.

Obozowa Eucharystia

Ludzie w obozach koncentracyjnych szukali Boga i drogi do Niego. Odnajdywali Go szczególnie wśród katuszy, kiedy pomoc drugich była zakazana. W chwilach tortur i załamań duchowych jedynym ratunkiem dla wierzących była modlitwa. Stała się dźwignią moralną podtrzymującą na duchu, ukrytym źródłem, z którego czerpali siłę. Chwilami nadającymi się do skupienia były poranne apele, nie te przedłużające się, ale zwykłe. Wówczas myśl wybiegała w inny świat, przenosiła wyobraźnię do Ogrójca, gdzie Chrystus krwią się pocił, a następnie szedł drogą krzyżową popychany, bity, kopany. Czyżby cierpienia uwięzionych nie miały nic wspólnego z Chrystusowymi? Łączyły się w najtajniejszych głębiach z Jego boleściami. Spełniały rolę Pawłowego „dopełniam”, czego nie dostaje cierpieniom Chrystusa za innych. Umęczonym, zbolałym niewolnikom ujawnił się Bóg w majestacie swoich cierpień. Jak gdyby dały się słyszeć słowa: Jestem z wami. Ufajcie, Jam zwyciężył świat!
W ludziach o głębszym profilu duchowym rodził się głód Chleba Eucharystycznego. Jako kapłan zastanawiałem się, jak to pragnienie zaspokoić, skąd zdobyć hostie i wino, gdzie w takich warunkach odprawić Mszę świętą. Nadarzyła się stosowna okazja. Jesienią 1941 roku pracowałem w zewnętrznym komandzie Buna-Werke. Ksiądz proboszcz Skarbek z Oświęcimia przez cywilów dostarczał hostie, wino; przesłał także maleńki kielich z trzech części. Przenosiłem hostie za podszewką rękawa, wino w płaskiej buteleczce w bucie. Ileż westchnień do Boga, aby w bramie nie było rewizji. Pewnego razu ukryłem utensilia w skrzynce sanitarnej. Struchlałem, jakby oblał mnie strumień lodowatej wody, kiedy wartownik zarządził rewizję. W wieczornej pomroce rzuciłem skrzynkę za stertą cegieł. Esesman przeszukał kieszenie, obmacał dokładnie, lecz niczego nie znalazł. Ocalałem.
W obozie przechowywałem hostie w sienniku, w przemyślanych skrytkach pod deskami prycz. Innym razem, uszeregowani w dziesiątki, czekamy na apel. Niespodziewanie blokowy wywołuje mój numer!  – Pójdziesz do bunkra, bo w twoim sienniku znaleziono hostie i mały kielich. Gęsią skórą pokryło się ciało. Zacząłem się gorąco modlić. Wiedziałem, że z bunkra żywcem nie wyjdę. Po godzinie idę do blokowego. Ze spokojem powiedział: – Tym razem daruję ci przestępstwo, oby się więcej nie powtórzyło. Znowu ocalałem. Krwawy Leon w obozowym szpitalu znalazł skrzynkę pod dolną kondygnacją łóżka, lecz próżną. l tym razem uniknąłem śmierci.
Na miejscu kaźni w Oświęcimiu odprawiano Msze święte. Pierwszą 16 listopada 1941 roku na pierwszym piętrze czwartego bloku. Była to niedziela. Na sali kłębi się wir pracy. Więźniowie czyszczą menażki, przyszywają trójkąty, odnawiają numery. W wąskim, ciemnym przesmyku między dwupiętrowymi łóżkami ustawiono taboret, na nim prosty krzyż – to ołtarz. Kapłan bez stuły i ornatu, w łachmanach więźnia, przykucnięty, w pozycji siedzącej, rozpoczyna Najświętszą Ofiarę. Wtajemniczeni zasłaniają widok, by jakiś obcy nie spostrzegł, co się tam dzieje. Myśli odrywają się od koszmaru życia obozowego, serca napełniają się otuchą, całą duszę przenika wzruszenie. Na małej palenie kapłan podnosi Hostię świętą, razem z nią ofiarę cierpień, łez i krwi tysięcy więźniów. W promiennej wizji na miejscu mąk jawi się Zbawiciel świata. Jakby chciał powiedzieć: – Wy teraz ucisk macie i strapienie, ale smutek wasz w radość się przemieni. Niezapomniana chwila w oświęcimskim obozie. Wyobraźnia unosi się wzwyż; nad ciemnościami zdaje się panować światłość, nad okrucieństwem miłość, nad śmiercią życie. W tym przedpiekle jawi się skrawek nieba. Z duszy wyrywa się okrzyk: – Panie, dobrze nam tu być. Spraw, aby w tej gehennie, nad tyranią zatriumfowało dobro. Rozmodlonym więźniom kapłan podaje Komunię świętą. Żywy Chrystus w sercach wzgardzonych niewolników staje się Źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu, jedynym oparciem w mękach obozowej egzystencji. Msza święta skończona. Uczestnicy rozchodzą się do swoich obowiązków. Rośnie serce, pomnaża się chwała Boża, rozwija się życie duchowe. Doktor Tadeusz Paczuła ma łzy w oczach: – Zdawało mi się, że jestem w katakumbach. Pierwsi chrześcijanie w podobnych warunkach zbierali się na łamanie chleba. Nigdy nie przeżywałem Mszy świętej tak, jak tutaj, w obozowej udręce.
Konsekrowane komunikanty kapłan zawija w białą chusteczkę, kładzie na piersi. W największym ukryciu zanosi oczekującym za stertą kamieni, za węgłem baraku. Jaki obiektyw utrwalił na kliszy postacie więźniów, wymykających się z bloków, spieszących do ukrytego Źródła siły? Pójdą w zapomnienie obozowe męki, lecz w pamięci pozostaną spotkania z eucharystycznym Jezusem.
Szafarz sakramentów świętych zanosi również Chleb Aniołów chorym do szpitala obozowego. Jak się ucieszył Józef Stemler, prezes Macierzy Polskiej z Warszawy, ksiądz Podkul, salezjanin, ksiądz Smoroński, redaktor „Homo Dei” i inni. Umęczeni okropnościami ciała przeżywali obecność Boga w duszy. Szczęście zapełniło całą przestrzeń ich ducha. Jakaś niewidzialna siła scalała chorych, wznosili się ponad siebie, „stanowili jedno serce i jedną duszę” (Dz 4,32). Odrobina Chleba uodporniała na zło, uczyła dowartościowania człowieka jako osoby ludzkiej, a nie bezużytecznego przedmiotu, skazanego na przemiał w piecu krematoryjnym.
W święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny 1941 roku odprawiałem Mszę świętą w piwnicy budującego się siódmego bloku. Po wieczornym apelu spieszyli spracowani więźniowie na umówione miejsce. Okna pozatykane deskami, czujki wystawione. Próżna beczka po cemencie odwrócona dnem do góry stanowi ołtarz. Nikłe światło pełgającej świecy pozwala rozpoznać twarz wtajemniczonych: ksiądz prałat Florczak, audytor Roty Rzymskiej, ojciec Brzeziński, przeor Ojców Kapucynów z Warszawy, ojciec Woźny, przełożony Ojców Augustianów z Krakowa; są chłopi, robotnicy, inteligencja. Kapłan w pasiaku rozpoczyna Introibo... Pajęczyną pokryta piwnica staje się domem Bożym. Majestatyczną ciszę przetykają modlitewne westchnienia płynące w niemym bólu przed tron Boży. Zbawca świata zstępuje na miejsce kaźni w warunkach gorszych od stajni betlejemskiej. Wsłuchuje się w błagalne głosy ofiar bezlitosnych oprawców. Tak trudno wykrzesać z siebie myśl o przebaczeniu, a jednak najmniejszy przejaw miłości napełnia serca pokojem. Po Mszy świętej oddajemy się w opiekę Niepokalanej, powierzając Jej losy naszego życia: – Przyjmij nas. Matko nasza za dzieci swoje. Strzeż od chorób zakaźnych, kar obozowych, gwałtownej śmierci, która każdemu z nas zagraża (cały akt oddania znajduje się w Archiwum Oświęcimskim). Słowa więzną w gardle, falą uczuć nabrzmiewają serca, rośnie ufność w przetrwanie. Pewien więzień ułożył wiersz: Tej Ofiary nie zapomnimy do końca życia. „Podaj nam. Panie, kielich Twój do picia, byśmy wzmocnieni wytrzymali próby, a krzyż Twój święty chronił nas od zguby”. Nie ulega wątpliwości, że wiara była ostoją przeciw załamaniu, siłą w zachowaniu godności ludzkiej, stwarzała wewnętrzny inny świat, do którego zło nie miało przystępu.
Msza święta kruszyła potęgę zła. Z tęsknotą oczekiwano niedzieli, aby w piwnicach, na strychach, w podziemnych skrytkach odnawiać pamiątkę Przymierza. Z narażeniem życia Najświętszą Ofiarę składali księża: Puczka, Dąbrowski, Waloszek, Gabryl, Kowalski.
Urszula Wińska w relacji „Zwyciężyły wartości” opisuje jak w kobiecym obozie w Ravensbrück odprawiano Msze święte „suche” – bez kapłana. Przewodniczyła harcerka Józefa Kantor, nauczycielka. Z pamięci odmawiała modlitwy mszalne, przeplatane pieśniami. Jesienią 1943 roku przyniesiono Najświętszy Sakrament z obozu jeńców wojennych, wśród których znajdował się kapelan. Wygłodniałe więźniarki w półmroku zdążały na blok, gdzie siostra zakonna – więźniarka, Róża Woźniak rozdawała Komunię świętą. W skupieniu kobiety przeżywały obecność Boga. Kiedy później kilka więźniarek wywołano na rozstrzelanie, kroczyły mocne z podniesioną głową. Nikt nie wiedział, że przyjęły Pokarm Niebieski. Apolonię Rakowską w marcu 1943 roku wezwano na egzekucję. Zwierzyła się przed przyjaciółkami, że Bóg jej nie zabierze bez sakramentów świętych, ponieważ odprawiła dziewięć pierwszych piątków miesiąca. Rzeczywiście. Marta Guzowska, pracująca w zewnętrznej kolumnie roboczej, przyniosła Sanctissimum, w skrytości podała Apolonii. – Teraz już mogę odejść. Pan Jezus spełnił obietnicę – powiedziała ze spokojem. Wspomniana już Urszula, zatrudniona przy pracach przeładunkowych, przyniosła zawiniątko ukryte w otworze ściany. Wielką radość sprawiła starszym pobożnym kobietom, które mogły przyjąć Jezusa Eucharystycznego. Żywy Chrystus w sercach niewolnic stał się źródłem wzmacniającym odporność psychiczną.
Ludwika Uzar-Krysiakowa, strażniczka więzienna, z narażeniem życia niosła Komunię świętą więźniom Pawiaka w Warszawie. Pracowała w szpitalu kobiecym, stąd miała dostęp do nich. Przynosiła Komunię świętą księdzu Julianowi Chróścickiemu, księdzu Romanowi Archutowskiemu, którzy ukryci za drzwiami izby szpitalnej udzielali chorym Niebieskiego Posiłku. W kościele w Padwi, skąd pochodziła, umieszczono tablicę z napisem: – Bohaterskiej opiekunce więźniów niosącej pociechę religijną, a zwłaszcza Komunię świętą, wdzięczni rodacy (Padew, diecezja tarnowska).
W Dachau polscy księża nie mieli dostępu do niemieckiej kaplicy. W tajemniczy sposób zdobywali Boży Posiłek. Hostię łamali na dwadzieścia lub więcej części, aby każdy z pragnących mógł choć odrobinę otrzymać. Ci więźniowie poprzez zadawany ból wierzyli w miłość Bożą, a w ciemnościach dostrzegali światło nadziei. Cierpienia nie przysłaniały im wartości duchowych, służyły ku zbawieniu, a nie ku zgubie. Ksiądz Henryk Krzysztofik przed śmiercią napisał list do kolegów na bloku: – Leżę na łóżku jak na krzyżu z Chrystusem. Dobrze mi jest razem z Nim żyć i umierać. Ksiądz Leonard Marchlewski obchodził w obozie złoty jubileusz kapłaństwa. Koledzy chcieli udać się do władzy, by zezwoliła na odprawienie Mszy świętej.  – Zostawcie, odpowiedział, złożę Chrystusowi w ofierze moje ciało i krew. Jestem przekonany, że je przyjmie z radością. Po kilku dniach już nie żył.
Zanoszono Eucharystię chorym do szpitala obozowego, a także konającym na oddziałach tyfusu. Jezus pod postacią kruszyny chleba wyzwalał w nich siły do przetrwania. Nie załamywali się, nie poddawali rozpaczy. W ich wnętrzu było tyle piękna, które promieniowało na innych, tyle hartu woli do przezwyciężenia trudności. Padali koledzy w wielkiej liczbie. Odchodzili cisi, ubodzy, odarci ze wszystkiego, prawie nadzy, ale duchowo niezwyciężeni. Wszystko potrafimy znieść w Tym, który nas umacnia (por. Flp 4,15). Nie zagubili siebie w krańcowych sytuacjach, przyjmowali postawę męstwa posuniętą do granic męczeństwa. Jako długoletni więzień obozów stwierdzam, że Eucharystia dla wierzących była najsilniejszym oparciem w zachowaniu godności ludzkiej, umocnieniu wewnętrznej odporności i kształtowaniu wrażliwości na potrzeby innych.

Konrad SZWEDA
Numer Oświęcimia 7669
Numer Dachau 30312

Ks. Konrad Szweda (1912-1988). Śląski duszpasterz, więzień obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu i Dachau. Urodził się w Rybnickiej Kuźni koło Rybnika. W latach 1934-1939 odbył studia teologiczne na Wydziale Teologicznym U.J. Święcenia kapłańskie otrzymał 25 czerwca 1939 roku. W 1940 roku został wywieziony do Oświęcimia. Tekst pochodzi z „Naszej Rodziny” – 6 (525) 1988, s. 32–35.




Na zdjęciu:

Ks. Konrad Szweda
(przed wojną)

Fot. Archiwum "NR"