.
|
Do starszego brata
Marku,
była wiosna, rozpoczął się maj. Mieszkałem wtedy na Wyspie św.
Ludwika. Czekałem na Kisiela, który po raz pierwszy miał
odwiedzić mnie w Paryżu. Umówiłem się z nim na popołudnie.
Wspinając się po drewnianych, skrzypiących schodach żartował,
że złamie sobie nogę i że będę musiał płacić
odszkodowanie. W trakcie wspinaczki nadmienił, że idzie „prosto
od Marka Rudnickiego”. „To taki wariat, który ma obsesję, że
jest niewierzący, a ciągle gada o Bogu i podobnych sprawach”
– zwierzał się, już przy stole, prosząc o coś „na drugą
nogę”. Nie wierzył w Twoją niewiarę.
Stefan Kisielewski nie zdążył mnie z Tobą poznać. Mijały
miesiące. Często błąkałem się po paryskich ulicach, poznawałem
nowych ludzi, lecz miasto interesująco opisywane przez Rétifa czy
Merciera pozostawało nieznane. Niekiedy zjawiał się Jacek
Bierezin, by wyciągnąć mnie na spacer. Broniłem się, ale nie
zawsze umiałem mu odmówić, choć zdawałem sobie sprawę, że
nasza włóczęga znowu skończy się nad ranem. Po jednej z
nocnych eskapad trafiłem do Massy. Tam, po krótkim śnie i
wypoczynku, Jacek doszedł do wniosku, że musi przedstawić mi...
Małgorzatę. Wróciliśmy do Paryża, zdążyliśmy jeszcze umówić
się z Mariuszem, który miał robić zdjęcia, oczywiście nie
nam, lecz – jak twierdził Jacek – „kobiecie, która warta
jest najcięższych grzechów”. W drodze na bulwar Woltera zmienił
plany i postanowił, że najpierw odwiedzimy jego przyjaciela i...
niespodziewanie doszło do naszego spotkania.
Jacek narzekał, że ciągle każesz pić herbatę z miodem. Nie
trzeba było jednak żadnych słów, żeby wiedzieć, że u Ciebie
czuje się dobrze. Mówiłeś wiele – jak uprzedzał Kisiel – o
Bogu, o prorokach, najwięcej o Jeremiaszu, o chrześcijaństwie, o
Chrystusie, o Kościele, o Judaizmie, o sobie i... o swojej
niewierze.
Od przedwiośnia, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, minęły
lata. Wielokrotnie powracaliśmy do tematów z pierwszego
spotkania. Boże – myślę sobie czasem – gdyby inni potrafili
tak, bez fałszu i zakłamania, mówić o sprawach wiary, o miłości
czy miłosierdziu, jakże łatwiej byłoby pogodzić się z tym światem.
Kiedy przestępuję próg Twojego domu, czuję się jak w świątyni.
Wiele razy mówiłeś o swojej niewierze, a jednak nie to jest dla
mnie najważniejsze, lecz Twoje wzruszenie, kiedy powtórzyłem Ci
Kisielowe słowa.
Nie, nie chciałbym przekonywać Cię do wiary, nie jestem
najlepszym misjonarzem. Nie umiałbym powiedzieć, że powinieneś
„pogodzić się” z Panem Bogiem. Nie potrafiłbym namawiać Cię
do zmiany przekonań, bo tak samo jak Ty jestem tylko człowiekiem
poszukującym. Wiem, co przeżyłeś. Wiem, że patrzyłeś na zagładę
żydowskiego getta i umierającą Warszawę, na ogrom
nieprawości i ludzkie zbrodnie. I próbuję sobie wyobrazić, jak
Cię mogła boleć własna bezradność i rozpacz tych, którzy –
na skutek swych cierpień – tracili zaufanie do bliźnich i wiarę
w moc niebios.
Jestem o wiele lat młodszy od Ciebie. Nie wiem jak długa droga
przede mną i dokąd mnie ona zaprowadzi. Ale wiem, jak wątła i
krucha jest nasza nadzieja, wiara w dobroć, ludzką bezinteresowność.
Wiem, że sam wciąż muszę uczyć się kochać. Bardzo chciałoby
się mieć nieraz obok siebie kogoś, kto by w tym pomógł. Patrzę
niekiedy na swoich braci-kapłanów, którzy mówią o moich
przyjaciołach-Żydach z pogardą i nienawiścią. Wiem, że są i
tacy chrześcijanie, którzy niewiele rozumieją z Ewangelii. Ale i
ja nie mogę powiedzieć, że zrozumiałem wszystko. Od
swoich braci zaznałem różnych krzywd. Bywało, że nie potrafiłem
uwierzyć, że ktoś, kto nazywa siebie Bożym sługą może
niszczyć, kłamać, zwalczać mnie tylko dlatego, że jestem inny.
Ale przecież nie mogę patrzeć tylko na ludzką małość, na
ludzkie hierarchie i zależności, na pychę i zarozumiałość.
Muszę i ja uczyć się być wolnym od namiętności. Ważne jest
dla mnie, że możemy mówić otwarcie o wszystkim, również o
bolesnych sprawach, że niejednokrotnie potrafiłeś patrzeć dalej
i głębiej, poza zwykłe zaślepienie i głupotę.
Często pytam się i będę pytać o swoje miejsce i o Kościół,
do którego należę (i Kościół jest grzeszny, bo nosi w sobie
winy tych, którzy są Jego członkami – nosi i moje grzechy).
Jest jednak pytanie ważniejsze – o Boga i o Jego miejsce w moim
życiu. Nigdy nie miałem nawet cienia wątpliwości, że Bóg jest
– pomimo wielkich zwątpień i buntów. Lecz Bóg to nie tylko
sprawa wiary. To również, a właściwie przede wszystkim sprawa,
której na sposób ludzki pojąć się nie da. Spotykam Go, ilekroć
oślepia mnie czyjeś miłosne spojrzenie! Nie tyle spojrzenie
kobiety czy mężczyzny, co Spojrzenie Ludzkie.
Dziś, kiedy wracam do naszych spotkań, widzę i Kisiela, i Jacka,
i Mariusza – i wiele innych osób, których już nie ma. Boli
mnie ich nieobecność – Kisiel umarł, bo nie umiał żyć bez
swojej żony, Jacek i Mariusz zginęli tragicznie – ale przecież
wiem, że oni nie żyli wyłącznie sprawami tego świata, że nie
zatrzymywali się na doczesności. Oni nie byli bardziej „wierzący”
i nie zawsze zgadzali się z Bogiem. Oni nie byli święci, a
przecież byli tak blisko Światła. Oni przybliżyli nas do
siebie! A może i do Kogoś Innego.
„Mimo że jestem niewierzący, wierzę w człowieka. Jeśli człowiek
nie potrafi z siebie nic dać, nie warto żyć. Nie patrzę w górę,
patrzę w dół, gdzie stąpają ludzie. Chciałbym, żeby ludzie
najpierw tutaj, na tym świecie się zrozumieli” – mówiłeś
niedawno. Czyż zrozumienie, jakie możemy sobie dać – myślę
teraz – to nie patrzenie w górę, droga wzwyż? Gdybym nie
dostrzegł u Ciebie patrzenia w górę, chyba nie byłbym tak częstym
Twoim gościem.
Jest jeszcze coś, o czym muszę Ci powiedzieć... Kisiel –
na dzień przed naszym rozstaniem – prosił, żebym – jak to
określił – nie opuścił Polski. Nie chodziło jednak o to, żebym
wracał do kraju, lecz żebym – pozostając nad Sekwaną –
jeszcze bardziej zajął się polskimi sprawami. Zaskoczyła mnie
ta prośba i powaga, z jaką wyrażał swoją prośbę. Takiej
powagi nie widziałem u niego nigdy. Patrzył na mnie uważnie,
pytająco. Milczałem. Wiedziałem przecież, że chodzi o więcej
niż – jak zawsze mi się wydawało – jestem w stanie uczynić.
Nie jestem pewien, czy zdołam wypełnić tak trudne zadanie, jego
bardzo nietypowy testament, wiem jednak, że jest ktoś taki w Paryżu,
kto Polski nigdy nie opuścił. Ty, niewierzący-Żyd, uczyłeś
mnie zawsze prawdziwej Polski, tej wywodzącej się z ducha. To Ty
– dziwne, ale tak jest – ukazywałeś mi zawsze Miejsce, w którym
mieszka Niewidzialny. Dzięki Tobie, dzięki nielicznym przyjaciołom,
nie przestałem wierzyć, że to tacy jak Jeremiasz mają rację, a
nie Ci, którzy chcą za proroków uchodzić. Ilekroć wchodzę do
Twojego domu, czuję się jak u siebie i jestem spokojny, bo wiem,
że istnieje ta Polska, którą cenię, którą kochał nasz
przyjaciel.
Jeśli kiedyś spotkamy się przed Niewidzialnym – Ty, niewierzący-Żyd,
i ja, Polak, w którego żyłach płynie tyle niepolskiej
krwi – jestem przekonany, że będę mógł liczyć na Ciebie, że
Ty wstawisz się za mną. „Wszyscy od najmniejszego do największego
poznają Mnie” – mówił ustami proroka Jeremiasza Pan, Bóg
Izraela, Bóg naszych Ojców, Abrahama i Jakuba, Dawida i Salomona,
Jana Chrzciciela i Jezusa. Skończy się czas wiary i zacznie się
czas poznania. Nie będzie potrzebna nasza wiara czy niewiara. Więc
nie lękam się... Jeśli ktoś mnie pyta, kto to jest Marek
Rudnicki, odpowiadam, że to mój starszy brat!
Wrzesień
1995
Marek WITTBROT
P.S. Nie zrobiłem dokładnie tego, o co zostałem poproszony: aby
napisać krótką rozprawę czy esej dotyczący polsko-żydowskich
spraw. Z pewnym wahaniem przekazywałem obiecany tekst. Po kilku
dniach Marek zadzwonił wzruszony i zapytał, czy to co napisałem
może zachować tylko dla siebie. Teraz, gdy opustoszał niezwykły
gabinet i zarazem malarska pracownia w domu pod numerem 27 przy
bulwarze Voltaire, nie będzie – mam nadzieję – niczym
niestosownym przypomnienie nietypowego, powstałego w roku 1995
listu, a poprzez ów list-wyznanie osoby Marka Rudnickiego.
|

Na zdjęciu:
Pracownia
Marka Rudnickiego
(Paryż, 1993)
Fot. Marek Wittbrot
|