.

Tak to jest

Szum fal dochodzący z płyty ukołysał Jonasza tak dogłębnie, że zapomniał na długo o swoich obowiązkach, o tym, co mu przypominała Księga. Pragnął pozostać tam, u brzegu, siedzieć cały dzień, zagłębiwszy stopy w sypkim piasku, wsłuchiwać się w krzyki mew, patrzeć z wydmy na rozkołysany horyzont. Z dalekiej przeszłości przybliżało się niezgłębione morze, stare gdańskie kamienice, spotkanie z Rutą przed sklepikiem z pamiątkami, bieg wzdłuż plaży, kojące zmęczenie, a potem światłość w duszy, tętnienie krwi, niepokój i radość ogarniająca wszystko.
Zadzwonił telefon. Jonasz podniósł słuchawkę i westchnął głęboko:
– Tak, słucham, tu redakcja pisma „Dom” – powiedział cicho.
– Tu Horn – usłyszał po drugiej stronie ostry ton – proszę cię do mnie za kwadrans, jeśli możesz.
Prezes fundacji wzywał co jakiś czas swoich pracowników na rozmowę o wykonanych zadaniach i dalszych planach. Ostatnio szczególnie upodobał sobie Jonasza, uważając być może, że jest on za mało aktywny w środowisku, jeśli chodzi o zbieranie datków, pisanie ogłoszeń i załatwianie drobnych spraw doraźnych. Prezes Ignacy Horn z pewnością nie był typem poszukującego mistrza, raczej urzędnikiem wykonującym bez przekonania swoją pracę, dlatego Jonasz niczego ciekawego nie spodziewał się po tej rozmowie, wprost nie znosił tych wymuszonych spotkań i pytań o jego osobiste inwestycje mające pomóc w rozwoju fundacji. Dla niego liczyło się wspólne przeżycie i płynąca z niego wewnętrzna przemiana, tak rozumiał spotkanie. Uważał, że gdy człowiek z człowiekiem raz już się prawdziwie spotkał i przygarnął go w myślach, będzie to owocowało w następnym spotkaniu głębszym poznaniem i zrozumieniem, tymczasem tutaj wciąż musiał zaczynać od początku. Prezes za każdym razem odzywał się tak samo, jakby widzieli się po raz pierwszy: No i co tam, Wartoń? Jak sprawy? Masz coś nowego? Tkwił za biurkiem butny i obojętny, patrzył niewidzącymi oczyma, przebierał papiery lub otwierał listy leżące od tygodni na blacie stołu i podłodze. Po tych rozmowach, z których nie wynikało nic konkretnego, Jonasz czuł się jeszcze bardziej przybity. Starał się nie kierować emocjami, kiedy wypowiadał swoje uczucia, jednak kilka spraw było dla niego szczególnie ważnych, nie potrafił uniknąć głębszego zaangażowania. W jaki sposób miałbym zainwestować w fundację? Powtarzał w myślach pytanie prezesa, ale wiedział, że nie zna dobrej odpowiedzi. Od dłuższego czasu Jonasz zastanawiał się nad swoim miejscem tu, w Paryżu, nad sensem od lat wykonywanej pracy, która przecież nigdy się nie kończy, a tak niewiele może z niej mieć dla siebie. Chciał pomagać ludziom, owszem, ale przede wszystkim szukał wspólnoty, braterstwa idei, podejmowanych w trudzie zadań zrodzonych z przyjaźni i zaufania, nie myślał o rachunkach i rozliczeniach na stojąco w gabinecie prezesa, który wciąż się spieszy nie wiadomo dokąd i za nic ma wrażliwość drugiego człowieka.
Jonasz nie pojmował pretensji Horna, nie wiedział, jak mógłby inaczej funkcjonować w fundacji, jeśli nie poprzez zainteresowanie ludźmi poszukującymi, którzy w sztuce pragną wyrazić sens swojego istnienia, opisać, namalować bądź wyrzeźbić ważne dla nich egzystencjalne niepokoje i metafizyczne zamyślenia. Jak mógłby inaczej traktować ludzi, jeśli nie przez wpuszczanie ich do swojego mieszkania, okazywanie uwagi, wspieranie i stały kontakt podczas ich trudnego okresu adaptacji w nowym miejscu? Przyjmował u siebie przychodzących z prośbą o poradę młodych początkujących dziennikarzy, korespondentki pism kobiecych, malarzy, aktorów, księży próbujących swoich sił w pisaniu lub malowaniu, bo każde spotkanie wydawało mu się ważne, niepowtarzalne, ostateczne.
Wysłuchiwał rodzinnych historii i małżeńskich tragedii, częstował kawą, czasem winem, a to, że kogoś wysłuchał, stawało się często sensem jego dnia – oprócz codziennych redaktorskich obowiązków. Wtedy dopiero, gdy zostawał sam, wyruszał, by znów odnaleźć zagubione piękno.
Jonasz nie miał jednak poczucia dobrze spełnionego obowiązku i właściwie zużytego czasu. Czuł, że omija go coś najistotniejszego w życiu, czego nie można znaleźć w rozmowie ze znajomymi. Wiosną tego roku, zanim poznał Mariannę, zaczęły się jego problemy z oczami, musiał uważać, by nie dźwigać ciężkich walizek z książkami, nie emocjonować się, odżywiać dietetycznie. Odklejały mu się siatkówki, dlatego widział jak przez mgłę. Od tego czasu, gdy lekarz postawił diagnozę, Jonasz stał się jeszcze bardziej skupiony, uważny i zamknięty w sobie. Mówił cicho, dokładnie wymawiając sylaby, by nie spowodować rozchwiania emocji w zbyt pospiesznym mówieniu, a przez to utraty wewnętrznej równowagi, którą cenił ponad wszystko. Cenił, bo mu jej brakowało. Wyznaczał granice swoim wyznaniom, a jednocześnie starał się je przekroczyć, otworzyć się i z głębi duszy wykrzyczeć wszystkie swoje zadawnione żale i niespełnienia. Pragnął wypowiedzieć siebie w sposób całkowity – czuły, jasny i jawny, choć nie obnażający, a potrafił wyrażać się jedynie w słowach surowych, aluzyjnych, obwarowanych symbolami. Nie chciał stać się w swojej wypowiedzi jednoznaczny, przyłapany na gorącym uczynku odczuwania. Wciąż, mimo ukończonych czterdziestu lat, nie wiedział, kim jest naprawdę. Starał się być uczynny, przydatny społecznie, moralnie uporządkowany i na co dzień do zniesienia. Odczuwał wszakże dojmujący brak czegoś, czego nie potrafił do końca określić, a wartość czego przeczuwał całym sobą. Nie umiał wciąż nazwać pragnienia przenikającego jego duszę. Czuł narastający niepokój, a drżeniem ciała objawiało się jego zagubienie. Siedział skulony w fotelu i trząsł się z wewnętrznego chłodu, aż przyszła skądś jasna myśl, ciepły głos w słuchawce, matczyna troska. Nie miał własnego domu ani rodziny, dlatego być może tak często odwiedzał nowo poznane małżeństwa, żeby być bliżej domowego ciepła, ogrzać się i przejrzeć w cudzym szczęściu. Pomagał młodym parom małżeńskim przetrwać trudne początki w nowym środowisku, wysłuchiwał ich problemów, radził, stawał się powiernikiem i współtwórcą nowej drogi rozwoju. Myślał jednakże o poznaniu kogoś, z kim mógłby przeżywać każdą nową chwilę bez ukrywania siebie samego, bez obawy o niezrozumienie. Był sam. Egzystował zamknięty przed każdym, kto pragnął śmielej zbliżyć do niego, czuł zagrożenie, że i on miałby się zacząć przemieniać, obnażać emocjonalnie, a nie tylko ci, którzy przychodzą. Czasem zdarzało się, że zachwyciła go w rozmowie organizatorka wystaw czy wolontariuszka prosząca o współpracę, nieruchomiał wtedy na chwilę, oszołomiony tym, co się z nim dzieje, czekał na znak, na impuls, co czynić dalej, lecz pozostawał tak unieruchomiony z filiżanką kawy, żegnał się grzecznie i znów tkwił w tym samym miejscu – bez telefonu czy adresu, pod który mógłby się zgłosić w samotny wieczór. 
Ostatnio zdarzyła się podobna sytuacja, kiedy Marianna przyszła zaprosić go na spacer, wtedy powiedział, że jest zajęty, a przecież porządkował papiery z ubiegłego tygodnia i nie było nic, co mogłoby mu przeszkodzić. Jonasz sam dla siebie stanowił przeszkodę, zaporę nosił w sobie. Gdy Marianna odeszła zasmucona, stał długo z rękami w kieszeniach, patrzył przez okno i powtarzał cicho: Tak to jest.
W dole na ulicy toczyło się życie – przejeżdżali motocykliści z przyklejonymi do ich pleców roześmianymi dziewczynami, turyści z przejęciem dźwigali plecaki, przystając co chwila, by odczytać znaki na mapie, dzieci radośnie goniły się w drodze ze szkoły, przekrzykując szum ulicy. Jonasz stał, chodził po pokoju, zatrzymywał się i zawracał. Kołysał się wolno w rytm muzyki dochodzącej z płyty, siadał i znów wstawał, jakby się nad czymś namyślał i wahał, a potem zapadał się w siebie dawnego, niedostępnego,  zawieszonego pomiędzy wyobrażonym i upragnionym, a niemożliwym do spełnienia.

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia - autorka tomików wierszy („Czarne wino”, „Białe tango”, „Wieczna rzeka – Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”, „Piękniejsze – Schöner – C’est plus beau”). Mieszka w Poznaniu.

33-1-2_1.jpg (25419 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Paryż, 2004)

Fot. Michael Wittbrot