Śladami Zbawiciela (3)

Jezioro Jezusa

Na najbliższym skrzyżowaniu dróg skręcamy w prawo. Przewodnik chce nam pokazać nowe osiedle rolnicze i podziemną stację pomp, które czerpią wodę z Jeziora Genezaret i rozprowadzają ją na cały kraj. Nowoczesna maszyneria znajduje się głęboko pod ziemią, na zachodnim stoku wzgórza, żeby Syryjczycy nie mogli ostrzeliwać stacji, będącej jakby ,,sercem” sztucznej sieci wodnej, bez której Izrael nie byłby dziś tym, czym jest. Sławny polski biblista, ks. dr Eugeniusz Dąbrowski mówi w opisie Palestyny: „Ziemia Święta uboga jest w wodę i dlatego woda jest tu prawie synonimem bogactwa. Przy minimalnej uprawie ziemia da tu nawet stokrotny plon, pod jednym warunkiem, że nie zabraknie jej wody”. Zrozumiało to państwo Izraela i dlatego jak oka w głowie strzeże swych arterii wodnych, dzięki którym dawny pustynny kraj przemienia się powoli w żyzny ogród. 
Nadbrzeżne wzgórza zasłaniają nam widok na jezioro. Dopiero blisko osiedla Kinneret skręcamy w lewo. Szosa opada stromymi serpentynami. Trzeba bowiem pamiętać, że samo jezioro leży 208 m poniżej poziomu morza.
Autobus zatrzymuje się na punkcie poziomowym zero, skąd roztacza się cudny widok na spokojną taflę ogromnej masy wód, ściśniętych zewsząd pasem wzgórz i gór. „Jezioro Genezaret należy do jezior średniej wielkości – pisze dalej ks. Dąbrowski. – Długość jego wynosi 21 km a szerokość około 11 km. W księgach świętych jezioro to dość często nosi nazwę «morza». Nazywano je morzem nie tyle ze względu na wielkość, która nie jest znaczna, ile na jego burzliwość i niebezpieczeństwo żeglugi”. Dodać tu wypada, że w Ewangeliach jezioro posiada aż cztery nazwy. Św. Mateusz nazywa je „morzem”, prawdopodobnie ze względu na jego znaczenie w ekonomii Ziemi Świętej. Św. Jan mieni je „Jeziorem Tyberiadzkim” ze względu na ważność ówczesnej stolicy Galilei – miasta Tyberiady. Żydzi nazywali je „Jeziorem Genezareth” od żyzności okalającej je doliny. Najbardziej jednak uzasadniona jest nazwa „Kinnereth”, albowiem jezioro rzeczywiście posiada kształt harfy. 
Wzrok nasz biegnie dalej ku wschodowi, ku białym a stromym zboczom wyżyny Hagolanu, należącej już do Syrii, ale okupowanej na pasie 25 km przez wojska Izraela – niby dla bezpieczeństwa mieszkańców kibuców, które rozłożyły się po tamtej stronie jeziora. Syryjczycy nie dawali im chwili spokoju. Nieco po prawej, już za Jordanem, ciągną się nagie Góry Golanu. Koryto teraz wyschniętego Wadi-Jarmuka stanowi granicę między Jordanią i Izraelem. Jakże blisko jesteśmy od miejsca prawie że codziennych napadów i utarczek granicznych. 
Bliżej nas, prawie u stóp, zielony klin uprawionych pól, kwitnących ogrodów, zielonych gajów, między którymi przezierają czerwone dachy miasteczka Deganya (Doganath), leżącego tuż przy Jordanie, który tu wypływa z jeziora. Miasteczko żyjące podobno w ciągłym pogotowiu wojennym. Dziś tu zupełna cisza. Przejeżdżamy most na Jordanie. Rzeka święta! Ileż razy jej brzegami szedł Chrystus drogą na Jerycho do Jerozolimy! Patrzał na jej bystre wody, kąpał w niej swe zakurzone ciało, odpoczywał w cieniu gęstego podszycia. Dziś jest ona niestety kamieniem obrazy aż trzech skłóconych ze sobą krajów: Izraela, Syrii i Jordanii. A przecież od jej wód zależy życie i dobrobyt milionów istnień ludzkich. 
Chwila postoju. Zbiegamy na brzeg rzeki. Myjemy twarz, ręce, nawet nogi. Zresztą w jej bystrych nurtach nawet kąpie się kilku turystów. „Być tutaj raz w życiu i nie wykąpać się w rzece Jezusa!” – odzywa się jakiś Grek, turysta czy pielgrzym. Rozdają nam flaszeczki, by nabrać trochę wody. Na szczęście zaopatrzyłem się w Nazarecie w dość dużą butelkę: starczy dla wielu, a tylu prosiło o wodę z Jordanu. 
Nie możemy objeżdżać jeziora. Całe wschodnie nadbrzeże jest terenem wojskowym. Żegnamy więc Jordan i zachodnim brzegiem jeziora jedziemy powoli ku Tyberiadzie. Przy wspaniałej szosie nowe wille, bogato utrzymane ogrody, żyzne pola. Jeśli Galilea jest rajem Palestyny, to dolina Jeziora Tyberiadzkiego jest z pewnością rajem Galilei. Co chwilę spotykamy gaje oliwkowe, ogrody pomarańcz i cytryn, a na wschodnim wybrzeżu mają nawet róść krzewy bananowe. Stoki wzgórz opadające ku jezioru są pokryte winnicami, gdzie się produkuje słodkie wino galilejskie. Barwne kobierce kwiatów rosnących wzdłuż szosy – cieszą nasze oczy. 
Ze względu na piękno krajobrazu i na bogactwo tutejszej gleby, nie trzeba się dziwić, że cały kraj był ongiś gęsto zaludniony. Kwitnące miasta i wioski rozsiadły się po obu stronach jeziora. Ostała się tylko Tyberiada. Z Magdali, Kafarnaum, Betsaidy, Gerazy, Cezarei, Gamali i Hipposu pozostało nie wiele. Przetrwała jednak nauka Mistrza, który właśnie tę krainę uczynił ośrodkiem swej działalności apostolskiej. Tu zdziałał największe i najliczniejsze cuda, tutaj powołał większość Apostołów, tutaj kładł podwaliny pod przyszły Kościół. Nieledwie każda piędź ziemi jest uświęcona jego stopami. I kiedy pójdziemy jego śladami, wówczas odżyją w nas sceny ewangeliczne, może znane z katechizmu i studiów teologicznych, ale dotychczas jakoś dalekie i obce; odtąd staną się bardziej rodzime, drogie, dziwnie bliskie.
Daleko na północ ciągnie się spokojna tafla jeziora. Powiedziałem – Jego jeziora. Siedząc w łodzi Piotra mówił rzeszom o Królestwie Niebieskim (Mt 13). Rządcami tego Królestwa, szafarzami boskich darów uczynił nie ludzi uczonych, ale prostych rybaków, którym nie obcy był upał dnia i trud nocy (Mat. 4, 18 ; 9, 9). Ileż cudów dla nich samych dokonał, żeby uzdrowić ich niewiarę (Łk 5, 4; Mt 17, 24; J 21, 6; Mk 4, 35).
Tu i tam rybacy naprawiali sieci, jak za czasów Chrystusa. Dobrze zbudowani mężczyźni. Smagłe twarze opalone słońcem. Ludzie oswojeni z niebezpieczeństwem. Ze względu na nagłą zmianę ciśnienia atmosferycznego, nagłe burze nie są tu rzadkością, jak zresztą częste zmiany pogody. Ewangelie wspominają o nawałnicach (Mk 4, 37), o przeciwnych wiatrach (Mt 14, 2), o licznych i obfitych połowach ryb (Mk 1, 16; Łk 5, 1-11; Jan 21, 1-14). Dziś jeszcze jezioro słynie z bogactwa ryb i nie ma chyba turysty, który by nie skosztował smacznej „ryby św. Piotra”. 
Jest faktem, że Chrystus omijał Tyberiadę ze względu na jej pogańskich mieszkańców. Miasto zbudował Herod Antypas na ruinach żydowskiej miejscowości Rekkat (Joz 19, 35), nadając mu imię „Tyberias” na cześć cesarza Tyberiusza. Już w starożytności było znane ze swych źródeł leczniczych. Po zburzeniu Jerozolimy (70 rok), osiedlili się tutaj uczeni rabini, którym teologia mozaimu zawdzięcza sławne komentarze Biblii: Talmud i Miszna. Kościół św. Piotra pochodzi prawdopodobnie z czasów krzyżowców, którzy otoczyli miasto wysokim murem. Stoi przed nim piękny pomnik poległych Polaków z ryngrafem Częstochowskiej Pani w środku. 
Ale spieszno nam do portu, gdzie już czeka stateczek, by nas przewieźć do Kafarnaum, „miasta Jezusa”.

Kafarnaum

Port w Tyberiadzie – bardzo ożywiony. Widać turystów z całego świata. Twarze kolorowe, stroje pstrokate, mowa różnojęzyczna. To wszystko na tle lazurowej tafli jeziora, w którym odbija się jasne, jakby uśmiechnięte przedpołudniowe słońce. 
Statek za statkiem odbija od brzegu: jedne na przejażdżkę po spokojnym w tej chwili jeziorze, inne do nadbrzeżnych osiedli. Jesteśmy na szarym końcu. Wsiadamy do zwyczajnego kutra, rodzaju łodzi motorowej. Jest bez masztu i żagli i może pomieścić do 40 osób. Wygląda dosyć mizernie. Na podobnych łodziach – oczywiście bez motoru – przemierzał boski Mistrz „Morze Galilejskie”, żeby się przeprawić na drugi brzeg. Zdaje się on być bardzo bliski, a tymczasem jest oddalony o przeszło 10 kilometrów.
Wypływamy na głębię. Z północy zawiał dość zimny wiatr. Rozpryskujące się fale obryzgały siedzących na rufie. Chowamy się pod płócienny dach, bo nagły rzęsisty deszcz siekł nas z boku po twarzy. Co za kaprys pogody. Łódź mocno się chwieje. Ksiądz Stawarski rzuca myśl odmówienia różańca. Poszczególni pielgrzymi podsuwają intencje, księża komentują tajemnice. Słychać rytmiczny szept pacierzy, szum fal i cichnący szmer oddalającego się deszczu. Kończymy litanię, kiedy rozpromienione słońce wychyla się na nowo zza chmur. Powędrowały na wyżyny Hagolanu odsłaniając błękit galilejskiego nieba.
Nasz kuter przybija do północnego brzegu jeziora. Ani śladu ongiś wspaniałego portu. Oto nędzna przystań rybacka. Prymitywny mostek z podziurawionymi deskami służy za molo: Wszędzie kamienie, o które rozpryskują się krótkie a szybkie fale wzburzonej jeszcze wody. Wita nas zaciszny gaj i śpiew ptaków. Jesteśmy w Kafarnaum. 
Miasto to nazwano drugą ojczyzną Chrystusa, po prostu „miastem Jezusa”. Było wówczas bogatym osiedlem granicznym między Galileą i Galanem, na szlaku strategicznym i karawanowym prowadzącym z Egiptu do Syrii i Babilonii. Sławę swą zawdzięcza jednak Jezusowi z Nazaretu, który uczynił Kafarnaum ośrodkiem swej pracy apostolskiej. Sam Mistrz zatrzymywał się zazwyczaj w domu Piotra i Andrzeja, jakkolwiek ci apostołowie oraz Filip pochodzili z pobliskiej Betsaidy, już po drugiej stronie Jordanu, który wpływa tu do Jeziora Genezaret.
Nigdzie nie dokonał Chrystus tylu cudów co tutaj. To w tym mieście, według Ewangelii, uzdrowił opętanego (Mk 1, 23- 27), paralityka czyli sparaliżowanego (Mk 2, 1-12), niewiastę mającą krwotok (Mk 5, 25-34), wskrzesił córkę Jaira – zwierzchnika synagogi (Mk 5, 35-43) i uzdrowił wielu chorych. Wzrusza nas delikatność jego uczuć dla Piotra, którego teściowej przywrócił zdrowie: „I zbliżywszy się podniósł ją, ująwszy jej rękę, a natychmiast opuściła ją gorączka i usługiwała im” (Mk 1, 31). Nie patrzy na pochodzenie człowieka, jego poziom naukowy, opinie polityczne, przekonania i stan duchowy, albowiem „przyszedł głosząc ewangelię Królestwa Bożego” (Mk 1, 14). Kiedy więc ewangelista wspomina: „A gdy zapadł wieczór i zaszło już słońce, przynosili do niego wszystkich źle się mających... i uzdrowił wielu, których różne trapiły choroby i wyrzucił wielu czartów” (Mk 1, 32-34), to czujemy się zmuszeni zrozumieć o wiele szerzej treść nauki zbawienia. 
A jednak większość mieszkańców bogatego miasta nie uwierzyła w Jezusa. Nie zastosowała swego życia do Jego wskazań. Upomnienie Jego a nawet groźba pozostają jeszcze dziś aktualne: „Wtedy począł czynić wyrzuty miastom, w których stało się najwięcej cudów jego, że nie czyniły pokuty... A ty, Kafarnaum! Czyż się aż do niebios wywyższasz. Spadniesz aż do piekieł. Bo gdyby się były w Sodomie stały cuda, które się u ciebie działy, byłaby może ostała się aż po dziś dzień. Wszakże powiadam wam: lżej będzie ziemi sodomitów w dzień sądny niźli tobie” (Mat. 11, 20-24).
Sprawdziła się przepowiednia Chrystusa. Co dziś zostało z „Jego” miasta? Gruzy. Ruiny cytadeli, skrawki murów obronnych, podziemia chrześcijańskiej bazyliki i resztki sławnej synagogi. Z religijnym namaszczeniem stąpamy po bogatej mozaice bożnicy, którą bez przesady moglibyśmy nazwać „kościołem Jezusa”. Św. Łukasz podaje nam ciekawe wiadomości na ten temat. Setnik rzymski prosił Chrystusa o uzdrowienie jego sługi na odległość. Co za wiara ze strony bądź co bądź poganina, w dodatku urzędnika znienawidzonego okupanta. Sami Żydzi wstawiają się za proszącym: „Godzien jest, abyś mu to uczynił, miłuje bowiem naród nasz, sam nawet zbudował nam synagogę” (Łk 7, 4-5). Jezus uzdrowił sługę. I po dziś dzień miliony warg powtarzają codziennie słowa wierzącego oficera rzymskiego: „Panie nie trudź się, bom nie jest godzien, abyś wszedł pod dach mój” (Łk 7, 6).
Ruiny synagogi stanowią prawdziwy skarb dla historyków i archeologów. Najnowsze badania wykazały, że resztki bożnicy, które podziwiamy pochodzą z II wieku po Chr. Zbudowano ją na fundamentach synagogi postawionej przez setnika, prawdopodobnie zburzonej przez trzęsienie ziemi. Uderza w niej bogactwo ornamentacji o charakterze kosmopolitycznym: gwiazda Dawidowa, kwiaty znad Nilu, kapitele greckiej sztuki, wpływy architektury rzymskiej. Trzeba zresztą pamiętać, że obok trójnawowej synagogi znajdowała się tu również szkoła dla synów bogatej gminy żydowskiej. Całość zabudowań była otoczona willami i ogrodami. Na ówczesne czasy – coś wspaniałego. Dziś – gruzy, po których stąpa obcojęzyczny turysta. 
Jak wspomniałem, tuż obok stał dom św. Piotra. Ulubione miejsce odpoczynku dla Jezusa. W cieniu rozłożystych drzew słuchamy objaśnień przewodnika. Obficie cytuje urywki z Ewangelii. Bywało, że Mistrz z Nazaretu miał pełne ręce roboty, bo „całe miasto zbierało się u drzwi” (Mk 1, 33). Możemy sobie uzmysłowić takie sceny. „Dom księcia apostołów Piotra został przemieniony na kościół” – pisze pielgrzym wczesnego Średniowiecza. „Ściany stoją jeszcze dzisiaj” – dorzuca autor. Niestety, została tylko posadzka i jakieś ciemne lochy, może pozostałości krypty. Badania są w toku. W każdym razie ze wzruszeniem słuchamy każdego słowa pana Mirona, który w barwny sposób maluje przed oczyma wyobraźni historyczno-społeczne tło pracy Chrystusa.
Tu i tam bloki potężnych murów, niewyraźna płaskorzeźba zgryziona przez czas, starte stopami marmurowe schody, rzucona w trawę głowa jakiegoś bożka – oto Kafarnaum dzisiaj. Jak wiadomo, w tutejszej synagodze zapowiedział Chrystus ustanowienie Eucharystii. Sporo uczniów wówczas go opuściło, nie mogąc znieść „twardej mowy” Mistrza. Zwróciwszy się do dwunastu zapytał: „Czy i wy odejść zamierzacie?” Wtedy Piotr, naoczny świadek nie tylko cudów ale też codziennego życia Jezusa, zdobył się na wspaniałą odpowiedź: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego. A myśmy uwierzyli i przekonali się, żeś ty jest Chrystus, Syn Boży” (J 6, 68-70). Pielgrzymka po ruinach Kafarnaum potwierdziła nam prawdę słów Piotrowych: tylko On, Chrystus, trwa na wieki. Reszta przeminie.

„Tyś jest Opoka”

Autobus czekał już na nas tuż przy ruinach synagogi. Jedziemy szeroką nadbrzeżną szosą ku zachodowi. Zostawiamy za sobą, już po tamtej stronie jeziora, ewangeliczną krainę Gerazeńczyków, upamiętnioną śmiercią wielkiego stada wieprzów, w które wstąpił legion czartów (Łk 8, 26-39), zaś po prawej, na stoku wzgórza, niewierne miasto Korozaim (Mt 11, 21), z którego pozostały też tylko gruzy. Raz jeszcze podziwiamy bogactwo kraju: na wzgórzach uprawne pola i zielone łąki, wzdłuż drogi ogrody i sady. 
Nic dziwnego, wszak znajdujemy się na obszarze ,,siedmiu źródeł”, El-Tabgha, nazwa będąca deformacją greckich słów hepta pegon. Miejsce cudu rozmnożenia chleba i ryb. „A wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby i wejrzawszy w niebo, błogosławił i łamał chleby i dawał uczniom swoim, aby przed nich kładli, a dwie ryby rozdzielił wszystkim. A było tych, którzy jedli, pięć tysięcy mężów” (Mk 6, 41-44).
Zabudowania klasztorne Ojców Franciszkanów otaczają ciekawą pobizantyńską bazylikę. Zachowały się prześliczne w swej wyrazistości mozaiki, pochodzące z IV wieku. Nieznani artyści zostawili potomności nie tylko sceny ewangeliczne, ale również okazy fauny i flory jeziora Genezaret i dorzecza Nilu, co świadczy wyraźnie o wpływach Egiptu na tutejsze krainy. Kupujemy pocztówkę przedstawiającą kosz z chlebami i dwiema rybami. Podobno bardzo cenny okaz historyczny.  
Od podwórza klasztoru schodzimy nad brzeg jeziora. Wokół roślinność. Tu i tam lustro kryształowej wody. Sam brzeg jest raczej skalisty. W 1934 roku postawili tutaj Franciszkanie skromną kaplicę, kryjącą pod swym dachem część skały, na której według tradycji miał stać zmartwychwstały Chrystus, kiedy powierzał Piotrowi prymat nad Kościołem. Św. Jan ewangelista, naoczny świadek wydarzenia, opisuje całą scenę w sposób bardzo realistyczny (r. 21).
Faktem jest, że ciepła woda źródeł oraz korzenie drzew dochodzące do samej wody jeziora są przynętą dla ryb. Nadto lekka wklęsłość wybrzeża stworzyła zaciszną zatokę, ulubione miejsce połowów dla tutejszych rybaków. Św. Jan wspomina, że „Jezus stanął na brzegu” (21, 4), jest więc rzeczą bardzo prawdopodobną, że – jak wiele razy przedtem – tak i teraz Apostołowie wyruszyli na połów ryb. Zmartwychwstały Pan, widząc ich zajętych na jeziorze, przygotował im w tym czasie strawę: ,,I gdy wyszli na brzeg, ujrzeli węgle nałożone, rybę na nich leżącą i chleb” (21, 9). Przedziwna delikatność serca Jezusowego! 
Wołają nas do wnętrza kaplicy. Stoi na litej skale wrzynającej się w jezioro. Wspaniałe miejsce na latarnię morską, ale ta jest tutaj niepotrzebna. Za drzwiami przyjmuje nas skromny braciszek, Słowak z pochodzenia. Daje obszerne wyjaśnienia. Kaplica nie ma posadzki. Za ołtarz służy chropowata skała – nazwana „stołem Chrystusa” (mensa Christi) – „podłubana” przez miliony pobożnych pielgrzymów i zachłannych turystów. Nasze myśli i wyobrażenia wracają w daleką przeszłość. Zdaje się nam, że patrzymy na onieśmielonego Piotra i na Chrystusa, wskazującego palcem na skałę. Wprawdzie opisana scena miała miejsce „w okolicy Cezarei Filipowej” (Mat. 16, 13), niemniej zdajemy się słyszeć wyraźny szept Mistrza: „A ja ci powiadam, że ty jesteś Opoką, a na tej Opoce zbuduję Kościół mój i bramy piekielne nie zwyciężą go” (Mt 16, 18). Jak wiadomo, warunki topograficzne wywierają ogromny wpływ na umysłowość człowieka, szczególnie na Wschodzie. Również i Piotr, oświecony później łaską Ducha Świętego, coraz lepiej pojmował jak straszną odpowiedzialnością obarczył go Mistrz, kiedy nazwał go „skałą” (petra) i zalecił paść baranki i owce (J 21, 15, 16, 17). Ileż razy siedział rybak Piotr nad brzegiem jeziora, patrząc na wzburzone fale łamiące się u podnóża skały-opoki! Ileż razy również oczy Piotrowe śledziły pasterzy, którzy prowadzili swe stada owiec na bujną zieleń łąk galilejskich! I wtedy Piotr-opoka zrozumiał o co chodziło Chrystusowi. Tak jak my, tu w tej skromnej kapliczce, staraliśmy się zgłębić słowa boskiego Mistrza: „tyś jest opoka”. Wpatrzeni w ołtarzowy blok skalny, lepiej rozumiemy proroctwo Chrystusa: „a bramy piekielne nie przemogą go”. I jakby balsam nadziei, nawet pewności napełnia nasze zatroskane serca, które nie mogą być obce temu wszystkiemu, co dzisiaj dzieje się w Kościele.
Idąc za przykładem następcy Piotra, papieża Pawła VI, który w styczniu 1964 roku klęczał na tym miejscu, również ze czcią całujemy zimną skałę, zabieramy na pamiątkę kilka kamyczków i odmawiamy wspólnie pacierze o światło, moc i pokrzepienie serca dla ojca chrześcijaństwa. Wychodzimy w skupieniu. Autobus wiezie nas na zbocze wzgórza ku bazylice „ośmiu błogosławieństw”. Zapatrzony mniej w bujną roślinność aniżeli we własne myśli, przypominam sobie może najstarszy opis tych właśnie pamiątek, opis zostawiony przez kobietę-pielgrzyma z dalekiej Francji w IV wieku. „Blisko Kafarnaum można oglądać wykute w skale stopnie, na których stał Zbawiciel. Obok, tuż przy brzegu morza (Galilejskiego), rozpościera się łąka pokryta trawą i palmami; wśród nich siedem źródeł, każde bardzo bogate w wodę. Na tej łące nakarmił Chrystus rzeszę pięciu chlebami i dwiema rybami. Skała na której Mistrz położył chleby została zamieniona na ołtarz. W pobliżu kościoła rozmnożenia chleba przechodzi szeroka droga, przy której Mateusz miał swoje telonium czyli biuro celne (por. Mat. 9, 9). Wreszcie niedaleko stamtąd, ale na wzgórzu, znajduje się grota, z której przemawiał Pan obwieszczając osiem błogosławieństw” (por. Mt 5. 1-12).
Pobożna Eteria, autorka pielgrzymki do Ziemi Świętej, miała doskonały zmysł obserwacyjny. W dodatku znała – rzecz rzadka u kobiet w tym czasie – zarówno Biblię, jak też nauki przyrodnicze. Rzeczywiście owe „osiem błogosławieństw”, jakby kodeks miłości Nowego Testamentu, wygłosił Jezus nad brzegami jeziora Genezaret. Powiada św. Mateusz, dawny celnik na międzynarodowym szlaku karawan, że „Jezus obchodził całą Galileę, nauczając w synagogach i głosząc ewangelię Królestwa, a uzdrawiając wszelką chorobę i wszelką niemoc między ludem” (4, 23). Wyobrażamy sobie rozgłos jego nauki i wrażenie jego cudów. Całe rzesze za nim ciągnęły, żeby go choć raz w życiu usłyszeć.
Oto stoimy na tarasie ośmiokątnej bazyliki „ośmiu błogosławieństw”, rodzaju wyskoku ziemi, podobnego do trybuny (12 m na 4,50 m), skąd roztacza się daleki widok na całe nadbrzeże jeziora. Między lustrzaną taflą wody i nami – zielona łąka. Ongiś z tego miejsca, jakby z kazalnicy przemawiał Mistrz, a oczy jego patrzyły na każdą twarz, przenikały na wskroś każde serce. Tamte oczy były jaśniejące, jak nasze; tamte serca niespokojne, jak serca ludzi dwudziestego wieku. „Błogosławieni cisi... pokój czyniący... miłosierni.. czystego serca...” (Mt 5, 1-12). Oto jeszcze dzisiaj aktualna odpowiedź na wszystkie nasze bolączki. 
Sjesta, przeto nie możemy zwiedzić ośmiokątnej bazyliki. Mimo pukania, nikt nie zjawił się przy furcie. Musimy się zadowolić oglądaniem kolorowej fotografii przedstawiającej Pawła VI w otoczeniu świty i zapatrzonego w cudny krajobraz Galilei. Tu – zieleń, bogactwo płodów rolnych, ogromne stada owiec, tam za jeziorem, na nagich Wzgórzach Golanu – kamień, piasek, pustynia. Ongiś kraina bardzo żyzna ze względu na swą wulkaniczną glebę użyźnioną ręką pracowitego człowieka. Dziś zaś – kraina sporów, nienawiści i wojny. Zaiste, dziwny jest człowiek – ośrodek dwóch zwalczających się sił: miłości i nienawiści, dobroci i złości? Ze smutkiem opuszczamy tę ziemię, w którą – jakby ziarno gorczyczne – wpadły słowa błogosławieństw Chrystusa. Oby, jak to maleńkie ziarno, wydały nareszcie plon stokrotny!

Przez grzeszną Magdalę

Wracamy do Tyberiady nadbrzeżną szosą przez żyzną dolinę Genezareth. Jest zaledwie 4 km szeroka i 6 km długa. Nazywają ją „ogrodem z niczym nieporównanej płodności”. Trzeba samemu zobaczyć te bujne pola i bogate ogrody, pełne różnorakich jarzyn, żeby w to uwierzyć. A jednak ten ,,spichlerz Galilei” jest krainą ongiś ogniem i mieczem zdobywaną przez dzielnego Jozuego na różnych ,,królikach” chananejskich (Joz 11, 2; 19, 35). Szumiące tu dziś łany zbóż są użyźnione potokami krwi tysięcy wojowników. Takie już są dzieje ludzkości.
Zostawiamy po prawej stronie znaną archeologom dolinę a raczej ,,kotlinkę słupów” (Wadi-el-Amud), pełną tajemniczych grot i głębokich czeluści. To tutaj znaleziono sławną czaszkę „człowieka Galilejskiego” (homo Galileus), pochodzącego z pierwszych czasów przedhistorycznych. Stąpamy więc po ziemi, którą zamieszkiwał człowiek przedpotopowy. Szkoda, że przeciętny pielgrzym o tym nie pamięta, zresztą nikt mu o tym nie mówi. Już raz wspomniałem, że każdą pielgrzymkę należy wszechstronnie przygotować, żeby pod każdym względem ją wykorzystać dla umysłu, serca i godziwego zadowolenia zmysłów. Taki już jest dzisiejszy człowiek.
Szeroka szosa oddala się od brzegu jeziora, które na chwilę niknie za gęstymi szuwarami. Ale wnet skręcamy na drogę wiodącą do Tyberiady. Pan Miron każe szoferowi zatrzymać się blisko kopulastej kapliczki. „Oto miejsce narodzenia Marii z Magdali. Historię jej zna chyba każdy człowiek”. Tak i nie. Bo biblijna historia tej niewiasty jest jakby skróconą historią każdego człowieka. Dlatego też warto bliżej zapoznać się z osiedlem, o którym świadczy biedna przydrożna kapliczka. 
Przede wszystkim nie należy utożsamiać dziejów Marii Magdaleny z jawnogrzesznicą, o której tak wzruszająco pisze św. Jan ewangelista (8, 1-11). Bo ta ostatnia scena odegrała się na jednym z dziedzińców świątyni w Jerozolimie. Tymczasem jesteśmy na zachodnim wybrzeżu jeziora Genezareth, w jego najszerszym miejscu. Historyczne badania wykazały, że należy utożsamić dzisiejszą Magdalę (Łk 8, 2) z Dalmanutą (Mk 8, 10), gdzie Chrystus zażarcie dyskutował z faryzeuszami oraz z miejscowością ,,Megedan” (Mt 15, 39), która z pewnością leżała nad brzegiem galilejskiego jeziora. Również jest faktem historycznym, że biblijna Magdala była dość pokaźnym miastem słynącym z handlu i idącym za nim dobrobytem. Nie trzeba się zbytnio dziwić, że właśnie w takim mieście o ludności kosmopolitycznej nie brakło niewiast lekkich obyczajów.
To jeszcze nie wszystko. Magdala była również ważnym punktem strategicznym. Jak sama nazwa wykazuje – Migdal znaczy „wieża obronna” – miasto stanowiło twierdzę tuż przy handlowo i strategicznie ważnej ,,drodze morskiej”, wiodącej z północy przez Kafarnaum, dalej wzdłuż wybrzeża jeziora, poprzez kotlinę „gołębi” (Hamam) i starożytne miasto Arbela (1 Mak 9, 2) ku zachodowi. 
Te dane historyczne, potwierdzone przez wykopaliska archeologów niemieckich, są też potwierdzone przez religijne księgi Żydów. I tak Talmud podaje, że Magdala była „dosyć znacznym miastem, sławnym ze swych przędzalni oraz handlu rybami i gołębiami na ofiarę”.
Powyższy szkic historyczno-biblijny daje nam dosyć szerokie pojęcie o miejscowości ewangelicznej, na którą wskazuje wyżej wzmiankowana biedna kapliczka. Nic dziwnego, że Chrystus tutaj często, jeśli nie przebywał, to przynajmniej tędy przechodził, bo idąc wzdłuż jeziora przechodzić musiał. Również zajeżdżał do rybackiego portu bogatego miasteczka. Oto znamienne a dość suche sprawozdanie Łukasza ewangelisty, ale też historyka i lekarza: „I stało się potem, że chodząc po miastach i osadach nauczał głosząc ewangelię o Królestwie Bożym. A było z nim dwunastu i pewne niewiasty, które był uleczył od duchów złych i niemocy: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedmiu czartów, Joanna, żona Chuzy, urzędnika Heroda, i Zuzanna oraz wiele innych, spieszących mu z pomocą majętnością swoją” (8, 1-3). Zdanie o przebogatej treści. Jest w nim mowa o niewiastach chorych fizycznie i moralnie – przez Chrystusa uzdrowionych – ale jest też wzmianka o ich bogactwie i sytuacji społecznej, co rzuca nowe światło na stosunek Zbawiciela do kobiet w ogóle a do pomocniczek ewangelicznych w szczególności. Dziś Kościół zdaje się z tego wyciągać odpowiednie wnioski.
Ile razy Jezus zawadził o grzeszne miasto Magdala, z pewnością jego wizyta przynosiła dla jego mieszkańców przeobfite błogosławieństwo. I to jest dla nas ważne. Wszak spotkanie z grzesznicą w rodzaju Marii uczyniło żałującą i skruszoną niewiastę pomocnicą w winnicy Pańskiej. Teraz lepiej rozumiemy powiedzenie naszego przewodnika: „historię jej zna chyba każdy człowiek”. Milczymy wszyscy, rozważając przedziwne drogi Boże. 
I znowu droga przybliża nas do brzegów jeziora. Oczy zwracają się ku łodziom tutejszych rybaków, którzy w małej zacisznej zatoce naprawiają sieci. Obraz znowu jakże biblijny, który przenosi nas w czasy Chrystusa. Rybacy galilejscy! Ci, którzy w trudzie nocy i znoju dnia zarabiali na codzienny chleb. Ale w tej chwili, może jeszcze pod wrażeniem Tabki, myślimy również o innego rodzaju rybakach, o łowcach dusz. „Pójdźcie za mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi” (Mt 4, 19). 
Zaiste, dziwne są drogi Boże! Trzeba było, żeby niemoc fizyczna i grzech przyprowadził niewiasty Magdali do Zbawiciela, jak też trzeba było ogromnego wysiłku rybaka, żeby przyszli apostołowie zrozumieli jaki trud czeka ich w winnicy Pana.
Wjeżdżamy do Tyberiady. Mijamy uśpiony w porze obiadowej port. Nawet promienne słońce położyło się na grzywach fal jeziora i urządza sobie codzienną sjestę. Tylko rybacy naprawiają potargane sieci. My natomiast rozsiadamy się w nadbrzeżnej restauracji. Być w Tyberiadzie i nie posmakować „ryby św. Piotra”, to byłby skandal. Wszyscy przyznali, że jest bardzo smaczna, ale chyba nie lepsza od innych ryb. Mężczyźni często gęsto podchodzili do baru, bo wiadomo, że „ryba musi pływać”. Ale i taka niewinna radość należy do całości pielgrzymki.
Wychodzimy na stosunkowo puste molo. Kolorowe umbrele (parasole) bronią nas od dokuczliwych promieni słońca. Inni odpoczywają w cieniu nielicznych drzew. Jeszcze inni idą na sam brzeg wody i płuczą czy chłodzą swe zmęczone nogi w lustrzanej tafli jeziora. Są nawet chętni do kąpieli, ale na tak świętym miejscu ,,chyba się nie godzi”. Wszyscy, błądząc oczami po pustej przestrzeni wodnej, dzielimy się spostrzeżeniami, wrażeniami, myślami, dalecy od gwaru szerokiego świata. 
Niechętnie, leniwie, reagujemy na wołanie pana Mirona, by wracać do autobusu. Jakoś trudno opuszczać jezioro tak ściśle związane z historią życia i nauki Jezusa. Sercem i zmysłami przylgnęliśmy do jego niebezpiecznych wód, do zielonych brzegów, do bogatych pamiątek sprzed tysięcy lat. Ten i ów przyrzeka sobie solennie, że jeszcze tu wróci, tylko na dłużej i może lepiej przygotowany na to, co tu zobaczyć i przeżyć można.

Ukryte perły Nazaretu

I znowu jesteśmy w rodzinnym mieście Jezusa. Zostaje jeszcze sporo pamiątek do zwiedzenia, ale ograniczymy się do najważniejszych i bodaj czy nie najmniej docenianych. Teraz dosłownie pójdziemy śladami stóp Zbawiciela, najpierw do źródła Maryi, gdzie tak często biegał po życiodajną wodę, która posłużyła mu potem jako przykład do tylu głębokich nauk; potem do „domku Józefa”, o którym tak dużo chcielibyśmy wiedzieć; wreszcie do synagogi-szkoły, gdzie „syn cieśli” „wzrastał w mądrości i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2, 52). Bo właśnie te czcigodne miejsca najwyraźniej świadczą o tym, jak bardzo Chrystus był nam podobny, jak dalece dzielił z nami wszystkie aktywności naszego ziemskiego bytowania, uświęcając tym samym każdą chwilę i każdą pracę. Jednych to gorszy, nas – cieszy niewymownie, albowiem w ten sposób stał się jednym z nas, mogąc nam współczuć, sam „będąc poddany słabości” (Hbr 5, 2).
Nasze pielgrzymowanie po starym mieście rozpoczynamy od greckiego kościoła, w którym znajduje się „Źródło Maryi”. W czasach biblijnych było ono jedyne dla maleńkiej osady, dziś korzystają z jego wody na przedkościelnym skwerze tak ludzie jak i zwierzęta. Samo źródełko leży nieco wyżej, tuż za kompleksem sanktuariów, dziś jednak skryte pod kopułą prawosławnej świątyni pilnie strzeżonej przez greckich mnichów. Mało nas interesują bogate podarunki carów rosyjskich: świeczniki, lampiony i ikony – rzecz nagminna w prawosławnych cerkwiach; idziemy wprost do ocembrowanej studzienki, kryjącej się pod lewą ścianą kościoła. Czerpiemy wodę: jest miękka i ciepława, mało smaczna. Sama cembrowina obszarpana, łańcuch trochę już zrudziały, czerpak snadź dawno nie czyszczony. Wrażenie nie bardzo dodatnie. A jednak ta biedna studzienka, jakże konieczna dla codziennego życia, głębiej przemawia do naszego serca i daleko więcej nam mówi o szarzyźnie życiowej Świętej Rodziny aniżeli przewspaniała nowoczesna bazylika wznosząca dumnie swoją majestatyczną kopułę nad skromną Grotą Zwiastowania.
Wracamy ku bazylice. Po prawej ratusz i wysoka wieża minaretu, po lewej gimnazjum żeńskie prowadzone przez Siostry Franciszkanki. Wchodzimy do pustej nawy kościoła pod wezwaniem „Józefa Żywiciela”. Obszerna prostokątna świątynia, bez specjalnego stylu. Jedynie ogromna mozaika czy malowidło nad ołtarzem nadaje jej pewny swoisty charakter, przedstawia bowiem stereotypowy obraz świętej Rodziny. To tutaj na przełomie ostatniego stulecia często przychodził o. Charles de Foucauld, założyciel „małych braci Jezusa”, który zamieszkiwał przez trzy lata w pustelni u Klarysek na drugim krańcu miasta, zanim rozpoczął swą trudną misję wśród Tuaregów pustyni Sahary.
Ale nie kościół, lecz „domek Józefa” był celem pielgrzymek przyszłego męczennika koczowniczych ludów afrykańskiej pustyni. Jego śladem zstępujemy po krętych, niewygodnych i mocno startych stopniach do tradycyjnego mieszkania św. Rodziny. Mieszkanie! Raczej surowy prymityw, przypominający skalne schronienie ludzi przedhistorycznych; a jednak wykopaliska wykazały, że właśnie w takich grotach mieszkali dawni ludzie Nazaretu, kiedy Jerozolima i Samaria stawiały już pałace. Tu natomiast mieszkał ludek pracy. Choć nie zawsze w nędzy, bo ojciec rodziny uczciwie zarabiał na codzienne życie. I tak też żył i pracował cieśla Józef. 
Za czasów panowania Islamu wejście do „domku” było zamurowane. Pielgrzymi mogli zaledwie rzucić okiem do wnętrza przez maleńkie zakratowane okienko. Teraz sączy się przezeń jasny promień słońca i pada na ubitą ziemię ciemnicy. Na całość podziemia składa się kilka nisz skalnych. W górze okrągły otwór służący zarówno jako okno i lufcik na powietrze. Po kilku dniach wędrówki po Palestynie bynajmniej nie „gorszy” nas takie skalne mieszkanie. Jeszcze dzisiaj sporo mieszkań jest po prostu dolepionych do otworu groty czy grot, które w najgłębszej swej części służyły jako wspólne sypialnie, bliżej zaś wejścia – jako kuchnia i mieszkanie oraz warsztat-kram. Nie inaczej wyglądało mieszkanko Józefa cieśli, który pracował u bogatszych współziomków, częściowo zaś w własnym warsztacie. A żona jego Myriam, piękna i zdrowa jak tutejsze niewiasty, gotowała skromną strawę, prała i szyła lub przędła, chodziła z dzbanem na głowie po wodę do źródła, ubrana w długą kolorową samodzianą suknię jak inne żony i matki. Rzeczywista matka Syna Bożego, to nie kobieta z kolorowego obrazu à la Murillo czy lirycznego Tycjana! 
I kiedy po wyjściu z Groty-mieszkania przeciskaliśmy się przez zawsze ruchliwy „suk” starej dzielnicy, której oblicze mało co się zmieniło od 2000 lat, jeszcze lepiej i wyraźniej jawił się przed naszą wyobraźnią prawdziwy obraz codziennego życia tych trojga osób, przecież tak drogich każdemu chrześcijańskiemu sercu. Bo i Jezus, razem z innymi chłopcami swego wieku – cała ich chmara bez przestanku nam towarzyszyła zachwalając i zalecając swoje wyjątkowe rzadkie towary – biegał każdego ranka do pobliskiej synagogi-szkoły, żeby uczyć się nie tylko mądrości Prawa i poznać zawiłe przepisy Tory, ale też nabyć znajomości praktycznych nie wyłączając nauki ogólnie używanych języków, jak łaciny i greki. Opatrzność przecież musiała go wszechstronnie przygotować do przyszłej misji.
Jeden jej epizod jest nam szczególnie bliski. Miał bowiem miejsce tu w synagodze, dziś pustej kaplicy, jakby przytulonej do równie skromnego kościółka grecko-katolickiego. Fundamenty bożnicy-szkoły sięgają czasów Chrystusa, dlatego też ze szczególną czcią wchodzimy do tej świętej pamiątki. 
Wchodzimy do wnętrza. Puste ściany, szare i bez ozdoby. W prezbiterium prosty kamienny ołtarz. Staję obok i zaczynam objaśniać... Tu, na lekkim wzniesieniu, siedział lub stał nauczyciel, chazan, często rabin i przełożony bożnicy w jednej osobie. Tam, na bitej ziemi, siadali w kuczki chłopcy zapatrzeni w surowe oblicze wszystkowiedzącego znawcy Prawa. Słuchali go chciwie, łakomi świętej wiedzy odziedziczonej od przodków. Między uczniami „wzrastający w lata” (Łk 2, 52) domniemany syn Józefa. Jak towarzysze, powtarzał słowa chazana, kiwał głową dla lepszego ich spamiętania, czasem stawiał pytania i nawet podsuwał trafne odpowiedzi (por. Łk 2, 46-47).
Mijają lata. Nie masz już Józefa. Jezus opuścił Nazaret, zapewniwszy byt ukochanej Matce. Gdzieś przepadł, może w dalekim świecie, za lepszym chlebem. Aż nagle rozeszła się wieść, że dał się ochrzcić przez Jana Pokutnika (Łk 3, 21-22), że czyni cuda, że tłumy go słuchają i idą za nim. Rzecz niebywała, a jednak prawdziwa: „I wrócił Jezus do Galilei, a wieść o nim rozeszła się po całej krainie. I nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich” (Łk 4, 14-15).
Nie trudno sobie wyobrazić dumę i radość Nazareńczyków, kiedy rozgłos tych dziwów doszedł do ich uszu. Był na języku wszystkich, był w sercu każdego, który go bliżej znał jako zwyczajnego „syna cieśli”. I oto zbliżał się, nauczając po osiedlach, do ojczystego miasta. Był właśnie dzień świąteczny. Ale oddajmy głos historykowi-ewangeliście: „I przybył (Jezus) do Nazaretu, gdzie się był wychował, a według zwyczaju swego wszedł w szabat do synagogi i powstał, aby czytać” (Łk 4, 16). Czytał teksty z Izajasza i Sofoniasza, które mówiły o czasach mesjanicznych, czyli o nim, bo sam to podkreślił: „Dzisiaj wypełniło się to Pismo w uszach waszych” (Łk 4, 21). 
Łatwo sobie przedstawić tę niezwykłą scenę. Wypełniona po brzegi synagoga. Prawie wszyscy obecni znają od dziecka tego, który na trybunie teraz czyta i przemawia. „Oczy wszystkich w synagodze były weń utkwione” – mówi św. Łukasz, który nie lubi się roztkliwiać. Ileż matek może zazdrościło Myriam takiego syna! Wielu nie mogło wprost pojąć, żeby Jezus tak szybko mógł się zmienić. A jednak mówił tak przekonująco, obrazowo, że „wszyscy mu przyświadczali i dziwili się wdziękowi słów płynących z ust jego” (w. 22). Zaprawdę, lepiej nie mógł być przyjęty przez swych współziomków. Całe Nazaret śpiewało mu hosanna!
I tu rozpoczyna się jego tragedia. Przyjęto go jako „syna cieśli Józefa” (w. 22), ale nie przyjęto jako Pomazańca czyli Mesjasza, który „głosił ewangelię ubogim, uzdrawiał skruszonych w sercu, więźniom zapowiadał uwolnienie, ślepym przejrzenie i uciśnionym wolność” (ww. 18-19). Wyraźne stwierdzenie, że w swej osobie urzeczywistnia czasy mesjańskie. I dlatego zaczęli weń wątpić, słowom nie wierzyć, wprost go odrzucać, bo „żaden prorok nie jest mile przyjęty w ojczyźnie swojej” (w. 23). I tak po hosanna następuje „ukrzyżuj go”.
Epilog zajścia był więcej niż smutny. „A słysząc to, wszyscy w synagodze zapałali gniewem. I powstali, i wyrzucili go poza miasto, i wywiedli go na szczyt góry, na której miasto ich było wzniesione, aby go strącić. A on przeszedłszy pośród nich, oddalił się” (Łk 4, 28-30). Na wzgórzu „Nebi San”, otoczona zielenią, stoi dziś kapliczka poświęcona „przestrachowi Matki Boskiej”. Wyobrażamy sobie ból jej serca, kiedy zobaczyła jak mieszkańcy Nazaretu – ileż wśród nich miała krewnych i przyjaciół – wiedli Jezusa na stracenie. Ileż matek naszych czasów drży o zdrowie duszy i ciała swoich dzieci!...
Umilkłem. Odmawiamy „Zdrowaś” w intencji wszystkich dzieci i młodzieży całego świata prosząc Mistrza z Nazaretu, żeby był dla nich Wzorem i Drogowskazem. 

Wielkanoc na Taborze

Jeszcze cisza panuje w ogromnym gmachu klasztornym, kiedy o brzasku świątecznego dnia idę pustym korytarzem do domowej kaplicy na ranne pacierze kapłańskie. Naraz tam w dole, nad uśpionym miastem, zabiły wszystkie dzwony zwiastując i przypominając wielki dzień Zmartwychwstałego. Wielkanocne dzwony! Rozumiem ich mosiężny śpiew, odczuwam radość rozbujałych serc, bo przecież głoszą chwałę tego, który był Dzieckiem tej ziemi i Obywatelem tego miasta. Kto by się nie szczycił takim synem! 
Kończyłem pacierze, kiedy ojciec Teodor przebiegał długie korytarze budząc zmęczonych pielgrzymów. Pobudka! O siódmej śniadanie. Potem zaraz w drogę. Na szczęście wczoraj wieczorem przygotowaliśmy nieco ceremonie i pieśni oraz omówiliśmy dokładnie program Wielkiej Niedzieli. Dziś – pierwszym naszym celem, to góra Tabor. 
l znowu jedziemy przez żyzną dolinę Ezdrelonu, żeby za Afulą – o tej porze już tętniącą życiem kupieckim – skręcić w lewo ku północno-wschodowi. Przed nami jawi się nagle, jeszcze spowita w rannych mgłach, święta góra Przemienienia Pańskiego. Tak niby bliska a jednak dziwnie daleka i zawsze tajemnicza, jakby przed przybyszem kryła jakoweś zaklęte tajemnice. Droga powietrzna z Nazaret na Tabor wynosi zaledwie 10 km, ale nasz autobus musi przemierzyć aż 35. Po prawej ciągnie się pasmo wzgórz Dżebel Dahi, zwane powszechnie Małym Hermonem. Ziemia i miejscowości bogate w wydarzenia biblijne. To przy wzgórzu More pobił wódz Gedeon z zaledwie 300 wojownikami królów Madianitów (Sdz 7). U stóp tegoż wzgórza leży wioska Solem odpowiadająca biblijnemu Sunam, skąd pochodziła Abiszag, troskliwa opiekunka starego Dawida (1 Kr 1, 1-4). Syn innej Sunamitki został uzdrowiony przez proroka Elizeusza (2 Kr 4).
Po obydwóch stronach świetnie utrzymanej szosy ciągną się uprawne pola. Wiemy już, że dolina jest spichlerzem Galilei. Pan Nelkin zwraca naszą uwagę na białe domki arabskiej wioski przytulonej do wzgórza Hamore. Jej nazwa Nein. Chodzi oczywiście o ewangeliczne Naim, za czasów Chrystusa pokaźne i bogate miasteczko, otoczone murami i basztami. Jezus spieszył wszędzie, gdzie go potrzebowano, pocieszając, przebaczając, uzdrawiając, przywracając nawet życie (Łk 7, 11-17). Wielka musiała być radość wdowy, kiedy Rabbi z Nazaretu wskrzesił jej syna: podporę i pociechę starości, jedyną ostoję rodu. Trzeba znać tutejsze stosunki, żeby to zrozumieć. Pamiątkowa kaplica przypomina jeszcze miejsce i fakt cudu Zbawiciela. 
Opuszczamy międzynarodowy i dziejowy szlak Megiddo-Tyberiada skręcają pod ostrym kątem do arabskiej wioski Deburieh (Deburi), leżącej już u podnóża Taboru. Mimo Wielkiej Niedzieli Arabowie pracują na polu. Dla nich jest to przecież zwyczajny dzień pracy. Niewiasty i dziewczęta oczyszczają zboże z chwastów. Strojem mało co różnią się od naszych wieśniaczek, nawet nie mają zasłon na głowie. Spod chusty zwisają warkocze. Ciekawe oczy szpiegują każdy nasz ruch.
Tuż za wioską autobus staje na wielkim placu. Przesiadamy do pojemnych taksówek, które zawiozą nas ostrymi i stromymi serpentynami aż na sam szczyt zakończony jakby płaską platformą. Tabor przedstawia się z oddali jak samotny kopulasty szczyt, podobny do kretowiska na ogrodowej grzędzie. Ma zaledwie 588 m wysokości, ale ze względu na swe wyjątkowe położenie w dolinie Ezdrelonu przysługuje mu słusznie nazwa „góry”. Świętej góry, Dżebel-el-Tur, jak mówią Arabowie. Podaje legenda, że sam najwyższy zbudował sobie tutaj ołtarz ofiary, do którego spieszą grzesznicy po przebaczenie. Rzeczywiście dawni pielgrzymi wspinali się na szczyt po 4340 stopniach, co trwało prawie godzinę. Dzisiejsza droga dla pojazdów datuje się od kilku zaledwie lat. Sam stok góry, na pewno ścięty przez ludzką rękę, jest płaski tworząc platformę o 400 na 1200 m. Całość jest otoczona niby murem drzew, szczególnie dębów, terebintów i cyprysów, okalających kościoły, zabudowania klasztorne i gospodarcze, poła i ogrody.
Wśród bogatej roślinności, która ciśnie się nawet do ruin starych budowli, kryje się zajazd-hotel Ojców Franciszkanów, stróżów sanktuarium. W głębi długiej alei wyłania się swą potężną i ciężką masą potężna fasada bazyliki Przemienienia Pańskiego. Całość w stylu romańsko-syryjskim nowego wydania (1924 rok). Po obu stronach dwie „przystawki”, również z kamienia, podobno resztki „przybytków” dla Mojżesza i Eliasza (Mk 9, 5), głównych przedstawicieli dziejów Objawienia. To wszystko jest jakby obramowane surowymi ruinami bizantyńskich i średniowiecznych budowli, żeby nie wspomnieć o resztkach dawniejszej twierdzy arabskiej. Widok naprawdę urzekający, l mimo woli ciśnie się na usta pytanie: kto i w jaki sposób przywlókł na ten samotny szczyt tak potężne bloki.
Ojciec przeor, uprzednio powiadomiony o naszym przybyciu, już na nas czeka i po serdecznym przywitaniu zaraz prowadzi do wnętrza bazyliki. Stajemy tuż za drzwiami, pełni niemego podziwu. Wnętrze jest puste. Elastyczne i nagie mury, wysokie sklepienie, tajemniczy półcień krypty, w głębi na mozaice – ewangeliczna scena przemienionego Jezusa. Cisza zupełna, tylko promienie rannego słońca igrają na skupionych postaciach Aniołów adorujących swego Boga i Pana. 
Nabożeństwo wielkanocne przy ołtarzu Przemienienia w krypcie rozpoczyna się ceremonią odnowienia przyrzeczeń chrztu świętego oraz przyrzeczeniem wierniejszej służby dla Boga. Słowa „odrzekamy się” a potem „wierzymy” odbijają się silnym echem o wysoki strop świątyni, której nawa wypełnia się powoli nowymi przybyszami. Zatrzymują się, jak my przed chwilą, i słuchają melodii śpiewu w obcej sobie, nieznanej mowie. Tymczasem rozwinęła się procesja, jak w kraju. Cała brać pielgrzymia z płonącymi świecami w ręku obchodzi kościół. Celebrans intonuje „Wesoły nam dzień dziś nastał” a ojciec Augostino przy organach nieśmiało podejmuje potężną melodię. Po chwili był już w swoim żywiole towarzysząc dalszym pieśniom. 
Nasz operator filmowy, pan Libera, pilnował taśmy, żeby nagrać całe nabożeństwo a jego żona nie wypuszczała z ręki aparatu, żeby uwiecznić te pamiętne sceny. Msza święta była rzeczywiście bardzo uroczysta: księża koncelebrowali w części po polsku, w części po łacinie ze względu na różnojęzyczność wiernych. Nie zabrakło nawet świątecznej homilii. Celebrans starał się naświetlić cud zmartwychwstania w blaskach sceny Taboru. Sceny zresztą bardzo sobie podobne, z tą różnicą, że zmartwychwstanie miało miejsce tam w Jerozolimie, przemiennie natomiast tu, na tej świętej górze, i tam i tu białe szaty Zbawiciela, twarz promienna jak słońce. l tam i tu radość uczniów bez granic, po prostu nie z tej ziemi. Nikogo z nas już nie dziwi Piotrowe „dobrze nam tu być” (Łk 9, 33). Obyśmy wszyscy doczekali się kiedyś, już na innej górze, urzeczywistnienia tych słów !...
Nabożeństwo skończyło się błagalnym „Boże, coś Polskę”. Ileż to razy śpiewali ten hymn również na tym miejscu nasi żołnierze podczas ostatniej wojny. Całość ceremonii musiała wywrzeć wielkie wrażenie nie tylko na uczestnikach, ale też na obcych, albowiem przychodzili do zakrystii i gratulowali, stawiali pytania, składali życzenia wielkanocne. Nasi poligloci musieli się dwoić i troić. Amerykanie i Kanadyjczycy nawet sądzili, że przybywamy prosto z Kraju. Daj Boże, żeby to było możliwe!
Dzień jest przecudny. Słońce, woń drzew i kwiatów, śpiew ptasząt. Zwiedzamy zabytki. Ojciec franciszkanin, rodem ze Słowacji, zastępuje nam na chwilę naszego wiernego przewodnika. Łatwo spostrzec jak bardzo kocha to miejsce, gdzie przebywa od wielu lat. Objaśnia spokojnie, odpowiada na pytania, czasem milczy w zadumie. To tutaj kapłan Melchizedek złożył w obecności patriarchy Abrahama ofiarę prawdziwemu Bogu z chleba i wina (Rdz 14, 18), co symbolizowało już ofiarę nowotestamentową Chrystusa (Hbr 7). U podnóża tejże góry walczyły plemiona Izraela o ziemię Kanaan, zagrzewane apelem prorokini Debory (Sdz 4, 1-16). Tutaj również gniewem zapalony prorok Ozeasz zniszczył ołtarze fałszywych bogów (Oz 5).
Potem skromny ale jakże wymowny zakonnik począł nas oprowadzać po ruinach. O wszystkim umiał opowiedzieć jakąś ciekawą historię. Któżby z nas przypuszczał, że za czasów Wojny Judzkiej (l wiek) stał na skraju platformy silny mur, który bronił nagromadzoną tu ludność przed atakami Rzymian. To samo uczynili w dziesięć wieków później krzyżowcy, żeby odpierać podstępne wypady Arabów (XI wiek). Ci jednak, po zajęciu i twierdzy, usunęli na wiele lat; wszelkie ślady kultu chrześcijańskiego. Dopiero w 1631 osiedlili się tutaj franciszkanie, których staraniem powstała też obecna bazylika.
Stajemy na samej krawędzi północnego podmurowania. Pod nami przepaść. Oczyma gonimy palec naszego przewodnika. Tam daleko, za szczytem Mejronu, u którego stóp leży ciekawe miasto artystów i „kabały” – Safad, wśród porannych mgieł kryje się potężny i śniegiem pokryty Hermon, skąd wypływają źródła Jordanu. Poprzez fałdę terenową przebłyskiwa skrawek tafli jeziora Genezaret, nad którym dominują nagie wzgórza Golanu. Zwracamy oczy ku południowi: przed nami, zaledwie przedzielone doliną Ezdrelonu, pasmo Giboa upamiętnione dziejami patriarchów, sędziów i długoletnimi walkami z Filistynami, żeby osobno nie mówić o strasznych zmaganiach wojsk egipskich, rzymskich i arabskich na przestrzeni pięciu tysięcy lat. A nawet już bliżej nas, bo na początku ubiegłego stulecia, szedł tędy Napoleon, żeby zniszczyć państwo otomańskie. Kto „siedzi” na Taborze, dzierży klucz bogatej Galilei, co nawet wykazała ostatnia sześciodniowa wojna między Izraelem i Jordanią.
Kupujemy pamiątki. Tu i tam ktoś „skubnie” kwiatek czy wonny listek. Tacy już są ludzie, szczególnie niewiasty. Powoli zjeżdżamy niebezpieczną serpentyną. Lecz myślą wracam raz jeszcze do kaplicy Eliasza proroka. Rzadko kto zauważył tam dwumetrowy dość ciężki krzyż.
Przywlókł go aż na tę górę jakiś pokutnik z Europy, mężczyzna w sile wieku. Czyż nie on najlepiej zrozumiał tajemniczą wymowę sceny Przemienia: że przez krzyż dochodzi się do wewnętrznej przemiany i ostatecznego zmartwychwstania!

Dom w kibucu

Podczas naszej pielgrzymki nie tylko interesowały nas święte miejsca, ruiny starożytności, cudne widoki Palestyny, pozytywne osiągnięcia Izraela, może daleko bardziej dawni i dzisiejsi mieszkańcy tej Ziemi, która dla nikogo nie jest obojętna. Wszak Syn Boży zstąpił na ziemię dla nas ludzi... Dla wszystkich, bez względu na rasę, mowę czy przynależność państwową. Dlatego też nie ominęliśmy żadnej okazji, żeby nawiązać bezpośredni kontakt z mieszkańcami Ziemi Świętej. 
Co ich najbardziej różni i wyróżnia, to przynależność państwowa i wyznaniowa. Jest ona przyczyną częstych niesnasek, nawet zbrojnych utarczek między dwiema istotnymi grupami społecznymi, jakimi są Żydzi i Arabowie. Ci stanowią dziś około 1/5 ludności państwa Izraela.
Większość z nich mieszka na wsi zajmując się rolnictwem. Przeszło 70% Arabów wyznaje islamizm, ciesząc się zresztą zupełną wolnością religijną. Niektóre miasta mają ludność prawie wyłącznie arabską, na przykład Nazaret i Faram w Galilei, inne mieszaną, jak Ramala czy nawet Hajfa, gdzie Arabowie zajmują się kupiectwem i rzemiosłem. Ale w tej chwili interesuje nas praca Żydów na roli. 
Dziś jeszcze trudno nam wytłumaczyć powstanie zbiorowych gospodarstw rolnych zwanych powszechnie kibucami. Nazwa już osławiona. Dla jednych utożsamia się z kołchozem, dla innych z placówką wojskową albo nawet z żydowską oazą kolonizacyjną. Zdarza się, że ma coś z każdego, w istocie swojej jest jednak czymś odrębnym, swoistą żydowską instytucją społeczną, o celach głęboko przemyślanych i systematycznie realizowanych. Chodzi mianowicie o zgrupowanie ludzi – „kibuc” znaczy „grupa, zespół” – którzy dobrowolnie się zrzeszyli, żeby wspólnie pracować dla osiągnięcia konkretnego celu na polu ekonomiczno-kulturalnym. Są bowiem kibuce o rozlicznym charakterze: rolniczym, rzemieślniczym, przemysłowym czy też mieszanym; i o różnych formach organizacyjnych, zawsze jednak o podłożu demokratycznym. Prawo równości człowieka można uważać za bazę wspólnoty. Dotyczy ono rodzaju pracy, mieszkania, wyżywienia, rozrywek, nawet wychowania dzieci, zawsze z uwzględnieniem zdolności i możliwości poszczególnych członków kibucu. Nie da się zaprzeczyć, że wszystkim przyświeca wysoki ideał patriotyczny, na czym oczywiście korzysta produkcja i potencjał ekonomiczny państwa. Sam fakt, że wszyscy zgadzają się na wspólnotę dóbr materialnych i kulturalnych mówi za siebie, mimo różnicy pochodzenia społecznego, wykształcenia i przekonań religijnych. Warto wreszcie przypomnieć, że pierwszy kibuc Degania, leżący na północ od Jeziora Tyberiadzkiego, powstał już w 1909 roku, a więc 8 lat przed wybuchem rewolucji październikowej w Rosji, która wprowadziła obowiązkowy system kolektywów w postaci kołchozów itd. Wracając z Taboru i zbliżając się do Afuli, skręcamy naraz w szczere pole. Przed nami, skryte za gęstwą drzew, zabudowania gospodarskie. Każdy pojmie, z jakim zaciekawieniem i natarczywością stawiamy pytania, na które nasz przewodnik nie zawsze umiał nam odpowiedzieć. Wiedzieliśmy już, że produkcja rolna Izraela pokrywa 3/4 potrzeb kraju i że część płodów, szczególnie owoce i jarzyny, wysyła się za granicę. Jest to osiągnięcie na miarę tytana, jeśli zważymy, że Żydzi przez całe wieki nie zajmowali się pracą na roli, że bezdrzewny kraj był prawie nagą pustynią, że taki czy inny okupant systematycznie niszczył wszystko, żeby uniemożliwić pozostałym potomkom Izraela pobyt w ziemi ojców. Pan Nelkin zwrócił nam jednak uwagę na fakt, że ,,Ziemia obiecana” była ongiś nie tylko krajem żyznym i dobrze uprawionym – Biblia mówi ,,mlekiem i miodem płynąca” – ale też szczególnie pielęgnowaną, gdyż sam Jahwe miał w wielkim poważaniu żyzność gleby, która pozwalała Wybranemu Ludowi z niej dostatnio żyć i składać w ofierze pierwociny Najwyższemu. Zresztą studium ekonomii Izraela – zauważył pan Miron – zasługuje na szczególną uwagę każdego, kto znał Palestynę dawniej i dziś. 
Nasz kibuc o charakterze rolniczo-hodowlanym nosi nazwę Daverath, co po polsku znaczy ,,pszczoła”, jest bowiem znany ze swych bardzo pozytywnych osiągnięć. W porównaniu do innych kibuców, liczących nawet do 2000 ludzi, jest niewielki: na 300 mieszkańców tylko 150 ludzi pracuje, stanowiąc aktywną część społeczności. Swoje bardzo pozytywne wyniki zawdzięcza w lwiej części przedsiębiorczości samych pracowników jak też inicjatywie bardzo dynamicznego zarządu.
W myśl Biblii ziemia należy zasadniczo do Boga, państwo zaś jest tylko jej zarządcą i każdy Żyd ma prawo korzystać z jej płodów. Ta religijna zasada rozwiązuje w części problem agrarny, który i tutaj jest aktualny. Rząd bardzo realnie podchodzi do nakazu: ,,czyńcie sobie ziemię poddaną”, wyrywając pustyni coraz to nowe połacie. I ten fakt ma swoje znaczenie nie tylko w kształtowaniu psychiki ludności żydowskiej, ale też w posunięciach państwa na polu polityki agrarnej, w której system kibuców odgrywał i nadal będzie odgrywał zasadniczą rolę. Oczywiście musi się z tym liczyć polityka Izraela, która nie łatwo odstąpi od zdobytych granic. Stajemy na podwórzu. Rozglądamy się. Po prawej chlewy, po lewej – kuźnia i warsztaty, w głębi dom wspólnoty z werandą, jeszcze dalej – zieleń i barwne kwiaty. Cisza naszej niedzieli, choć wszyscy są przy pracy.
Ktoś z zarządu fermy, w tej chwili mniej zajęty, będzie nam służył jako przewodnik. Ubrany jak zwyczajny robotnik rolny, odpowiada na nasze pytania w kilku językach. Najpierw prowadzi naszą grupę do „domu gminnego”, który stanowi jakby serce całego kibucu. Nowoczesna jadalnia ma wygląd restauracji. Na ścianach obrazy, w wazonach świeże kwiaty, w rogu fortepian i różne instrumenty muzyczne. Albowiem sala służy również spotkaniom towarzyskim, zabawom i imprezom kulturalno-artystycznym. Wszędzie schludnie, jasno, wesoło. Ale bez rażącego luksusu. Wychodzimy na werandę okalającą cały dom. Zaglądamy nawet do kuchni, gdzie właśnie przygotowują obiad. Urządzenia nowoczesne. Personel w białych fartuchach. Kwieciem obsypane drzewa zaglądają ciekawie do okien. Naprawdę całość nie wygląda na gospodarski dom, a jednak...
Nasz gościnny gospodarz prowadzi nas przez park. Ścieżki wykładane cementem, żeby nie brudzić sobie bucików podczas deszczu. Tu i tam podziemia: pozostałość schronów dla mieszkańców na wypadek wojny. Bo trzeba pamiętać, że większość kibuców przez długi czas odgrywała również rolę strażnic granicznych. Zwiedzamy „królestwo dzieci”. Chodzi a „żłóbki dziecięce”, prowadzone przez wykwalifikowane pielęgniarki; potem o domy dorastającej młodzieży, gdzie nie ma dosłownie czasu na próżnowanie. Dzieci pobierają pierwszą naukę na miejscu, ucząc się od maleńkości kilku języków, zawsze według najnowocześniejszych metod. Osiągnięcia są bardzo pozytywne. Dorastająca młodzież dojeżdża do najbliższego gimnazjum względnie technicum, zależnie od zdolności i upodobania. Od osiemnastego roku życia obowiązkowa dla wszystkich służba wojskowa: dla chłopców 4 lata, dla dziewcząt dwa. Jest to również okres formacji społeczno-patriotycznej, niekiedy kulturalno-zawodowej, o ile kandydat okazuje pewne braki pod tym względem. Dopiero po służbie wojskowej następują studia wyższe, stojące zresztą na bardzo wysokim poziomie. Wtedy też dopiero wolno młodym założyć rodzinę. Całość systemu wychowawczego jest tak opracowana, że nie ma po prostu czasu na nieróbstwo i wałęsanie się młodych na ulicy.
Podnosimy jednak sporo zastrzeżeń na temat kolektywistycznego systemu życia i wychowania rodzinnego. Wprawdzie o godzinie 16-tej, a więc po dziennej pracy cała rodzina może się spotkać – to samo dotyczy świąt – niemniej poszczególni jego członkowie mieszkają osobno. A przecież wieczór jest szczególnie podatny do pielęgnowania życia rodzinnego. Nie trzeba się przeto dziwić, że w dobie obecnej ma większe wzięcie inny system gospodarstw kolektywnych – moshav aovdim – gdzie poszczególne rodziny mają własny dom, uprawiają pełne życie rodzinne, posiadają nawet swój kawałek roli, dzieląc się jednak narzędziami pracy i zarobkiem ze sprzedaży plonów. W naszym bowiem kibucu nikt nie otrzymuje zapłaty za pracę – a pracuje każdy zdolny do roboty – nie ma też pensji starości, ani indywidualnych świadczeń społecznych, albowiem o wszystkie potrzeby ducha i ciała dba wspólnota. 
Z części mieszkaniowej, gdzie nie brak sal klubowych, przechodzimy na tereny sportowe. Co za urządzenia; korty, boiska, pływalnia, różne gry – wszystko w obrębie parku starannie pielęgnowanego.
Na koniec udajemy się na gospodarstwo. Dużo narzędzi rolniczych. Wszystko zmechanizowane. Nic tu się nie niszczy, nawet skórki pomarańcz są używane jako pasza dla krów. Te ostatnie są jakby „specjalizacją” tutejszej fermy. Mleczne krowy, krzyżówka najlepszych ras w świecie, nigdy nie wychodzą na łąkę. Przeciętna wydajność mleka: 6000 litrów na rok, co czyni 20 dziennie, czyli dwa litry więcej aniżeli dają krowy holenderskie, uważane za najlepsze w świecie. Hodowla pod każdym względem i wzorowa i nadzwyczaj racjonalna. Izrael nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek marnotrawstwo swego mienia narodowego.
Opuszczając to ciekawe dla nas kolektywne gospodarstwo rolne kupujemy jeszcze w kiosku kibuca różne produkty, których ceny są stosunkowo niskie, nie ma tu bowiem litanii pośredników między producentem a klientem, jak to bywa w naszej zachłannej na pieniądze Europie. Jakość miejscowych towarów jest gwarantowana. Wyroby żywnościowe bardzo smaczne, zawsze czysto opakowane. Bardzo mało napojów alkoholowych. Zresztą nigdzie nie widzieliśmy pijanego Żyda.
Już w autobusie, który wiózł nas znowu do Nazaretu, dzielimy się spostrzeżeniami i uwagami. Może nie wszystkie przypadły do gustu naszemu przewodnikowi. Dla całości obrazu na temat kibuców warto jeszcze dodać, że istnieje w Izraelu jeszcze trzeci rodzaj wspólnot produkcji, tak zwane stanice „młodych bohaterów”. Noszą one charakter czysto wojskowy i zasadniczo trzymają straż na rubieżach państwa, pilnując tak całości granic, jak też bezpieczeństwa ludności przygranicznej; równocześnie oddają się pracy fizycznej i kulturalno-społecznej na korzyść uwstecznionej ludności tubylczej, najczęściej arabskiej, beduińskiej czy druzińskiej.

Alojzy MISIAK SAC

Ks. Alojzy Misiak SAC (1914-2004). Urodził się we wsi Rzadkowo. święcenia przyjął w 1943 roku. W Regii Miłosierdzia Bożego, pełnił wiele funkcji, między innymi był: wychowawcą, mistrzem nowicjatu, profesorem, dyrektorem szkoły, Przełożonym Regionalnym, rekolekcjonistą, ojcem duchownym, wielkim czcicielem, propagatorem i świadkiem Bożego Miłosierdzia, wicepostulatorem w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym siostry Faustyny. Relacja z pielgrzymi do Ziemi świętej ukazywała się w kolejnych numerach „Naszej Rodziny“ – 11 (314) 1970, s. 16-17; 12 (315) 1970, s. 10-11; 1 (316) 1971, s. 16-17; 2 (317) 1971, s. 16-17; 3 (318) 1971, s. 18-19, 21; 4 (319) 1971, s. 18-19, 23; 5 (320) 1971, s. 14-15, 22.

35-3-1.jpg (82754 Byte)


Na zdjęciu:

Jedna z ulic
 Nazaretu

(lata sześćdziesiąte
XX wieku)



Fot. Archiwum "NR"