.

Braterstwo

Z Markiem RUDNICKIM  rozmawia Marek WITTBROT

Marek Rudnicki - urodzony 25 stycznia 1927 roku. Ojciec lekarz, matka pochodzenia francuskiego. Dzieciństwo spędził w Łodzi. Uczęszczał tam do świeckiego Liceum Hebrajskiego doktora Braudego. W listopadzie 1940 roku znalazł się w warszawskim getcie, gdzie 8 sierpnia 1942 roku stracił rodziców i brata. Dzięki pomocy Armii Krajowej udało mu się wydostać z getta. Czynnie uczestniczył w polskim ruchu oporu, aż do Powstania Warszawskiego w 1944 roku walczył w pułku „Baszta”, pod pseudonimem Czart. W ramach Żegoty, stworzonej przez pułkownika Chruściela, Adolfa Bermana, Władysława Bartoszewskiego, Zofię Kossak-Szczucką, działał w ruchu pomocy Żydom. W czasie okupacji studiował architekturę w Politechnice Warszawskiej, na tajnych kompletach. Po wyzwoleniu kontynuował studia w Krakowie i Warszawie. Od 1948 roku współpracował z tygodnikiem „Odrodzenie”, jako rysownik, oraz z Wydawnictwem „Czytelnik”, gdzie zajmował się ilustrowaniem książek. Od 1949 do 1957 roku był dyrektorem artystycznym Państwowego Instytutu Wydawniczego. W 1957 roku opuścił Polskę i dzięki swojemu przyjacielowi Jean Picart Le Doux w latach 1958-1959 pracował dla Heleny Rubinstein jako grafik. W 1959 roku na prośbę Huberta Beuve-Méry został oficjalnym portrecistą członków Akademii Francuskiej. Swoje portrety publikował w „Le Monde”. Po 32 latach pracy dla tego pisma francuska Biblioteka Narodowa urządziła wystawę jego prac z lat 1959-1991. Dla Editions "Bibliophile" ilustrował dzieła Puszkina, Turgieniewa, Tołstoja, Camusa, Maurois, Cesbrona i innych, zaś dla "Cabinet Cosmopolite" w wydawnictwie "Stock" dzieła braci Singerów. W 1980 roku, wraz ze swoim przyjacielem, Eugenem Ionesco, został fundatorem Comité des Intellectuels pour l'Europe des Libertés. Odznaczony francuskim Orderem Kawalerskim Sztuki i Literatury, Krzyżem Zasługi, srebrnym Medalem Miasta Paryża, Krzyżem Armii Krajowej oraz Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta. Prezentowana rozmowa była przeznaczona do książki wspomnieniowej, poświęconej ks. Januszowi St. Pasierbowi („Wstępujący na wzgórze”, Pelplin 1995), nie została jednak przez jej redaktorów wykorzystana. Ksiądz Pasierb zmarł 15 grudnia 1993 roku w Warszawie. Marek Rudnicki zmarł 14 września 2004 roku w Paryżu

- Ty i Janusz Pasierb, kiedy się poznaliście?

- Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było. Wydaje mi się, że poznaliśmy się jeszcze przed moim wyjazdem z Polski w 1957 roku. Zawsze byliśmy dla siebie obecni.

- Znaliście się od zawsze?

- Tak, masz rację, znaliśmy się od zawsze. W naszych rozmowach, a dyskutowaliśmy na wiele tematów, nie było żadnego tabu. Poza tym potrafiliśmy razem się śmiać i radować. Mój ojciec mawiał, że można się ze wszystkiego śmiać, ale trzeba wiedzieć, z kim to robić. Z Januszem mogłem ze wszystkiego się śmiać.

- Nie przeszkadzało Ci to, że on był księdzem, człowiekiem wierzącym?

- Ty wiesz, że jestem pół-Żydem, pół-chrześcijaninem i człowiekiem niewierzącym. Po wojnie przestałem potrzebować wiary w Boga. Wolałem patrzeć na nasz ziemski padół i - w miarę możliwości - robić wszystko, żeby nie był on padołem łez. Moja mama była zawsze osobą głęboko wierzącą i pozostała katoliczką do końca życia. W naszym domu bywali również katoliccy duchowni. Ja do pewnych księży jak i do pewnych rabinów mam wielki szacunek i dużo serca. Nigdy nie twierdziłem, że jako niewierzący mam rację. Jestem pełen podziwu dla tych, którzy żyją autentycznie, którzy nie mają w sobie pychy i nie są fanatykami czy też ludźmi „letniej” wiary.

- Ksiądz Janusz nigdy nie próbował Cię nawrócić?

- Na samo słowo „prozelityzm” jeżyły mu się resztki włosów na głowie. Mawiał, że wszyscy pochodzimy od tego samego Ojca i że nasze korzenie są starotestamentalne. Kiedyś poklepał mnie po ramieniu i rzekł: oto mój człowiek! Powtarzam to bez fałszywej skromności... On uważał, że jestem jego człowiekiem.
Tora pokazuje i słabości ludzkie, i dobroć ludzką. Nie ma żadnej hipokryzji w Torze. Ci, którzy wierzą i robią to z przekonania, choć na różny sposób,  są tak samo mi bliscy. Nie lubię słowa „tolerancja”, bo  niekiedy źle się je pojmuje, powiedziałbym więc, że dla Janusza miałem wielki respekt - tak jak i on dla mnie. Tak było również z innymi moimi przyjaciółmi, na przykład z André Frossardem.

- Ksiądz Janusz nie był kosmopolitą?

- Do niego zupełnie nie pasuje to słowo. On był przede wszystkim chrześcijaninem i Polakiem.

- Dla niektórych był Żydem.

- Nie tylko jemu zarzucano, że jest Żydem. Choć taki zarzut jest absurdalny, bo co za znaczenie ma to, kto kim jest? Ważne, żeby każdy był człowiekiem, żeby zasługiwał na miano człowieka. Gdybym powiedział kardynałowi Lustigerowi, z którym ostatnio się spotykam i wiele rozmawiam, że jest Żydem - a wiadomo, że on jest Żydem - strasznie by się obruszył. Pochodzenie, choć ważne, nie jest ani niczym „ujemnym”, ani „dodatnim”. Kto myśli inaczej, nie jest ani dobrym chrześcijaninem, ani dobrym Żydem.

- Rozmawiałeś na ten temat z księdzem Januszem?

- Wiele razy! Mówiłem mu to samo, co tobie... Bardzo poruszyły mnie poematy Janusza o Jerozolimie. Kiedy przeczytałem je w  gazecie, od razu do niego zadzwoniłem. Powiedziałem mu, że czuję się tak, jak byśmy razem wędrowali po Jerozolimie. Później otrzymałem od niego "Doświadczanie ziemi" z dedykacją: „Więcej niż przyjaźń - braterstwo”.

- Czy powiedziałbyś, że był on człowiekiem skromnym?

- Mimo że posiadał ogromną wiedzę, zawsze próbował się uczyć, chciał poznać wszystko dogłębnie. Do ludzi zaś odnosił się z wielką skromnością. Mówił dobrze nawet o tych, którzy nie zawsze potrafili zachować się po ludzku, bo dostrzegał w nich coś więcej: talent. Patrzył na talent a nie na ludzkie małości.

- Nic Cię w nim nie raziło?

- Owszem, że ciągle się gdzieś oddalał.

- Do Paryża jednak wracał często.

- Prywatnie czuliśmy się jak rodzina. Przychodził do mnie, siadał w tym samym miejscu co ty i rozmawialiśmy...  niemal o wszystkim.

- Chodziłeś na jego odczyty do Centrum Dialogu. Jaki był wtedy, jaki był publicznie?

- Słuchało się go z otwartymi uszami. Umiał przybliżać do sztuki, czynił to ze znawstwem i uczuciem. Umiał poszerzać horyzonty, przejmować się dziełami innych...  Myślę, że Centrum Dialogu wiele mu zawdzięcza, bo występował w nim często, już od początku jego istnienia, czyli 1974 roku.
Myślę, że Janusz, nawet gdyby znalazł się wśród Pigmejów czy bardzo prostych ludzi, pozostałby sobą. U niego nie było pogardy dla tych, którzy nie dorównywali mu poziomem intelektualnym. On uwielbiał prostotę. Nigdy nie wypowiedział złego słowa o tych, którzy posiadają mniejszą znajomość ogólnej kultury. Chyba dlatego tak łatwo docierał do różnych ludzi.

- Skąd brał się jego smutek?

- Były rzeczy, które bardzo go martwiły, a nawet przerażały. On nie mógł zrozumieć, skąd się biorą księża, dla których miłość chrześcijańska tak mało znaczy. Bolało go, że u osób duchownych jest tyle nienawiści. On był chory, kiedy dowiadywał się, że jego kolega z seminarium mówi pogardliwie o „Żydkach”. Przejmował się tym, zamartwiał. Byłem wzruszony, kiedy widziałem jego zatroskanie, poczucie winy wobec mnie z powodu jakiegoś księdza. Nie umiał pogodzić się z tym, że ktoś, jako ksiądz, głosi nienawiść.
Są ludzie, dzięki którym można żyć, dla których warto i powinno się żyć, i robić to, na co stać tylko garstkę sprawiedliwych.

- Co takiego było w nim, że chciało się z nim być, rozmawiać, dzielić myśli?

- Spojrzenie przyjaciela... Jestem przekonany, że gdyby nawet kimś się rozczarował, nie odebrałby swojej przyjaźni. On nie miał żadnej zawiści do ludzi.

- Gdybyś go jeszcze raz spotkał, co byś mu powiedział?

- Boże...  Boże, jakie to szczęście, że możemy się znowu zobaczyć.

Paryż, 3 września 1995 roku

36-5-1.jpg (69951 Byte)


Na zdjęciu:

Marek Rudnicki
 
(Paryż, 1993)

Fot. Marek Wittbrot