.

Franciszka

Świat, w którym wzrastałem był surowy jak rozłupane drewno, wpisany w krwiobieg ziemi, corocznych sianokosów, żniw i wrześniowych wykopków. Ponad nim rozciągała się daleka przestrzeń rodzinnych tradycji, o których prawie nikt głośno nie mówił; może tylko niekiedy Franciszka wzdychała głęboko ukrywając twarz w dłoniach i ważąc przeszłość. I dostrzegałem w jej oczach naturalne zadziwienie, dumę, że dzień za dniem trwa w zgodzie z odwieczną tajemnicą, która niczym balsam koi zbolałe miejsca pamięci. Prawie nigdy nie wychylała się poza własny kawałek ziemi. Jej dom znajdował się w głębi wioski, tuż obok wzniesienia, na którym zbudowano czteroklasową szkołę podstawową. Dzieci zbiegały się tam codziennie, jakby w przeczuciu, że coś odmieni ich monotonny los, przywieje życiową niespodziankę. Franciszka również, przeskakując kilka szczebli drogi, przychodziła do tej szkoły. Lubiła przeglądać się w oknie klasy i liczyć przefruwające ptaki. Często też pozostawała nieco dłużej na szkolnym korytarzu przysłuchując się szumowi wiatru, który rysował na ścianach zwiewne mozaiki. Wówczas przykładała ręce do piersi i śpiewała piosenki, oddychając głęboko i czysto. Znała ich wiele, bo wciąż otulały ją różne głosy, zapamiętywane słowa kościelnych odpustów i świątecznych barw.
Ale beztroska młodych lat szybko minęła. Nie było czasu na dalszą naukę. Należało, zgodnie z rytmem przyrody, wyjść za mąż, zająć się gospodarstwem i rodzącym się pod sercem nowym życiem. Miłość wydawała się czymś naturalnym, choć trudnym do opanowania. Mąż, mój ojciec, nie okazywał matce specjalnych znaków czułości, gnany męskim instynktem. Zdarzało się jednak, że obejmował Franciszkę w mocnym uścisku i tańczył, wirując w obłokach kurzu, który tworzył nam nimi żółty baldachim. Wtedy ich twarze przypominały monstrancję wędrującą przez wieś w Boże Ciało, rozpromienione, czułe na każde dotknięcie i krople deszczu. Zdarzało się tak przeważnie w niedziele, kiedy prace w polu cichły, a zwierzęta pozostawały w zagrodach na dłużej. Ojciec zakładał konia i jechał powoli rytmicznie wymachując biczem. Z podwórza wybiegali chłopcy sąsiadów, ściskając w garści pierwszokomunijne książeczki do nabożeństwa i wskakiwali na furę. Franciszka siadała na przodzie intonując godzinki. Słońce oświetlało drogę. Tuż przed miasteczkiem wszyscy zeskakiwali z wozu, wkładali odświętne buty, a ojciec skręcał papierosa, który dopiero po zakończeniu sumy stawał się źródłem przyjemności. W kościele przestrzegano określonych zasad. Mężczyźni zajmowali miejsce po prawej stronie, kobiety zaś po lewej. Przy konfesjonałach przytwierdzono tabliczki: „Tu spowiadają się mężczyźni”, „Tu spowiadają się kobiety”. Ksiądz proboszcz witał przybyłych z uśmiechem, wiedząc, że należny mu szacunek nigdy go nie ominie. Latem konie pozostawały przy wozach, przywiązane lejcami do pni drzew, które zwartym murem okrążały świątynię. Nikt nie odważył się przeszkadzać w modlitwie. Na czas liturgii zamierało dookolne istnienie. Deszcz tylko pozostawał niewzruszony na prośby wiernych i gęstą siatką spływał na dywan traw, liści i długich okien, pozbawionych zasłon. Pewnego dnia podczas Mszy Świętej piorun uderzył w dzwonnicę. Rozległ się silny trzask, choć nikt nie poruszył liny łączącej serce dzwonu z podłogą. Proboszcz wypuścił kielich z rąk, a wino rozlało się po posadce. Franciszka pierwsza podbiegła do ołtarza i biorąc w dłonie czerwone krople przytulała je do ust. W zamieszaniu i zarazem ciszy na ścianach kościoła pojawiły się zygzaki odsłaniające miejsca po uderzeniach niebieskich iskier. Ojciec stał nieruchomo w drzwiach, gryzł wargi i powtarzał: „Boże, zmiłuj się nade mną”, „Boże zmiłuj się nade mną”.
Od tamtego wydarzenia ludzie z bojaźnią przekraczali progi kościoła. Zamalowano ciemne znaki gniewu z niebios, proboszcz coraz częściej przesiadywał w pokoju plebanii, niemo poruszając wargami. Podczas uroczystości Podwyższenia Krzyża nagle zasłabł. Po kilku dniach już nie żył. Na wieść o tym ojciec pobiegł do lasu, chodził w gęstwinie, nacinał nożem korę drzew, płoszył z rozmysłem lisy i sarny. Wieczorem zjawił się w domu i w milczeniu położył się spać. Następnego ranka wziął siekierę, szpadel, wiadro z wodą i gdzieś wybiegł. Franciszka ruszyła jego śladami. Nie mogła go znaleźć przez cały dzień. Wróciła zaniepokojona, drżąca, pełna obaw. Ojciec nie zjawiał się. Minął jeden, następnie drugi tydzień. Franciszka zapalała w oknie świece. Modliła się, ale ojciec nie pojawiał się na horyzoncie. Dopiero po kilku miesiącach przesłał list, że niebawem wróci, i prosił, abyśmy nikomu nie mówili o tym. Milczeliśmy więc, ocierając ukradkiem spocone czoła. Franciszka nadal odmawiała wszystkie trzy części różańca, żegnała się przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Wiedziała, że nie starcza jej sił na pokonanie upływającego czasu, a bardzo pragnęła bliskości męża. Jej ciało wczesną nocą wydłużało się, w oczekiwaniu, w pragnieniu, w płomieniu. Czerwieniła wargi, zaciskała palce, otulając dłonią puste miejsce po mężu. Niekiedy nagle wstawała z łóżka, brała córkę za rękę i obie wybiegały do ogrodu. Tam w otoczeniu jabłoni, agrestów i malin trzymały się za ręce, podskakiwały w uniesieniu, przytulały czule. Mokra ziemia kleiła się do ich rąk, zimny powiew zamykał usta; one jednak nie przestawały tańczyć, śmiać się i bawić. Jakby świat unosił je na swoich ramionach, wymazywał ból i tęsknotę. Po chwili wracały do domu i polewając wodą poranione igiełkami ostów ramiona z zawstydzeniem unikały własnego wzroku i cicho zasypiały. Za oknami świtał już kolejny dzień. Franciszka przewracała się bezszelestnie, w półśnie wypowiadając trudne do zrozumienia słowa, tuliła się do ściany i zapadała w nieruchomy sen.
Gwiazdy nad domem zatrzymywały się, lecz ojciec nie widział ich. Nie śpieszył się, niosąc w sobie rany, o których nie wiedzieliśmy i z którymi – jak później okazało się – musiał walczyć sam. Nasze pomocne gesty jedynie utrudniały mu powrót. Niemniej jednak, czekaliśmy w coraz większym zniecierpliwieniu, w powoli rodzącym się żalu. I którejś niedzieli głośniej niż zwykle skrzypnęły zawiasy podwórkowej furtki. Gołębie zastukały w okno kuchni, Franciszka porzuciła fartuch i wybiegła na ganek. Ojciec stał przy płocie i powoli liczył kroki do domu. Usłyszałem dobiegający niewyraźny szept: siedemnaście tysięcy i jeden... Franciszka uniosła ręce do góry, a ojciec uśmiechnął się, jak nigdy dotąd, łagodnie i wstydliwie. Ich ciała rozkołysały się na wietrze i stopiły w jedno. Na tę chwilę. Na nowy początek.

Wesele

Poranne mgły unosiły wioskę na swoich mlecznych ramionach. Szczekanie psów przypominało Franciszce, że już czas wstawać, rozpalić w piecu i przygotować pokarm zwierzętom. Szybko więc zdjęła nocną koszulę, włożyła długą sukienkę i spojrzała w okno, chcąc wyprzedzić nadchodzącą jasność. Dzień witał ją spokojnie, choć ona wiedziała, że nie zazna żadnego uciszenia, bo przecież umówiona jest na pierwsze spotkanie, pierwsze drżące słowa. Jak to będzie? – powtarzała cicho mieszając w wiadrze gorące ziemniaki i mąkę. Pochylona nad ogromnym, cynowym kotłem nie zauważyła cienia przesuwającego się po ścianie letniej przybudówki. Nagle poczuła na oczach przepaskę z rąk i nieśmiały pocałunek. Zamarła z udawanego przerażenia, bo wiedziała, że to Józef odważył się przybiec tak rano. Chwycił ją w pół i pociągnął w stronę drzwi. Po chwili siedzieli razem, dotykając się koniuszkami palców. 
– Ożenisz się ze mną, szeptał ocierając pot z czoła, a Franciszka nie mogła wydobyć z siebie słowa; poruszała tylko wargami, przypominając to wszystko, co słyszała od sąsiadów, że Józef jest nerwowy, ponury, że rzadko uśmiecha się, że zdolny jest właściwie do wszystkiego. Rzeczywiście, widywała go nieraz, jak gromił krowy na pastwisku, kłócił się z gospodarzami, obrzucał mokrą gliną przechodzące dziewczyny. Często milczał, zapatrzony w drobiny pyłu wirujące nad powierzchnią drogi. Potrafił przesiedzieć na ławce przed domem niemal cały dzień, choć pracy mu nigdy nie brakowało. Ale można było dostrzec w jego twarzy dziwną zawziętość, jakby opór przeciwko wszystkiemu, co nie poddawało się naciskowi myśli i zmuszało do kompromisów. Franciszka milczała więc nadal, a Józef niepewnie obracał w dłoni kawałek patyka, który podniósł z pokrytej sianem podłogi. Światło przedostawało się przez szczeliny między deskami, odsłaniając coraz więcej przestrzeni. Czas przedłużał ciszę, a oni jakby zapomnieli o sobie, oczekując na jakikolwiek ruch dłoni, powietrza, świtu. Chcieli usłyszeć słowa, które wypowiedziałby ktoś inny, za nich, w ich imieniu. Ktoś nieznany, ale bliski, czuły na ludzką nieporadność. Tymczasem niczego nie słyszeli, oprócz dalekich odgłosów przejeżdżającego pociągu i pierwsze krzyki kuropatw, które trzepotały skrzydłami na początek dnia, próbując wznieść się w górę. Niestety, po kilku próbach opadały na ziemię, niczym przesączone wodą snopy żyta. Józef wstał i pobiegł za nimi, pozostawiając otwarte drzwi szopy, a Franciszka nie mogła oderwać ciała od wilgotnej ziemi, zapominając, że noc jeszcze nie minęła. Pozostawała nieruchoma, jakby umówiła się z wiatrem, że nie będzie przeszkadzał rodzącej się historii. Po chwili jednak zerwała się z miejsca i zamknęła ciężkie drzwi. Wiedziała, że los nie zatrzymał się w jej sercu i ona teraz nie wie, co czynić dalej. Na widok Józefa zawsze odczuwała przeciągłe kłucie w górnej części bioder. Włosy nabierały ciężaru i nie pozwalały na jasne spojrzenie. Pragnęła, żeby patrzył na nią coraz intensywniej, zaborczo niemal. Dzisiaj jednak zabrało jej wytrwałości. Franciszka nie spodziewała się zresztą nagłego zwrotu, przeczuwała jedynie, że powinna pierwsza zdobyć się na odwagę i ogłosić całemu światu, że jest zakochana. I może uznać się za kogoś szczęśliwego, wybranego z grona boginek. Nie tak łatwo przecież zdobywało się mężczyznę, który zapewniłby domową opiekę i silną ręką podtrzymywał to, co mogło się kruszyć i rozsypywać. Dlatego następnego dnia wybrała się z pośpiechem do Białegostoku, do pracowni fotograficznej „Szymborskiego”, aby zrobić sobie zdjęcie. Patrząc na wydłużony portret nie bardzo mogła rozpoznać w nim siebie. Wyglądała młodo, a podcienie czarnej sukienki spięte srebrną broszką wydawały się jej nienaturalne. Ale ucieszyła się, że jej piersi nabrały wyraźnych kształtów, jakby oznajmiając wszem i wobec, że może stanąć na ślubnym kobiercu. Zauważyła też delikatną kropkę na lewym policzku, wysepkę ufności, że jej wybór jest odpowiedni, choć naznaczony przeczuwanym wyrzeczeniem. Muszę – wzdychała – poddać się temu, co będzie. Nie mogę uciekać przed sobą, ani bać się Józefa. On stał przy niej na zdjęciu, czule dotykał jej włosów, zamykał przestrzeń życia. Nieco inny niż zwykle, rozluźniony i dumny. Mężczyzna wie, kiedy odniósł zwycięstwo. Schowała więc zdjęcie do podłużnej, obszytej futrem, torebki, którą odziedziczyła po babce Mariannie, zdjęła pantofle i boso powróciła do domu.
Następnego dnia krajobraz za oknem domu wydawał się bardziej tajemniczy. Franciszka od rana myślała tylko o jednym: jak powiedzieć Józefowi, że mogą być razem, że tylko śmierć ich rozdzieli, że miłość nie potrzebuje wytwornych gestów ani luksusu. Miłości wystarcza posłanie z zieleni, łyk wody, dotyk i modlitwa. Zaciskała dłonie z przejęcia, niepewnym krokiem idąc skrajem drogi. Sąsiedzi spoglądali na nią ze zdziwieniem, widząc jej promienny uśmiech i taneczny krok. Co się stało, pytali; czyżbyś ustaliła termin ślubu? Wiemy, że spotykasz się ukradkiem z Józefem, a zresztą, sam Józef wyśpiewał nam o swoich planach. Przyjdziemy wszyscy, zobaczysz, wszyscy, jak okiem sięgnąć. I rzeczywiście, na wieść o ślubie Franciszki z Józefem zebrała się rada parafialna, aby ustalić szczegóły działań. Przede wszystkim zarządzono generalnie sprzątanie gospodarskich obejść i ogrodów. W oknach pojawiły się kolorowe wstążki, wycinanki i lampiony. Wójt Bronisław Sochoń (wszyscy we wsi nosili to samo nazwisko) osobiście zakazał do czasu wesela większych zgromadzeń i długiego przesiadywania w gospodzie. Rozpoczęto przygotowania kulinarne, a zawodowy wodzirej Zdzisław miał czuwać, aby nikt nie wykorzystał nadchodzącej uroczystości do wyrównywania osobistych porachunków, co należało niemal do zbiorowego obyczaju. Franciszka zamknęła się w swoim pokoju, przymierzała ślubną suknię i układała włosy. Nie prosiła o żadną pomoc. Chciała sama zasłużyć na przyjazne obmowy i uśmiechy. Tylko krawcowa, jej ciotka Zofia doradzała przy ostatnich przymiarkach. Ale, tak naprawdę, młodość i duchowa czystość były najpiękniejszym weselnym strojem. Wiedząc o tym Franciszka zadbała jednak o każdy szczegół. Sukienka miała dwa wcięcia w talii, u góry przy ramiączkach znajdowały się delikatne srebrne draperie, a całości dopełniał błękitno-biały welon, chyba nazbyt długi, jak na wyobrażenia wiejskich plotek. Franciszka nie obawiała się jednak kąśliwych uwag; raczej starała się przypodobać Józefowi, który wyglądał jak myśliwy, tuż przed rozpoczęciem polowania. Miał na sobie ciemne spodnie, przed chwilą dopiero przyniesione z zakładu krawieckiego, marynarkę długą, niezbyt modną, ze sztuczną różą w klapie. W ostatniej sekundzie włożył do kieszeni białą, kwadratową chusteczkę. Przyda się – zamruczał pod nosem – kiedy będę musiał ocierać krople potu z czoła i piersi Franciszki. Znam ją, ona na pewno, choć jest bardzo cierpliwa, w pewnym momencie poprosi, abym tak właśnie uczynił. O godzinie jedenastej, przed domem panny młodej pojawił się czterokonny powóz. Młodzi usiedli na honorowym miejscu, psy sąsiadów głośniej niż zwykle zaszczekały. W powietrzu unosiło się gorące milczenie, stary Woroszyło, który nie mógł już chodzić, pożegnał odjeżdżających szerokim znakiem krzyża. Przed kościołem dzieci ustawiły przystrojoną zielem i kwiatami bramę, którą należało wykupić za pomocą darów weselnych albo pieniędzy. Franciszka ucieszyła się, kiedy spostrzegła, że usta Józefa lekko drżą, palce zaciskają się na poręczy powozu. Nad nimi niebo dawało znaki godne przyszłych dni.
W kościele upał porozwieszał lepkie chusty, z którymi nawet proboszcz nie mógł sobie poradzić. Wciąż wyciągał spod rękawa przybrudzoną chustę i ocierał pot z czoła. Jedna z kropel padła na dłoń Franciszki i wyrwała ją z odrętwienia. Powtarzała słowa przysięgi małżeńskiej w jakimś dziwnym zapamiętaniu, niemal omdleniu. Jej myśli wybiegły w niedawne dni, kiedy z Józefem kładli się na wznak i zgadywali kształty chmur na popołudniowym niebie, tuż po zakończeniu żniw. On otwierał butelkę z wodą zabarwioną sokiem malinowym, ona kroiła chleb i kładła na długie pajdy kawałki słoniny. Sama niewiele jadła, zmęczona, ale radosna. Józef mówił, że zbudują nowy dom, gdzieś blisko lasu i rzeki, bo las i rzeka są najwierniejszymi przyjaciółmi. Nie przeczuwał jednak, że te marzenia nigdy nie spełnią się. Franciszka wiedziała o tym, ale milczała, posłuszna wyraźnym przeczuciom. Teraz stojąc przed ołtarzem nie mogła przypomnieć sobie, o czym jeszcze wówczas rozmawiali. Tymczasem trzeba było czuwać, aby nie pogubić się w uroczystości. Wreszcie dobrnęli do jej końca. Ludzie tłoczyli się wokół nich, jakby chcieli dojrzeć coś, czego nie można zobaczyć. Posypały się z wielu stron drobne pieniądze i kwiaty, chociaż nie była to majówka Matki Bożej. Ktoś krzyknął, że młodzi – tak nakazuje obyczaj – powinni ucałować się już na schodach kościoła, aby wywabić czekające w uśpieniu szczęście. Inni cisnęli się z prezentami, choć nie był to odpowiedni moment. W rozgardiaszu i gwarze nikt nie zauważył, że niebo pociemniało, gałęzie drzew skuliły się i odsłoniły przestrzeń. Nagły deszcz dopomógł w uporządkowaniu wesela, które szybko skryło się pod parasole i gumowe płaszcze. Kobiety wskakiwały jak młode gimnastyczki do wozów, aby ocalić z mozołem szyte stroje, mężczyźni brali lejce w ciężkie dłonie i pokrzykując ruszali w powrotną drogę. Franciszka i Józef jechali jako ostatni, zamykając orszak. Nie mogli powiedzieć ani słowa, gdyż wiatr zamykał im usta. Tylko delikatnie przysunęli się do siebie, nie odczuwając żadnego skrępowania. To był początek miłości, która zdawała się olbrzymieć w rozłożyste drzewo, pełne skrytych przejść i miejsc czułych na najmniejsze zranienie. Ptaki zlatywały się i cichły w jego konarach. Kiedy zbliżali się do wioski Franciszka poprosiła noc o ciepły sen, Józef śpiewał bardzo głośno o tym, że sen na razie nie jest potrzebny. Teraz będziemy weselić się, choć rozumiał, że słowo „weselić się” nie pasowało do sytuacji, nie  pochodziło z jego serca. Przed otwartymi drzwiami weselnego domostwa ustawiono okrągły stół nakryty białym obrusem. Na nim lśnił przypalaną barwą czerwieni bochen chleba, który rozłamano i podawano sobie z namaszczeniem. Józef odczuwał smak rozgrzanego słońcem powietrza, słyszał klepanie kosy. Czynność ta należała do żniwnego rytuału. Brał wtedy w dłonie młotek i równomiernie uderzał w wypukłości metalu. Dźwięk roznosił się po okolicy i przypominał, że muzyka rodzi się z ziemskiego trudu, uporu powtarzalności. Gdzie jest źródło naszego szczęścia, powtarzał dość głośno, aby Franciszka mogła go usłyszeć. I ona słyszała niosąc w ramionach nadzieję, że nie zmarnują nadchodzących dni, nie przysporzą światu cierpienia, który – wiedziała – będzie narastał powoli, nie reagując na obronne gesty. 
Tańczono na klepisku, w stodole, która na tę jedną noc zmieniła się w salę balową. Funkcję orkiestry spełniał miejscowy muzyk Roman, wygrywając na akordeonie  raz rzewne, raz wesołe melodie. Dzieci biegały wśród gości i wykradały kawałki ciasta, oblewały się podpiwkiem, grały w chowanego. Co jakiś czas intonowano piosenki, słabnące jednak wraz z kolejnymi kieliszkami wódki. Około północy weselnicy porozdzielali się na małe grupy i zamierały w ciemnościach. Ksiądz proboszcz kiwał się nad stołem, przewracając kartki grubego łacińskiego brewiarza. Z przyzwyczajenie przysunął do siebie lampę, chociaż znał na pamięć wersety psalmów. W końcu znużony zasnął. Franciszka podeszła cicho i okryła go bawełnianym kocem. Nad ranem znalazła się w łóżku, przystrojonym rzecznym bluszczem. Józef długo nie nadchodził. Wreszcie przybiegł zdyszany, zdjął weselny garnitur i wsunął się w ogrzane już miejsce. Zapach jego ciała zmieszał się ze świtającą ciszą. Nim zdołał objąć Franciszkę, noc odeszła poza horyzont. W jasności nie śmiał czynić niczego więcej, choć słyszał swój szybki, gorący oddech. Pomagał mu las za oknem, szumiący w zrozumiałym języku: bądź delikatny i czuły. Zacisnął więc palce, wtulił twarz w poduszkę, zamknął pragnące oczy. Franciszka bez namysłu dotknęła ust męża, wspięła się na nie, odczarowała. Kiedy niespodziany promień ciepła wniknął w jej ciało, uświadomiła sobie, że podczas ceremonii kościelnej ksiądz mocno związał stułą jej i Józefa ręce. Aż odczuła dotkliwy ból, który miał już nigdy nie ustąpić.

(fragmenty powieści „Studia”)

Jan SOCHOŃ

Ks. prof. dr hab. Jan Sochoń. Urodził się w 1953 roku w Wasilkowie. Studiował filologię polską i teologię w Białymstoku oraz w Warszawie, filozofię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jest wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Poeta, filozof, krytyk literacki, eseista i wydawca. Opublikował m. in. "Ateizm. Wizje Etienne Gilsona" (1993), "Słownik pojęć zmistyfikowanych" (1996), "Spór o rozumienie świata" (1998), "Porzucić świat absurdów" (rozmowy z Mieczysławem A. Krąpcem OP) (2002). Ostatnio opublikował tomy wierszy "Modlitwa z muzyką" (1996), "Wszystkie zmysły miłości" (1997), "Ogień dobrej śmierci" (2001), "Czarna flaga", "W miłości zdarza się wszystko" (2004), oraz swoje szkice i zapiski "Zdania, przecinki, kropki..." (1998). Krytycznie opracował i wydał "Kazania" księdza Jerzego Popiełuszki (1992), a także kilka antologii poetyckich. Mieszka w Warszawie.

33-1-2.jpg (30203 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Gniezno, 2004)

Fot. Michael Wittbrot