.
|
Widokówka z Gardone Riviera
Po wyjeździe Marianny z Paryża Jonasz długo nie
odzywał się do nikogo. Kupił płyty z balladami Chopina i zamknął
się w pokoju, by zgłębiać jego korespondencję z George Sand.
Historia utalentowanych kochanków przejęła go i zachwyciła,
postanowił za jakiś czas wybrać się w podróż szlakiem ich wędrówki
na Majorkę. Nie rozumiał Marianny, jej ekstatycznych wzruszeń
ani potrzeby bliskości, którą objawiała tak ostentacyjnie. Miał
swoje miłe oczarowania – niedawno poznał Aldonę. Do domu
Karoliny od dawna nie zaglądał, bo sprowadziła jeszcze kilkoro
znajomych i nie było już tam miejsca dla niego. Jonasz potrzebował
dla siebie czasu i przestrzeni. Pragnął być zauważony. Rozmowy
i spotkania na koncertach ze studentką muzykologii, długie
wieczory przy muzyce i niepokojące chwile milczenia dawały mu od
kilku tygodni poczucie przygody, co znacznie ożywiło jego samotnię.
Poza rachunkami i rozliczeniami za dostarczenie i rozwożenie darów,
które musiał wypełnić dla fundacji, niewiele ostatnio miał do
zrobienia. Zagłębił się więc w rozmyślania o losie
romantycznej pary, podziwiał wdzięk Aldony i jej muzyczne
zainteresowania. Nie spodobała mu się Marianna, która pierwsza
wzięła go za rękę. Lubił dystans w kontaktach i dopiero wtedy,
gdy rozmyślał i spisywał wspomnienia, określał i nazywał
swoje uczucia, zastanawiał się nad ich głębią niemożliwą do
odkrycia. Posłał jednak Mariannie kilka widokówek z podróży.
Napisał na nich to samo, co na kartkach do Karoliny. Jakże się
zdziwił, gdy zamiast kartki z podziękowaniem za pozdrowienia,
przyszedł list, jakiego nie oczekiwał. Trzymał długo w
szufladzie biurka podłużną kopertę w kremowym kolorze, zanim
przeczytał w całości i z pełnym zrozumieniem słowa i
cytaty zapisane na kartce. Gdy wpadł po niego Miron, znany w
paryskim środowisku polonijnym grafik komputerowy współpracujący
z biurem architektonicznym i zaproponował wspólną wycieczkę do
zaprzyjaźnionej rodziny w Bretanii, Jonasz zgodził się i poczekał,
aż znajdą się na wzgórzu, w spokojnym miejscu z widokiem na
morze, dopiero wtedy był w stanie zapoznać się z w pełni z tym,
co napisała do niego Marianna. Czytał po kilka razy te same
zdania, powracał i nie wierzył własnym oczom: Pragnę być z tobą
każdą cząstką mojej skóry, chcę oddychać tym samym
powietrzem, wędrować o poranku krętymi uliczkami wzdłuż
Sekwany i nieść w sobie nadzieję, że nie po raz ostatni
świat rozjaśnia twoje-moje istnienie.
Na widokówce z Gardone Riviera błękitne jezioro kołysze
niewielką wyspę w kształcie serca. Lago di Garda jest spokojne i
pogodne, nastraja do rozmyślań o przeszłości. Jonasz wspomina
dawne porywy serca, gdy zamykając rozdział życia w kraju kilkanaście
lat wstecz, gdy w Polsce toczyły się burzliwe przemiany po świeżo
odzyskanej wolności, zbliżał się ku brzegom fryzyjskich
wysp, a później jechał dalej w nieznane – szczęśliwy i
nieszczęśliwy jednocześnie. Co pozostawił za sobą, co pominął,
by przetrwać i dotknąć celu – niespełnienie w
dziennikarstwie, rozpoczęte i niedokończone znajomości, przyjaźnie
i głębokie więzi, lecz krótsze niż by pragnął – co
ujrzał przed sobą, by znaleźć siłę i wyruszyć?
Siedzi teraz przy lampce czerwonego wina i pisze kartki z podróży
w portowej kawiarence. Pierwszą kartkę z górską kwiecistą łąką
napisał do Karoliny, pozdrowił jej męża Cezarego i bliźnięta.
Dlaczego chce także napisać do Marianny, nie wie. Obecność
kobiet jest mu potrzebna do życia jak powietrze, a jednak żyje
sam, tak jakby one wszystkie przebywały za szklaną zasłoną.
Niemal codziennie rozmawia przez telefon ze swoją matką Justyną,
informuje ją o aktualnych sprawach zdrowia i fundacji, czeka też
na coroczne świąteczne listy i oznaki sympatii od kuzynki Anieli
z Gdańska – miasta swojej młodości. Przez kilka miesięcy
ubiegłej jesieni przynosiła mu swoje artykuły Hanka, młoda
malarka zdobywająca także wiedzę kulturoznawczą. Siadała
zamaszyście na skórzanej czarnej kanapie w swojej długiej
szerokiej spódnicy z falbanami, a gdy potrząsała rozpuszczonymi
włosami, by osuszyły się po deszczu, wpatrywał się w nią z
zachwytem jak w obraz. Nie miał jednak wciąż odwagi usiąść
bliżej dziewczyny i gdy wybierała się do domu albo wchodzili
znajomi z butelkami wina na wieczorną pogawędkę, czuł, że
znowu zabrakło mu czasu i że czegoś istotnego wciąż o sobie
nie wie.
Jonasz słyszy szmer, jakby przystanął nad głębiną, czuje, że
przenika go drżeniem, budzi, przybliża do tajemnicy, którą nosi
w sobie. I Jonasz otrząsa się z podróżnego pyłu, z nadmiaru słów,
gotowy na skinienie nowego głosu. Jonaszu, nie pozwól zapomnieć
światu o sobie, wołaj przez ściany, że jesteś. Od uporu zależy,
czy dotkniesz pragnienia. Jestem tu z tobą, przy wiklinowym
stoliku nad Lago di Garda. Słyszysz? W pobliskim ogrodzie nawołują
się ptaki. Włącz się w rytm tego przedpołudnia i zawołaj:
Jestem, Marianno, jestem tutaj! Napisz list tylko do mnie, nie
powtarzaj w nim pozdrowień, które wysłałeś przez lata.
Odszukaj najistotniejsze słowa, których jeszcze nigdy nie
wypowiedziałeś, a które tkwią w tobie ukryte głęboko.
Późnym wieczorem, gdy Jonasz wrócił do hotelu po długiej wędrówce
wzdłuż brzegu jeziora, dodzwonił się do Murów. Marianna oglądała
właśnie film o starym i nowoczesnym Gdańsku, o społecznych i
politycznych przemianach, ich skutkach i losach ludzi, którzy
mieli odwagę zaprotestować.
– Cześć! Co słychać? – głos Jonasza był cichy,
lecz choć dobiegał z daleka, wydawał się czujny, ciepły i
bliski.
– Nic szczególnego. O, właśnie leci film o twoim Gdańsku,
oglądam.
– Mam jeszcze kilka dni urlopu, chciałbym cię odwiedzić.
Jakie masz plany?
– Przyjedziesz?! – w nagłej radości Marianna na próżno
próbowała ukryć ożywczy powiew tych słów.
– Tak, ale na krótko, chcę też odwiedzić rodzinę w
Brzegu. Czekaj pojutrze o 16:07, na berliński.
– Jak sobie radzisz ze wszystkim? – zapytała jeszcze
Marianna, by dłużej nacieszyć się tą jego niespodziewaną
obecnością.
– Nie radzę sobie, jak zwykle – odpowiedział –
wciąż jest mnóstwo nie załatwionych spraw, istny dom wariatów.
Chyba będą chcieli mnie gdzieś przenieść. A co nowego u
ciebie?
– Niewiele. Wika i Artur chodzą swoimi ścieżkami. Gotuję,
sprzątam kąty, zaprawiam kompoty na zimę, trochę czytam.
– Jak miewa się Ireneusz?
– Nic się nie zmieniło, niestety. Obiecał nam, że
przestanie pić i zamykać się w pokoju, ale nie dotrzymuje słowa.
Rozmijamy się od dawna, to przykre.
– No tak, to już się nie zmieni. W rodzinie mieliśmy
podobny problem z ojcem – pił do końca, krzywdził matkę i
nas, zniszczył więzi i nasze zaufanie do siebie, do innych.
– Dobrze, że przyjedziesz – powiedziała cicho
Marianna – wyjdę na berliński.
– Cześć, śpij dobrze – szepnął na pożegnanie.
Ta krótka rozmowa zasadniczo zmieniła bytowanie Marianny. Wyłączyła
telewizor, spojrzała w lustro i zabrała się za porządkowanie
swoich spraw. Mam dwa dni, to niewiele, ale spróbuję doprowadzić
siebie do porządku – po cichu dodała sobie ducha. Jeszcze
raz spojrzała w lustro. Odbicie opowiadało jej o przygnębionej
czterdziestosiedmioletniej kobiecie, która już nie liczy na żadną
radość. Cera blada, oczy podkrążone, włosy zaniedbane,
sylwetka skulona w sobie jakby w obronie przed kolejnym atakiem z
zewnątrz. Coś tu trzeba zmienić! Otworzyła szafę i wyrzuciła
z półek swoje rzeczy. Przymierzała je, przykładając do twarzy
i porównując, czy pasują. Rezultat nie był optymistyczny. Ciągłe
oszczędzanie spowodowane długami Ireneusza i jego codziennymi
wydatkami na puszki z piwem nie pozwalały, by cokolwiek z
rodzinnego budżetu można było przeznaczyć na stroje Marianny.
Owszem, kupowali razem potrzebny sprzęt domowego użytku, płacili
za czynsz, gaz i światło, lecz zostawało tak niewiele, że
Marianna nawet nie pomyślała, żeby sprawić sobie modne
sukienki, pójść do fryzjera czy po prostu po swojemu odpocząć
od egzystencjalnych zmagań. Artur miał już swoje życie, własne
potrzeby i problemy, a Wika sama tak wiele potrzebowała dla
siebie, że często trzeba było jej pomagać i brać pracę
zleconą na soboty.
Zgubiłam gdzieś swoją urodę, tyle lat przeleciało. Co się ze
mną stało? Czy jest jeszcze jakaś szansa, żeby przywrócić
dawno utracony blask? Jeśli Jonasz zobaczy mnie na dworcu w takim
stanie, będzie żałował, że przyjechał z tak daleka. Coś się
musiało wydarzyć ważnego, że chce się spotkać i porozmawiać.
Marianna nie odnosiła źródła zainteresowania Jonasza wprost do
siebie. Pragnęła zainteresowania, listów, a zwłaszcza
komplementów, nie miała wszakże poczucia wartości. Wszystkiego
jej było mało. Odczuwała brak czułości co dnia, to powracało
falami jak nieugaszone pragnienie. Czasem wyobrażała sobie, że w
jej życiu jest inaczej, lecz wtedy, zamiast ulgi, przychodził
jeszcze większy żal, ściskał za gardło i powodował lament
rozstrajający nerwy.
Marianna nie dawała sobie rady z przemijającą kobiecością, tak
niefortunnie umieszczoną przy boku słabego Ireneusza, który
wcale się nią nie zajmował, kojąc wyłącznie swoje zadawnione
żale. Czuła się niespełniona, niezauważona, pominięta w
swoich marzeniach i pragnieniach, dlatego właśnie, choć lato było
w pełni, siedziała sama w domu, gotowała kompoty na zimę i oglądała
filmy. Dokąd miała pójść, w jakie cudowne miejsce, skoro nikt
tam na nią nie czekał? Jak to miło, że zadzwonił, że nie
zgubił numeru jej telefonu, że przeczytał list!
Na widokówce, którą Jonasz przysłał z Gardone Riviera, jezioro
ma kolor pogodnego nieba. Marianna obraca w dłoniach kartkę z
kilkoma słowami jakby to była drogocenna muszla wydobyta z ciemni
oceanu.
Śmieszne – myśli – tak się cieszyć, że przyszła
kartka z pozdrowieniami. Widokówka z podróży – to takie
ulotne piękno jak niedokończona rozmowa, za wczesne pocieszenie.
Krucha radość tłucze się o przedsionek serca niby wzburzona
fala, co rozbija się o brzeg i rozproszona zawraca w głębinę.
Teresa TOMSIA
Teresa Tomsia – poetka, eseistka. Autorka
książek poetyckich: „Czarne wino”,
„Wieczna rzeka”, „Przed pamięcią”.
Ostatnio wydała tomik „Skażona biel” (Wyd. SPP, Poznań
2004). W Poznaniu realizuje obecnie we współpracy z
Duszpasterstwem Środowisk Twórczych projekt konkursu na cykl
wierszy i esej „Bliżej Nieskończonego” oraz spotkania
rodzin „Wokół domu”. Szkice o literaturze publikuje
na łamach „Tygla Kultury” i „Teki”. www.
teresatomsia.prv.pl
|

Na zdjęciu:
Jezioro Garda
(Sirmione, 1999)
Fot. Marek Wittbrot
|