.

Ksiądz Józef

Przyszedł na świat w Sułkowicach koło Krakowa. Niektóre źródła podają datę urodzenia 16, inne 18 lutego 1933 roku. Do szkoły podstawowej uczęszczał w swoim rodzinnym miasteczku. Gimnazjum, które rozpoczął w 1945 roku w Strzelcach Opolskich, ukończył na Kopcu koło Wadowic, w pallotyńskim Collegium Marianum. W październiku 1950 roku rozpoczął studia filozoficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim, by po kilku miesiącach z nich zrezygnować i wstąpić do nowicjatu Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego w Ząbkowicach Śląskich. Studia przygotowujące do kapłaństwa odbył w latach 1952-1957 w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie koło Warszawy. Po święceniach, jakie przyjął z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego, wyjechał z Polski. Na Uniwersytecie we Fryburgu szwajcarskim i Monachium studiował filozofię. W 1962 roku obronił pracę doktorską „Estetyka Martina Heideggera“ i,  przybywszy do Francji, najpierw zamieszkał w Osny a następnie w Paryżu. W stolicy Francji, choć miał mieszkać tylko rok, pozostał do końca życia.
„Życie swoje oddaję za Kościół – za tych, którym Bóg daje moc bezkompromisowego działania na rzecz czystości i piękna Oblubienicy. Ale i za wszystkich zbłąkanych i zagubionych, ponieważ sam doświadczyłem zagubienia“ – napisał w testamencie. Odszedł 26 sierpnia 1980 roku. Dom na rue Surcouf opuścił, aby w Osny wygłosić konferencję dla nowicjuszy. Dyskusji, jaką zainicjował, nie udało się dokończyć. Jego serce bowiem odmówiło posłuszeństwa. 
„Przez typ wrażliwości, inteligencję, zmysł formy i torturę doskonałości był z rasy wielkich artystów, z którymi się przyjaźnił, szukając socios doloris. Czy widząc ich cierpienia znajdował jakąś pociechę? Czy przeciwnie? Mówił o nich zawsze z miłością i podziwem, bez cienia żalu. Nie był to jakiś wyrachowany «mecenas kościelny» [...], to było jego środowisko, jego rodzina” – mówił 2 września 1980 roku, w homilii pogrzebowej, ks. Janusz Pasierb. O Sadzikowym podziwie dla wszelkiego rodzaju twórczości mówiło wiele osób. Ci, którzy się z nim stykali, ulegali dziwnemu urokowi jego osobowości. „Należał do tych ludzi, z którymi po kilku minutach czujesz się tak, jakbyś ich znal od zawsze. [...] Pamiętam, jak pokazał mi salkę z wizerunkiem Chrystusa – dziełem pani Szapocznikow i apokaliptycznymi witrażami Lebensteina. Mówił o tych artystach tak, jak się mówi o ludziach bliskich, z szacunkiem i podziwem. Nie o tych konkretnych dziełach, ale o tajemnicy ich religijności. Uderzyło mnie [...], że nie było w tym nic ze zwykłego stylu księżowskiego. To było, by tak rzec, pozainstytucjonalne, sięgało istoty tajemnicy“ – pisał wspominając pierwszy swój wyjazd za granicę i pierwszy pobyt w Paryżu ks. Adam Boniecki. Ksiądz Józef z pewnością nie należał do ludzi, których mija się obojętnie, których szybko się zapomina, nawet jeśli kontakt jest sporadyczny a słaba znajomość nie pozwala na jakąś poufałość czy zażyłość.
„Widywałem Sadzika niezbyt często [...], nie potrafię jednak – i nigdy, od początku naszej znajomości nie potrafiłem – myśleć o nim bez uczucia fascynacji. Nie, nie chodziło tutaj o jego inteligencję, wiedzę, czystość i uczciwość rozumowania, rozwagę w sądach. Fascynowały mnie w nim dwie cechy. Tajemnica własnego cierpienia równie absolutna jak wrażliwość na cudze. Dobroć tak wielka, że gdy zdarzyło mu się o kimś powiedzieć jakąś zupełnie niewinną złośliwość, w chwilę później pojawiał się w jego oczach wyraz żalu do samego siebie za ten błahy nawet brak zrozumienia i wyrozumiałości. Pierwsza cecha była godnością wykształconą przez doświadczenie, drugą naturalna, odruchowa potrzeba serca” – notował w październiku 1980 roku, w „Dzienniku pisanym nocą“, Gustaw Herling-Grudziński.
Wiele lat później Jan Lebenstein, twórca witraży w paryskim Centrum Dialogu, wspominał, że Sadzik „stworzył jedyny w historii polskiej emigracji «klub»”, który przyciągał „ludzi o różnych przeszłościach i biografiach”. Najważniejszymi cechami, jakimi – według polskiego malarza – odznaczał się założyciel wydawnictwa i ośrodka dialogu były: uczciwość, dobroć, prostota, bezpośredniość, serdeczność, „dar rozumienia i patrzenia w głąb”, tak rzeczy, jak i ludzkich spraw. „Jeśli z Polski wychodzą tacy ludzie jak Józek, to nie jest źle. A on był człowiekiem uniwersalnym...” – wyjaśniał artysta.
Na filozoficzny umysł, sumienność i rzetelność, starannie ukrywaną nieśmiałość zwrócił uwagę Czesław Miłosz. Twierdził, iż „obcując z Sadzikiem było się skłonnym wierzyć, że polską kulturę ludową cechuje szczególny arystokratyzm”. Poeta, tłumacz Księgi Hioba i innych biblijnych ksiąg, nie ukrywał, że zmagania przyjaciela pomogły mu w jego zmaganiach i poszukiwaniach. Rano, przed feralnym popołudniem, ksiądz Józef zdążył jeszcze odebrać telefon z Kalifornii i podzielić się swoimi  reminiscencjami z podróży do Szwajcarii. List, w którym żartował, że nie chciano go przyjąć „na zawodowego pastucha” okazał się już głosem zza grobu.
O glosie zza grobu, czyli liście, który dotarł do Warszawy później niż wiadomość o śmierci przyjaciela, wspomniał mi kiedyś Zbigniew Herbert. Wywarł on na tyle silne wrażenie, że poeta – po latach – uważał, że jest to dla niego swoiste przesłanie, głos „z drugiej strony”, na który nie może pozostać obojętny. Poczucie humoru i szlachetność zadomowiły się w jednej osobie, a niebywała serdeczność i umiejętność zachowania dystansu – zdaniem autora „Pana Cogito” – były cechami, które w Sadziku wcale ze sobą się nie kłóciły.
Założone w 1966 wydawnictwo i powołany do istnienia 1973 roku ośrodek odczytowo-dyskusyjny pochłaniały całkowicie księdza Józefa. W roku 1975 doszło jeszcze stanowisko rektora paryskiego domu, które przysparzało mu niemało zmartwień, nie widział się bowiem w roli administratora. Wolał oddawać się lekturom, nieustannie śledzić, nie tyle ruch wydawniczy, co – jak sądził – warty przybliżenia polskiemu czytelnikowi dorobek myśli teologiczno-filozoficznej. Eseistyka religijna, która – jak mówił – nie zdążyła się w Polsce rozwinąć, interesowała go najbardziej. Należąc do pokolenia Soboru, starał się wdrążać zasady Vaticanum II  w życie. Doprowadził do pierwszego polskiego wydania dokumentów soborowych. Książki wydawane w serii „Znaki Czasu” poprzedził zdaniem wyjętym z Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym: „Kościół zawsze ma obowiązek badać znaki czasów i wyjaśniać je w świetle Ewangelii”. W swoich homiliach i konferencjach powracał nieustannie do soborowych idei. Starał się „poznawać i rozumieć świat, w którym żyjemy, a także jego nieraz dramatyczne oczekiwania, dążenia i właściwości”. Owoce owego rozpoznawania można odnaleźć w jego zapiskach i sprawozdaniach z podróży do Ziemi Świętej czy do Rwandy, a także w przedmowach do Miłoszowej „Ziemi Ulro” i Księgi Hioba.
„Tworzyć - to umieszczać (stellen) byt w przestrzeni prawdy, i to w taki sposób, że po raz pierwszy nagi-byt zaczyna błyszczeć w przestrzeni tego, co istnieje. [...] Każde autentyczne dokonanie się prawdy jest jakimś dziełem. W sensie ścisłym działalność geniusza politycznego, religijnego, filozoficznego jest dziełem” – pisał w „Estetyce Martina Heideggera”. Jego wnikliwa analiza Heideggerowskiej filozofii ukazała się po francusku i hiszpańsku, polskiego wydania nigdy się nie doczekała. Mimo, że minęło ćwierć wieku od śmierci księdza Józefa, nie ukazał się żaden zbiór jego esejów, konferencji czy medytacji, choć polska eseistyka religijna wcale nie cierpi na nadmiar propozycji, a Sadzikowe „dokonanie się prawdy jest jakimś dziełem”, autentycznym świadectwem poszukiwania prawdy, dowodem nieobojętności, tak na ziemską rzeczywistość, ludzką egzystencję, jak i wszystko to, co czyni ją niebanalną, co poza nią wykracza.
Istnieją różne rodzaje twórczości. Największa (pośmiertna) sławę przyniosło księdzu Józefowi założone przez niego Centrum Dialogu, ale on sam nigdy o rozgłos czy żadne zaszczyty nie zabiegał. Robił to, co – jego zdaniem – należało czynić. Uważał, że musi być ktoś taki, kto nie dba jedynie o „utylitarne korzyści“. Swoją naturalnością i otwartością, a także niepospolitymi zainteresowaniami, zjednywał sobie nieprzeciętnych przyjaciół, potrafił gromadzić wokół siebie – a raczej należałoby powiedzieć – wokół konkretnych spraw wielkie indywidualności, ale nade wszystko nigdy nie zatrącił podstawowej ludzkiej wrażliwości: na cierpienie i ból, na dobro i piękno, na Boga i bliźnich. „Czy umiemy znaleźć w drugim człowieku najlepsza stronę?” - Pytał podczas paryskich misji świętych w 1975 roku. „Mądrość wiary polega również na tym, żeby nie szukać na pierwszym miejscu tego, co jest najłatwiej dostrzegalne, wad [człowieka], ale żeby znaleźć dobre strony” – przekonywał.
Jeśli istnieje obowiązek pamiętania, to należy dbać także o materialną spuściznę po tych, których największą ambicją było „spełnienie się prawdy”. Żyjemy w czasach, kiedy „umiejscowienie się prawdy”, twórcze podejście do własnego „bycia-w-świecie”, najmniejszy nawet przejaw wolności ducha mniej się liczy niż szybki zysk czy rozgłos. Ale przecież i nasza epoka przeminie i nadejdzie taki moment, w którym nasze osiągnięcia nic nie będą znaczyć. Zatem im więcej ocalimy z dostępnej nam spuścizny – owej spełniającej się na różny sposób prawdy – tym większa będzie nasza zasługa w niebie.

Paryż, sierpień 2000

Marek WTTBROT SAC

Prezentowany powyżej tekst ukazał się w dominikańskim miesięczniku "W drodze" - 10 (326) 2000, s. 90-94.

35-2-2.jpg (65524 Byte)


Na zdjęciu:

Józef Sadzik
(1939)

Fot. Archiwum "MW"