.
|
Cud
„Władze
komunistyczne ściągnęły ludzi z całego województwa i
zorganizowały na Placu Litewskim wiec antyreligijny. Uczestnicy
wiecu komunistycznego z transparentami o treści, które obrażały
uczucia wiernych, udawali się do miejsc postoju ich samochodów ciężarowych,
którymi byli przywiezieni. Gdy mijali plac katedralny,
prawdopodobnie z obawy przed pobiciem, przyśpieszyli kroku i nie
zatrzymując się zwinęli niesione transparenty. W pewnym momencie
ludzie stojący na placu odwrócili się w kierunku przechodzących.
W czasie śpiewu pieśni «My chcemy Boga» jedni unosili
w górę przyniesione krzyże, inni ręce ze znakiem zwycięstwa, a
ci, którzy byli najbliżej przechodzących, grozili im pięściami.
Później, gdy zaczęły się aresztowania, rozeszła się wiadomość,
że z kamienicy usytuowanej naprzeciwko katedry pracownicy UB
fotografowali kamerą ludzi zgromadzonych przed katedrą, a potem
ustalali tożsamość aktywnych uczestników zgromadzenia”.
Autor tych słów, Stanisław Tomaszewski (absolwent prawa KUL, ur.
1923) wspominał reakcje pracowników UB na wydarzenia
„cudu” w katedrze lubelskiej w lipcu 1949.
3 lipca 1949 około
godziny 13.30 siostra miłosierdzia zauważyła na obrazie Matki Bożej
Częstochowskiej pod prawym okiem Maryi ciemnoczerwoną łzę.
Gromadzący się w katedrze ludzie w oczekiwaniu na uroczystość
poświęcenia diecezji i parafii Niepokalanemu Sercu Maryi zaczęli
szeptać o „cudzie”. Z czasem tłum wzbierał, straż
porządkowa dbała o sformowanie kolejek wiernych, którzy
przesuwali się przed obrazem Maryi. Po kilku dniach, 10 lipca, było
aż 20 tysięcy wiernych, więcej niż w poprzednich dniach.
Informacje o „cudzie” podało radio BBC i „Głos
Ameryki”. Niebawem „cudem” „zainteresowały
się” władze.
Ewa Kopacz i Kazimiera Żurawska z domu Goral
wspominały w zapiskach: „Śpiewom,, modlitwom towarzyszyły
hasła polityczne. Gromady pielgrzymów kryły się w bramach,
przed milicją i aresztowaniami [...]. Kościół z lewej strony
zasłonięty był rusztowaniami. Na tych rusztowaniach gromadzili
się ludzie, żeby lepiej widzieć i jakoś dostać się bliżej.
Po nieudanej próbie rozpędzenia ludzi z placu, nadjechały wozy
strażackie, które lały wodę na tłum oraz na ludzi na
rusztowaniach. Niektórzy pod wpływem strumienia zimnej wody
odpadali z rusztowań”. Spisano następujące wyznanie księdza
Jana Wójtowicza: „Podchodzę do ołtarza Matki Bożej. Świadomie
postanawiam wstrzymać się od emocji, być jak najbardziej
obiektywnym, trzeźwym. Patrzę na Dzieciątko Jezus, widziałem w
oczach Dzieciątka też łzy”. Mimo, że „cud”
nie został oficjalnie uznany przez Kościół, o czym informował
w liście pasterskim 6 lipca 1949 roku biskup lubelski, wierni
nadal przybywali do katedry. W zakrystii odnotowywano zgłaszane
uzdrowienia, gromadzono wota, składano ofiary pieniężne. Pieniądze
przeznaczono na remont zniszczonej podczas wojny katedry. Władze
zaaresztowały księży pod zarzutem zorganizowania
„cudu” i umieściły w więzieniu na Zamku Lubelskim,
gdzie przebywali do lipca 1950, czasu, kiedy zostali zwolnieni na
interwencję kardynała Stefana Wyszyńskiego.114 informatorów władz
partyjnych, działających w 1949 w Lublinie, 22 agentów UBP, 778
informatorów terenowych ułatwiało zadanie władzom. Wkrótce
zahamowano napływ ludzi do Lublina, zablokowano miasto.
Jadwiga Bednarska, która tuż przed wydarzeniami w katedrze
lubelskiej przebywała w Rymanowie Zdroju na obozie harcerskim, nie
wiedząc o „cudzie”, powiedziała mi, że harcerki
„tego dnia były niespokojne, płakały; musiałam siedzieć
w namiocie, aż zasnęły. Leśniczy, który pomagał nam, drugiego
dnia powiedział, że dowiedział się z Radia Wolna Europa o
«cudzie» w Lublinie. Poszłyśmy wtedy do kapliczki i
modliłyśmy się. W związku z powodzią, przed terminem zwinęłyśmy
obóz. Nie można było jednak na skutek blokady dróg dojechać do
Lublina. Zatrzymano nas 20-30 km od miasta”. Stanisława Maj,
która z siostrą stała w kolejce przed Obliczem Maryi, stwierdza,
że tłum wiernych w Lublinie był zgromadzony daleko za Bramą
Krakowską, w dole na ulicy Lubartowskiej. Mieczysław Smalec, który
jako 14-latek był w tym tłumie z matką i ciotką, wiedział z
opowiadań, że pociągi zatrzymywały się za Motyczem. Dalej
trzeba było iść pieszo. „Ludzie ciągnęli tłumnie
– wspomina Halina Jadwiga Sołtys – z najdalszych
stron, niektórzy pierwszy raz byli w Lublinie”. Opowiadając
o kilkakrotnym wpatrywaniu się w Oblicze Czarnej Madonny, po którym
z jednej strony spływała krwawa łza, Pani Halina zmienia wątek
i przechodzi do wydarzeń, które miały miejsce w niedzielę 17
lipca. Tego dnia o godz. 13.00 miała odbyć się Msza święta.
„Cały kościół był pełny, a także plac katedralny wypełniony
po brzegi. W czasie trwania nabożeństwa przeszedł koło katedry
ulicą Królewską pochód. Przechodzili rolnicy zgonieni przez
komunistów z pobliskich wsi, dla których zorganizowano wiec na
Placu Litewskim jako odwet za śmierć zadeptanej
dziewczyny”. Wypadek zdarzył się, kiedy 16-latkę tłum
wiernych zatratował na śmierć. W tłumie słyszało się okrzyki
wrogie Kościołowi. Okrzyki te wymieszały się z innymi:
„precz z komuną”, „my chcemy Boga”,
dochodzącymi sprzed kościoła Ojców Kapucynów przy Krakowskim
Przedmieściu naprzeciw Placu Litewskiego. Było jeszcze jedno wołanie:
„wypuścić aresztowanych studentów”, przypominające
o uroczystości Bożego Ciała 16 czerwca, a więc sprzed miesiąca.
Wówczas w procesję wiernych wjechał samochód Służby Bezpieczeństwa,
chcący wymusić przejazd. Ludzie jednak zareagowali, utworzyli
szpaler przed Monstrancją. Przewrócili samochód do góry kołami.
W większości byli to studenci Katolickiego Uniwersytetu
Lubelskiego. Milicja, która przeprowadziła łapankę, zaaresztowała
studentów. 17 lipca po zakończeniu Mszy świętej w katedrze
„ktoś z tłumu rzucił propozycję pójścia pochodem pod
milicję, aby domagać się wypuszczenia aresztowanych studentów”,
wspomina Pani Halina. Tłum z krzyżem na czele ruszył w kierunku
ulicy Zielonej, gdzie mieściła się Komenda MO. „Oczywiście
poszłam i ja z koleżankami, wznosiłyśmy też okrzyki
antykomunistyczne, śpiewałyśmy z tłumem, który ogarnęła
jakby fala wolności i zjednoczenia”. Ludzie zaczęli krzyczeć,
żeby wypuścili „studentów, aresztowanych ludzi, ale żaden
kamień wtedy nie był przez nas rzucony, o co nas potem posądzano
w śledztwie i na sprawie. [...] Otworzyła się brama i wypadli
milicjanci w tłum bijąc kolbami gdzie popadło”. Kordony
milicji wyłapywały ludzi, także z zakątków niedalekiego
Starego Miasta, na przykład z Ulicy Koziej, gdzie Pani Halina Sołtys
udała się licząc na szybki powrót do domu. Do domu wróciła po
miesiącach, ale następne kwadranse po aresztowaniu wyglądały
następująco: „Małe pomieszczenia milicyjne przy ulicy
Zielonej wypełnione były po brzegi, było ciasno. Trzymano nas tu
do wieczora, a następnie rozwożono w różne punkty do UB –
na ulicę Krótką, na Szopena 7 i 18 i jeszcze gdzie indziej. Ja z
niewielką grupką kobiet przewieziona zostałam na ulicę Szopena
7, gdzie całą noc przesiedziałyśmy zziębnięte na schodach do
piwnicy. Dopiero rano umieszczono nas w jakimś wilgotnym i ciemnym
lochu. Kobiety siedziały na ziemi, gdyż nie było żadnych ławek
ani stołków. Były dwie piętrowe prycze sklecone z desek, bez
sienników i kocy. W nocy zaczęło się śledztwo. Bardzo
interesowali się tym, z kim byłam, kogo widziałam, jakich
znajomych mam księży. Po czterech dniach i nocnych męczących śledztwach
kilka z nas wyczytano i przewieziono na zamek”. Na Zamku
Lubelskim zostały wciągnięte do rejestru więźniów. Tam
pozostała rok i 10 dni.
17 lipca 1949, znaczenie kredą na plecach zgromadzonych ludzi,
bicie kolbami, strzelaninę, późniejsze aresztowania i więzienia
na Zielonej i Szopena 7, a następnie na zamku dobrze pamięta również
Lucyna Kochańska. „Wezwano mnie i zaproponowano zwolnienie
za przysługę dla UB. Po około 7 godzinach ciężkich zmagań
podpisuje oświadczenie, że się nie zgadzam, ale za to pan z UB
obiecuje mi wywózkę na Syberię, bagatela, 10 lat, jak twierdzi.
Po pół roku od aresztowania wręczają mi pisemko: «z braku
dowodów winy»”.
Janina Elżbieta Markiewicz opowiedziała mi o 15 lipca 1949. Był
to jeden z dni, podczas których ludzie gromadzili się przed
katedrą lubelską, a jednocześnie w zakładach pracy organizowano
masówki wzywające między innymi do zdejmowania krzyży w
pomieszczeniach biurowych. Tego dnia Janina Markiewicz, wówczas
studentka III roku wydziału prawa KUL, również pracująca w
biurze prawnym DOKP, napisała polemiczny tekst do artykułu
„Nadużycie wiary”, zamieszczonego 13 lipca w
„Sztandarze Ludu”. Kolega z biura poradził jej, aby
zredagować odezwę i rozpowszechnić drogą kolportażu.
„Napisałam więc odezwę, podpisałam ją «Katolicka Młodzież
Lubelska»”. Wieczorem w kolportażu pomogła Pani
Janinie spotkana koleżanka. Tego wieczora została aresztowana.
„Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że zarówno mój kolega z
pracy, jak i koleżanka, z którą szłam, byli konfidentami UB”.
15 lipca 1949 „Sztandar Ludu” zamieścił
„Stanowisko lubelskiej inteligencji w sprawie rzekomego cudu
w katedrze”. Pisano: „Chcesz oddawać cześć
przedmiotom kultu, to pozostawione jest twojej osobistej woli. Władze
państwowe nie zamierzają się wtrącać ani do spraw kultu, ani
do wewnętrznych spraw administracyjnych Kościoła”. A że
tak nie było, świadczy – oprócz fali upokorzeń, która
spadła na wiernych – inny dokument pisany, choć utajniony.
W sierpniu 1949 attaché Ambasady ZSRR w Polsce, I.
Stiepanow, napisał między innymi: „Nie bacząc na wskazane
uchybienia związane z wydarzeniami lubelskimi, kampania
protestacyjna przeciwko temu wypadkowi klerykałów przeprowadzona
została w całym kraju, jej organizacja, szeroki udział w niej
społeczeństwa polskiego pozwalają wyciągnąć wniosek, że rząd
polski i kierownictwo PZPR w okresie likwidowania prowokacji wykonało
znaczącą pracę, aby wykorzystać to wydarzenie dla dalszej
mobilizacji mas pracujących w walce z wpływami reakcyjnego
duchowieństwa na naród polski”.
Joanna SZUBSTARSKA
Joanna Szubstarska jestem korespondentką
Katolickiego Radia Podlasie. Swoje utwory poetyckie publikowała w
kilku pismach i antologii poezji religijnej „A Duch wieje, kędy
chce". Wspomnienia Sybiraków drukowała w bialostockim
„Sybiraku". Współpracuje z redakcjami pism lokalnych
|

Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Chełmno, 2005)
Fot. Michael Wittbrot
|