|
|
Śladami Zbawiciela (3)
Jezioro Jezusa
Na najbliższym skrzyżowaniu dróg skręcamy w
prawo. Przewodnik chce nam pokazać nowe osiedle rolnicze i
podziemną stację pomp, które czerpią wodę z Jeziora Genezaret
i rozprowadzają ją na cały kraj. Nowoczesna maszyneria znajduje
się głęboko pod ziemią, na zachodnim stoku wzgórza, żeby
Syryjczycy nie mogli ostrzeliwać stacji, będącej jakby
,,sercem” sztucznej sieci wodnej, bez której Izrael nie byłby
dziś tym, czym jest. Sławny polski biblista, ks. dr Eugeniusz Dąbrowski
mówi w opisie Palestyny: „Ziemia Święta uboga jest w wodę
i dlatego woda jest tu prawie synonimem bogactwa. Przy minimalnej
uprawie ziemia da tu nawet stokrotny plon, pod jednym warunkiem, że
nie zabraknie jej wody”. Zrozumiało to państwo Izraela i
dlatego jak oka w głowie strzeże swych arterii wodnych, dzięki
którym dawny pustynny kraj przemienia się powoli w żyzny ogród.
Nadbrzeżne wzgórza zasłaniają nam widok na jezioro. Dopiero
blisko osiedla Kinneret skręcamy w lewo. Szosa opada stromymi
serpentynami. Trzeba bowiem pamiętać, że samo jezioro leży 208
m poniżej poziomu morza.
Autobus zatrzymuje się na punkcie poziomowym zero, skąd roztacza
się cudny widok na spokojną taflę ogromnej masy wód, ściśniętych
zewsząd pasem wzgórz i gór. „Jezioro Genezaret należy do
jezior średniej wielkości – pisze dalej ks. Dąbrowski.
– Długość jego wynosi 21 km a szerokość około 11 km. W
księgach świętych jezioro to dość często nosi nazwę «morza».
Nazywano je morzem nie tyle ze względu na wielkość, która nie
jest znaczna, ile na jego burzliwość i niebezpieczeństwo żeglugi”.
Dodać tu wypada, że w Ewangeliach jezioro posiada aż cztery
nazwy. Św. Mateusz nazywa je „morzem”, prawdopodobnie
ze względu na jego znaczenie w ekonomii Ziemi Świętej. Św. Jan
mieni je „Jeziorem Tyberiadzkim” ze względu na ważność
ówczesnej stolicy Galilei – miasta Tyberiady. Żydzi
nazywali je „Jeziorem Genezareth” od żyzności okalającej
je doliny. Najbardziej jednak uzasadniona jest nazwa „Kinnereth”,
albowiem jezioro rzeczywiście posiada kształt harfy.
Wzrok nasz biegnie dalej ku wschodowi, ku białym a stromym zboczom
wyżyny Hagolanu, należącej już do Syrii, ale okupowanej na
pasie 25 km przez wojska Izraela – niby dla bezpieczeństwa
mieszkańców kibuców, które rozłożyły się po tamtej stronie
jeziora. Syryjczycy nie dawali im chwili spokoju. Nieco po prawej,
już za Jordanem, ciągną się nagie Góry Golanu. Koryto teraz
wyschniętego Wadi-Jarmuka stanowi granicę między Jordanią i
Izraelem. Jakże blisko jesteśmy od miejsca prawie że codziennych
napadów i utarczek granicznych.
Bliżej nas, prawie u stóp, zielony klin uprawionych pól, kwitnących
ogrodów, zielonych gajów, między którymi przezierają czerwone
dachy miasteczka Deganya (Doganath), leżącego tuż przy Jordanie,
który tu wypływa z jeziora. Miasteczko żyjące podobno w ciągłym
pogotowiu wojennym. Dziś tu zupełna cisza. Przejeżdżamy most na
Jordanie. Rzeka święta! Ileż razy jej brzegami szedł Chrystus
drogą na Jerycho do Jerozolimy! Patrzał na jej bystre wody, kąpał
w niej swe zakurzone ciało, odpoczywał w cieniu gęstego
podszycia. Dziś jest ona niestety kamieniem obrazy aż trzech skłóconych
ze sobą krajów: Izraela, Syrii i Jordanii. A przecież od jej wód
zależy życie i dobrobyt milionów istnień ludzkich.
Chwila postoju. Zbiegamy na brzeg rzeki. Myjemy twarz, ręce, nawet
nogi. Zresztą w jej bystrych nurtach nawet kąpie się kilku
turystów. „Być tutaj raz w życiu i nie wykąpać się w
rzece Jezusa!” – odzywa się jakiś Grek, turysta czy
pielgrzym. Rozdają nam flaszeczki, by nabrać trochę wody. Na
szczęście zaopatrzyłem się w Nazarecie w dość dużą butelkę:
starczy dla wielu, a tylu prosiło o wodę z Jordanu.
Nie możemy objeżdżać jeziora. Całe wschodnie nadbrzeże jest
terenem wojskowym. Żegnamy więc Jordan i zachodnim brzegiem
jeziora jedziemy powoli ku Tyberiadzie. Przy wspaniałej szosie
nowe wille, bogato utrzymane ogrody, żyzne pola. Jeśli Galilea
jest rajem Palestyny, to dolina Jeziora Tyberiadzkiego jest z pewnością
rajem Galilei. Co chwilę spotykamy gaje oliwkowe, ogrody pomarańcz
i cytryn, a na wschodnim wybrzeżu mają nawet róść krzewy
bananowe. Stoki wzgórz opadające ku jezioru są pokryte
winnicami, gdzie się produkuje słodkie wino galilejskie. Barwne
kobierce kwiatów rosnących wzdłuż szosy – cieszą nasze
oczy.
Ze względu na piękno krajobrazu i na bogactwo tutejszej gleby,
nie trzeba się dziwić, że cały kraj był ongiś gęsto
zaludniony. Kwitnące miasta i wioski rozsiadły się po obu
stronach jeziora. Ostała się tylko Tyberiada. Z Magdali,
Kafarnaum, Betsaidy, Gerazy, Cezarei, Gamali i Hipposu pozostało
nie wiele. Przetrwała jednak nauka Mistrza, który właśnie tę
krainę uczynił ośrodkiem swej działalności apostolskiej. Tu
zdziałał największe i najliczniejsze cuda, tutaj powołał większość
Apostołów, tutaj kładł podwaliny pod przyszły Kościół.
Nieledwie każda piędź ziemi jest uświęcona jego stopami. I
kiedy pójdziemy jego śladami, wówczas odżyją w nas sceny
ewangeliczne, może znane z katechizmu i studiów teologicznych,
ale dotychczas jakoś dalekie i obce; odtąd staną się bardziej
rodzime, drogie, dziwnie bliskie.
Daleko na północ ciągnie się spokojna tafla jeziora. Powiedziałem
– Jego jeziora. Siedząc w łodzi Piotra mówił rzeszom o Królestwie
Niebieskim (Mt 13). Rządcami tego Królestwa, szafarzami boskich
darów uczynił nie ludzi uczonych, ale prostych rybaków, którym
nie obcy był upał dnia i trud nocy (Mat. 4, 18 ; 9, 9). Ileż cudów
dla nich samych dokonał, żeby uzdrowić ich niewiarę (Łk 5, 4;
Mt 17, 24; J 21, 6; Mk 4, 35).
Tu i tam rybacy naprawiali sieci, jak za czasów Chrystusa. Dobrze
zbudowani mężczyźni. Smagłe twarze opalone słońcem. Ludzie
oswojeni z niebezpieczeństwem. Ze względu na nagłą zmianę ciśnienia
atmosferycznego, nagłe burze nie są tu rzadkością, jak zresztą
częste zmiany pogody. Ewangelie wspominają o nawałnicach (Mk 4,
37), o przeciwnych wiatrach (Mt 14, 2), o licznych i obfitych połowach
ryb (Mk 1, 16; Łk 5, 1-11; Jan 21, 1-14). Dziś jeszcze jezioro słynie
z bogactwa ryb i nie ma chyba turysty, który by nie skosztował
smacznej „ryby św. Piotra”.
Jest faktem, że Chrystus omijał Tyberiadę ze względu na jej
pogańskich mieszkańców. Miasto zbudował Herod Antypas na
ruinach żydowskiej miejscowości Rekkat (Joz 19, 35), nadając mu
imię „Tyberias” na cześć cesarza Tyberiusza. Już w
starożytności było znane ze swych źródeł leczniczych. Po
zburzeniu Jerozolimy (70 rok), osiedlili się tutaj uczeni rabini,
którym teologia mozaimu zawdzięcza sławne komentarze Biblii:
Talmud i Miszna. Kościół św. Piotra pochodzi prawdopodobnie z
czasów krzyżowców, którzy otoczyli miasto wysokim murem. Stoi
przed nim piękny pomnik poległych Polaków z ryngrafem Częstochowskiej
Pani w środku.
Ale spieszno nam do portu, gdzie już czeka stateczek, by nas
przewieźć do Kafarnaum, „miasta Jezusa”.
Kafarnaum
Port w Tyberiadzie – bardzo ożywiony. Widać
turystów z całego świata. Twarze kolorowe, stroje pstrokate,
mowa różnojęzyczna. To wszystko na tle lazurowej tafli jeziora,
w którym odbija się jasne, jakby uśmiechnięte przedpołudniowe
słońce.
Statek za statkiem odbija od brzegu: jedne na przejażdżkę po
spokojnym w tej chwili jeziorze, inne do nadbrzeżnych osiedli.
Jesteśmy na szarym końcu. Wsiadamy do zwyczajnego kutra, rodzaju
łodzi motorowej. Jest bez masztu i żagli i może pomieścić do
40 osób. Wygląda dosyć mizernie. Na podobnych łodziach –
oczywiście bez motoru – przemierzał boski Mistrz
„Morze Galilejskie”, żeby się przeprawić na drugi
brzeg. Zdaje się on być bardzo bliski, a tymczasem jest oddalony
o przeszło 10 kilometrów.
Wypływamy na głębię. Z północy zawiał dość zimny wiatr.
Rozpryskujące się fale obryzgały siedzących na rufie. Chowamy
się pod płócienny dach, bo nagły rzęsisty deszcz siekł nas z
boku po twarzy. Co za kaprys pogody. Łódź mocno się chwieje.
Ksiądz Stawarski rzuca myśl odmówienia różańca. Poszczególni
pielgrzymi podsuwają intencje, księża komentują tajemnice. Słychać
rytmiczny szept pacierzy, szum fal i cichnący szmer oddalającego
się deszczu. Kończymy litanię, kiedy rozpromienione słońce
wychyla się na nowo zza chmur. Powędrowały na wyżyny Hagolanu
odsłaniając błękit galilejskiego nieba.
Nasz kuter przybija do północnego brzegu jeziora. Ani śladu ongiś
wspaniałego portu. Oto nędzna przystań rybacka. Prymitywny
mostek z podziurawionymi deskami służy za molo: Wszędzie
kamienie, o które rozpryskują się krótkie a szybkie fale
wzburzonej jeszcze wody. Wita nas zaciszny gaj i śpiew ptaków.
Jesteśmy w Kafarnaum.
Miasto to nazwano drugą ojczyzną Chrystusa, po prostu
„miastem Jezusa”. Było wówczas bogatym osiedlem
granicznym między Galileą i Galanem, na szlaku strategicznym i
karawanowym prowadzącym z Egiptu do Syrii i Babilonii. Sławę swą
zawdzięcza jednak Jezusowi z Nazaretu, który uczynił Kafarnaum ośrodkiem
swej pracy apostolskiej. Sam Mistrz zatrzymywał się zazwyczaj w
domu Piotra i Andrzeja, jakkolwiek ci apostołowie oraz Filip
pochodzili z pobliskiej Betsaidy, już po drugiej stronie Jordanu,
który wpływa tu do Jeziora Genezaret.
Nigdzie nie dokonał Chrystus tylu cudów co tutaj. To w tym mieście,
według Ewangelii, uzdrowił opętanego (Mk 1, 23- 27), paralityka
czyli sparaliżowanego (Mk 2, 1-12), niewiastę mającą krwotok (Mk
5, 25-34), wskrzesił córkę Jaira – zwierzchnika synagogi (Mk
5, 35-43) i uzdrowił wielu chorych. Wzrusza nas delikatność jego
uczuć dla Piotra, którego teściowej przywrócił zdrowie:
„I zbliżywszy się podniósł ją, ująwszy jej rękę, a
natychmiast opuściła ją gorączka i usługiwała im” (Mk
1, 31). Nie patrzy na pochodzenie człowieka, jego poziom naukowy,
opinie polityczne, przekonania i stan duchowy, albowiem
„przyszedł głosząc ewangelię Królestwa Bożego” (Mk
1, 14). Kiedy więc ewangelista wspomina: „A gdy zapadł
wieczór i zaszło już słońce, przynosili do niego wszystkich źle
się mających... i uzdrowił wielu, których różne trapiły
choroby i wyrzucił wielu czartów” (Mk 1, 32-34), to czujemy
się zmuszeni zrozumieć o wiele szerzej treść nauki
zbawienia.
A jednak większość mieszkańców bogatego miasta nie uwierzyła
w Jezusa. Nie zastosowała swego życia do Jego wskazań.
Upomnienie Jego a nawet groźba pozostają jeszcze dziś aktualne:
„Wtedy począł czynić wyrzuty miastom, w których stało się
najwięcej cudów jego, że nie czyniły pokuty... A ty, Kafarnaum!
Czyż się aż do niebios wywyższasz. Spadniesz aż do piekieł.
Bo gdyby się były w Sodomie stały cuda, które się u ciebie
działy, byłaby może ostała się aż po dziś dzień. Wszakże
powiadam wam: lżej będzie ziemi sodomitów w dzień sądny niźli
tobie” (Mat. 11, 20-24).
Sprawdziła się przepowiednia Chrystusa. Co dziś zostało z
„Jego” miasta? Gruzy. Ruiny cytadeli, skrawki murów
obronnych, podziemia chrześcijańskiej bazyliki i resztki sławnej
synagogi. Z religijnym namaszczeniem stąpamy po bogatej mozaice bożnicy,
którą bez przesady moglibyśmy nazwać „kościołem
Jezusa”. Św. Łukasz podaje nam ciekawe wiadomości na ten
temat. Setnik rzymski prosił Chrystusa o uzdrowienie jego sługi
na odległość. Co za wiara ze strony bądź co bądź poganina, w
dodatku urzędnika znienawidzonego okupanta. Sami Żydzi wstawiają
się za proszącym: „Godzien jest, abyś mu to uczynił, miłuje
bowiem naród nasz, sam nawet zbudował nam synagogę” (Łk
7, 4-5). Jezus uzdrowił sługę. I po dziś dzień miliony warg
powtarzają codziennie słowa wierzącego oficera rzymskiego:
„Panie nie trudź się, bom nie jest godzien, abyś wszedł
pod dach mój” (Łk 7, 6).
Ruiny synagogi stanowią prawdziwy skarb dla historyków i
archeologów. Najnowsze badania wykazały, że resztki bożnicy, które
podziwiamy pochodzą z II wieku po Chr. Zbudowano ją na
fundamentach synagogi postawionej przez setnika, prawdopodobnie
zburzonej przez trzęsienie ziemi. Uderza w niej bogactwo
ornamentacji o charakterze kosmopolitycznym: gwiazda Dawidowa,
kwiaty znad Nilu, kapitele greckiej sztuki, wpływy architektury
rzymskiej. Trzeba zresztą pamiętać, że obok trójnawowej
synagogi znajdowała się tu również szkoła dla synów bogatej
gminy żydowskiej. Całość zabudowań była otoczona willami i
ogrodami. Na ówczesne czasy – coś wspaniałego. Dziś
– gruzy, po których stąpa obcojęzyczny turysta.
Jak wspomniałem, tuż obok stał dom św. Piotra. Ulubione miejsce
odpoczynku dla Jezusa. W cieniu rozłożystych drzew słuchamy objaśnień
przewodnika. Obficie cytuje urywki z Ewangelii. Bywało, że Mistrz
z Nazaretu miał pełne ręce roboty, bo „całe miasto zbierało
się u drzwi” (Mk 1, 33). Możemy sobie uzmysłowić takie
sceny. „Dom księcia apostołów Piotra został przemieniony
na kościół” – pisze pielgrzym wczesnego Średniowiecza.
„Ściany stoją jeszcze dzisiaj” – dorzuca autor.
Niestety, została tylko posadzka i jakieś ciemne lochy, może
pozostałości krypty. Badania są w toku. W każdym razie ze
wzruszeniem słuchamy każdego słowa pana Mirona, który w barwny
sposób maluje przed oczyma wyobraźni historyczno-społeczne tło
pracy Chrystusa.
Tu i tam bloki potężnych murów, niewyraźna płaskorzeźba
zgryziona przez czas, starte stopami marmurowe schody, rzucona w
trawę głowa jakiegoś bożka – oto Kafarnaum dzisiaj. Jak
wiadomo, w tutejszej synagodze zapowiedział Chrystus ustanowienie
Eucharystii. Sporo uczniów wówczas go opuściło, nie mogąc znieść
„twardej mowy” Mistrza. Zwróciwszy się do dwunastu
zapytał: „Czy i wy odejść zamierzacie?” Wtedy Piotr,
naoczny świadek nie tylko cudów ale też codziennego życia
Jezusa, zdobył się na wspaniałą odpowiedź: „Panie, do
kogóż pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego. A myśmy
uwierzyli i przekonali się, żeś ty jest Chrystus, Syn Boży”
(J 6, 68-70). Pielgrzymka po ruinach Kafarnaum potwierdziła nam
prawdę słów Piotrowych: tylko On, Chrystus, trwa na wieki.
Reszta przeminie.
„Tyś jest Opoka”
Autobus czekał już na nas tuż przy ruinach
synagogi. Jedziemy szeroką nadbrzeżną szosą ku zachodowi.
Zostawiamy za sobą, już po tamtej stronie jeziora, ewangeliczną
krainę Gerazeńczyków, upamiętnioną śmiercią wielkiego stada
wieprzów, w które wstąpił legion czartów (Łk 8, 26-39), zaś
po prawej, na stoku wzgórza, niewierne miasto Korozaim (Mt 11,
21), z którego pozostały też tylko gruzy. Raz jeszcze podziwiamy
bogactwo kraju: na wzgórzach uprawne pola i zielone łąki, wzdłuż
drogi ogrody i sady.
Nic dziwnego, wszak znajdujemy się na obszarze ,,siedmiu źródeł”,
El-Tabgha, nazwa będąca deformacją greckich słów hepta
pegon. Miejsce cudu rozmnożenia chleba i ryb. „A wziąwszy
pięć chlebów i dwie ryby i wejrzawszy w niebo, błogosławił i
łamał chleby i dawał uczniom swoim, aby przed nich kładli, a
dwie ryby rozdzielił wszystkim. A było tych, którzy jedli, pięć
tysięcy mężów” (Mk 6, 41-44).
Zabudowania klasztorne Ojców Franciszkanów otaczają ciekawą
pobizantyńską bazylikę. Zachowały się prześliczne w swej
wyrazistości mozaiki, pochodzące z IV wieku. Nieznani artyści
zostawili potomności nie tylko sceny ewangeliczne, ale również
okazy fauny i flory jeziora Genezaret i dorzecza Nilu, co świadczy
wyraźnie o wpływach Egiptu na tutejsze krainy. Kupujemy pocztówkę
przedstawiającą kosz z chlebami i dwiema rybami. Podobno bardzo
cenny okaz historyczny.
Od podwórza klasztoru schodzimy nad brzeg jeziora. Wokół roślinność.
Tu i tam lustro kryształowej wody. Sam brzeg jest raczej skalisty.
W 1934 roku postawili tutaj Franciszkanie skromną kaplicę, kryjącą
pod swym dachem część skały, na której według tradycji miał
stać zmartwychwstały Chrystus, kiedy powierzał Piotrowi prymat
nad Kościołem. Św. Jan ewangelista, naoczny świadek wydarzenia,
opisuje całą scenę w sposób bardzo realistyczny (r. 21).
Faktem jest, że ciepła woda źródeł oraz korzenie drzew dochodzące
do samej wody jeziora są przynętą dla ryb. Nadto lekka wklęsłość
wybrzeża stworzyła zaciszną zatokę, ulubione miejsce połowów
dla tutejszych rybaków. Św. Jan wspomina, że „Jezus stanął
na brzegu” (21, 4), jest więc rzeczą bardzo prawdopodobną,
że – jak wiele razy przedtem – tak i teraz Apostołowie
wyruszyli na połów ryb. Zmartwychwstały Pan, widząc ich zajętych
na jeziorze, przygotował im w tym czasie strawę: ,,I gdy wyszli
na brzeg, ujrzeli węgle nałożone, rybę na nich leżącą i
chleb” (21, 9). Przedziwna delikatność serca
Jezusowego!
Wołają nas do wnętrza kaplicy. Stoi na litej skale wrzynającej
się w jezioro. Wspaniałe miejsce na latarnię morską, ale ta
jest tutaj niepotrzebna. Za drzwiami przyjmuje nas skromny
braciszek, Słowak z pochodzenia. Daje obszerne wyjaśnienia.
Kaplica nie ma posadzki. Za ołtarz służy chropowata skała
– nazwana „stołem Chrystusa” (mensa Christi)
– „podłubana” przez miliony pobożnych pielgrzymów
i zachłannych turystów. Nasze myśli i wyobrażenia wracają w
daleką przeszłość. Zdaje się nam, że patrzymy na onieśmielonego
Piotra i na Chrystusa, wskazującego palcem na skałę. Wprawdzie
opisana scena miała miejsce „w okolicy Cezarei Filipowej”
(Mat. 16, 13), niemniej zdajemy się słyszeć wyraźny szept
Mistrza: „A ja ci powiadam, że ty jesteś Opoką, a na tej
Opoce zbuduję Kościół mój i bramy piekielne nie zwyciężą
go” (Mt 16, 18). Jak wiadomo, warunki topograficzne wywierają
ogromny wpływ na umysłowość człowieka, szczególnie na
Wschodzie. Również i Piotr, oświecony później łaską Ducha Świętego,
coraz lepiej pojmował jak straszną odpowiedzialnością obarczył
go Mistrz, kiedy nazwał go „skałą” (petra) i
zalecił paść baranki i owce (J 21, 15, 16, 17). Ileż razy
siedział rybak Piotr nad brzegiem jeziora, patrząc na wzburzone
fale łamiące się u podnóża skały-opoki! Ileż razy również
oczy Piotrowe śledziły pasterzy, którzy prowadzili swe stada
owiec na bujną zieleń łąk galilejskich! I wtedy Piotr-opoka
zrozumiał o co chodziło Chrystusowi. Tak jak my, tu w tej
skromnej kapliczce, staraliśmy się zgłębić słowa boskiego
Mistrza: „tyś jest opoka”. Wpatrzeni w ołtarzowy blok
skalny, lepiej rozumiemy proroctwo Chrystusa: „a bramy
piekielne nie przemogą go”. I jakby balsam nadziei, nawet
pewności napełnia nasze zatroskane serca, które nie mogą być
obce temu wszystkiemu, co dzisiaj dzieje się w Kościele.
Idąc za przykładem następcy Piotra, papieża Pawła VI, który w
styczniu 1964 roku klęczał na tym miejscu, również ze czcią całujemy
zimną skałę, zabieramy na pamiątkę kilka kamyczków i
odmawiamy wspólnie pacierze o światło, moc i pokrzepienie serca
dla ojca chrześcijaństwa. Wychodzimy w skupieniu. Autobus wiezie
nas na zbocze wzgórza ku bazylice „ośmiu błogosławieństw”.
Zapatrzony mniej w bujną roślinność aniżeli we własne myśli,
przypominam sobie może najstarszy opis tych właśnie pamiątek,
opis zostawiony przez kobietę-pielgrzyma z dalekiej Francji w IV
wieku. „Blisko Kafarnaum można oglądać wykute w skale
stopnie, na których stał Zbawiciel. Obok, tuż przy brzegu morza
(Galilejskiego), rozpościera się łąka pokryta trawą i palmami;
wśród nich siedem źródeł, każde bardzo bogate w wodę. Na tej
łące nakarmił Chrystus rzeszę pięciu chlebami i dwiema rybami.
Skała na której Mistrz położył chleby została zamieniona na ołtarz.
W pobliżu kościoła rozmnożenia chleba przechodzi szeroka droga,
przy której Mateusz miał swoje telonium czyli biuro celne
(por. Mat. 9, 9). Wreszcie niedaleko stamtąd, ale na wzgórzu,
znajduje się grota, z której przemawiał Pan obwieszczając osiem
błogosławieństw” (por. Mt 5. 1-12).
Pobożna Eteria, autorka pielgrzymki do Ziemi Świętej, miała
doskonały zmysł obserwacyjny. W dodatku znała – rzecz
rzadka u kobiet w tym czasie – zarówno Biblię, jak też
nauki przyrodnicze. Rzeczywiście owe „osiem błogosławieństw”,
jakby kodeks miłości Nowego Testamentu, wygłosił Jezus nad
brzegami jeziora Genezaret. Powiada św. Mateusz, dawny celnik na
międzynarodowym szlaku karawan, że „Jezus obchodził całą
Galileę, nauczając w synagogach i głosząc ewangelię Królestwa,
a uzdrawiając wszelką chorobę i wszelką niemoc między
ludem” (4, 23). Wyobrażamy sobie rozgłos jego nauki i wrażenie
jego cudów. Całe rzesze za nim ciągnęły, żeby go choć raz w
życiu usłyszeć.
Oto stoimy na tarasie ośmiokątnej bazyliki „ośmiu błogosławieństw”,
rodzaju wyskoku ziemi, podobnego do trybuny (12 m na 4,50 m), skąd
roztacza się daleki widok na całe nadbrzeże jeziora. Między
lustrzaną taflą wody i nami – zielona łąka. Ongiś z tego
miejsca, jakby z kazalnicy przemawiał Mistrz, a oczy jego patrzyły
na każdą twarz, przenikały na wskroś każde serce. Tamte oczy
były jaśniejące, jak nasze; tamte serca niespokojne, jak serca
ludzi dwudziestego wieku. „Błogosławieni cisi... pokój
czyniący... miłosierni.. czystego serca...” (Mt 5, 1-12).
Oto jeszcze dzisiaj aktualna odpowiedź na wszystkie nasze bolączki.
Sjesta, przeto nie możemy zwiedzić ośmiokątnej bazyliki. Mimo
pukania, nikt nie zjawił się przy furcie. Musimy się zadowolić
oglądaniem kolorowej fotografii przedstawiającej Pawła VI w
otoczeniu świty i zapatrzonego w cudny krajobraz Galilei. Tu
– zieleń, bogactwo płodów rolnych, ogromne stada owiec,
tam za jeziorem, na nagich Wzgórzach Golanu – kamień,
piasek, pustynia. Ongiś kraina bardzo żyzna ze względu na swą
wulkaniczną glebę użyźnioną ręką pracowitego człowieka. Dziś
zaś – kraina sporów, nienawiści i wojny. Zaiste, dziwny
jest człowiek – ośrodek dwóch zwalczających się sił: miłości
i nienawiści, dobroci i złości? Ze smutkiem opuszczamy tę ziemię,
w którą – jakby ziarno gorczyczne – wpadły słowa błogosławieństw
Chrystusa. Oby, jak to maleńkie ziarno, wydały nareszcie plon
stokrotny!
Przez grzeszną Magdalę
Wracamy do Tyberiady nadbrzeżną szosą przez żyzną
dolinę Genezareth. Jest zaledwie 4 km szeroka i 6 km długa.
Nazywają ją „ogrodem z niczym nieporównanej płodności”.
Trzeba samemu zobaczyć te bujne pola i bogate ogrody, pełne różnorakich
jarzyn, żeby w to uwierzyć. A jednak ten ,,spichlerz
Galilei” jest krainą ongiś ogniem i mieczem zdobywaną
przez dzielnego Jozuego na różnych ,,królikach”
chananejskich (Joz 11, 2; 19, 35). Szumiące tu dziś łany zbóż
są użyźnione potokami krwi tysięcy wojowników. Takie już są
dzieje ludzkości.
Zostawiamy po prawej stronie znaną archeologom dolinę a raczej
,,kotlinkę słupów” (Wadi-el-Amud), pełną tajemniczych
grot i głębokich czeluści. To tutaj znaleziono sławną czaszkę
„człowieka Galilejskiego” (homo Galileus), pochodzącego
z pierwszych czasów przedhistorycznych. Stąpamy więc po ziemi,
którą zamieszkiwał człowiek przedpotopowy. Szkoda, że przeciętny
pielgrzym o tym nie pamięta, zresztą nikt mu o tym nie mówi. Już
raz wspomniałem, że każdą pielgrzymkę należy wszechstronnie
przygotować, żeby pod każdym względem ją wykorzystać dla umysłu,
serca i godziwego zadowolenia zmysłów. Taki już jest dzisiejszy
człowiek.
Szeroka szosa oddala się od brzegu jeziora, które na chwilę
niknie za gęstymi szuwarami. Ale wnet skręcamy na drogę wiodącą
do Tyberiady. Pan Miron każe szoferowi zatrzymać się blisko
kopulastej kapliczki. „Oto miejsce narodzenia Marii z Magdali.
Historię jej zna chyba każdy człowiek”. Tak i nie. Bo
biblijna historia tej niewiasty jest jakby skróconą historią każdego
człowieka. Dlatego też warto bliżej zapoznać się z osiedlem, o
którym świadczy biedna przydrożna kapliczka.
Przede wszystkim nie należy utożsamiać dziejów Marii Magdaleny
z jawnogrzesznicą, o której tak wzruszająco pisze św. Jan
ewangelista (8, 1-11). Bo ta ostatnia scena odegrała się na
jednym z dziedzińców świątyni w Jerozolimie. Tymczasem jesteśmy
na zachodnim wybrzeżu jeziora Genezareth, w jego najszerszym
miejscu. Historyczne badania wykazały, że należy utożsamić
dzisiejszą Magdalę (Łk 8, 2) z Dalmanutą (Mk 8, 10), gdzie
Chrystus zażarcie dyskutował z faryzeuszami oraz z miejscowością
,,Megedan” (Mt 15, 39), która z pewnością leżała nad
brzegiem galilejskiego jeziora. Również jest faktem historycznym,
że biblijna Magdala była dość pokaźnym miastem słynącym z
handlu i idącym za nim dobrobytem. Nie trzeba się zbytnio dziwić,
że właśnie w takim mieście o ludności kosmopolitycznej nie
brakło niewiast lekkich obyczajów.
To jeszcze nie wszystko. Magdala była również ważnym punktem
strategicznym. Jak sama nazwa wykazuje – Migdal znaczy
„wieża obronna” – miasto stanowiło twierdzę tuż
przy handlowo i strategicznie ważnej ,,drodze morskiej”,
wiodącej z północy przez Kafarnaum, dalej wzdłuż wybrzeża
jeziora, poprzez kotlinę „gołębi” (Hamam) i starożytne
miasto Arbela (1 Mak 9, 2) ku zachodowi.
Te dane historyczne, potwierdzone przez wykopaliska archeologów
niemieckich, są też potwierdzone przez religijne księgi Żydów.
I tak Talmud podaje, że Magdala była „dosyć znacznym
miastem, sławnym ze swych przędzalni oraz handlu rybami i gołębiami
na ofiarę”.
Powyższy szkic historyczno-biblijny daje nam dosyć szerokie pojęcie
o miejscowości ewangelicznej, na którą wskazuje wyżej
wzmiankowana biedna kapliczka. Nic dziwnego, że Chrystus tutaj często,
jeśli nie przebywał, to przynajmniej tędy przechodził, bo idąc
wzdłuż jeziora przechodzić musiał. Również zajeżdżał do
rybackiego portu bogatego miasteczka. Oto znamienne a dość suche
sprawozdanie Łukasza ewangelisty, ale też historyka i lekarza:
„I stało się potem, że chodząc po miastach i osadach
nauczał głosząc ewangelię o Królestwie Bożym. A było z nim
dwunastu i pewne niewiasty, które był uleczył od duchów złych
i niemocy: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedmiu
czartów, Joanna, żona Chuzy, urzędnika Heroda, i Zuzanna oraz
wiele innych, spieszących mu z pomocą majętnością swoją”
(8, 1-3). Zdanie o przebogatej treści. Jest w nim mowa o
niewiastach chorych fizycznie i moralnie – przez Chrystusa
uzdrowionych – ale jest też wzmianka o ich bogactwie i
sytuacji społecznej, co rzuca nowe światło na stosunek
Zbawiciela do kobiet w ogóle a do pomocniczek ewangelicznych w
szczególności. Dziś Kościół zdaje się z tego wyciągać
odpowiednie wnioski.
Ile razy Jezus zawadził o grzeszne miasto Magdala, z pewnością
jego wizyta przynosiła dla jego mieszkańców przeobfite błogosławieństwo.
I to jest dla nas ważne. Wszak spotkanie z grzesznicą w rodzaju
Marii uczyniło żałującą i skruszoną niewiastę pomocnicą w
winnicy Pańskiej. Teraz lepiej rozumiemy powiedzenie naszego
przewodnika: „historię jej zna chyba każdy człowiek”.
Milczymy wszyscy, rozważając przedziwne drogi Boże.
I znowu droga przybliża nas do brzegów jeziora. Oczy zwracają się
ku łodziom tutejszych rybaków, którzy w małej zacisznej zatoce
naprawiają sieci. Obraz znowu jakże biblijny, który przenosi nas
w czasy Chrystusa. Rybacy galilejscy! Ci, którzy w trudzie nocy i
znoju dnia zarabiali na codzienny chleb. Ale w tej chwili, może
jeszcze pod wrażeniem Tabki, myślimy również o innego rodzaju
rybakach, o łowcach dusz. „Pójdźcie za mną, a sprawię,
że staniecie się rybakami ludzi” (Mt 4, 19).
Zaiste, dziwne są drogi Boże! Trzeba było, żeby niemoc fizyczna
i grzech przyprowadził niewiasty Magdali do Zbawiciela, jak też
trzeba było ogromnego wysiłku rybaka, żeby przyszli apostołowie
zrozumieli jaki trud czeka ich w winnicy Pana.
Wjeżdżamy do Tyberiady. Mijamy uśpiony w porze obiadowej port.
Nawet promienne słońce położyło się na grzywach fal jeziora i
urządza sobie codzienną sjestę. Tylko rybacy naprawiają
potargane sieci. My natomiast rozsiadamy się w nadbrzeżnej
restauracji. Być w Tyberiadzie i nie posmakować „ryby św.
Piotra”, to byłby skandal. Wszyscy przyznali, że jest
bardzo smaczna, ale chyba nie lepsza od innych ryb. Mężczyźni często
gęsto podchodzili do baru, bo wiadomo, że „ryba musi pływać”.
Ale i taka niewinna radość należy do całości pielgrzymki.
Wychodzimy na stosunkowo puste molo. Kolorowe umbrele (parasole)
bronią nas od dokuczliwych promieni słońca. Inni odpoczywają w
cieniu nielicznych drzew. Jeszcze inni idą na sam brzeg wody i płuczą
czy chłodzą swe zmęczone nogi w lustrzanej tafli jeziora. Są
nawet chętni do kąpieli, ale na tak świętym miejscu ,,chyba się
nie godzi”. Wszyscy, błądząc oczami po pustej przestrzeni
wodnej, dzielimy się spostrzeżeniami, wrażeniami, myślami,
dalecy od gwaru szerokiego świata.
Niechętnie, leniwie, reagujemy na wołanie pana Mirona, by wracać
do autobusu. Jakoś trudno opuszczać jezioro tak ściśle związane
z historią życia i nauki Jezusa. Sercem i zmysłami przylgnęliśmy
do jego niebezpiecznych wód, do zielonych brzegów, do bogatych
pamiątek sprzed tysięcy lat. Ten i ów przyrzeka sobie solennie,
że jeszcze tu wróci, tylko na dłużej i może lepiej
przygotowany na to, co tu zobaczyć i przeżyć można.
Ukryte perły Nazaretu
I znowu jesteśmy w rodzinnym mieście Jezusa.
Zostaje jeszcze sporo pamiątek do zwiedzenia, ale ograniczymy się
do najważniejszych i bodaj czy nie najmniej docenianych. Teraz dosłownie
pójdziemy śladami stóp Zbawiciela, najpierw do źródła Maryi,
gdzie tak często biegał po życiodajną wodę, która posłużyła
mu potem jako przykład do tylu głębokich nauk; potem do
„domku Józefa”, o którym tak dużo chcielibyśmy
wiedzieć; wreszcie do synagogi-szkoły, gdzie „syn cieśli”
„wzrastał w mądrości i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk
2, 52). Bo właśnie te czcigodne miejsca najwyraźniej świadczą
o tym, jak bardzo Chrystus był nam podobny, jak dalece dzielił z
nami wszystkie aktywności naszego ziemskiego bytowania, uświęcając
tym samym każdą chwilę i każdą pracę. Jednych to gorszy, nas
– cieszy niewymownie, albowiem w ten sposób stał się
jednym z nas, mogąc nam współczuć, sam „będąc poddany słabości”
(Hbr 5, 2).
Nasze pielgrzymowanie po starym mieście rozpoczynamy od greckiego
kościoła, w którym znajduje się „Źródło Maryi”.
W czasach biblijnych było ono jedyne dla maleńkiej osady, dziś
korzystają z jego wody na przedkościelnym skwerze tak ludzie jak
i zwierzęta. Samo źródełko leży nieco wyżej, tuż za
kompleksem sanktuariów, dziś jednak skryte pod kopułą prawosławnej
świątyni pilnie strzeżonej przez greckich mnichów. Mało nas
interesują bogate podarunki carów rosyjskich: świeczniki,
lampiony i ikony – rzecz nagminna w prawosławnych cerkwiach;
idziemy wprost do ocembrowanej studzienki, kryjącej się pod lewą
ścianą kościoła. Czerpiemy wodę: jest miękka i ciepława, mało
smaczna. Sama cembrowina obszarpana, łańcuch trochę już zrudziały,
czerpak snadź dawno nie czyszczony. Wrażenie nie bardzo dodatnie.
A jednak ta biedna studzienka, jakże konieczna dla codziennego życia,
głębiej przemawia do naszego serca i daleko więcej nam mówi o
szarzyźnie życiowej Świętej Rodziny aniżeli przewspaniała
nowoczesna bazylika wznosząca dumnie swoją majestatyczną kopułę
nad skromną Grotą Zwiastowania.
Wracamy ku bazylice. Po prawej ratusz i wysoka wieża minaretu, po
lewej gimnazjum żeńskie prowadzone przez Siostry Franciszkanki.
Wchodzimy do pustej nawy kościoła pod wezwaniem „Józefa Żywiciela”.
Obszerna prostokątna świątynia, bez specjalnego stylu. Jedynie
ogromna mozaika czy malowidło nad ołtarzem nadaje jej pewny
swoisty charakter, przedstawia bowiem stereotypowy obraz świętej
Rodziny. To tutaj na przełomie ostatniego stulecia często
przychodził o. Charles de Foucauld, założyciel „małych
braci Jezusa”, który zamieszkiwał przez trzy lata w
pustelni u Klarysek na drugim krańcu miasta, zanim rozpoczął swą
trudną misję wśród Tuaregów pustyni Sahary.
Ale nie kościół, lecz „domek Józefa” był celem
pielgrzymek przyszłego męczennika koczowniczych ludów afrykańskiej
pustyni. Jego śladem zstępujemy po krętych, niewygodnych i mocno
startych stopniach do tradycyjnego mieszkania św. Rodziny.
Mieszkanie! Raczej surowy prymityw, przypominający skalne
schronienie ludzi przedhistorycznych; a jednak wykopaliska wykazały,
że właśnie w takich grotach mieszkali dawni ludzie Nazaretu,
kiedy Jerozolima i Samaria stawiały już pałace. Tu natomiast
mieszkał ludek pracy. Choć nie zawsze w nędzy, bo ojciec rodziny
uczciwie zarabiał na codzienne życie. I tak też żył i pracował
cieśla Józef.
Za czasów panowania Islamu wejście do „domku” było
zamurowane. Pielgrzymi mogli zaledwie rzucić okiem do wnętrza
przez maleńkie zakratowane okienko. Teraz sączy się przezeń
jasny promień słońca i pada na ubitą ziemię ciemnicy. Na całość
podziemia składa się kilka nisz skalnych. W górze okrągły otwór
służący zarówno jako okno i lufcik na powietrze. Po kilku
dniach wędrówki po Palestynie bynajmniej nie „gorszy”
nas takie skalne mieszkanie. Jeszcze dzisiaj sporo mieszkań jest
po prostu dolepionych do otworu groty czy grot, które w najgłębszej
swej części służyły jako wspólne sypialnie, bliżej zaś wejścia
– jako kuchnia i mieszkanie oraz warsztat-kram. Nie inaczej
wyglądało mieszkanko Józefa cieśli, który pracował u
bogatszych współziomków, częściowo zaś w własnym warsztacie.
A żona jego Myriam, piękna i zdrowa jak tutejsze niewiasty,
gotowała skromną strawę, prała i szyła lub przędła, chodziła
z dzbanem na głowie po wodę do źródła, ubrana w długą
kolorową samodzianą suknię jak inne żony i matki. Rzeczywista
matka Syna Bożego, to nie kobieta z kolorowego obrazu à la
Murillo czy lirycznego Tycjana!
I kiedy po wyjściu z Groty-mieszkania przeciskaliśmy się przez
zawsze ruchliwy „suk” starej dzielnicy, której oblicze
mało co się zmieniło od 2000 lat, jeszcze lepiej i wyraźniej
jawił się przed naszą wyobraźnią prawdziwy obraz codziennego
życia tych trojga osób, przecież tak drogich każdemu chrześcijańskiemu
sercu. Bo i Jezus, razem z innymi chłopcami swego wieku – cała
ich chmara bez przestanku nam towarzyszyła zachwalając i zalecając
swoje wyjątkowe rzadkie towary – biegał każdego ranka do
pobliskiej synagogi-szkoły, żeby uczyć się nie tylko mądrości
Prawa i poznać zawiłe przepisy Tory, ale też nabyć znajomości
praktycznych nie wyłączając nauki ogólnie używanych języków,
jak łaciny i greki. Opatrzność przecież musiała go
wszechstronnie przygotować do przyszłej misji.
Jeden jej epizod jest nam szczególnie bliski. Miał bowiem miejsce
tu w synagodze, dziś pustej kaplicy, jakby przytulonej do równie
skromnego kościółka grecko-katolickiego. Fundamenty bożnicy-szkoły
sięgają czasów Chrystusa, dlatego też ze szczególną czcią
wchodzimy do tej świętej pamiątki.
Wchodzimy do wnętrza. Puste ściany, szare i bez ozdoby. W
prezbiterium prosty kamienny ołtarz. Staję obok i zaczynam objaśniać...
Tu, na lekkim wzniesieniu, siedział lub stał nauczyciel, chazan,
często rabin i przełożony bożnicy w jednej osobie. Tam, na
bitej ziemi, siadali w kuczki chłopcy zapatrzeni w surowe oblicze
wszystkowiedzącego znawcy Prawa. Słuchali go chciwie, łakomi świętej
wiedzy odziedziczonej od przodków. Między uczniami
„wzrastający w lata” (Łk 2, 52) domniemany syn Józefa.
Jak towarzysze, powtarzał słowa chazana, kiwał głową dla
lepszego ich spamiętania, czasem stawiał pytania i nawet podsuwał
trafne odpowiedzi (por. Łk 2, 46-47).
Mijają lata. Nie masz już Józefa. Jezus opuścił Nazaret,
zapewniwszy byt ukochanej Matce. Gdzieś przepadł, może w dalekim
świecie, za lepszym chlebem. Aż nagle rozeszła się wieść, że
dał się ochrzcić przez Jana Pokutnika (Łk 3, 21-22), że czyni
cuda, że tłumy go słuchają i idą za nim. Rzecz niebywała, a
jednak prawdziwa: „I wrócił Jezus do Galilei, a wieść o
nim rozeszła się po całej krainie. I nauczał w ich synagogach,
wysławiany przez wszystkich” (Łk 4, 14-15).
Nie trudno sobie wyobrazić dumę i radość Nazareńczyków, kiedy
rozgłos tych dziwów doszedł do ich uszu. Był na języku
wszystkich, był w sercu każdego, który go bliżej znał jako
zwyczajnego „syna cieśli”. I oto zbliżał się,
nauczając po osiedlach, do ojczystego miasta. Był właśnie dzień
świąteczny. Ale oddajmy głos historykowi-ewangeliście: „I
przybył (Jezus) do Nazaretu, gdzie się był wychował, a według
zwyczaju swego wszedł w szabat do synagogi i powstał, aby czytać”
(Łk 4, 16). Czytał teksty z Izajasza i Sofoniasza, które mówiły
o czasach mesjanicznych, czyli o nim, bo sam to podkreślił:
„Dzisiaj wypełniło się to Pismo w uszach waszych” (Łk
4, 21).
Łatwo sobie przedstawić tę niezwykłą scenę. Wypełniona po
brzegi synagoga. Prawie wszyscy obecni znają od dziecka tego, który
na trybunie teraz czyta i przemawia. „Oczy wszystkich w
synagodze były weń utkwione” – mówi św. Łukasz, który
nie lubi się roztkliwiać. Ileż matek może zazdrościło Myriam
takiego syna! Wielu nie mogło wprost pojąć, żeby Jezus tak
szybko mógł się zmienić. A jednak mówił tak przekonująco,
obrazowo, że „wszyscy mu przyświadczali i dziwili się wdziękowi
słów płynących z ust jego” (w. 22). Zaprawdę, lepiej nie
mógł być przyjęty przez swych współziomków. Całe Nazaret śpiewało
mu hosanna!
I tu rozpoczyna się jego tragedia. Przyjęto go jako „syna
cieśli Józefa” (w. 22), ale nie przyjęto jako Pomazańca
czyli Mesjasza, który „głosił ewangelię ubogim, uzdrawiał
skruszonych w sercu, więźniom zapowiadał uwolnienie, ślepym
przejrzenie i uciśnionym wolność” (ww. 18-19). Wyraźne
stwierdzenie, że w swej osobie urzeczywistnia czasy mesjańskie. I
dlatego zaczęli weń wątpić, słowom nie wierzyć, wprost go
odrzucać, bo „żaden prorok nie jest mile przyjęty w ojczyźnie
swojej” (w. 23). I tak po hosanna następuje
„ukrzyżuj go”.
Epilog zajścia był więcej niż smutny. „A słysząc to,
wszyscy w synagodze zapałali gniewem. I powstali, i wyrzucili go
poza miasto, i wywiedli go na szczyt góry, na której miasto ich
było wzniesione, aby go strącić. A on przeszedłszy pośród
nich, oddalił się” (Łk 4, 28-30). Na wzgórzu „Nebi
San”, otoczona zielenią, stoi dziś kapliczka poświęcona
„przestrachowi Matki Boskiej”. Wyobrażamy sobie ból
jej serca, kiedy zobaczyła jak mieszkańcy Nazaretu – ileż
wśród nich miała krewnych i przyjaciół – wiedli Jezusa
na stracenie. Ileż matek naszych czasów drży o zdrowie duszy i
ciała swoich dzieci!...
Umilkłem. Odmawiamy „Zdrowaś” w intencji wszystkich
dzieci i młodzieży całego świata prosząc Mistrza z Nazaretu,
żeby był dla nich Wzorem i Drogowskazem.
Wielkanoc na Taborze
Jeszcze cisza panuje w ogromnym gmachu
klasztornym, kiedy o brzasku świątecznego dnia idę pustym
korytarzem do domowej kaplicy na ranne pacierze kapłańskie. Naraz
tam w dole, nad uśpionym miastem, zabiły wszystkie dzwony
zwiastując i przypominając wielki dzień Zmartwychwstałego.
Wielkanocne dzwony! Rozumiem ich mosiężny śpiew, odczuwam radość
rozbujałych serc, bo przecież głoszą chwałę tego, który był
Dzieckiem tej ziemi i Obywatelem tego miasta. Kto by się nie
szczycił takim synem!
Kończyłem pacierze, kiedy ojciec Teodor przebiegał długie
korytarze budząc zmęczonych pielgrzymów. Pobudka! O siódmej śniadanie.
Potem zaraz w drogę. Na szczęście wczoraj wieczorem przygotowaliśmy
nieco ceremonie i pieśni oraz omówiliśmy dokładnie program
Wielkiej Niedzieli. Dziś – pierwszym naszym celem, to góra
Tabor.
l znowu jedziemy przez żyzną dolinę Ezdrelonu, żeby za Afulą
– o tej porze już tętniącą życiem kupieckim – skręcić
w lewo ku północno-wschodowi. Przed nami jawi się nagle, jeszcze
spowita w rannych mgłach, święta góra Przemienienia Pańskiego.
Tak niby bliska a jednak dziwnie daleka i zawsze tajemnicza, jakby
przed przybyszem kryła jakoweś zaklęte tajemnice. Droga
powietrzna z Nazaret na Tabor wynosi zaledwie 10 km, ale nasz
autobus musi przemierzyć aż 35. Po prawej ciągnie się pasmo wzgórz
Dżebel Dahi, zwane powszechnie Małym Hermonem. Ziemia i miejscowości
bogate w wydarzenia biblijne. To przy wzgórzu More pobił wódz
Gedeon z zaledwie 300 wojownikami królów Madianitów (Sdz 7). U
stóp tegoż wzgórza leży wioska Solem odpowiadająca biblijnemu
Sunam, skąd pochodziła Abiszag, troskliwa opiekunka starego
Dawida (1 Kr 1, 1-4). Syn innej Sunamitki został uzdrowiony przez
proroka Elizeusza (2 Kr 4).
Po obydwóch stronach świetnie utrzymanej szosy ciągną się
uprawne pola. Wiemy już, że dolina jest spichlerzem Galilei. Pan
Nelkin zwraca naszą uwagę na białe domki arabskiej wioski
przytulonej do wzgórza Hamore. Jej nazwa Nein. Chodzi oczywiście
o ewangeliczne Naim, za czasów Chrystusa pokaźne i bogate
miasteczko, otoczone murami i basztami. Jezus spieszył wszędzie,
gdzie go potrzebowano, pocieszając, przebaczając, uzdrawiając,
przywracając nawet życie (Łk 7, 11-17). Wielka musiała być
radość wdowy, kiedy Rabbi z Nazaretu wskrzesił jej syna: podporę
i pociechę starości, jedyną ostoję rodu. Trzeba znać tutejsze
stosunki, żeby to zrozumieć. Pamiątkowa kaplica przypomina
jeszcze miejsce i fakt cudu Zbawiciela.
Opuszczamy międzynarodowy i dziejowy szlak Megiddo-Tyberiada skręcają
pod ostrym kątem do arabskiej wioski Deburieh (Deburi), leżącej
już u podnóża Taboru. Mimo Wielkiej Niedzieli Arabowie pracują
na polu. Dla nich jest to przecież zwyczajny dzień pracy.
Niewiasty i dziewczęta oczyszczają zboże z chwastów. Strojem mało
co różnią się od naszych wieśniaczek, nawet nie mają zasłon
na głowie. Spod chusty zwisają warkocze. Ciekawe oczy szpiegują
każdy nasz ruch.
Tuż za wioską autobus staje na wielkim placu. Przesiadamy do
pojemnych taksówek, które zawiozą nas ostrymi i stromymi
serpentynami aż na sam szczyt zakończony jakby płaską platformą.
Tabor przedstawia się z oddali jak samotny kopulasty szczyt,
podobny do kretowiska na ogrodowej grzędzie. Ma zaledwie 588 m
wysokości, ale ze względu na swe wyjątkowe położenie w dolinie
Ezdrelonu przysługuje mu słusznie nazwa „góry”. Świętej
góry, Dżebel-el-Tur, jak mówią Arabowie. Podaje legenda, że
sam najwyższy zbudował sobie tutaj ołtarz ofiary, do którego
spieszą grzesznicy po przebaczenie. Rzeczywiście dawni pielgrzymi
wspinali się na szczyt po 4340 stopniach, co trwało prawie godzinę.
Dzisiejsza droga dla pojazdów datuje się od kilku zaledwie lat.
Sam stok góry, na pewno ścięty przez ludzką rękę, jest płaski
tworząc platformę o 400 na 1200 m. Całość jest otoczona niby
murem drzew, szczególnie dębów, terebintów i cyprysów, okalających
kościoły, zabudowania klasztorne i gospodarcze, poła i ogrody.
Wśród bogatej roślinności, która ciśnie się nawet do ruin
starych budowli, kryje się zajazd-hotel Ojców Franciszkanów, stróżów
sanktuarium. W głębi długiej alei wyłania się swą potężną
i ciężką masą potężna fasada bazyliki Przemienienia Pańskiego.
Całość w stylu romańsko-syryjskim nowego wydania (1924 rok). Po
obu stronach dwie „przystawki”, również z kamienia,
podobno resztki „przybytków” dla Mojżesza i Eliasza (Mk
9, 5), głównych przedstawicieli dziejów Objawienia. To wszystko
jest jakby obramowane surowymi ruinami bizantyńskich i średniowiecznych
budowli, żeby nie wspomnieć o resztkach dawniejszej twierdzy
arabskiej. Widok naprawdę urzekający, l mimo woli ciśnie się na
usta pytanie: kto i w jaki sposób przywlókł na ten samotny
szczyt tak potężne bloki.
Ojciec przeor, uprzednio powiadomiony o naszym przybyciu, już na
nas czeka i po serdecznym przywitaniu zaraz prowadzi do wnętrza
bazyliki. Stajemy tuż za drzwiami, pełni niemego podziwu. Wnętrze
jest puste. Elastyczne i nagie mury, wysokie sklepienie, tajemniczy
półcień krypty, w głębi na mozaice – ewangeliczna scena
przemienionego Jezusa. Cisza zupełna, tylko promienie rannego słońca
igrają na skupionych postaciach Aniołów adorujących swego Boga
i Pana.
Nabożeństwo wielkanocne przy ołtarzu Przemienienia w krypcie
rozpoczyna się ceremonią odnowienia przyrzeczeń chrztu świętego
oraz przyrzeczeniem wierniejszej służby dla Boga. Słowa
„odrzekamy się” a potem „wierzymy” odbijają
się silnym echem o wysoki strop świątyni, której nawa wypełnia
się powoli nowymi przybyszami. Zatrzymują się, jak my przed
chwilą, i słuchają melodii śpiewu w obcej sobie, nieznanej
mowie. Tymczasem rozwinęła się procesja, jak w kraju. Cała brać
pielgrzymia z płonącymi świecami w ręku obchodzi kościół.
Celebrans intonuje „Wesoły nam dzień dziś nastał” a
ojciec Augostino przy organach nieśmiało podejmuje potężną
melodię. Po chwili był już w swoim żywiole towarzysząc dalszym
pieśniom.
Nasz operator filmowy, pan Libera, pilnował taśmy, żeby nagrać
całe nabożeństwo a jego żona nie wypuszczała z ręki aparatu,
żeby uwiecznić te pamiętne sceny. Msza święta była rzeczywiście
bardzo uroczysta: księża koncelebrowali w części po polsku, w
części po łacinie ze względu na różnojęzyczność wiernych.
Nie zabrakło nawet świątecznej homilii. Celebrans starał się
naświetlić cud zmartwychwstania w blaskach sceny Taboru. Sceny
zresztą bardzo sobie podobne, z tą różnicą, że
zmartwychwstanie miało miejsce tam w Jerozolimie, przemiennie
natomiast tu, na tej świętej górze, i tam i tu białe szaty
Zbawiciela, twarz promienna jak słońce. l tam i tu radość uczniów
bez granic, po prostu nie z tej ziemi. Nikogo z nas już nie dziwi
Piotrowe „dobrze nam tu być” (Łk 9, 33). Obyśmy
wszyscy doczekali się kiedyś, już na innej górze,
urzeczywistnienia tych słów !...
Nabożeństwo skończyło się błagalnym „Boże, coś Polskę”.
Ileż to razy śpiewali ten hymn również na tym miejscu nasi żołnierze
podczas ostatniej wojny. Całość ceremonii musiała wywrzeć
wielkie wrażenie nie tylko na uczestnikach, ale też na obcych,
albowiem przychodzili do zakrystii i gratulowali, stawiali pytania,
składali życzenia wielkanocne. Nasi poligloci musieli się dwoić
i troić. Amerykanie i Kanadyjczycy nawet sądzili, że przybywamy
prosto z Kraju. Daj Boże, żeby to było możliwe!
Dzień jest przecudny. Słońce, woń drzew i kwiatów, śpiew
ptasząt. Zwiedzamy zabytki. Ojciec franciszkanin, rodem ze Słowacji,
zastępuje nam na chwilę naszego wiernego przewodnika. Łatwo
spostrzec jak bardzo kocha to miejsce, gdzie przebywa od wielu lat.
Objaśnia spokojnie, odpowiada na pytania, czasem milczy w zadumie.
To tutaj kapłan Melchizedek złożył w obecności patriarchy
Abrahama ofiarę prawdziwemu Bogu z chleba i wina (Rdz 14, 18), co
symbolizowało już ofiarę nowotestamentową Chrystusa (Hbr 7). U
podnóża tejże góry walczyły plemiona Izraela o ziemię Kanaan,
zagrzewane apelem prorokini Debory (Sdz 4, 1-16). Tutaj również
gniewem zapalony prorok Ozeasz zniszczył ołtarze fałszywych bogów
(Oz 5).
Potem skromny ale jakże wymowny zakonnik począł nas oprowadzać
po ruinach. O wszystkim umiał opowiedzieć jakąś ciekawą
historię. Któżby z nas przypuszczał, że za czasów Wojny
Judzkiej (l wiek) stał na skraju platformy silny mur, który bronił
nagromadzoną tu ludność przed atakami Rzymian. To samo uczynili
w dziesięć wieków później krzyżowcy, żeby odpierać podstępne
wypady Arabów (XI wiek). Ci jednak, po zajęciu i twierdzy, usunęli
na wiele lat; wszelkie ślady kultu chrześcijańskiego. Dopiero w
1631 osiedlili się tutaj franciszkanie, których staraniem powstała
też obecna bazylika.
Stajemy na samej krawędzi północnego podmurowania. Pod nami
przepaść. Oczyma gonimy palec naszego przewodnika. Tam daleko, za
szczytem Mejronu, u którego stóp leży ciekawe miasto artystów i
„kabały” – Safad, wśród porannych mgieł kryje
się potężny i śniegiem pokryty Hermon, skąd wypływają źródła
Jordanu. Poprzez fałdę terenową przebłyskiwa skrawek tafli
jeziora Genezaret, nad którym dominują nagie wzgórza Golanu.
Zwracamy oczy ku południowi: przed nami, zaledwie przedzielone
doliną Ezdrelonu, pasmo Giboa upamiętnione dziejami patriarchów,
sędziów i długoletnimi walkami z Filistynami, żeby osobno nie mówić
o strasznych zmaganiach wojsk egipskich, rzymskich i arabskich na
przestrzeni pięciu tysięcy lat. A nawet już bliżej nas, bo na
początku ubiegłego stulecia, szedł tędy Napoleon, żeby
zniszczyć państwo otomańskie. Kto „siedzi” na
Taborze, dzierży klucz bogatej Galilei, co nawet wykazała
ostatnia sześciodniowa wojna między Izraelem i Jordanią.
Kupujemy pamiątki. Tu i tam ktoś „skubnie” kwiatek
czy wonny listek. Tacy już są ludzie, szczególnie niewiasty.
Powoli zjeżdżamy niebezpieczną serpentyną. Lecz myślą wracam
raz jeszcze do kaplicy Eliasza proroka. Rzadko kto zauważył tam
dwumetrowy dość ciężki krzyż.
Przywlókł go aż na tę górę jakiś pokutnik z Europy, mężczyzna
w sile wieku. Czyż nie on najlepiej zrozumiał tajemniczą wymowę
sceny Przemienia: że przez krzyż dochodzi się do wewnętrznej
przemiany i ostatecznego zmartwychwstania!
Dom w kibucu
Podczas naszej pielgrzymki nie tylko interesowały
nas święte miejsca, ruiny starożytności, cudne widoki
Palestyny, pozytywne osiągnięcia Izraela, może daleko bardziej
dawni i dzisiejsi mieszkańcy tej Ziemi, która dla nikogo nie jest
obojętna. Wszak Syn Boży zstąpił na ziemię dla nas ludzi...
Dla wszystkich, bez względu na rasę, mowę czy przynależność
państwową. Dlatego też nie ominęliśmy żadnej okazji, żeby
nawiązać bezpośredni kontakt z mieszkańcami Ziemi Świętej.
Co ich najbardziej różni i wyróżnia, to przynależność państwowa
i wyznaniowa. Jest ona przyczyną częstych niesnasek, nawet
zbrojnych utarczek między dwiema istotnymi grupami społecznymi,
jakimi są Żydzi i Arabowie. Ci stanowią dziś około 1/5 ludności
państwa Izraela.
Większość z nich mieszka na wsi zajmując się rolnictwem.
Przeszło 70% Arabów wyznaje islamizm, ciesząc się zresztą zupełną
wolnością religijną. Niektóre miasta mają ludność prawie wyłącznie
arabską, na przykład Nazaret i Faram w Galilei, inne mieszaną,
jak Ramala czy nawet Hajfa, gdzie Arabowie zajmują się kupiectwem
i rzemiosłem. Ale w tej chwili interesuje nas praca Żydów na
roli.
Dziś jeszcze trudno nam wytłumaczyć powstanie zbiorowych
gospodarstw rolnych zwanych powszechnie kibucami. Nazwa już osławiona.
Dla jednych utożsamia się z kołchozem, dla innych z placówką
wojskową albo nawet z żydowską oazą kolonizacyjną. Zdarza się,
że ma coś z każdego, w istocie swojej jest jednak czymś odrębnym,
swoistą żydowską instytucją społeczną, o celach głęboko
przemyślanych i systematycznie realizowanych. Chodzi mianowicie o
zgrupowanie ludzi – „kibuc” znaczy „grupa,
zespół” – którzy dobrowolnie się zrzeszyli, żeby
wspólnie pracować dla osiągnięcia konkretnego celu na polu
ekonomiczno-kulturalnym. Są bowiem kibuce o rozlicznym
charakterze: rolniczym, rzemieślniczym, przemysłowym czy też
mieszanym; i o różnych formach organizacyjnych, zawsze jednak o
podłożu demokratycznym. Prawo równości człowieka można uważać
za bazę wspólnoty. Dotyczy ono rodzaju pracy, mieszkania, wyżywienia,
rozrywek, nawet wychowania dzieci, zawsze z uwzględnieniem zdolności
i możliwości poszczególnych członków kibucu. Nie da się
zaprzeczyć, że wszystkim przyświeca wysoki ideał patriotyczny,
na czym oczywiście korzysta produkcja i potencjał ekonomiczny państwa.
Sam fakt, że wszyscy zgadzają się na wspólnotę dóbr
materialnych i kulturalnych mówi za siebie, mimo różnicy
pochodzenia społecznego, wykształcenia i przekonań religijnych.
Warto wreszcie przypomnieć, że pierwszy kibuc Degania, leżący
na północ od Jeziora Tyberiadzkiego, powstał już w 1909 roku, a
więc 8 lat przed wybuchem rewolucji październikowej w Rosji, która
wprowadziła obowiązkowy system kolektywów w postaci kołchozów
itd. Wracając z Taboru i zbliżając się do Afuli, skręcamy
naraz w szczere pole. Przed nami, skryte za gęstwą drzew,
zabudowania gospodarskie. Każdy pojmie, z jakim zaciekawieniem i
natarczywością stawiamy pytania, na które nasz przewodnik nie
zawsze umiał nam odpowiedzieć. Wiedzieliśmy już, że produkcja
rolna Izraela pokrywa 3/4 potrzeb kraju i że część płodów,
szczególnie owoce i jarzyny, wysyła się za granicę. Jest to osiągnięcie
na miarę tytana, jeśli zważymy, że Żydzi przez całe wieki nie
zajmowali się pracą na roli, że bezdrzewny kraj był prawie nagą
pustynią, że taki czy inny okupant systematycznie niszczył
wszystko, żeby uniemożliwić pozostałym potomkom Izraela pobyt w
ziemi ojców. Pan Nelkin zwrócił nam jednak uwagę na fakt, że
,,Ziemia obiecana” była ongiś nie tylko krajem żyznym i
dobrze uprawionym – Biblia mówi ,,mlekiem i miodem płynąca”
– ale też szczególnie pielęgnowaną, gdyż sam Jahwe miał
w wielkim poważaniu żyzność gleby, która pozwalała Wybranemu
Ludowi z niej dostatnio żyć i składać w ofierze pierwociny
Najwyższemu. Zresztą studium ekonomii Izraela – zauważył
pan Miron – zasługuje na szczególną uwagę każdego, kto
znał Palestynę dawniej i dziś.
Nasz kibuc o charakterze rolniczo-hodowlanym nosi nazwę Daverath,
co po polsku znaczy ,,pszczoła”, jest bowiem znany ze swych
bardzo pozytywnych osiągnięć. W porównaniu do innych kibuców,
liczących nawet do 2000 ludzi, jest niewielki: na 300 mieszkańców
tylko 150 ludzi pracuje, stanowiąc aktywną część społeczności.
Swoje bardzo pozytywne wyniki zawdzięcza w lwiej części przedsiębiorczości
samych pracowników jak też inicjatywie bardzo dynamicznego zarządu.
W myśl Biblii ziemia należy zasadniczo do Boga, państwo zaś
jest tylko jej zarządcą i każdy Żyd ma prawo korzystać z jej płodów.
Ta religijna zasada rozwiązuje w części problem agrarny, który
i tutaj jest aktualny. Rząd bardzo realnie podchodzi do nakazu:
,,czyńcie sobie ziemię poddaną”, wyrywając pustyni coraz
to nowe połacie. I ten fakt ma swoje znaczenie nie tylko w kształtowaniu
psychiki ludności żydowskiej, ale też w posunięciach państwa
na polu polityki agrarnej, w której system kibuców odgrywał i
nadal będzie odgrywał zasadniczą rolę. Oczywiście musi się z
tym liczyć polityka Izraela, która nie łatwo odstąpi od
zdobytych granic. Stajemy na podwórzu. Rozglądamy się. Po prawej
chlewy, po lewej – kuźnia i warsztaty, w głębi dom wspólnoty
z werandą, jeszcze dalej – zieleń i barwne kwiaty. Cisza
naszej niedzieli, choć wszyscy są przy pracy.
Ktoś z zarządu fermy, w tej chwili mniej zajęty, będzie nam służył
jako przewodnik. Ubrany jak zwyczajny robotnik rolny, odpowiada na
nasze pytania w kilku językach. Najpierw prowadzi naszą grupę do
„domu gminnego”, który stanowi jakby serce całego
kibucu. Nowoczesna jadalnia ma wygląd restauracji. Na ścianach
obrazy, w wazonach świeże kwiaty, w rogu fortepian i różne
instrumenty muzyczne. Albowiem sala służy również spotkaniom
towarzyskim, zabawom i imprezom kulturalno-artystycznym. Wszędzie
schludnie, jasno, wesoło. Ale bez rażącego luksusu. Wychodzimy
na werandę okalającą cały dom. Zaglądamy nawet do kuchni,
gdzie właśnie przygotowują obiad. Urządzenia nowoczesne.
Personel w białych fartuchach. Kwieciem obsypane drzewa zaglądają
ciekawie do okien. Naprawdę całość nie wygląda na gospodarski
dom, a jednak...
Nasz gościnny gospodarz prowadzi nas przez park. Ścieżki wykładane
cementem, żeby nie brudzić sobie bucików podczas deszczu. Tu i
tam podziemia: pozostałość schronów dla mieszkańców na
wypadek wojny. Bo trzeba pamiętać, że większość kibuców
przez długi czas odgrywała również rolę strażnic granicznych.
Zwiedzamy „królestwo dzieci”. Chodzi a „żłóbki
dziecięce”, prowadzone przez wykwalifikowane pielęgniarki;
potem o domy dorastającej młodzieży, gdzie nie ma dosłownie
czasu na próżnowanie. Dzieci pobierają pierwszą naukę na
miejscu, ucząc się od maleńkości kilku języków, zawsze według
najnowocześniejszych metod. Osiągnięcia są bardzo pozytywne.
Dorastająca młodzież dojeżdża do najbliższego gimnazjum względnie
technicum, zależnie od zdolności i upodobania. Od
osiemnastego roku życia obowiązkowa dla wszystkich służba
wojskowa: dla chłopców 4 lata, dla dziewcząt dwa. Jest to również
okres formacji społeczno-patriotycznej, niekiedy
kulturalno-zawodowej, o ile kandydat okazuje pewne braki pod tym
względem. Dopiero po służbie wojskowej następują studia wyższe,
stojące zresztą na bardzo wysokim poziomie. Wtedy też dopiero
wolno młodym założyć rodzinę. Całość systemu wychowawczego
jest tak opracowana, że nie ma po prostu czasu na nieróbstwo i wałęsanie
się młodych na ulicy.
Podnosimy jednak sporo zastrzeżeń na temat kolektywistycznego
systemu życia i wychowania rodzinnego. Wprawdzie o godzinie
16-tej, a więc po dziennej pracy cała rodzina może się spotkać
– to samo dotyczy świąt – niemniej poszczególni jego
członkowie mieszkają osobno. A przecież wieczór jest szczególnie
podatny do pielęgnowania życia rodzinnego. Nie trzeba się przeto
dziwić, że w dobie obecnej ma większe wzięcie inny system
gospodarstw kolektywnych – moshav aovdim – gdzie
poszczególne rodziny mają własny dom, uprawiają pełne życie
rodzinne, posiadają nawet swój kawałek roli, dzieląc się
jednak narzędziami pracy i zarobkiem ze sprzedaży plonów. W
naszym bowiem kibucu nikt nie otrzymuje zapłaty za pracę –
a pracuje każdy zdolny do roboty – nie ma też pensji starości,
ani indywidualnych świadczeń społecznych, albowiem o wszystkie
potrzeby ducha i ciała dba wspólnota.
Z części mieszkaniowej, gdzie nie brak sal klubowych,
przechodzimy na tereny sportowe. Co za urządzenia; korty, boiska,
pływalnia, różne gry – wszystko w obrębie parku starannie
pielęgnowanego.
Na koniec udajemy się na gospodarstwo. Dużo narzędzi rolniczych.
Wszystko zmechanizowane. Nic tu się nie niszczy, nawet skórki
pomarańcz są używane jako pasza dla krów. Te ostatnie są jakby
„specjalizacją” tutejszej fermy. Mleczne krowy, krzyżówka
najlepszych ras w świecie, nigdy nie wychodzą na łąkę. Przeciętna
wydajność mleka: 6000 litrów na rok, co czyni 20 dziennie, czyli
dwa litry więcej aniżeli dają krowy holenderskie, uważane za
najlepsze w świecie. Hodowla pod każdym względem i wzorowa i
nadzwyczaj racjonalna. Izrael nie może sobie pozwolić na
jakiekolwiek marnotrawstwo swego mienia narodowego.
Opuszczając to ciekawe dla nas kolektywne gospodarstwo rolne
kupujemy jeszcze w kiosku kibuca różne produkty, których ceny są
stosunkowo niskie, nie ma tu bowiem litanii pośredników między
producentem a klientem, jak to bywa w naszej zachłannej na pieniądze
Europie. Jakość miejscowych towarów jest gwarantowana. Wyroby żywnościowe
bardzo smaczne, zawsze czysto opakowane. Bardzo mało napojów
alkoholowych. Zresztą nigdzie nie widzieliśmy pijanego Żyda.
Już w autobusie, który wiózł nas znowu do Nazaretu, dzielimy się
spostrzeżeniami i uwagami. Może nie wszystkie przypadły do gustu
naszemu przewodnikowi. Dla całości obrazu na temat kibuców warto
jeszcze dodać, że istnieje w Izraelu jeszcze trzeci rodzaj wspólnot
produkcji, tak zwane stanice „młodych bohaterów”.
Noszą one charakter czysto wojskowy i zasadniczo trzymają straż
na rubieżach państwa, pilnując tak całości granic, jak też
bezpieczeństwa ludności przygranicznej; równocześnie oddają się
pracy fizycznej i kulturalno-społecznej na korzyść uwstecznionej
ludności tubylczej, najczęściej arabskiej, beduińskiej czy
druzińskiej.
Alojzy MISIAK SAC
Ks. Alojzy Misiak SAC (1914-2004). Urodził się
we wsi Rzadkowo. święcenia przyjął w 1943 roku. W Regii Miłosierdzia
Bożego, pełnił wiele funkcji, między innymi był: wychowawcą,
mistrzem nowicjatu, profesorem, dyrektorem szkoły, Przełożonym
Regionalnym, rekolekcjonistą, ojcem duchownym, wielkim czcicielem,
propagatorem i świadkiem Bożego Miłosierdzia, wicepostulatorem w
procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym siostry Faustyny. Relacja
z pielgrzymi do Ziemi świętej ukazywała się w kolejnych
numerach „Naszej Rodziny“ – 11 (314) 1970, s.
16-17; 12 (315) 1970, s. 10-11; 1 (316) 1971, s. 16-17; 2 (317)
1971, s. 16-17; 3 (318) 1971, s. 18-19, 21; 4 (319) 1971, s. 18-19,
23; 5 (320) 1971, s. 14-15, 22.
|

Na zdjęciu:
Jedna z ulic
Nazaretu
(lata sześćdziesiąte
XX wieku)
Fot. Archiwum "NR"
|