przedstawiciel 12–tu chórów anielskich inaczej przeżywa i objawia swe uczucia względem czołgającego się na Kalwarię boskiego Zbawiciela. Tylko żałujemy, że pamiątkowe fotografie nie uwieczniły na kliszy tego wyjątkowego malowidła.
Po odmówieniu pacierzy stacyjnych zatrzymujemy się dłużej w tym „sanktuarium polskości”, oglądając cenne eksponaty muzeum archeologicznego oraz liczne i ciekawe pamiątki po Polakach z Bliskiego Wschodu.
Zbliża się południe, przeto wracamy na przerwaną Drogę Krzyżową. Być może, że właśnie na skrzyżowaniu dróg czekała Maryja na przechodzącego Syna. Tradycja umiejscowiła tu scenę spotkania Matki z Jezusem. Stał tu dawniej kościółek „łkania”. Starożytna mozaika przedstawia dwa sandały obok siebie, symbol owego tragicznego spotkania. Dzisiaj stacja IV jest również w rękach polskich, a płaskorzeźby ołtarzyka są dłuta artysty Tadesza Zielińskiego. Teraz droga skręca w prawo. Idziemy schodkowaną ulicą pamiętając, iż za czasów Chrystusa poziom wyboistej drogi leżał może 15 albo nawet 20 metrów niżej. Wyobrażamy sobie zmęczenie Jezusa,  obarczonego belką krzyża, wlokącego się w górę, w pełnym słońcu południa. Nic dziwnego, że żołnierze rzymscy zatrzymali przy bramie miasta Szymona z Cyreny (Afryka), żeby dopomógł w dźwiganiu krzyża (Mt 27, 32). Mała kaplica stacji V przypomina tę scenę.
Stacja VI, poświęcona upamiętnieniu siostrzanej posługi Weroniki, znajduje się na skraju tejże ulicy. Świeżo odnowiona kapliczka, pod opieką Małych Sióstr Jezusa, należy do grekokatolików.
Również stacja drugiego upadku – z kolei VII – Jest mało widoczna, jak też blisko leżąca stacja VIII. Przyjmuje się, że tak upadek jak też spotkanie ze współczującymi niewiastami miały miejsce w bramie miejskiej, dziś – na skrzyżowaniu sięvia dolorosa z ulicą Bazaru. Aż dziwne, że zmęczony i sponiewierany Zbawiciel znalazł jeszcze siłę i chęć, żeby podnieść na duchu i upomnieć płaczące niewiasty. Grecki napis na krzyżu stacyjnym – „Jezus Chrystus zwycięża” – przypomina nam tę wieczystą prawdę, że nasz boski Mistrz zawsze zbawia i zwycięża, nawet w największym cierpieniu i poniżeniu.
Prosty słup stojący przy portyku gmachu koptyjskiego patriarchatu uprzytamnia nam treść stacji IX, czyli trzeci upadek. Jesteśmy u podnóża szczytu Kalwarii. Dziś cały blok greckiego klasztoru Karalambos blokuje pierwotny szlak drogi krzyża. Żeby dojść do tej stacji, jak zresztą podczas całej naszej wędrówki, trzeba dosłownie przepychać się przez ludzką ciżbę. Naprawdę trudno zachować skupienie, idąc śladami cierpiącego Zbawiciela po rojnych uliczkach albo stromych i niewygodnych schodach, zaczepiani przez siedzących przekupniów, szarpani przez przy godnych stręczycieli, ogłuszeni krzyczącą różnojęzyczną gawiedzią. A jednak w mało lepszych warunkach i w zupełnie innych nastrojach – bo wrogich sobie – szedł tędy drogi sercu chrześcijańskiemu miłościwy Pan.
Ostatnie pięć stacji odprawiamy w obrębie bazyliki Grobu, którą zwiedziliśmy tegoż poranka. W kaplicy Ukrzyżowania skromne ścienne malowidło obrazuje X stację: odarcie z szat było naturalnym przygotowaniem do męki krzyżowania.
Zaledwie kilka kroków dalej – i jesteśmy przy ołtarzu naszej dzisiejszej Mszy świętej. Wymowna mozaika rozrzewnia serce: bezradność Matki jeszcze powiększa już i tak straszliwą mękę Syna przybijanego do belek krzyża. Znowu zaledwie kilka metrów w lewo, i klęczymy przed Ołtarzem Ukrzyżowanego.
Już nam nie przeszkadzają błyskotliwe lampiony greckich ołtarzy. Ze czcią całujemy srebrny krążek, otaczający otwór, gdzie ongiś tkwił krzyż Zbawiciela. Nieco głębiej na prawo, metalowa płyta osłania szczelinę powstałą na skutek trzęsienia ziemi w chwili śmierci Jezusa (Mt 27, 51).
W religijnym skupieniu wychodzimy z Bazyliki Grobu i zaraz wpadamy w rozkrzyczaną ciżbę arabskiego „suku”, czyli targowiska. Jeszcze raz ogarnia nas cisza modlitewna, kiedy zwiedzamy opodal leżący klasztor prawosławny. W jego wnętrzu oglądamy mury obronne Jerozolimy, pamiętające czasy Zbawiciela. Zakwefione mniszki suną cicho, zawsze skupione, po długich krużgankach, podczas gdy czarno ubrany zakonnik czuwa wiernie przy skale, o którą miał się potknąć zmiażdżony ciężarem naszych win – Król nieba i ziemi.

Wigilia wielkiego święta

Trzeba samopas lub w małych grupkach powałęsać się po wąskich i zawsze zapchanych uliczkach starej Jerozolimy, żeby móc choć trochę odczuć tętno życia tego ciekawego pod każdym względem miasta. Tu bowiem dosłownie na każdym kroku ciekawy turysta czy pobożny pielgrzym spotyka się z coraz to nowymi odkryciami, gdzie nie zawsze łatwo pogodzić rzucające się w oczy kontrasty. Cała rzecz w tym, żeby umysł umiał obiektywnie ocenić spuściznę przeszłości, bogatą w nieprzemijające wartości ogólnoludzkie, przeto drogą każdemu z nas, ale też liczyć się z osiągnięciami dzisiejszego postępu, który wychwala swe towary w każdym bazarze i sklepie, ba, nawet na zakurzonej nawierzchni ulicy, ale wciska się też przemocą do każdego domu, atakując tradycyjne obyczaje rodzinne z uszczerbkiem dla zdrowia fizycznego i moralnego tutejszych mieszkańców. Wiadomo – gwałtowne przemiany bywają szkodliwe. Nawet Żydzi przekonali się o tym, szczególnie teraz, kiedy powoli „stara gwardia” odchodzi na odstawkę na rzecz nowej generacji.
Po krótkim nabożeństwie wielkopostnym w kaplicy polskich sióstr dano nam na całe po obiedzie „przepustkę” na miasto. Jesteśmy wolni aż do kolacji. To wszystko z okazji Paschy żydowskiej, największego święta w Izraelu. Rozumie się, że panu Mironowi Nelkin, naszemu miłemu przewodnikowi, daliśmy również wolne, aby w gronie swych przyjaciół mógł spożyć tradycyjną wieczerzę wielkanocną, o której dziś rano opowiadał nam bardzo ciekawe rzeczy. Warto zauważyć, że od dwóch tysiącleci obrzędy tej wieczerzy niewiele się zmieniły, co pozwala nam lepiej poznać okoliczności, w jakich odbyła się wieczerza paschalna boskiego Mistrza, o której piszą wszyscy ewangeliści.
W tym roku święto Paschy żydowskiej rozpoczynało się w środę wieczorem. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Po drodze do starego miasta wstępuję do gmachu poczty. Za późno: „zamknięte do piątku rano”. Inne urzędy również. Izrael, jako państwo, przestrzega bardzo rygorystycznie wszystkich świąt religijnych, zapewniając wolność innym wyznaniom. Nie tu miejsce, żeby pisać o samym mozaizmie,  urzędowej  religii państwa. Mimo panoszącej się niewiary w tzw. „górnych sferach” społeczeństwa, zasady mozaizmu zdają się odgrywać ważną rolę w całym życiu państwowym, zwłaszcza w różnych formach ruchu syjonistycznego. Praktycznie wygląda to tak, jakby religia była na usługach państwa. Nie da się zaprzeczyć, że gorący patriotyzm, jaki znamionuje każdego obywatela, nie jest do pomyślenia bez znajomości Biblii i jej dość radykalnych wymagań. A może właśnie w tym leży wsobna siła młodego państwa.
Grupkami przeciskamy się przez Bramę Damasceńską. Nachalni przekupnie wprost prześcigają się w zachwalaniu swoich towarów. Są niebywale wymowni, obrotni, bardzo uprzejmi, nadzwyczaj cierpliwi. I tak przez cały boży dzień. Oczywiście wśród ciżby ludzkiej ich wytrawne oko wyławia co ciekawszych cudzoziemców, którzy o tej porze – jak my – wybrali się na przedświąteczny shoping.
Nie jest nam spieszno, więc oglądamy pstrokaciznę rozłożonych towarów, ciągnieni (sic!) przez tzw. „naganiaczy”, czyli stręczycieli, zaglądamy do co bogatszych sklepów, gdzie znajdziesz  przecudne eksponaty Wschodu obok błyskotliwej tandety. Mimo wszystko warto tym bogactwom przyjrzeć się na własne oczy, bo ostatecznie „suk” jerozolimski jest jednym wielkim muzeum.
Ostrożnie, trochę nieufni, zaglądamy nawet do arabskich kawiarń. Wszak jesteśmy w samym sercu Moslem, dzielnicy na wskroś arabskiej. Przed dość przestronną salą rozsiedli się starsi mężczyźni, pociągając z ogromnych cybuchów; nie bardzo chce mi się wierzyć, że ,,upijają się” wonnym tytoniem, bo oczy mają mętne i jakby niewidzące.
Na skrzyżowaniu ulic możesz spotkać starszą kobietę, całą omotaną w szmaty, z dzieckiem na ręku, proszącą o jałmużnę. Podobne tego rodzaju sceny są coraz rzadsze. Częściej zobaczysz chłopczynę prowadzącą ślepca. Ślepota jest tutaj chorobą nagminną. Prosty ludek uważa niewidomych za ludzi uprzywilejowanych przez Allaha, albowiem już tu na ziemi cieszą się oni widzeniem raju, przeto każda przysługa im oddana spotka się ze sowitą nagrodą z ręki Proroka.
Wracamy na ulice Bazaru, która dzieli miasto na dwie połowy. Arteria o charakterze więcej międzynarodowym. Bardzo dyskretnie, jakby wzdłuż ścian, przemykają się spiesznie grupki nabożnych Żydów, spieszących pod „mur płaczu”, żeby tam odprawić swe rytualne modły. Jak wiadomo, przed sześciodniową wojną było to niemożliwe. Teraz skwapliwie korzystają z pełnej swobody. Najczęściej widzi się ojców w otoczeniu synów. Żadnej kobiety ani dziewczyny. Uważają, żeby przypadkiem nie dotknąć nie-żyda, czyli goim, bo nabawiliby się „nieczystości”, która pociąga za sobą różne ceremonie tradycyjnych obmywań. Wiemy, że chodzi o Żydów z getto Mea Shearim, którzy patrzą zgorszonym okiem na ciekawych turystów tak mało dbałych o kult wielkiego Jehowy. Są odświętnie ubrani: długie czarne płaszcze, jarmułki lub wielkie kapelusze na głowach białe pończochy kontrastujące z czernią reszty odzienia. Oczywiście brodaci i „pejsaci”. Swoją drogą podziwiamy ich gorliwość religijną i ani nie przypuszczałem, że nazajutrz znajdę się w ich gronie, żeby choć raz w życiu własnymi rękoma dotknąć ich wielkiej świętości.
Z chwilą zapadającego mroku ciżba uliczna zaczyna rzednąć. Co ważniejsze magazyny zamykają swe bramy. I my wracamy do naszego hotelu. Tu i tam, zawsze bardzo dyskretnie, pojawiają się silnie uzbrojone patrole izraelskie. Żaden podejrzany ruch nie uchodzi ich uwagi. Żołnierze są młodzi, małomówni, niemniej z życzliwością udzielają nam informacji.
Jesteśmy znowu w poddaszu Bramy Damasceńskiej. Połowa kramów zamknięta. Przygodni przekupnie popędzają swe osiołki, mocno obarczone niesprzedanym towarem. Może jutro pójdzie lepiej. Ledwie wyszliśmy za Bramę na wielki bulwar sułtana Sulejmana, a znowu ogarnęło nas życie wielkomiejskie naszej epoki.
Neony i reklamy, pojazdy i ludzie z europejska ubrani, to wszystko jest czymś całkiem innym od tego, cośmy przed chwilą oglądali i przeżywali. Może dlatego zatrzymywaliśmy się częściej, żeby w oświetleniu reflektorów oglądać stare mury Jerozolimy. Czynią czarujące wrażenie mimo zębu czasu, który je gryzie z dnia na dzień. Siadamy na ławce, żeby jakoś uszeregować nasze wrażenia. Wymiana myśli pozwala nam skompletować co ważniejsze przeżycia Wielkiej Środy roku Pańskiego 1969.

Alojzy MISIAK SAC

Ks. Alojzy Misiak SAC (1914-2004). Urodził się we wsi Rzadkowo. święcenia przyjął w 1943 roku. W Regii Miłosierdzia Bożego, pełnił wiele funkcji, między innymi był: wychowawcą, mistrzem nowicjatu, profesorem, dyrektorem szkoły, Przełożonym Regionalnym, rekolekcjonistą, ojcem duchownym, wielkim czcicielem, propagatorem i świadkiem Bożego Miłosierdzia, wicepostulatorem w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym siostry Faustyny. Relacja z pielgrzymi do Ziemi świętej ukazywała się w kolejnych numerach „Naszej Rodziny“ – 6 (297) 1969, s. 8-10; 7 (298) 1969, s. 14-16; 8-9 (299-300) 1969, s. 12-13; 10 (301) 1969, s. 18-19; 11 (302) 1969, s. 18-19; 12 (303) 1969, s. 18-19; 1 (304) 1970, s. 9-11; 2 (305) 1970, s. 16-17.

33-3.jpg (31185 Byte)


Na zdjęciu:

Jedna z ulic
 Nazaretu

(lata sześćdziesiąte
XX wieku)



Fot. Archiwum "NR"