.
|
Oblicze Jezusa
Ewangelia nic
nie pisze o zewnętrznym wyglądzie Zbawiciela. Dość zwięzłe
podaje także wiadomości o Jego nauczaniu, wędrówkach i męce. Z
tej racji wciąż trwają poszukiwania Źródeł pozabiblijnych,
aby choć w części odpowiedzieć na te istotne dla chrześcijan
zagadnienia. Poważnymi osiągnięciami w zakresie badań nad życiem
Jezusa może się poszczycić ruch, który co najmniej od stu lat
studiuje Całun z Turynu, noszący na sobie odbicie ciała człowieka,
który zmarł na krzyżu. Najnowszą i opartą na rzetelnych
poszukiwaniach publikację ogłosili w roku 1981 amerykański fizyk
Kenneth E. STEYENSON i pastor Gary R. HABERMAS. Książka ich nosi
tytuł: „Verdict on the Shroud”. Polskie tłumaczenie dzieła
jest w przygotowaniu.
Geoffrey Ashe,
brytyjski badacz Całunu, pisał: tajemnica tego płótna zostaje
wyjaśniona, gdy stwierdzamy, iż pewnego dnia owijało ono zwłoki
ludzkie, z którymi stało się coś nadzwyczajnego. W inny sposób
sekretu Całunu nie da się pojąć. Tego rodzaju wniosek stale
wysuwali lekarze i specjaliści w dziedzinie patologii. Pierwszym wśród
nich był lekarz Yves Delage, profesor anatomii porównawczej na
Sorbonie i agnostyk z przekonania. Jego właśnie zainteresowała
anatomiczna dokładność, z jaką zarys zwłok zachował się na
Całunie. Po dokonaniu szczegółowych badań oświadczył on w
roku 1902, że medyczna oczywistość przekonała go, iż człowiekiem
z Całunu nie może być nikt inny, jak tylko historyczny Chrystus
z Nowego Testamentu. Przez lata badań, wielu lekarzy dochodziło
do podobnych wniosków. Dla przykładu warto podać opinie doktora
Roberta Bucklina, oficjalnego egzaminatora z zakresu medycyny w Los
Angeles, który uważa, iż fakty lekarskie podane przez doktora
Delage’a pozostają nadal słuszne i są poza wszelką dyskusją.
Mimo to, raport złożony przez Y. Delage we Francuskiej Akademii
Nauk spotkał się z bardzo surową krytyką. Wielu jego kolegów
obraziło się i Akademia uchyliła się od opublikowania jego
przemyśleń. Wobec tak stanowczej odprawy odpowiedź profesora
cechuje duży umiar. Napisał on do zaprzyjaźnionego doktora, że
jego wniosek reprezentuje garść narzucających się prawdopodobieństw.
Oto co dosłownie zanotował profesor Delage: Niepotrzebnie problem
religijny łączy się z tematyką na wskroś naukową, wskutek
czego wzrastają zacietrzewienia, a względy rozumowe odstawia się
na bok. Gdyby zagadnienie zamiast Jezusa dotyczyło innej osoby, w
rodzaju Sargona, Achillesa czy któregoś z faraonów, nikt nie
wnosiłby do przedmiotu jakichkolwiek zastrzeżeń. Sam próbowałem
pozostawać wierny duchowi nauki w traktowaniu tej kwestii. Szukałem
wyłącznie prawdy, nie zwracając zupełnie uwagi, czy moje osiągnięcia
zainteresują jakąś grupę religijną. Uznaję Chrystusa za postać
historyczną i nie widzę powodu, dla którego ktoś miałby się
gorszyć, że istnieją materiały dotyczące Jego życia na ziemi.
Doktor Yves Delage ujrzał odbicie zwłok, które wywarły na nim
takie wrażenie, że utożsamił on je z ciałem Jezusa Chrystusa.
Dokonało się to niezależnie od jego otwartego i stałego
agnostycyzmu. Nie oglądał się on też na oczywiste ryzyko związane
z zawodową sławą profesora. Zapytajmy zatem, co zobaczyli na Całunie
doktor Delage i inni lekarze.
Płótno przedstawia mężczyznę z brodą, wysokiego przynajmniej
na 180 centymetrów. Prześcieradło grobowe było położone na
wierzchu ciała, naciągnięte na głowę, spadało na boki i
spoczywało na płaskiej powierzchni grobu. Takie ułożenie całunu
pozwoliło odbić na nim część przednią i tylną zwłok w całej
długości. Owinięty w Całun człowiek liczył od 30 do 35 lat i
waga jego ciała wynosiła blisko 80 kilogramów. Zwłoki należały
do dobrze zbudowanego i muskularnego mężczyzny, który trudnił
się pracą fizyczną. Różne ślady na jego ciele wskazują, że
zmarł on w okrutnych okolicznościach. Można bowiem zauważyć na
jego ciele rany kłute. tłuczone i cięte, a także obrażenia
jednomiejscowe oraz opuchliznę brzucha. Zwraca szczególną uwagę
fakt, że zranienia niemal całkowicie odpowiadają ranom zadanym
Chrystusowi i odnotowanym w Ewangeliach.
Co więcej, obrażenia te od strony naukowej są anatomicznie właściwe
ze zdumiewającą ilością szczegółów. Zawierają one takie dokładności
medyczne, jak specjalne obrzeże wokół śladów krwi, co wskazuje
na rozpad czerwonych krwinek od surowicy. Widać jak w naturalny
sposób biegły nitki czy strumyczki krwi. Dostrzega się też
nabrzmiałość okolicy żołądka. Fakt ten po lekarsku zwie się asphyxiation
i powoduje zwykle zgon osób wiszących na krzyżu.
Te i inne objawy medyczne były zupełnie nieznane ludziom w XIV
stuleciu. Z tej racji trzeba powiedzieć, że Całun odbija na
sobie zwłoki człowieka w przeciwny sposób do artystycznych
malowideł Chrystusa z okresu średniowiecza. Dodać też należy,
że ciało na płótnie pokazuje oczywistość cierpienia i męki
ofiary, ale bez żadnych oznak rozkładu.
Gdy po raz pierwszy oceniono wzrost człowieka z Całunu, niektórzy
wnieśli zastrzeżenia, że wygląda on za wysoki na
przedstawiciela przeciętnej budowy ludzi w I wieku po Chrystusie.
Archeolodzy potwierdzili jednak dzisiaj, że ogólna wysokość mężczyzn
żydowskich odkopywanych w grobach z I stulecia osiągała 175
centymetrów. Współczesne przekonanie, że mężczyźni i kobiety
w starożytności byli o wiele niżsi od nas, opiera się w części
na niezbyt dokładnych pomiarach zbroi średniowiecznych,
przechowywanych obecnie w muzeach i mówiących o staturze ówczesnych
rycerzy. Prawdą jest, że większość zachowanych dotąd pancerzy
należała do młodych giermków, a nie do dojrzałych kondotierów.
T. Dale Stewart, z Muzeum Simthsonian w Waszyngtonie, potwierdza, iż
broda, włosy i rysy twarzy człowieka z Całunu pasują do rasowej
grupy antropologicznej Żydów czy Semitów. Zmarły na pewno nie
należał do kultury grecko-rzymskiej. Kilku badaczy Całunu cytuje
w swoich pracach Carletona Coona, etnologa i późniejszego
profesora Harvardu. Napisał on, że niezależnie kogo Całun
przedstawia, człowiek ten jest zbliżony do typu fizycznego
spotykanego teraz wśród Żydów sefardyjskich lub do szlachetnego
odłamu Arabów. Wielu prawowiernych Izraelitów, rabinów i mędrców,
przyznaje, iż broda i włosy człowieka z Całunu są właściwe
obyczajom żydowskim, sięgającym pierwszego stulecia.
Jednym z ciekawszych rysów wizerunku na płótnie jest długi
pukiel włosów spadający z głowy na ramię, widoczny w odbiciu
grzbietowym. Wygląda on zgoła jak rozpleciony warkocz. Historyk
brytyjski Ian Wilson pierwszy zwrócił uwagę na tej szczegół.
Nazwał go najbardziej żydowskim rysem Całunu. Znani bibliści,
Gressman z Niemiec i Daniel Rops z Francji potwierdzają powszechny
u Żydów z czasów Jezusa zwyczaj wiązania włosów z tyłu głowy
na kształt warkocza zakrywającego szyję. Prawowierni rabini żydowscy
stwierdzają zupełnie to samo. Ten szczegół, jeden z wielu w Całunie,
przeciwstawia się tradycyjnemu w chrześcijaństwie malowaniu
Chrystusa. Domniemany fałszerz Całunu nie mógłby prawdopodobnie
wiedzieć o tym, że Jezus mógł akurat swoje włosy układać w
warkocz, chyba by tylko przez przypadek przedstawił Zbawiciela w
ten sposób w XIV wieku. Wiele rysów Całunu jest nie do
podrobienia w okresie średniowiecza.
Następnie zechciejmy się przyjrzeć po kolei ranom na płótnie
grobowym. Najbardziej dramatycznymi są ciężkie obrażenia
pokrywające ciało, z wyjątkiem głowy, stóp i przedramion.
Zranienia te są bardzo liczne i różnią się w intensywności,
od lekkich potłuczeń aż po ciężkie ubytki ciała. Widać je
zasadniczo w grupach, po trzy lub cztery. Rozmiar i kształt tych
licznych zranień przypominają ślady rzymskiego biczowania. Używano
do tej tortury flagrum czyli bata o wielu rzemieniach, zakończonych
kawałkami ołowiu lub kości. Takim akurat instrumentem męki posłużono
się wobec Jezusa, według świadectwa Ewangelii świętego Jana.
Biczowanie dokonywane owym flagrum wyglądało tak okrutnie,
że prawo rzymskie zabraniało stosować go w stosunku do własnych
obywateli.
Rany od uderzeń bicza pokazują więcej znaczących detali. Zabliźnienie
się zadrapań i ślady kłute zdają się wskazywać, że
rzemienie były naprawdę ostre i miały rozrywające ciało zakończenia.
Geometryczne śledzenie pozostałości biczowania sugeruje, że
wykonywało go dwóch egzekutorów lub może jeden, który zmieniał
swe stanowisko. Odbicia na grzbiecie biegną bowiem z lewej strony
ku prawej. Te same badania wykazują, że jeden z katów był wyższy
od drugiego i bardziej okrutny w chłostaniu nawet nóg skazańca.
Zmiany w pochyłym spływaniu krwi po ciele pokazują, że
krwawienie człowieka z Całunu odbywało się w dwóch pozycjach.
Był z pewnością biczowany, gdy pochylał się do przodu lub
odpadał od słupa od tyłu. Naliczono na jego ciele od 90 do 120
ciosów bicza. Niektórzy uważają, że Jezus tyle chłost nie
otrzymał, ponieważ prawo żydowskie ograniczało egzekucje do 40
plag. Trzeba jednak stwierdzić, że Rzymianie nie krępowali się
żadnymi ograniczeniami w biczowaniu Żydów. A nawet gdyby
zastosowali się w tym wypadku do palestyńskiego prawa, to 40
uderzeń bicza o trzech skórzanych paskach daje w sumie 120 ran.
Ślady tych poranień na plecach rozszerzają i zmieniają dwie
poważniejsze plamy obrażeń. Mówią one, że jakiś ciężki i słabo
ociosany przedmiot porozrywał już wcześniej
uszkodzoną skórę. Zgadza się to ze znanym faktem,
że skazańcy na ukrzyżowanie byli przymuszeni do dźwigania
poprzecznej belki. Jako niezwykłe należy uznać, że ta sama
osoba została biczowana i skazana na ukrzyżowanie. Te dwa doświadczenia
przeżył właśnie Jezus; i człowiek z Całunu. Biczowanie
wykonane na skazańcu i odbite na jego płótnie grobowym było
naprawdę czymś poważnym. Mogło ono sprowadzić śmierć albo
przynajmniej ją przynaglić. Lekarz amerykański Antoni Sava wyraża
opinię, że wstrząsające organizmem ciężkie i powtarzane ciosy
w okolicy klatki piersiowej łatwo powodowały krwotok wewnętrzny
na przeponę. Dolna część płuc wypełniała się wtedy
stopniowo krwią, tamowała drogi oddechowe, powodowała tym samym
czy umożliwiała zgon przez atak asphyxiacyjny, zwany
inaczej uduszeniem. Ta teoria śmierci Chrystusa była dyskutowana
przez różnych patologów, jakkolwiek słusznie podkreśla ona
okrucieństwo biczowania. Pismo święte wspomina w każdym razie o
wcześniejszej śmierci Jezusa w porównianiu do zgonów większości
ofiar ukrzyżowania. Brutalność rzymskich plag spowodowała ten
skutek.
Roztwór krwi wypełniający wolne przestrzenie płuc na skutek
biczowania rozkładał się zapewne na dwóch poziomach. Cięższe
ciałka czerwone krwi szły na spód, a lżejsza surowica zatrzymała
się na wierzchu. Jeżeli w takim wypadku przebić klatkę piersiową,
to wypływa z niej płyn w dwóch formach: najpierw uchodzi cięższa
krew, a następnie lżejsza surowica. Odbicie na Całunie sugeruje,
że ofiara ukrzyżowania została zraniona w bok, z którego wyciekł
fluid, złożony szczególnie na grzbiecie z dwu wyżej
wymienionych komponentów. Czyżby miało to przypominać upływ
krwi i wody, wzmiankowany przez świętego Jana? Rana boku jest
owalna, długa na blisko 5 centymetrów i szeroka nie więcej niż
na 1 centymetr, zadana z prawej strony ciała, między piątym a szóstym
żebrem. Takie akurat zranienie robiła inna broń rzymska, zwana
landa.
Kolana człowieka z Całunu zdradzają obicia i stłuczenia, szczególnie
duże na lewej główce kości kolanowej, nasuwając myśl o upadku
na ziemię. Tradycja podaje, że Jezus upadał w drodze na Golgotę
i z tej racji Szymon z Cyreny został zmuszony do podjęcia krzyża
Jezusowego. Tak podają trzej ewangeliści synoptycy (por. Mt
27,32; Mk 15,21; Łk 23,26).
Na Całunie są dobrze widoczne trzy rany od ukrzyżowania:
przebicie lewego nadgarstka odbite od strony zewnętrznej i dwie
rany stóp możliwe do zauważenia na płótnie od strony wewnętrznej
czyli od spodu. Przegub prawej ręki pokrywa lewa dłoń, chociaż
krew wypływająca z zakrytego nadgarstka daje się łatwo zauważyć.
Stopy na belce krzyżowej zostały położone jedna na drugą i
jeden szpikulec przeszedł przez obie razem. Sposób ten pozwalał
zawiesić cały ciężar ciała na jednym oparciu i nogi w ten sposób
wciąż wspierały opadający ku dołowi korpus. Dłonie do belki
poprzecznej przybito tak, że skazaniec potrafił zająć na krzyżu
dwie pozycje. Pierwsza, to zawieszenie ciężaru na ramionach i
opuszczenie w dół ciała. Położenie takie napinało mięśnie
klatki piersiowej, ściskało płuca i strasznie utrudniało
oddychanie. Człowiek z Całunu doznawał nadto nagromadzenia krwi
w opłucnej, co jeszcze bardziej tamowało jego oddech. W drugiej
pozycji nogi próbowały podnosić w górę ciało, aby ulżyć
naciskowi w piersiach i umożliwić oddychanie na nowo. Odbicie
krwi na Całunie wskazuje, że z przegubów rąk płynęła ona w
dwóch kierunkach, zależnie od dwóch pozycji zajmowanych przez
skazańca na krzyżu. Jedynym miejscem na rękach, będącym w
stanie podtrzymywać ciężar ciała i mogącym się wahadłowo
poruszać czy przesuwać do przodu lub do tyłu, był przegub dłoni.
Lecz tradycja chrześcijańska podaje, że Jezusa przytwierdzono do
krzyża gwoźdźmi w środku dłoni i niemal jednogłośnie w ten
sposób przedstawiają ukrzyżowanie Jezusa dzieła sztuki.
Niestety, średniowieczni artyści nie znali anatomicznego faktu,
że ciało umocowane do krzyża przez słabe kości i mięśnie dłoni
samo od niego by odpadło.
Biblia w istocie nic nie wspomina o przebiciu dłoni Jezusa na krzyżu.
Hebrajskie słowo yad; spotykane w psalmie mesjańskim 22:
„przebodli me ręce i nogi”, było używane w bardzo różnym
sensie i oznaczało nawet wolną przestrzeń pod pachą. Dlatego
teksty biblijne nie precyzują miejsca przebicia gwoźdźmi.
Oryginał grecki Nowego Testamentu nie wnosi też bliższego określenia
miejsca przebicia. Według niego Jezus mógł być przebity właściwie
w każdym miejscu Jego rąk, od dłoni, przez nadgarstki aż do kości
przedramienia. Bez miażdżenia kości gwóźdź przechodził przez
przegub ręki tylko w jednym miejscu, a mianowicie przez mały otwór
pomiędzy trzema kośćmi, zwany fachowo obszarem Destota. Akurat
to miejsce ręki zostało opisane przez anatomię dopiero w XIX
wieku. Wydaje się jednak, że znali je wykonawcy ukrzyżowania w
czasach starożytnych. Szpikulec przewiercając ten otwór
rozszerzał go i przechodził na wylot bez naruszania kości.
Otaczały go one blisko i pozwalały utrzymać ciężar ciała
zawieszonego na krzyżu. Gwóźdź przeszywający obszar Destota
zrywał lub niszczył środkowy nerw ręki, zginający kciuk,
powodując przylgnięcie go ściśle do dłoni. Nie dostrzegamy
dlatego kciuków odbitych na Całunie. Obecne badania robione przy
pomocy fotografiki komputerowej przekonują nas jednak o obecności
kciuków podciągniętych blisko do dłoni zmarłego. Rzekomy fałszerz
Całunu nic nie mógł wiedzieć o tak zwanym obszarze Destota, o
ile nie był starożytnym katem lub znawcą anatomii z XIX wieku.
Przechodziło to wiedzę fałszerzy z epoki średniowiecza, że gwóźdź
przebijający obszar Destota naruszał środkowy nerw ręki i
powodował skurcz kciuka w kierunku dłoni. Wielu znawców
anatomii, przyglądających się Całunowi uznało, że ten na pozór
drobny fakt, stanowi przekonywujący dowód na autentyczność
całej relikwii.
Odbicie ciała na płótnie podaje jednocześnie więcej informacji
o procesie zgonu człowieka. Wszyscy się zgadzają, że w tym
wypadku śmierć spowodowało ukrzyżowanie, co oznacza powolną
torturę stopniowego duszenia się. Z tego względu, że ofiary mogły
konać na krzyżu przez dłuższy okres, o ile odznaczały się
dobrą kondycją fizyczną, kaci normalnie przyspieszali ich zgon w
szczególnie brutalny sposób. Na dany znak przeprowadzali oni crucifragium
czyli uderzenia drewnianym młotem powodując złamanie nóg skazańców.
Nie byli oni w stanie już więcej ściskać kolan i podnosić
swoich ciał na nogach, rychło umierali przez uduszenie. Człowiek
z Całunu, jak i Chrystus, nie przechodzili męki łamania goleni.
Ten straszny zabieg okazał się niepotrzebny. Każdy z nich umarł
wcześniej i nabrzmiała okolica brzucha na płótnie grobowym
wskazuje na zgon przez uduszenie. Tymczasem w ciekawy, ale zarazem
fałszywy sposób większość malarzy i rzeźbiarzy przedstawia
Jezusa na krzyżu z zapadniętym żołądkiem. Nie mieli oni pojęcia
o opuchliźnie brzucha, stwierdzonej przez medycynę i nie
pokazywali jej w swych dziełach.
Twarz człowieka z Całunu pokrywają liczne stłuczenia i obrzęki.
Najbardziej jest widoczna wypukłość powodująca przymknięcie
prawego oka oraz obdarcie skóry połączone z możliwym
oddzieleniem się chrząstki nosowej. Wskazuje to, że osoba ta była
bita po twarzy. Uszkodzenie nosa mogło natomiast być spowodowane
brakiem oparcia przy upadku na ziemię pod ciężarem belki krzyżowej.
Można dostrzec, że przynajmniej część jego brody została
wytarta, ubytek ten zaznacza się szczególnie z przodu. Ewangelie
nie mówią o tego rodzaju karze, choć Żydzi stosowali ją za
przestępstwo bluźnierstwa, o co Chrystusa posądzono. Tak dosłownie
prorokował Izajasz o Mesjaszu: „Podałem grzbiet mój bijącym i
policzki moje rwącym Mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy
przed zniewagami i opluciem” (Iz 50,6).
Dla wielu obserwatorów, studiujących wizerunek na Całunie,
widoczne rany utożsamiają tego zmarłego z Jezusem, czynią to zwłaszcza
bardzo liczne nakłucia całej czaszki. Musiała ona zostać
pokryta ostrymi cierniami... Tradycyjna sztuka chrześcijańska
przedstawia koronę cierniową w formie kręgu lub wieńca. Tylko
niektórzy artyści malują ją jako nakrycie całej głowy, choć
styl tego rodzaju rzadko się spotyka przed okresem zapoznania się
z Całunem. Giulio Ricci uważa, że tego typu koronowanie skazańca
cierniami jest zasadniczo czymś wyjątkowym w historii. Kara ta,
wykonana na człowieku z Całunu, przypomina anatomiczną i
patologiczną dokładność opisywaną w Ewangelii w toku męki i
śmierci Jezusa. Vignon pisze, że żaden malarz w swym najbardziej
przerażającym dziele, nie posunął się do takiej precyzji. Czyż
mógł więc jakiś artysta stworzyć wizerunek na Całunie? O ile
Całun został podrobiony, to jakież naoczne oględziny tego płótna
okazywały się konieczne dla tego wymyślonego geniusza palety z
XIV stulecia? Potrafił tego dokonać najwyżej artysta
najzdolniejszy z kiedykolwiek żyjących, umiejący zresztą malować
subtelne szczegóły wizerunku w jego formie negatywnej. Musiałby
on poza tym znać również fakty medyczne na wiele wieków naprzód,
zanim zdążyli je opisać specjaliści w dziedzinie anatomii i
patologii. Chodzi między innymi o te, ciężkie pobicie piersi
skazańca które powodują wypełnienie się opłucnej krwią, złożonej
z masywniejszych czerwonych ciałek i lżejszej surowicy. Powinien
on następnie wiedzieć, że przebicie boku pomiędzy piątym a szóstym
żebrem sprawia wylew tych substancji na zewnątrz. Wiemy dziś
ponadto, że brzuch ukrzyżowanego człowieka puchnie i
przytwierdzenie skazańca do belek musi się dokonać przez wbicie
gwoździ w obszar Destota na przegubie ręki.
Mówiliśmy wyżej, że operacja ta uszkadza środkowy nerw i
przyciąga kciuki do wewnętrznej powierzchni dłoni. Taki mało
prawdopodobny malarz powinien się także odważyć odejść od
chrześcijańskiej tradycji w sztuce i namalować na krzyżu
Chrystusa nagiego, zawieszonego za nadgarstki, z kołpakiem cierni
na całej głowie, naznaczonego na swym ciele 120 uderzeniami biczów
i noszącego warkocz z tyłu.
Fałszerz Całunu musiałby zaznajomić się bez wątpienia z
rzymskimi narzędziami tortur, w rodzaju flagrum czy lancia,
aby umiał namalować zranienia od nich pochodzące zgodnie z
odkryciami archeologicznymi w tym zakresie. Nie dziwimy
się przeto, że doktor Yves Delage naraził na ryzyko swą zawodową
sławę przez wyrażenie wniosku, że człowiek z Całunu był
Jezusem. Uderzyła go i przekonała współzależność wielu
szczegółów. Oczywistość ta może się wydawać przypadkowa,
jakkolwiek Vignon, Barbet, Sava, Bucklin i inni specjaliści w
dziedzinie medycyny, wierzący i agnostycy, potwierdzili w pełni
takie wnioskowanie.
Ilość gromadzonych dowodów na ten temat stale rośnie za naszych
dni. Jeden z przyjaciół autorów ostatniego werdyktu o Całunie
powiedział: „większym cudem byłoby dzisiaj przedstawienie tej
relikwii jako fikcji niż uznanie ją za autentyczną”.
Mieczysław SZWEJ T.Chr.
Ks. Mieczysław Szwej należał do
zgromadzenia Księży Chrystusowców, pracował w
parafii Św. Piotra i Pawła w Tacoma w USA. Tekst ukazał się w „Naszej Rodzinie” – 3 (474) 1984, s.
16-19.
|

Na zdjęciu:
Oblicze
z Całunu
Turyńskiego
Fot. Archiwum "NR"
|