.

Uwaga! Bezdomni atakują – grają bezdomnych

Siódmego stycznia 2005 roku w Gdańsku odbyła się premiera kolejnej sztuki z repertuaru Teatru Wybrzeże „Pamiętnik z dekady bezdomności”. Sztuka została  wyreżyserowana przez Romualda Wicza-Pokojskiego na podstawie książki Anny Łojewskiej o tym samym tytule. Piętnastego marca toruńscy miłośnicy teatru mieli przyjemność zobaczyć „Pamiętnik...” na scenie „Od Nowy” podczas festiwalu XIII Akademickich Spotkań Teatralnych „Klamra 2005”. W spektaklu wystąpiła tylko jedna zawodowa aktorka, Tomira Kowalik, zaś pozostali aktorzy byli autentycznymi bezdomnymi – Tomasz Otto, Rafał Rankau i Sławomir Rychliński.
Romuald Wicza-Pokojski powiedział: „mamy zamiar opowiedzieć nie tyle o przyczynach wpadania w bezdomność, ile o trudnościach wychodzenia z niej. Chcemy także odkłamać stereotypowe wyobrażenia bezdomnego, jak również nawyki myślenia i mówienia o zjawisku bezdomności. Chcemy uświadomić widzom, jak bardzo ten problem dotyczy nas”. Bo przecież w bezdomność może popaść każdy, bez względu na talent czy wykształcenie. Tomasz Otto ukończył wydział fizyki ze specjalizacją pedagogiczną, pracował w Banku Gdańskim, prowadził własną działalność gospodarczą. Ale fortuna pomimo tego nie była dla niego pomyślna.
Na scenie został umieszczony stół, długi, na którym była przygotowana dla widzów herbata, taka jaką można otrzymać w ośrodkach pomocy społecznej. Tomira Kowalik wcieliła się w autorkę Annę Łojewską i zaczęła opowiadać o własnej sytuacji, która nie miała optymistycznego, jasnego rozwiązania. Jednak aktorzy, którzy borykali się z tym problemem na co dzień, tworzyli w stosunku do niej atmosferę dystansu, a nawet agresji. Wiedzieli, że ona – ta, która pisze – jest z zewnątrz. Na ile ktoś z zewnątrz chce pomóc, a na ile wykazuje tylko minimum zainteresowania? Bo tak musi postąpić, tego wymaga kultura, społeczeństwo lub praca w jakiejś instytucji, w domu społecznym.
Aktorzy mieli prawo być nieufni, bo ci z zewnątrz, którzy rzekomo mają im pomagać, nie robią nic, aby ich z tej bezdomności wyprowadzić, bynajmniej, na celu mają utrzymać stosowną liczbę bezdomnych. I czynią to zgodnie z zasadą – dam ci minimum, ale nic więcej nie możesz. Anna Łojewska powiedziała – że gdyby ktoś podał jej rękę na początku i nie włożył w tryby, w których nie ma nadziei na jakąkolwiek zmianę, to nie straciłaby dziesięciu lat życia. Ale liczba bezdomnych jest potrzebna całemu systemowi pomocy społecznej, fundacjom, ośrodkom i tym wszystkim, którzy bezdomnym rzekomo pomagają. Pomyśleć, gdyby nie było bezdomnych, to ile osób straciłoby pracę? Dlatego stosuje się wobec bezdomnych stosowne przepisy. I tak, aby bezdomny miał możliwość domności, to musi znaleźć zatrudnienie. Ale jak może otrzymać pracę, kiedy co drugi dzień pomiędzy ósmą a dziesiątą (rano) winien spowiadać się opiekunowi. A surowość przepisów jest zakonna. Zatem bezdomny może pójść do pracodawcy i złożyć swoją ofertę – chciałbym u państwa pracować, ale co drugi dzień nie będę przychodził do pracy lub przychodził po godzinie dziesiątej. Czy ktoś może taką osobę zatrudnić?
„Pamiętnik z dekady bezdomności” zadaje bardzo poważne pytanie, aczkolwiek nie dla wszystkich wygodne. Kto tak naprawdę chce pomóc bezdomnym, a kto wprowadza ich w marazm i sytuacje bez wyjścia?

Bulwar 2005

Moim grzechem będzie to, iż w kilku słowach będę starał się opisać tegoroczną istotę festiwalu teatralnego „Bulwar 2005”. Jest to zadanie niewykonalne. Bo i jak? Cała Starówka w Toruniu przez cztery dni stała się sceną teatralną. Od rana aż do północy, w różnych miejscach tego miasta artyści z różnych teatrów i miast Polski, jak i goście zagraniczni prezentowali swoje sztuki, pokazy, instalacje... Nie zabrakło formy tak współczesnej, jak performance czy kameralnej adaptacji „Nosa” Gogola lub dużej sceny dla podróżujących argentyńskim „Trans-Atlantykiem”. Z taką samą potrzebą rozdawany był zarówno ogień, jak i chleb. Zatem czy było coś, co łączyło cały festiwal teatralny? Oczywiście nie myślę w tym miejscu o bulwarowych flagach, olbrzymich, pomarańczowych, trzepoczących wokół Rynku Staromiejskiego, wzdłuż ulicy Chełmińskiej, Różanej czy Szerokiej. Nie myślę również o tłumach, które wędrowały do tych miejsc, aby obserwować, uczestniczyć.
Zatem pozwoliwszy sobie na subiektywny grzech mogę powiedzieć, iż charakterystyczną cechą tegorocznego festiwalu był ruch. Właśnie ruch, bieg, obrót. Człowiek w osi przedmiotu wykonuje ten sam ruch, co przedmiot w rękach człowieka. Teatr Jednego Wiersza w spektaklu „Phone to me”, który został wystawiony na Rynku Nowomiejskim, połączył subtelnie codzienne czynności i przedmioty z ludźmi, ich budzeniem, śniadaniem, toaletą. I owy brak odróżnienia rzeczy z człowiekiem rodzi wyraźne poczucie samotności. Dlatego jajecznica, jej przygotowanie, staje się głównym bohaterem, przybiera wartość ludzką, jak i ruch łóżka jest nie mniej ważny od leżącej na nim osoby. Ile jest pomiędzy ludźmi czułości, a ile obojętności i urazy?
Obojętność ludzką i brak komunikacji przedstawił także Ostatni Człowiek Na Ziemi. Na jednym biegunie umieścił kobietę, na drugim mężczyznę. Pomiędzy nimi była gazeta, zegar szachowy i rozmowa, która bardziej przypominała rywalizację, niż jakikolwiek dialog. OCNZ zwrócił uwagę, iż przeciętny Polak rozmawia z rodziną trzynaście minut dziennie i do tego wykorzystuje to wszystko, co przynosi z pracy, ulicy.
Performance Artura Grabowskiego pokazał różne twarze jednego człowieka ubranego od stóp do głowy w chlebie. I była to postać na tyle walcząca, szukająca wojny, na ile też zagubiona, przykryta głodem, dostatkiem, powszednim ciężarem. Ale to, co łączyło wszystkie twarze, to ruch. Obracał się człowiek, bohater filmowy, tron, krzesło... I w ruchu, poprzez zmiany powstają najczęściej pytania. Czy o chleb powinniśmy walczyć, czy raczej się nim dzielić? Słowem, chcemy się zbroić czy karmić gołębie?
W wielkim kole ruchu był również „Trans-Atlantyk” Witolda Gombrowicza, który został wystawiony przez Teatr „Provisorium” i „Kompanię Teatr”. W ruchu była polska, ziemiańska bryczka, symbole i dialogi. Po środku stało argentyńskie drzewo palmowe i emigracyjna rzeczywistość. Publiczność zaś siedziała na krzesłach i obserwowała rozmowy z każdej strony jej obrotu.
Mieczysław Giedroyć ukazując historię ludzkiego nosa, na podstawie opowiadania Mikołaja Gogola „Nos”, posłużył się biegiem. Biegł, bo podróżował – biegł, bo poszukiwał własnego nosa. Nos przybrał formę osobową. Twarz zaś bez nosa stała się złomem, niepotrzebnym balastem. 
Przykładów przedstawień, w których wykorzystany był ciągły ruch lub symetryczna biegunowość mógłbym przytoczyć więcej. Nie wspominam już o paradach i marszach, które toczyły się przez centrum miasta – to byłoby zbyt oczywiste. Niemniej dodam jeszcze, że na koniec festiwalu Rafał Rosłoń wykonał instalację, sześciometrowe „Monstrum Festiwalu”, które niedzielną północ oświetliło ogniem. A ten żywioł był szczególnie lubiany przez Heraklita. 

Cezary DOBIES

Cezary Dobies – urodzony w 1971 (Żuromin). Publikował między innymi w „Przeglądzie Artystyczno-Literackim”, „Portrecie”, „Undergruncie”. Wydał tomy wierszy: „Portret okienny z chleba” (Toruń 2001) i „Joannie. Księga wejścia” (Toruń 2005). Mieszka w Toruniu.

35-4-3-2.jpg (36979 Byte)


Na zdjęciu:

Scena
z "Pamiętnika
dekady
bezdomności"

(Gdańsk
2005)


© Teatr Wybrzeże

35-4-3-2-1.jpg (27715 Byte)


Na zdjęciu:

"Bulwar 2005"
(Toruń, 2005)

Fot. Michael Wittbrot