.

Wiara i czyn

Z Lechem WAŁĘSĄ rozmawiał, a następnie wybrał fragmenty i przygotował do publikacji Marek WITTBROT

Lech Wałęsa – urodził się w 1943 roku, działacz związkowy, polityk, z zawodu elektryk; w latach 1967–1976, 1980–1981 i od 1983 pracownik Stoczni Gdańskiej (zwalniany z pracy za działalność związkową), w grudniu 1970 członek Komitetu Strajkowego; od 1978 w komitecie założycielskim Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża; w sierpniu 1980 współorganizator strajku w Stoczni Gdańskiej, przewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, podpisał porozumienie z komisją rządową. Współzałożyciel (wrzesień 1980) NSZZ „Solidarność” (1980–1981 przewodniczący Krajowej Komisji Porozumiewawczej, następnie Komisji Krajowej). Od grudnia 1981 do listopada 1982 internowany. Po zwolnieniu kontynuował działalność polityczną i związkową. W latach 1987–1990 przewodniczący Krajowej Komisji Wykonawczej NSZZ „Solidarność”. W 1988 współorganizator strajku w Stoczni Gdańskiej; współzałożyciel (grudzień 1988) Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność”. W 1990 przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Współtwórca: 1989 porozumień Okrągłego Stołu (przewodniczący reprezentacji ruchu społecznego Solidarność), zwycięstwa Kom. Obywatelskiego w wyborach parlamentarnych i utworzenia pierwszego niekomunistycznego rządu w powojennej Polsce; współinicjator zasadniczej przebudowy ustroju politycznego i gospodarki Polski (utworzenie niepodległego, demokratycznego państwa z gospodarką rynkową). Od grudnia 1990 do grudnia 1995 prezydent RP i zwierzchnik Sił Zbrojnych RP. W 1995 założył Instytut im. Lecha Wałęsy; w 1997 wsparł kampanię wyborczą AWS do sejmu; 1997 utworzył partię pod nazwą Chrześcijańska Demokracja III RP. Od 1998 przewodniczący tej partii. W roku1983 otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Wydał książki autobiograficzne „Droga nadziei” (1987), „Drogi do wolności” (1991), „Wszystko co robię, robię dla Polski” (1995). Prezentowany tekst, ukazujący się po raz pierwszy w piśmie nie przeznaczonym do użytku wewnętrznego, stanowi zapis sporządzony na podstawie rozmów prowadzonych w dniach 3-6 lutego 1987 roku w Zakopanem.  „Gawędząc przy kawie, co nieco dla siebie (i innych) zachował, następnie opracował i nieznacznym komentarzem opatrzył. – M.” – opiewał ówczesny komentarz do wywiadu.

...o znaczeniu wiary

Nie wierzę w wielki wysiłek bez wiary i bez głębszego sensu. Heroiczne zrywy, czy jakieś szaleńcze pomysły, czy nowe idee z reguły natrafiają na wielkie trudności i problemy. W pewnym momencie, gdyby nie było uporządkowanej wiary, te ciężary przygniotłyby człowieka - czy nawet całe grupy ludzkie. Ponieważ sam przechodziłem wielkie zrywy i upadki, nie wyobrażam sobie ludzi, którzy bez wiary mogliby udźwignąć ciężary, z którymi się stykają. Ale oczywiście nie znaczy to, że jedna wiara... że określonego typu wiara. Część ludzi wierzy, że buduje lepsze „jutro”. To też jest wiara, ale to nie jest aż tak znacząca wiara. Sportowiec wierzy w zwycięstwo – za wygra i będzie miał medal, tylko to nie jest aż taka wielka rzecz. Natomiast wielkie rzeczy, gdzie wchodzą w grę „części niewymienne” człowieka, gdzie on głowę stawia.  Nie wierzę, żeby człowiek niewierzący mógł być zdolny do takich heroicznych rzeczy.

... o kształtowaniu się wiary

Człowiek nie żyje wyodrębniony, nie żyje sam. Człowiek przychodzi na świat w rodzinie, w otoczeniu, w klimacie, który ma swoje tradycyjne zawierzenia sprawdzone od pokoleń. Każdy z ludzi wzrasta w swojej tradycji. Oczywiście, niektórzy zmieniają wierzenia i tradycje rodzinne. To też się zdarza, choć osobiście nie jestem za takim kierunkiem dążeń. Wiara, w której się urodziłem i wychowałem, jest mi najbliższa. I choć znam inne, z tą wiarą najbardziej się utożsamiam.
Jak każdy człowiek, zastanawiam się nad sobą. W pewnych okresach życia (w dzieciństwie, w młodości) budzą się sprzeciwy. Młody człowiek nie zawsze lubi, gdy ktoś mu narzuca pewne rzeczy. W mojej rodzinie zasady były takie, że – choć miałem do kościoła b-7 km – nie było mowy, żeby do kościoła nie iść. Gdy przychodziłem ze szkoły – a do szkoły miałem 5 km – musiałem iść „na katechizm” (mimo że religia była w szkole, było jeszcze przygotowanie do I Komunii świętej). Dziennie musiałem robić ponad 20 kilometrów. W takim małym chłopaku – który miał 8-9 lat na pewno rodziły się sprzeciwy; po co tam pójdę, przecież jest tak ciężko...?  l dlatego swoim dzieciom nie staram się za bardzo przykręcać tych rzeczy; pamiętam, że przecież sam miałem w sobie trochę sprzeciwu. Człowiek był młody, myślał o sensie, o prawdzie /w szkole trochę inaczej mówiono/, szukał odpowiedzi na te najważniejsze pytania.
W sumie wyszło mi to o tyle na dobre, że bez większej teorii (oczywiście słuchając teorii księży katechetów) do ugruntowania wiary dochodziłem przez swoje przemyślenia. To trwało dość długo. Było dużo wahań. Około 5 lat sam ze sobą walczyłem, z tym, że nigdy nie odszedłem od Kościoła – nigdy nie negowałem... lecz szukałem. Moje wzory najbardziej mi leżą dlatego, że to są moje przemyślenia i moje koncepcje. I z nimi się zgadzam, bo sam je „wymyśliłem”.
Podstawowe wartości wyssałem z piersi matki. Moja rodzina była zawsze bardzo wierząca. Wyrastałem w klimacie wiary. Nigdy głębiej nie zastanawiałem się nad ludźmi, którzy w tym klimacie nie wyrastali lub wychowywali się w innej atmosferze religijnej, czy w innych układach. Jestem szczęśliwy, że wyrosłem w takiej rodzinie, z takimi tradycjami, z taką wiarą.
Nie chcę, żeby wyglądało na to, że jestem wybitny... jak dewotka. Popełniam masę błędów i wiele rzeczy robię nie tak, jak trzeba. A to może właśnie dlatego, że mam swoje drogi dojścia i przekonania się co do najważniejszych spraw związanych z wiarą.
Nie chciałbym też mówić o wszystkich sprawach, które mnie w wierze utwierdzały, bowiem można je różnie interpretować. Chyba nie dla każdego i nie do końca byłoby to zrozumiałe. To są przykłady, które mnie spotkały i osobiście przez nie przechodziłem. Inni tego nie przechodzili albo przechodzili to inaczej, na swój sposób. I teraz innym podawać przykłady, które mnie utwierdzały w wierze...? Nie byłoby to fair. Każdy człowiek ma własne przykłady – oczywiście, oprócz tych dużych spraw...
Boję się tylko Boga. Boję się, czy dobrze to odczytuję, czy czynię to, co powinienem, czy nie mam złego demona, który by mnie prowadził. Tego się boję, bo nie jest to do końca jasne, jaka rola jest mi przypisana w „Księdze żywota”. Chciałbym, żeby ta pozytywna, ale ponieważ sam dochodziłem do pewnych rzeczy, do końca nie jestem przekonany, staram się, ale czasami nie do końca wypełniam to, co powinienem wypełniać. Tak się czasami zastanawiam! Jeżeli jestem już tak ułożony religijnie, to powinienem robić wszystko dobrze. Ale to byłby idealizm, a ja nie potrafię być ideałem – jestem człowiekiem.

... o życiu w wierze

Jeżeli chodzi o fizyczne zagrożenie... tego się nie boję! Każdy człowiek ma zapisane pewne rzeczy... To nie znaczy, żeby głowę włożyć pod topór, pod tramwaj czy pod pociąg. Człowiek nie ucieknie, nie ustrzeże się od pewnych rzeczy. I nie zawsze to, co dzisiaj jest sensem, i jutro będzie sensem. To, co dzisiaj jest wielkim dążeniem, jutro może nie dać satysfakcji. I odwrotnie, pewne rzeczy zrobione bez satysfakcji później dają satysfakcję.
Zawsze podglądałem życie, byłem „szpiegiem” życia, zastanawiałem się nad celowością i niecelowością, dążeniem ludzi (za wszelką cenę) i niedążeniem. To wszystko układałem w logiczne całości.
Jeśli ktoś naprawdę wierzy, to dla niego wszystko ma sens, wszystko układa się w jakieś logiczne całości, choć nie zawsze jest to do końca zrozumiałe i nie zawsze (w tym momencie) to daje satysfakcję. Ale są też i skale inne, i cele inne...
Nam się wydaje, że taki cel by nas urządzał, jednak nie zawsze jest tak, jak my to widzimy. Każdy człowiek ma ukształtowane miary: przez otoczenie, przez urodzenie, przez religię, przez szkołę itd. To tworzy skalę porównań, skalę miar różnego typu, skalę wartości. Każdy ma tę miarę. Ona jednak u poszczególnych osób różnie się układa. I tak na przykład alkoholikowi wódka wykrzywiła te miary. Ale z jego punktu widzenia, z jego miarą to się zgadza, bo on ma ogromne pragnienie i nie zrozumie go ten, kto nie pije. Czyli ma on olbrzymi ciężar, którego nie może udźwignąć. Ta miara u niego się wykrzywiła, ale jemu ona pasuje. Teraz, żeby osądzić inną miarą...  nie będzie to właściwy pomiar, bo trzeba by zrozumieć tamtą miarę i – żeby móc zrozumieć tego „skrzywionego” człowieka – trzeba by naprawić tę miarę. Tylko, że te miary tworzymy przez całe życie.

...o szukaniu odpowiedzi na proste pytania

Istnieją we mnie wątpliwości dotyczące nie do końca rozstrzygniętych spraw. My w życiu nie rozstrzygniemy wszystkiego. Są te podstawowe sprawy, a więc: Pan Bóg, wiara, sens życia...  Jest i masa innych rzeczy, które zmieniają się w trakcie życia.
Do podstawowych rzeczy – jak mówiłem – dochodziłem 5 lat. Wyszedłem od takich podstawowych spraw, jak: co było pierwsze, kura czy jajko? Wyszedłem od tego: że Pan Bóg...  Ale też pojawił się i taki problem: co było przed Panem Bogiem?  To są pytania, które dzieci i młodzież czy złośliwcy podrzucają. Każdy chce wiedzieć, co jest wcześniej. Ja nad tymi głównymi sprawami – przez te 5 lat – bardzo dużo myślałem. I później się zastanawiałem; dlaczego aż tak długo? Przecież było to takie proste. Ale, żeby odpowiedzieć, że to było takie proste, trzeba było dużo nad sobą pracować. Oczywiście, nie znalazłem odpowiedzi na pytanie, co było pierwsze, kura czy jajko?  I doszedłem do wniosku, że jeżeli nie mogę znaleźć odpowiedzi na proste pytania, to muszę zrozumieć jedno: nie mogę sobie tego wyobrazić czy zmierzyć dlatego, że to nie jest z miary tej, która ma początek i koniec, to jest z miary przekraczającej miarę tego robactwa, którym jestem. W związku z tym krótko sobie odpowiedziałem, że nie ma sensu, nie ma potrzeby, aby to mierzyć, bo – jako ograniczona istota – nie jestem w stanie zmierzyć nieograniczonych rzeczy.

...o zawierzeniu Maryi

Moja matka była zawierzenia maryjnego. Przez całe swoje życie pragnęła choć raz znaleźć się w Częstochowie, przy obrazie Matki Bożej, ale – ponieważ mieszkaliśmy w bydgoskiem, w ciężkich warunkach – ani razu się to jej nie udało. Co za ironia losu: całe życie pragnęła, całe życie się modliła i nie dane jej było  stanąć w Sanktuarium. Widziałem te pragnienia i dążenia. Dopiero mnie udało się je zrealizować. Moja matka na mnie zapracowała. Dla niej, jako dla człowieka, było to tragiczne...  60 lat żyła na tym świecie i nie mogła spełnić marzenia swego życia: albo nie miała pieniędzy, albo dzieci były za małe, albo przeszkadzało wiele innych rzeczy. Natomiast ja mniej pragnąłem i mnie los – w przeciwieństwie do matki – dał to szczęście, ciągle mi je daje i za dużo daje. Kult Matki Bożej istniał w mojej rodzinie od dawna, już „od dziadka”. Zresztą dziadek przez 40 lat był kościelnym w tym samym kościele, w którym byłem ochrzczony, przyjmowałem pierwsze sakramenty i do którego później chodziłem. Kult maryjny i związek z Kościołem, miał więc u nas długą tradycję.

...o tym, co powszechnie znane

Są pewne znane fakty w moim życiu, jak Matka Boża, którą noszę, jak różaniec, który miałem w czasie podpisywania porozumień gdańskich, jak długopis, którym podpisywałem porozumienia, jak fakt najważniejszy, że do momentu, kiedy w sierpniu’80 stanąłem na bramie, nie miałem korekty między językiem a umysłem. Zdarza się to bardzo często i to wielu ludziom – najpierw leci język, a później kojarzenie języka. Potem skorygować język to strasznie trudna sprawa, a ja tego nie potrafiłem. W tamtym czasie to mi się skorygowało... I mało tego. Gdy schodziłem z bramy, czy z sali, gdzie były tysiące ludzi – choć nie wiedziałem, co wtedy mówiłem – wszyscy byli zadowoleni. A więc są szczególne przypadki. Chociaż nie wiem, jak to się stało, to chyba jednak dobrze, że tak się stało. To mi bardzo pomagało i utwierdzało mnie, to pozwalało na wiele rzeczy – mimo że się układało poza mną, poza moją świadomością.
Z plakietką Matki Bożej to było tak, że grupa pielgrzymów poświęciła ją na pielgrzymce 26 sierpnia 1980 roku. Przed  kamerami, w czasie strajku, publicznie przypięto mi tę plakietkę. Znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji. Nie lubię się obwieszać. Mam wiele medali i mógłbym je nosić z przodu i na piecach, ale tego nie lubię. Tutaj jednak cieszyłem się, bo Matka Boża – jak mówiłem – zawsze była dążeniem mojej matki. Zdawałem sobie sprawę, że przeciwnicy wiary ile to przyjmą, będą to wykorzystywać i przejaskrawiać. Niemniej był to fakt publiczny i ja byłem szczęśliwy, że tak się stało, że ktoś o tym pomyślał, że ktoś mi tę plakietkę poświęcił, przywiózł...  Do dzisiaj nie wiadomo, kto mi Ją przypiął.
Jeżeli chodzi o różaniec...  było to na pierwszej Mszy. W czasie Mszy (chyba już w czasie Komunii świętej) podeszła do mnie płacząca kobieta, pocałowała mnie w rękę i na szyję założyła mi różaniec. Zrobiło się zamieszanie, bo nie wiadomo było, co się dzieje – czy zamach na Wałęsę, czy co...?  Znowu była to dla mnie sytuacja skomplikowana. Jestem wierzący i bardzo się cieszę, niemniej jednak zaczynam już być choinką.
Ale, oczywiście, jako wierzący nie mam prawa temu się sprzeciwiać... cieszę się! Miałem o tyle szczęście, że byłem znany księżom już przed sierpniem, bo gdyby to na innego trafiło, byłby kłopot. Ktoś by pomyślał, że on gra. A ja już wcześniej należałem do Rodziny Rodzin i chodziłem na spotkania, znałem się z biskupem i z wieloma księżmi, moi chłopcy (cała czwórka) byli ministrantami, na długo przed Sierpniem chodziłem na wykłady z katolickiej nauki społecznej. Dlatego to nie wyglądało na grę.
Podobnie wyglądała ta trzecia, widoczna, publiczna sprawa – długopis. Gdybym wiedział, sam bym po niego nie sięgnął, ale znów, podczas przemówienia (przed podpisywaniem umów w Gdańsku przemawiałem na bramie), ktoś mi podał długopis z wizerunkiem Ojca Świętego. W ogóle nie wiedziałem, że to jest długopis. Myślałem, że to królewskie berło. Dopiero później zobaczyłem, że to długopis. Gdy doszło do podpisania porozumień, myślałem sobie: jeżeli mam taką rzecz, jeżeli Ojca Świętego szanuję, bo jest on naszym wzorem, to w tym momencie jest to idealna rzecz do podpisania porozumień, zamiast używać jakiegoś tam połamanego długopisu bez znaczenia. Ale – powtarzam – gdyby samo życie nie przynosiło takich rzeczy, i to tak pięknie podawanych, sam bym na to nie wpadł.

...o Sierpniu ‘80

Wiele rzeczy z Sierpnia nie jest znanych, a były to bardzo dramatyczne wydarzenia. Trzeba było podejmować wiele bardzo trudnych i bardzo dramatycznych decyzji. Wielu wspaniałych ludzi, których wcześniej czy później poznałem, nie wytrzymywało tych zdarzeń, obciążeń, zagrożeń. Teraz możemy patrzeć na to różnie, ale wtedy nie było dyskusji. Byliśmy świadomi, że w każdym momencie możemy stracić życie – przecież wcześniej był Grudzień’70. W tych wszystkich momentach ludzie nie wytrzymywali wielkiego napięcia i ogromnego ciężaru. Natomiast dla mnie było to o tyle łatwe, że ja już miałem Matkę Bożą, byłem człowiekiem wiary. Nawet –  tak sobie wtedy myślałem – jeśli zostałem wyznaczony do rzeczy strasznych i źle się to wszystko skończy, to i tak dzieje się to w imię najwyższych moich wartości. I wtedy, gdy było najtrudniej, mówiłem sobie: Matko Boża, to nie tylko moja sprawa, zrobiłem tyle, na ile było mnie stać, teraz kładę się na fotelach, aby odpocząć.
To jest zawierzenie, to nie jest cwaniactwo. Oczywiście, ludzie, którzy inaczej wierzą czy wierzą w coś innego, mówili tak: „on jest fanatykiem, ma jeszcze jedną odskocznię, wierzy i jemu jest łatwiej”.  Inni mówili: „to jest człowiek wiary, ma Matkę Bazę i dlatego się nie boi”.

...o obcowaniu z doktorami i uczonymi

Dużą trudność sprawiało mi zasiadanie przy jednym stole z doktorami i profesorami, którzy byli bardzo zdolni i posiadali wielki zasób wiedzy. Ja jestem człowiekiem prostym i stawiam sprawy prosto. Często pomagało mi tylko to, że zawierzyłem Matce Bożej. Nieraz długo trwało przekonywanie ich, że mój sposób myślenia jest właściwy, a moje stwierdzenia naprawdę trafne, chociaż nie mam żadnego naukowego przygotowania. Z drugiej strony pomagała mi zdolność szybkiego kojarzenia faktów. Mogłem „grać” tak, jak nieraz telefonicznie grają mistrzowie w szachy...  mogłem „grać” z wszystkimi siedzącymi za stołem –  oczywiście na swój sposób i bez oszustwa. Słynne niegdyś było moje powiedzenie, że naukowcy szukają odpowiedzi przez wiele godzin, a ja od razu odpowiadam, co należy robić – i to trafnie. Nie, nie jest to zarozumialstwo, ale konsekwencja prostego działania, bez zagłębiania się w wielkie teorie.
Jednakże w wielu konkretnych dziedzinach wiele spodziewam się po naukowcach. Ja nie mam nic do powiedzenia w dziedzinie teologii, ekonomii czy medycyny. Tutaj trzeba fachowców, tu trzeba ludzi, którzy znają się na rzeczy, mają wiedzę i doświadczenie. Ja w ogóle za to się nie biorę.
Niech tylko ktoś nie wyciągnie z tego fałszywego wniosku, że nie ma po co się uczyć. Moim dzieciom nawet mówiono: „ojciec nie ma szkoły i patrzcie, jak daleko zaszedł”. Gdybym więcej czytał, gdybym był bardziej wykształcony, nie traciłbym tyle energii na dobieranie słów – bazowałbym na wyuczonych sprawach.
W trudnych rozmowach, wtedy, gdy prowadzę wielkie „gry”, wygrywam je koncentracją. Mam zdolność silnej koncentracji. Ale można się koncentrować do dwóch godzin dziennie – nie da rady więcej.

... o okresie internowania

Przewidziałem swoje internowanie. Oczywiście, nikt mnie o tym wcześniej nie informował. Patrząc na bieg wydarzeń, na to, co się działo, nie byłem tym faktem zaskoczony. Na parę dni, a nawet tygodni, rozważałem, jak na taką ewentualność mam się ustawić. Pierwotnie zakładałem, że zostanę z boku i będę ratował to, co zostanie ze „Solidarności”. Ale później przekonano mnie, że trzeba iść ze wszystkimi, nie dać się podzielić i przeżyć nawet internowanie. Dlatego okres internowania znosiłem dobrze. Patrzyłem tylko, jak sprawdza się druga koncepcja i co będzie dalej. Oczywiście, miałem czas na refleksję osobistą, na uporządkowanie pewnych spraw, a jednocześnie na przemyślenie, co będzie potem, jak się ułożą dalsze drogi naszego narodu. Nie przeżywałem żadnych stresów, nie robiłem ze swego internowania wielkiego problemu. Rozważałem i przygotowywałem nowe koncepcje.

...o Nagrodzie Nobla

Nagroda raz na zawsze przekonała mnie, że w sprawach społecznych, w sprawach poprawy własnego życia i sytuacji grupy, którą reprezentuję, wchodzą w grę tylko i wyłącznie metody pokojowe. Myślę, że jeszcze nie raz będziemy wiele korzystać z tej nagrody. Ta nagroda i dla mnie, i dla ruchu wiele znaczy – choć na podsumowanie jest jeszcze za wcześnie. Ona już wiele zrobiła i zrobi jeszcze więcej, Jest to nagroda nie moja, lecz nagroda całego ruchu.

... o spotkaniu z Janem Pawłem II w Dolinie Chochołowskiej

Jestem utożsamiany z ruchem. Dlatego spotkanie z Janem Pawłem II jest wielką sprawą – mówiącą o tym, że ideały są, że ideały oczekują rozwiązań, że ideały muszą się doczekać rozwiązań i spełnienia. W związku z tym - patrząc ze społecznego punktu widzenia – owo spotkanie spełniło to zadanie.
Prywatnie, dla człowieka wierzącego, człowieka podporządkowanego hierarchii kościelnej, spotkanie z największym autorytetem, Piotrem naszych czasów jest sprawą tak wielką, że wypada się tylko cieszyć. Jednocześnie takim spotkaniem można się bardzo ubogacić, ponieważ Jan Paweł II jest naprawdę fenomenalnym umysłem, człowiekiem szczególnego i pełnego zawierzenia – którego mnie i wielu innym brak. Od Papieża promieniuje wielki spokój. W każdym Jego ruchu widać pełne zawierzenie i pełne oddanie. Jest to takie naładowanie „akumulatorów zawierzenia”. 

....o przeszłości i teraźniejszości

Już dawno uporządkowałem swoje życie wewnętrzne. Jeszcze zanim się ożeniłem, a jestem żonaty od 1969 roku, miałem już uporządkowaną hierarchię wartości i wiarę. Jednak każdy następny rok, czy każdy życiowy krok, wprowadzał pewne elementy stabilizujące. Prowadzenie rodziny, odpowiedzialność za rodzinę, jeszcze bardziej pogłębia konieczność i obowiązek porządkowania spraw ważnych dla siebie i dla rodziny.
Jeżeli miałbym podsumować krótkie okresy swego życia, uważam, że jeszcze wiele należałoby w nim poprawić – to przecież normalne! Nigdy nie będziemy idealni - to nam nie grozi pod żadnym względem. Zawsze będą rozterki, niewywiązywanie się z pewnych obowiązków. Niekiedy upadamy po to, byśmy umieli się podnieść.
Natomiast, jeśli chodzi o stosunki społeczne, zacząłem się bardziej liczyć dopiero w tym okresie najnowszej historii – od 1980 roku. I wcześniej w moim życiu było wiele ciekawych rzeczy, ale to było już tak dawno, że nie warto do tego wracać.
Trzeba pamiętać, że – ze społecznego punktu widzenia – od 1980 roku zaszła wielka zmiana. Ten kto wie, jak wcześniej kształtowały się dążenia społeczne, jak wyglądał stosunek do Kościoła, do religii i w ogóle do życia, może powiedzieć, że jest to jak „noc”' a „dzień”. Po 1980 roku, jako społeczeństwo, mamy wielkie osiągnięcia – „wyprostowaliśmy się”! Wielu ludzi uporządkowało swoją hierarchię wartości. Jest to wielkie osiągnięcia Sierpnia – tego dramatu i ludzkich dążeń...

...o rozmowach

W różnych rozmowach i dyskusjach nie można mówić o niedosycie, bo zawsze trzeba brać pod uwagę własne predyspozycje, to, jak w danym momencie coś się nam porządkowało, to, że był taki a nie inny nastrój, że tak duch przez nas przemawiał. Za chwilę, jutro, pojutrze... inaczej będzie przez nas duch przemawiał. To nie jest matematyka. We wszelkich rozmowach, zwierzeniach, jest tyle czynników, które się mogą podobać lub nie podobać, ale trzeba je przyjmować, trzeba iść dalej, trzeba jutro być lepszym, trzeba wciąż robić wznioślejsze rzeczy. A czy to się uda... Może będzie odwrotnie.

1987

Prezentowany tekst ukazał się w marcu 1987 roku, w hektografowanym i przeznaczonym do użytku wewnętrznego czasopiśmie ,,Nasz Prąd”, wydawanym przez alumnów Wyższego Seminarium Duchownego SAC w Ołtarzewie.

33-5-1.jpg (45352 Byte)


Na zdjęciu:

Lech Wałęsa
i Marek Wittbrot

(Zakopane
1987)


Fot. Archiwum "R"