.

Moje Credo

Jeszcze nie pojawiłem się na tym świecie, a już znalazłem się w niebezpieczeństwie utraty życia. Uratowała mnie matka, a raczej jej żarliwa wiara. Nie tylko sama wiara, ale pełna gotowość konsekwentnego stosowania się do jej nakazów, nawet za cenę najwyższej ofiary.
A było tak. Gdy matka zaszła w ciążę, jej doktor, ówcześnie największa sława lekarska Warszawy, zawyrokował bezapelacyjnie, że ma suchoty. Jeśli zaraz nie pozbędzie się płodu, wpadnie w galopującą gruźlicę, jeśli mnie urodzi – dziecko będzie także zakażone gruźlicą. Natychmiastowe przerwanie ciąży było jedynym ratunkiem.
Elżbieta Jeziorańska zalecenie lekarza odrzuciła, choć diagnoza nie budziła w niej żadnych wątpliwości. ,,Jeśli Bóg chce abym zmarła – powiedziała ojcu – to lepiej poddać się Jego woli, aniżeli ją pogwałcić. Nie pozbędę się dziecka”.
Matka po raz ostatni w życiu była w szpitalu, kiedy mnie urodziła. A żyła długo, bardzo długo. Przeżyła wszystkich bez wyjątku bliższych i dalszych krewnych i przyjaciół ze swego pokolenia. Zmarła, a raczej bardzo spokojnie zasnęła mając lat 95. Nie pamiętam, by kiedykolwiek przeszła cięższą chorobę niż katar albo grypa. Życie miała niełatwe, ale starość szczęśliwą. Nie zaznała największego nieszczęścia, jakie w naszym wieku oszałamiającego postępu technicznego stało się udziałem wielu starych ludzi: uczucia samotności w tłumie. Diagnoza znakomitego lekarza nie sprawdziła się także i na mnie. Nie tylko cieszyłem się zawsze dobrym zdrowiem, ale cała moja wojenna historia, którą opisałem w książce „Kurier z Warszawy”, była jednym łańcuchem cudownych ocaleń. Należałem do ludzi, których kule się nie imają i o których mówi się, że w czepku się urodzili. Szczęście nie opuściło mnie, gdy wojna się skończyła. Mogłem kontynuować misję łącznika między Polską a wolnym światem w zmienionej roli: najprzód jako redaktor Polskiej Sekcji BBC, a później – przez blisko ćwierć wieku – jako dyrektor Rozgłośni Polskiej RWE. Cokolwiek udało mi się w życiu osiągnąć, było dla matki źródłem dumy i szczęścia.
Ów znakomity lekarz mieszkał niedaleko nas na Pięknej w Warszawie. Kiedy matka prowadziła mnie jako paroletniego pędraka do pobliskiego Parku Ujazdowskiego, doktor już z daleka przechodził na drugą stronę ulicy. Najwyraźniej nie mógł znieść naszego widoku. Według jego diagnozy mieliśmy już dawno znajdować się oboje pod ziemią, a tu dwa okazy  zdrowia kłuły go w oczy.
Dopiero po trzydziestu sześciu latach okazało się przypadkiem, że rozpoznanie lekarskie było jednak trafne. W 1949 roku matka ze starszym bratem Andrzejem wywędrowała z Polski i oboje statkiem linii Cunard „Aquitania” dobili do brzegów Ameryki. Urzędnik imigracyjny obejrzał zdjęcia rentgenowskie (obowiązkowy załącznik do papierów każdego imigranta) i zawyrokował: ma pani gruźlicę. Nie możemy pani wpuścić.
Przerażonej staruszce groziło odesłanie z powrotem do Anglii. Została internowana i zrobiono jej warstwicowe zdjęcia płuc. Lekarz służbowy wziął je pod światło, długo się wpatrywał i orzekł: – Owszem, pani miała kiedyś gruźlicę, i to zaawansowaną. Jedna kawerna przy drugiej, ale wszystkie zwapnione i nieczynne. Tylko te ślady zostały. Mogę pani wystawić pozwolenie na wjazd do Stanów.
Dla człowieka niewierzącego cała ta historia jest po prostu zwykłym albo niezwykłym zbiegiem okoliczności. Trzeba już wierzyć, aby dopatrywać się w niej czegoś więcej niż przypadkowego splotu wydarzeń. Po cóż więc o tym piszę?
Matka i babka, które po śmierci ojca wychowywały starszego brata i mnie, wpoiły nam od maleńkości głęboką wiarę. Co innego jednak wiara dziecka, która jest biernie przejętym dziedzictwem, a co innego świadome przekonanie człowieka, który przeszedł już większość drogi i zbliża się do jej kresu.
Miałem w gimnazjum Mickiewicza sumiennego prefekta ks. Feliksa Devilla, który wbijał nam w łepetyny elementarną wiedzę religijną. Największy wpływ wywarł na mnie jednak nie katecheta, lecz mój mentor i profesor uniwersytetu, Edward Taylor, czołowy polski teoretyk-ekonomista.
Nauki społeczne, a zwłaszcza socjologia i dzieje gospodarcze, ujawniając zależność rozwoju społecznego od form i środków produkcji, sprzyjał światopoglądowi materialistycznemu. Taylor był jednak człowiekiem głęboko wierzącym. „Im więcej wiem – zwykł mawiać – im bardziej rozszerzam swój horyzont, tym lepiej zdaję sobie sprawę z relatywności prawdy odkrywanej ludzkimi środkami poznania i tym mocniej wierzę w istnienie prawdy absolutnej i objawionej. Prawda, której poszukujemy w nauce, z natury swojej zawiera element błędu. Postęp nauki nieustannie ją poprawia i rewiduje w dążeniu do lepszego poznania otaczającego nas świata i samego człowieka albo odkrywa nowe prawdy. Element wątpienia jest nieodłącznym towarzyszem pracy naukowej. Bez poddawania w wątpliwość wyników dotychczasowych badań nie byłoby postępu nauki, lecz ta niedoskonałość, niepełność i omylność ludzkich poszukiwań potwierdza – mówił profesor – że prawda absolutna, ostateczna i niezmienna może być tylko objawiona człowiekowi przez Boga”.
Gdy słuchałem tych rozważań, przychodził mi na myśl ów doktor, który wyrokował opierając się na ówczesnym stanie wiedzy medycznej, i moja matka, posłuszna prawdzie objawionej. W późniejszych latach życia, kiedy byłem już dyrektorem Rozgłośni RWE, zetknąłem się ze znakomitym archeologiem – ks. doktorem Milikiem. Miał on niezwykły dar odszyfrowywania pisma i języków narodów z czasów biblijnych, dawno już zapomnianych przez wszystkich z wyjątkiem wyspecjalizowanych historyków. Milik był międzynarodowym autorytetem w badaniu zwojów znad Morza Martwego i sekty Esseńczyków z Qumran. Jego autorytet był powszechnie uznawany przez archeologów chrześcijańskich i niechrześcijańskich, wierzących i niewierzących. Polski uczony szukał prawdy bez żadnych zahamowań wypływających z przesłanek religijnych. Porównywał pisma esseńskich mnichów z Qumran – które powstały przed Chrystusem – z Ewangelią i odnalazł wyraźny wpływ Esseńczyków na słownictwo, którym posługiwał się Jezus, a zwłaszcza św. Jan Ewangelista. Wysunął hipotezę, że zarówno Chrystus, jak św. Jan Chrzciciel i św. Jan Apostoł przebywali „na pustyni”, czyli wśród Esseńczyków w Qumran. Zapytałem go, w jaki sposób jego rewelacyjne odkrycia archeologiczne, rzutujące na Biblię, wpływają na jego przekonania religijne. – „Ależ panie – odpowiedział – moje odkrycia naukowe i moja wiara to dwie rzeczy na dwóch różnych kondygnacjach. Nawet gdybym odkrył coś, co mogłoby wydawać się sprzeczne z Pismem Świętym. Wiem, że po mnie przyjdą nowe odkrycia, które mogą wywrócić wszystko, co ja piszę, do góry nogami. Nauka w przeciwieństwie do wiary jest niezdolna do wypowiedzenia ostatniego słowa”.

Wrodzony człowiekowi współczynnik wątpienia sprawia, że do wiary objawionej nie można dojść środkami ludzkiego poznania. W roku 1965 nadałem przez RWE streszczenie książki amerykańskiego uczonego prof. Abrahama Cressy Morrisona, wiceprezesa Akademii Nauk w Nowym Jorku, pt. „Man Does not Stand Alone” („Człowiek nie jest sam”). Magazyn „Reader’s Digest” ogłosił to streszczenie po angielsku, pod tytułem „Siedem racji, dla których uczony wierzy w Boga”. Morrison twierdzi, że na to, by życie mogło istnieć na ziemi, musiało powstać tyle niezliczonych i precyzyjnie określonych warunków, że niepodobna, by zbieg tysięcy tych elementów mógł być przypadkowy. Gdyby na przykład ziemia obracała się dziesięć razy wolniej – nasze noce i dnie byłyby dziesięć razy dłuższe i w ciągu takiego długiego dnia słońce wypaliłoby doszczętnie wszelkie ślady wegetacji. Gdyby ziemia była nieco bliżej albo nieco dalej od słońca, zginęlibyśmy – w pierwszym wypadku od gorąca, a w drugim od zimna. Tymczasem nasza planeta ustawiona jest dokładnie w takiej idealnej odległości od słońca, która zapewnia optymalną dawkę ciepła. Ukośne ustawienie osi ziemskiej stwarza możliwość czterech pór roku. Gdyby księżyc krążył bliżej ziemi, przypływy morza sięgałyby tak daleko, że dwa razy dziennie wszystkie kontynenty byłyby pod wodą. Gdyby skorupa ziemska była przeciętnie o 3 metry grubsza, nie byłoby na ziemi tlenu, a więc życia. Gdyby oceany były głębsze – wchłonęłyby dwutlenek węgla w takim stopniu, że znikłoby życie roślinne itd. itd.
To wszystko tylko przykłady, które można by mnożyć bez końca. Jeśli śledzić życie poczynając od niewidocznej kropli protoplazmy, która czerpie swą energię ze słońca, a skończywszy na człowieku, widzi się potęgę tego życia w opanowaniu i przystosowaniu do siebie martwych żywiołów. Procesy chemiczne, jakie zachodzą w żywych organizmach roślin i drzew, wyzwalają tlen, którym oddychają zwierzęta.
Gdzie jest źródło życia? Nie stworzyły go ani skały, ani woda, ani żadna inna martwa materia. Skąd wziął się w zwierzętach instynkt, który sprawia, że młody łosoś przebywa w morzu całe lata, a potem wraca do swej własnej rzeki i odnajduje mały strumyk, w którym przyszedł na świat. Węgorze migrują w młodości ze swych rzeczek i ze wszystkich stron świata podążają w głębie oceanu w pobliżu Bermudów. Tu mają swoje tarło i tu zdychają, lecz młode węgorze, który wykluwają się z ikry, płyną z powrotem dokładnie tym samym wodnym szlakiem ku tym samym wybrzeżom i rzeczkom, z których przybyli niegdyś ich rodzice.
– Zgoda – odpowiedział ksiądz – wy również wykonujecie prawo, ale tam, gdzie rządzi prawo, musi także istnieć prawodawca.
Sowieccy celnicy zamilkli. Czy uwierzyliby po przeczytaniu wywodów profesora Morrisona? Przytoczyłem tylko niektóre z jego „siedmiu racji”. Myślę, że gdyby było tych racji nie siedem, ale siedemset, znajdą się zawsze sceptycy powątpiewający albo odrzucający istnienie Boga. Albowiem wątpienie jest człowiekowi wrodzone, a prawdy objawionej nie da się udowodnić środkami naukowymi.
Przed laty w zapadłej wiosce bawarskiej Konnesreuth oglądałem na własne oczy krwawiące stygmaty niemieckiej wieśniaczki. Jej bladość była koloru świecy parafinowej; chusta na głowie i bandaże na dłoniach były splamione świeżą krwią, oddychała ciężko, oczy miała zamknięte, ale w twarzy był wyraz autentycznego cierpienia kobiety, która ogląda rzecz straszną. Widziałem to wszystko, a jednocześnie rozum bronił się instynktownie przed uznaniem zjawiska za nadprzyrodzone i szukał wyjaśnienia: Może stygmaty były wynikiem autosugestii? Autohipnozy? Mistyfikację odrzucałem, bo jaki motyw mogli mieć gospodarze, których spokój był zburzony przez tłumy ciekawych ludzi, od wielu lat przeciągających niekończącą się procesją przez ich niewielki bauernhouse. Jakiś ksiądz zapytał jednego z domowników, dlaczego Teresa nie chce się poddać badaniom lekarskim? Odpowiedziano mu wzruszeniem ramion. A po co? Nam jest obojętne, czy ludzie wierzą, czy nie. Jeśli nie będą chcieli wierzyć, to i lekarz nie pomoże.
Od dawna fascynował mnie Całun Turyński – podłużny kawał tkaniny, w którą owinięte było w grobie Ciało Chrystusa. Jako wierzący oglądam i dotykam tego Ciała, ile razy przyjmuję Komunię świętą, ale jestem człowiekiem, więc to, co mogę ujrzeć zmysłami, wywiera na mnie wrażenie.
W roku 1976 w Los Alamos w Nowym Meksyku, w najbardziej nowoczesnym laboratorium, które wydało na świat bombę atomową, powstał zespół pod nazwą STURP, złożony z 30 uczonych reprezentujących różne dziedziny wiedzy. STURP jest skrótem słów: Shroud of Turin Research Project Inc. (Grupa Badania Całunu Turyńskiego). Zespół składa się z agnostyków, żydów, katolików, baptystów, luteranów i mormonów. Organizacja współpracuje z szeroką siecią konsultantów: lekarzy, fizyków, chemików, biologów, historyków, specjalistów od komputerów, fotografiki, prześwietleń itd. Każdy z nich jest primadonną w swojej dziedzinie. Utworzono fundację, która zebrała i wydała dotychczas 250 tysięcy dolarów. Wielkie firmy: Kodak, Textronic i inne wypożyczyły bezinteresownie kosztowny sprzęt. Uczeni pracują w wolnym czasie, bez wynagrodzenia. W roku 1979 dwudziestu pięciu ekspertów, laborantów i fotografów przybyło do Turynu przywożąc ze sobą najnowocześniejsze instrumenty w 68 skrzyniach i drobiazgowy plan badań na 68 stronach (Operation Test Plan for Investigation of the Shroud of Turin by Electromagnetic Radiation at Various Wawelength). W nocy 8 października 1978 Całun w specjalnej zabezpieczającej ramie aluminiowej, skonstruowanej kosztem 20 tysięcy dolarów, przeniesiony został do sali w barokowym budynku sąsiadującym z katedrą i w ciągu 120 godzin poddany badaniom wszelkiego rodzaju. Sporządzono 191 prześwietleń różnymi metodami, 18 termogramów. Wyciągnięto z Całunu 32 próbki płótna. Zdjęcia mikroskopijne można było robić tylko w nocy, gdy zamierał ruch uliczny, by uniknąć najmniejszych wibracji budynku. Nakręcono kilkaset rolek filmu. Pracę zakończono 14 października o 2 w nocy. Badania zebranych próbek, zdjęć, prześwietleń itd. w Państwowym Laboratorium Los Alamos trwały trzy lata. W maju 1981 dwaj przedstawiciele STURP złożyli podsumowanie wyników byłemu królowi Umberto w Lizbonie (właścicielowi Całunu) i kardynałowi Ballestrero w Turynie. W dniu 13 maja obaj oczekiwali w sali audiencjonalnej w Watykanie, by wręczyć osobiście raport Janowi Pawłowi II, gdy za oknami, na Placu Św. Piotra rozległy się strzały wymierzone w Namiestnika Chrystusowego.
W październiku 1981 na Uniwersytecie Stanu Connecticut odbyło się sympozjum, na którym wyniki trzyletnich badań podano do wiadomości publicznej. Uczeni odrzucili wszelkie dowody o charakterze poszlakowym. Ograniczyli się do tego, co dało się ustalić ponad wszelką wątpliwość metodami naukowymi. Stwierdzono, że na Całunie odbite zostało ciało człowieka ukrzyżowanego, ciężko pobitego i ubiczowanego i że ślady ran i obrażeń odpowiadają ściśle opisowi Ewangelii. Odbicie nie jest dziełem rąk ludzkich i przy obecnym stanie wiedzy nie znaleziono wyjaśnienia, jak mogło powstać i przetrwać.
Plamy na Całunie zawierają składniki hemoglobiny, czyli krwi ludzkiej. Nie zdołano ustalić wieku, z którego Całun pochodzi, ponieważ technika stosowana w roku 1978 wymagała wycięcia i zniszczenia w toku badań zbyt wielkiego fragmentu. Postęp od tego czasu pozwala na zredukowanie próbki do kawałka tkaniny wielkości znaczka pocztowego. Rokowania z Kardynałem z Turynu są w toku.
Amerykański dziennikarz Cullen Murphy przeprowadził prywatne rozmowy z uczestnikami zespołu. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że nauka nigdy nie będzie w stanie ustalić ponad wszelką wątpliwość, iż postać na Całunie przedstawia Chrystusa, a tkanina jest tą samą, w którą owinięto Ciało Zbawiciela. Cóż z tego, jeśli próba wykaże, że płótno pochodziło z pierwszego wieku? Można będzie zawsze argumentować, że człowiek, który nieznanymi metodami dokonał fałszerstwa, postarał się o materiał z czasów Chrystusa. Uczeni, którzy podpisali raport, dzielą się na tych, którzy nie wierzą w autentyczność Całunu, lecz przyznają, że nie potrafią tego udowodnić, i na tych, którzy nie mają pod tym względem żadnych wątpliwości. Jedno i drugie przekonanie jest aktem wiary, nie opartej na ludzkim poznaniu.
Pozostaje fakt historyczny, że dzięki wynalazkowi fotografii odkryty został pozytyw odbicia, które ukazuje się ludziom oglądającym Całun jako negatyw.  Stało się to w naszych czasach, w blisko dwa tysiące lat od Zmartwychwstania, jakby Chrystus pragnął dziś właśnie ukazać się ludzkości i powtórzyć słowa skierowane w Wieczerniku do niewiernego Tomasza: „Włóż tu palec twój i oglądaj ręce moje, i wyciągnij rękę twoją, i włóż w bok mój”...
Setki milionów niewiernych Tomaszów przyjmie to wezwanie z Turynu obojętnie. Choćby dotknęli i ujrzeli, nie uwierzą. Albowiem wiara jest darem i łaską ujrzenia prawdy objawionej.
Wiara jest dla mnie największą ze wszystkich posiadanych wartości. Zapewnia życiu cel i sens, pozwala ujrzeć nadprzyrodzony ład w otaczającym nas świecie, a przez Zmartwychwstanie, które jest fundamentalnym dogmatem Kościoła katolickiego, nadaje życiu wymiar i perspektywę nieśmiertelności.

Jan NOWAK–JEZIORAŃSKI

Jan Nowak-Jeziorański, właściwie Zdzisław Jeziorański, pseudonim Janek Zych (1913-2005). Polityk, publicysta, pisarz; w kampanii wrześniowej 1939 walczył na Wołyniu; po ucieczce z niewoli niemieckiej od 1941 w konspiracji, 1941-1943 kurier i kolporter w Podwydziale „N” BIP KG ZWZ-AK, 1943-1945 kurier i emisariusz Naczelnego Wodza oraz Komendanta Głównego Armii Krajowej (odbył 5 wypraw na trasie Warszawa–Londyn). Walczył w powstaniu warszawskim. Po wojnie na uchodźstwie, w latach 1948–52 redaktor Polskiej Sekcji BBC, 1952–1975 dyrektor sekcji polskiej Radia Wolna Europa, następnie we władzach Kongresu Polonii Amerykańskiej. Wydał wspomnienia „Kurier z Warszawy” (1978), „Wojna w eterze” (1986), „Polska z oddali” (1988); jako publicysta polityczny publikował w zbiorach „Polska pozostała sobą” (1980), „W poszukiwaniu nadziei” (1993). Tekst, podpisany nazwiskami Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), ukazał  się w „Naszej Rodzinie” – 2 (449) 1982, s. 16–18. 

33-5-1.jpg (33148 Byte)


Na zdjęciu:

Jan Nowak-
Jeziorański

(Paryż,
1989)


Fot. Stanisław
Fredro-Boniecki