.

Zapukałam do twoich drzwi

Pamiętasz, zapukałam do twoich drzwi, by powiedzieć, że zostanę jeszcze kilka dni w domu fundacji i że moglibyśmy pójść razem na spacer do Ogrodu Rodina, gdy uporasz się z przedpołudniową papierową pracą.
Spałam dłużej po nocnej wyprawie do naszych rodaków koczujących w dzikim domostwie, dopiero po dziesiątej dobudził mnie dzwonek telefonu hałasujący w pokoju obok. Wstałam niespiesznie, nie za bardzo wiedząc, co zrobić z kolejnym dniem. Nie miałam ochoty wracać do domu, do Murów, gdzie czekały nie załatwione sprawy i problemy zakorzenione tak głęboko w moją codzienną egzystencję, że nie sposób było nie myśleć o nich od progu. Tu, niedaleko, w zaułku przy cmentarzu Montparnasse odnalazłam rozproszony czas. Chodząc wolno alejami, odczytywałam napisy nagrobne i znalazłam się gdzie indziej, z dala od zgiełku małych kłopotów i obecnych niespełnień, bliżej przeszłości i jej tajemnic. Wypełniłam już swoją misję wolontariuszki, odebrałam i spisałam dary dla samotnych matek. W drogę powrotną mogłam wyruszyć choćby za godzinę, kierowca ciężarówki odpoczywał gotowy do drogi. 
Moje życie różniło się wielce od tego, które ty tu prowadziłeś. Na co dzień porządkowałam rachunki w niewielkiej firmie handlującej artykułami użytku domowego, a w wolnych chwilach pomagałam w akcjach charytatywnych, czasem pisałam felietony do pism społeczno-kulturalnych podejmujących problematykę opieki nad rodziną. Próbowałam pomóc sobie, pomagając innym, aby zapomnieć o samotności, z którą od dawna budziłam się rano jak z problemem nie do pokonania. Ireneusz, mój mąż, był zdolnym socjologiem, jednak pił od wielu lat, zapadając się w swoje żale i pretensje do losu. Gnębiły go lęki wyniesione z rodzinnego domu, w którym ojciec pił od zawsze i ciągle, a matka pozostawała uległa i bezradna, zobojętniała na to, co dzieje się z trójką dorastających dzieci. Oschłość wychowania, brak radosnych świąt i głębszych więzi spowodowały jego nieprzystępność, nieufność wobec każdego, kto chciałby się zbliżyć. Pił od studenckich czasów, ukrywając butelki i puszki z piwem w różnych zakamarkach szafek, w garażu, w piwnicy. Z czasem stawał się osobny, coraz bardziej poirytowany najprostszą sprawą wymagającą odrobiny uczuciowego zaangażowania. Miał za sobą 20 lat pracy w ośrodku badań opinii społecznej, lecz czuł się nad swój wiek  zmęczony, postarał się o rentę i zamknął w czterech ścianach z zadawnionymi żalami. Nie miał pomysłu na dalsze życie, nie martwił się o rozwój dzieci. Nasz młodszy syn, Artur, ukończył liceum i rozpoczął studia informatyczne. Córka Wiktoria podjęła się w ubiegłe lato lepienia figurek z gipsu i ozdób dla galerii „Nikifor”, lecz szkoła rękodzieła artystycznego nie spełniła jej oczekiwań, marzyła o projektowaniu wnętrz, wieczorami robiła szkice, kleiła modele. Nie dostała się do Akademii Sztuk Pięknych po raz drugi i zmuszona była wykonywać drobiazgi na zamówienie, by mieć kieszonkowe na książki i potrzebne materiały.
Pamiętasz, Jonaszu, otworzyłeś drzwi zaskoczony moim widokiem. Cofnąłeś się w głąb przedpokoju aż pod wejście do łazienki, jakbyś chciał się ukryć wśród znajomych zakątków i obrazów zawieszonych na ścianie. Z pokoju dochodziła muzyka wypełniająca wnętrze szumem fal, pokrzykiwaniem mew, sygnałami przepływających statków. Morze. Jest tak blisko. Przymykam powieki i widzę je ogarniające wszystko, co żyje na ziemi, razem z nami, tym pokojem, miastem, morze przepływa przez każdą drobinę i niesie ją w bezmiar, w nieskończoność.
Byłeś tak zasłuchany w siebie, w powracającą falę, że przez chwilę nie mogłeś sobie przypomnieć, kim jestem i po co przychodzę.
– To ja, Jonaszu, witaj – powiedziałam niepewnie. Wybacz, jeśli przeszkadzam, ale pomyślałam, że moglibyśmy pójść na spacer.
– Cześć – odpowiedziałeś krótko. Wejdź. Napijesz się kawy?
Piliśmy kawę w milczeniu, przez chwilę wsłuchani w odgłosy toczącego się wokół życia, z oddali dochodził szum fal przybywających do brzegu. O, gdyby wejść w wilgotną przestrzeń, otulić się chłodnym wiatrem. Teraz, już. Z nadzieją, że ta siła, jaka wzbiera wewnątrz ciała , to pulsowanie radości przyzywającej naturę, z jej niezgłębionym pragnieniem trwania w nas mimo wszystko, że to pozwoli przeczekać ciemną godzinę. 
Zbliżało się południe. Nie wyraziłeś ochoty, by wyjść ze mną na spacer, więc poszłam sama, nie rozumiejąc, co naprawdę myślałeś, wymawiając się zaległą korespondencją, bo przecież wtedy, gdy wyruszaliśmy do ogrodu za miastem, niosłeś różę dla Karoliny, żartowałeś, patrzyłeś z bulwaru na rozświetlone statki i uśmiechałeś się. A teraz milczysz, nie ruszasz się z miejsca, jakby ci nogi skamieniały. Jonaszu, wzywa cię życie, wyruszaj na spotkanie radości w człowieku, który zapukał do twoich drzwi. Nie czekaj na wielkie jednorazowe spełnienie, twoje szczęście może przyjść niepostrzeżenie, sączyć się kropla po kropli jak sopel lodu ogrzany promieniami słońca. Przechyl czoło ku niebu, poczuj smak morza przelewającego się przez rynny dachów. Jeden ciepły dotyk dłoni zmienia wszystko, wilgotne od porannej mgły wargi przywracają rzeczywistość zmysłom. To nic, że teraz wychodzę sama. Na parapetach po deszczu wilgotne liście lśnią jak podarunki, zapraszająco pobłyskują blaty kawiarnianych stolików.
Jechałam metrem jakby na spotkanie z tobą, aż dotarłam do placu Inwalidów. W cieniu klonów usiadłam na ławce i patrzyłam jak staruszek z czarnym kundelkiem suną wzdłuż alei, prowadząc swój sekretny dialog przyjaciół. Pies przystawał co chwila i spoglądał z uwagą na swojego pana, chcąc się upewnić, czy dobrze zrozumiał, o co chodzi, a potem kuśtykali znów razem dalej, bo obaj – i pan, i pies – mieli problemy z równym chodzeniem. Kiedy zniknęli mi z oczu, usłyszałam czyjąś obecność, w górze, spośród ciemnozielonych, gęstych gałęzi dobiegały nawoływania się kosów i słychać było przeciągły sygnał powrotu  ptaka, którego nie rozpoznałam. Może to wilga ulepiła sobie gniazdo w pobliżu. Po godzinie wstałam z ławki i szłam wolno przed siebie, wsłuchując się w krzątaninę i świergot wśród drzew i kamieni, w niezauważalne, ale  nieustanne pulsowanie świata. Obraca się w tobie – w szczęściu i nieszczęściu, gdy czujesz samotność i pytasz siebie o sens nowej drogi – twoja ciemna gwiazda prowadząca aż do kresu
Bądź pokorny i otwarty wobec każdej, najmniejszej nawet chwili, a wtedy – możliwe – wybrzmi ona dodatkową treścią, z pozoru nieodgadnioną. Co pozostawisz za sobą na zawsze, a co pominiesz, by przetrwać i dotknąć celu? Być może przez cały dany ci czas, tak jak ja, piszesz do kogoś swój list, przychodzisz z pytaniem, czekasz na odpowiedź i odchodzisz niezrozumiany, pominięty, zagubiony w klęskach i nadziejach. Dokąd pójść w  taki promienny poranek, gdy nie mogę wziąć ciebie za rękę i trzymać z drżeniem serca jak właśnie odnaleziony w mrocznej jaskini skarb. 
Rozejrzałam się wokół: tłumy turystów suną wzdłuż nabrzeża, z mostu Aleksandra schodzi grupa Holendrów fotografujących brzegi Sekwany. Nawołują się głośno i pokazują sobie wzajemnie wieżę Eiffela widoczną w oddali. I wtedy nagle poczułam, że moje życie zmienia swój stały od wielu lat tor, że zaczynam iść w nowym, nie znanym dotąd kierunku. Przystanęłam i wsłuchiwałam się w głos, który każe mi zawrócić po ciebie i zabrać z ciemnego pokoju. Spojrzałam w niebo, z lekka zaciągnięte szarą chmurą jak starą haftowaną firaną, ale wyżej lśnił błękit czysty i jasny jak młodzieńcze, nietknięte marzenia. Zawróciłam i pobiegłam w kierunku podziemnego przejścia. Zabiorę cię z sobą i wyjdziemy z otchłani w blasku poranka, uśmiechnięci i pewni siebie, że nasza pieśń przetrwa dłużej. Śpiewaj, moje serce, prowadź, nie odwracaj się, póki trwa czar, niech ziemia kołysze nasze stopy i ogrzewa ślady.
Co naprawdę myślałeś, ukryty za półuśmiechem, cytatem, żartem o  przyjacielu malarzu, który nie może dokończyć rozpoczętego dwa lata wcześniej malowidła na ścianie, bo przenosi się z kąta w kąt – że przyszedł znów ktoś nieproszony do twojej samotni i przeszkadza ci wspominać, marzyć, zamyślać się, że mogło być inaczej?
– To znów ja, Jonaszu – powiedziałam niepewnie, otwierając bez pukania drzwi do  przedpokoju. Wróciłam po ciebie. Mówiłeś, że warto zobaczyć  park Rodina, gdzie stoją jego rzeźby o kształtach tak różnorodnych i doskonałych  zmysłowo, że trudno uwierzyć, by było to dzieło jednego człowieka. Pójdźmy tam razem!
– Wejdź – odpowiedziałeś krótko i głęboko westchnąłeś. Napijesz się jeszcze kawy?
Piliśmy znów kawę w białych porcelanowych filiżankach, a jej mocny, aromatyczny zapach unosił się w pokoju, tworząc równocześnie przyjazną i niepokojącą aurę spotkania, które staje się początkiem.  Nie miałam już innego rozwiązania, musiałam wyjść na ulicę, zabierając cię z sobą albo tam razem z tobą pozostać. Patrzyliśmy w milczeniu  w szaroniebieską przestrzeń za oknem, a głos morza dobywający się z płyty powtarzał swój tajemny rytm w krzyku mew, sygnałach statków, powracającym pulsowaniu. 
Na ulicy owiało nas rześkie powietrze. Szliśmy wolno, bezszelestnie, z pokorą odnalezionych rzeczy. Jakie to ma znaczenie, że idę obok Jonasza, a on drepcze przy mnie? W czym świat zmieniłby swoje oblicze, gdyby zamiast mnie szedł przy nim ktoś inny, kto niósłby w sobie odmienne zagadki i sprawy? Czy to, jak  patrzymy, jest aż tak ważne, czy liczy się tylko ta chwila, która nigdy po raz drugi nie będzie nam dana, te drobne ślady obecności, więc nie warto mieć żalu o wspomnienia uwierające w drodze jak za ciasne buty, nie ma co spierać się o nieudaną próbę rozmowy.  Iść z nadzieją i uważnie patrzeć, rozglądać się dokoła, by nie przegapić toczącego się  na naszych oczach życia. Barwny korowód pięknych kobiet, babek klozetowych, pijaków, motyli i skautów doprowadził nas na plac Zgody.
– Przystańmy na chwilę – poprosiłam. Ujęłam dłoń Jonasza, ciepłą i okrągłą jak pierś białego gołębia.  Nie wiedziałam, czym jest wspólne wędrowanie, dopiero ta chwila przywróciła mnie młodzieńczym marzeniom.

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia - autorka tomików wierszy („Czarne wino”, „Białe tango”, „Wieczna rzeka – Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”, „Piękniejsze – Schöner – C’est plus beau”). Mieszka w Poznaniu.

35-1-2-1.jpg (28944 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Paryż, 2004)

Fot. Michael Wittbrot