Klientela Bożego Miłosierdzia

Refleksje nad encykliką
Jana Pawła II
”Dives in misericordia”

„Miłosierdzie” ma złą reputację, bo w społeczeństwie klasowym stało się instytucją służącą bardziej zaspokojeniu sumień niż potrzeb. Kojarzy się z obrazem kwestującej hrabiny i „kuchnią dla wstydzących się żebrać”. Miłosierdzie ma też przed sobą złą perspektywę, ponieważ na jego miejsce pojawiła się polityka społeczna ze swoją tendencją do rozwiązań globalnych. Grosz dla ubogiego nic nie załatwia – głosi polityka społeczna – trzeba usunąć zjawisko ubóstwa; to samo z chorobami: nie roztkliwiajmy się nad każdym z osobna, tylko zbudujmy tyle szpitali, aby każdy miał łóżko i opiekę w razie potrzeby. To samo ze starcami. To samo z upośledzonymi. Zamiast miłosierdzia – wyliczenia, inwestycje, formacja odpowiednich kadr. Człowiekowi współczesnemu odpowiada ten punkt widzenia. Chce być zwolniony z obowiązku miłosierdzia, ponieważ przyzwyczaja się do myśli, że rozwiązanie problemów ubóstwa, starości, choroby, upośledzenia należy do państwa; są to plagi takie same, jak nieurodzaj czy inflacja. Plagą jest każde odchylenie od normy. Obowiązkiem państwa jest utrzymanie życia społecznego w normach zamożności i zdrowia i obrona przed plagami. Przed plagą bezrobocia, plagą żebractwa, plagą przestępczości, plagą nerwic, plagą przedwczesnego starzenia się. To poczucie normy przenika głęboko w życie prywatne, staje się podstawą współżycia w rodzinie, w grupie sąsiedzkiej czy towarzyskiej, w zespole pracy. Kto spada poniżej normy, zostaje sam; kto wyrasta ponad normę, również zostaje sam. Na poczuciu normy opiera się wychowanie szkolne, a nawet domowe. Dziecko, które odbiega od normy fizycznej czy psychicznej, słabsze, brzydsze czy nerwowe, staje się natychmiast przedmiotem zabiegów mających na celu zniwelowanie różnic między nim a otoczeniem, a zabiegi owe zazwyczaj tylko ranią wrażliwe jednostki, pogłębiając w nich poczucie wyodrębnienia i obcości.
Z poczucia normy wyrasta poczucie sprawiedliwości. Niesprawiedliwe w społecznej ocenie jest nie to, co rani skrzywdzonego człowieka, lecz to co razi ogół; to zamożny ogół czuje się skrzywdzony ubóstwem, i ogół zdrowy czuje się zagrożony, gdy mniejszość choruje. Ale każdy kto wchodzi w skład owego ogółu wie, że odchylenie od normy jest tuż, o włos. Każdy to wie i tym silniej przylega do „normalnego” ogółu. Im silniejsze w społeczeństwie jest poczucie normy, im bardziej stanowczo narzucają je ogółowi wszystkie instytucje powołane do utrzymywania życia w normie, im energiczniej państwo realizuje społeczny ideał sprawiedliwości oparty na poczuciu normy, tym bardziej zaostrza się konflikt między jednostką a ogółem. Nie zanika w miarę podnoszenia się powszechnego poziomu życia, lecz przeciwnie – wzrasta i staje się prawdziwą plagą najbardziej rozwiniętych społeczeństw. Właśnie tych, które mają doskonale rozwiniętą politykę społeczną i które stać na zapewnienie instytucjonalnej opieki wszystkim potrzebującym.
Bo prawdziwa krzywda człowieka polega nie na tym, że nie dorasta do normy, lecz na tym, że ogół wyznacza mu tylko jej wyrównanie, i że to nazywa sprawiedliwością.
Encyklika „Dives in misericordia” nie przeciwstawia miłosierdzia sprawiedliwości, lecz mówi o nim jako o prawdziwym, najgłębszym źródle sprawiedliwości. Miłosierdzie bowiem należy się człowiekowi nie dlatego, że nie dorasta on do normy, ale dlatego że jest od niej bogatszy. Odmienność jest podstawowym prawem osoby ludzkiej, nieobliczalność – regułą ludzkiego postępowania. Jednostki i narody zachowują się wbrew wyliczeniom. Ich lęki i porywy fantazji, ich smutek i entuzjazm, ich katastrofy stanowią całą barwę życia osobowego i całej historii. Ludzkość jest sobą w swoich anomaliach i właśnie dlatego zasługuje na podziw.
Miłosierdzie ma złą reputację, ponieważ kojarzy się z protekcjonalną wyższością – bogatego nad biednym, zdrowego nad chorym, mocnego nad słabym, ogółu nad samotnym. Istotnie takie bywało i bywa instytucjonalne miłosierdzie, które jest namiastką polityki społecznej, miłosierdzie, którego motywem jest samozachowawczy lęk posiadacza. Encyklika wskazuje na miłosierdzie, które uznając słabość, kruchość, nędzę ludzkiej istoty wie o sobie, że jest potrzebne, lecz którego motywem prawdziwym jest właśnie podziw. I to jest właśnie Boże miłosierdzie. Bo człowiek, który drugiemu człowiekowi pomaga, po to aby ten mógł zrealizować i okazać całą pełnię swej natury, jest podobny Bogu, który nad swym stworzeniem pochyla się z upodobaniem Stwórcy, z upodobaniem Ojca, i który dla utwierdzenia człowieka w jego bogactwie i godności ponosi bezgraniczną ofiarę Wcielenia i Krzyża.
Jan Paweł II umieszcza miłosierdzie Ojca w samym centrum Objawienia: „Człowiek i jego najwyższe powołanie odsłania się w Chrystusie poprzez objawienie tajemnicy Ojca i Jego miłości”. Tajemnica Boga odsłania się w synowskiej relacji Chrystusa do Ojca, w relacji znanej człowiekowi i podstawowej dla jego osobowego i społecznego istnienia, w relacji pochodzenia, dziedzictwa i miłości bezwarunkowej. Chrystus świadczy tę miłość swoim wcieleniem i swoim czynem; przez nią objawia obecność Boga we wszechświecie i w kręgu człowieka; przez nią Bóg Ojciec staje się widzialny.
Encyklika „Dives in misericordia” jest zbudowana wokół przypowieści o synu marnotrawnym. Na czym polega jej nowość w świecie biblijnym? Na czym polega nowość Chrystusowa? Nie na samej idei miłosierdzia, bo była ona znana, ani na idei nawrócenia; obie stanowią główne wątki poezji prorockiej. Polega na idei wybaczenia niezasłużonego, przeciw której buntuje się brat starszy („Oto tak wiele lat służę tobie, a niegdyś mi nie dał koźlęcia, abym używał z przyjaciołami moimi...” – Łk 15,29) i przeciw której buntuje się człowiek zawsze i wszędzie, także w Kościele. Całe ograniczenie ludzkiej miłości wyraża się w przekonaniu, że przebaczenie Boga trzeba kupować, tak jak przebaczenie człowieka. Kupowało się je za plagi i umartwienia, za posty i pielgrzymki, za fundacje i budowle. Z ludzkich, lękliwych prób zrozumienia Bożej miłości i przeniknięcia Jego zasad postępowania z człowiekiem, na drodze dochodzenia do tajemnic Jego serca powstała cała cywilizacja; powstała z wiary, że Bóg łaskawym okiem spogląda na marmur i mosiądz, na złoto i srebro, że docenia trudy pielgrzymowania, udręki włosiennicy i twardego łoża i notuje pilnie wszystkie materialne i fizyczne wyrzeczenia ludzkie, aby wedle nich ważyć swe wyroki. A przecież właśnie w przypowieści o synu marnotrawnym, w przypowieści o robotnikach w winnicy, w przypowieści o roztropnym rządcy, zawarta jest ta myśl nowa, olśniewająca, myśl Nowego Przymierza, myśl, że Bóg, jeśli przebacza i błogosławi, to z miłości, której nieobliczalność ma analogię tylko w miłości rodzicielskiej i tak jak ona żyje poza czasem, zawsze w punkcie początkowym. W perspektywie Chrystusowego, to jest bezwarunkowego i całkowitego odkupienia, stosunki między Bogiem a człowiekiem nie mają historii; rozgrywają się w akcie żalu i przebaczenia, a więc rozegrać się mogą w każdej chwili, i każda chwila jest początkiem życia nowego, narodzeniem, jak dla sprawiedliwego łotra na krzyżu, dla którego życie zaczęło się w jego ostatnich minutach bez związku z tym, co było przedtem. Słowa Chrystusa „Zaprawdę... dziś jeszcze będziesz ze mną...” są podstawą całej nadziei Kościoła i całej jego pasterskiej misji, i wokół tej nadziei, wokół zawsze oczekiwanej i zawsze niespodziewanej, nieobliczalnej a pewnej, darmo danej szansy zbawienia zbudowana jest liturgia pokuty, ofiary i Eucharystii – cała liturgia Kościoła. Cała liturgia Kościoła i cała pasterska misja Kościoła skupia się na tym, aby człowieka uzdolnić do aktu miłości analogicznej. Zdarza się ona tylko w stosunkach rodzicielskich. Dla rodziców dziecko nie ma biografii, bo w każdym spotkaniu z nim przeżywają tajemnicę i radość jego narodzin i dlatego w każdej chwili są gotowi do wybaczenia. Stosunki z rodzicami można zawsze rozpocząć od nowa. Taka też jest objawiona przez Chrystusa struktura psychologiczna stosunków człowieka z Bogiem: dla Boga ludzkość nie ma historii, bo moment stworzenia nie kończy się nigdy. Jak przebaczenie całkowite jest istotą stosunków rodzicielskich i dom rodzinny jest jedynym miejscem na ziemi, gdzie można wszystko zacząć od nowa, tak odkupienie, czyli „dowartościowanie... podnoszenie w górę... wydobywanie dobra”, jest tajemnicą relacji Stwórczej, Bożej.
Stary Testament – jak wszystkie religie archaiczne – ujmuje tajemnicę Odkupienia w ramach historycznych: w stosunku do wybranego narodu, na wybranej ziemi, w wybranym czasie. Chrystus otwierając przed człowiekiem szansę odkupienia bez zasługi, przez wiarę i miłość, obiecując równą zapłatę wszystkim robotnikom winnicy i raj konającemu złoczyńcy, rozbił historyczne ramy Objawienia, obdarzył nim całą ludzkość, przeniknął nim do wnętrza człowieka, uświęcił łaską jego indywidualny czas. Odtąd każda chwila jest „czasem właściwym” objawienia i zbawienia, i każda dusza świętą ziemią spełnienia obietnic. Odtąd każdy krzak goreje, każdy pagórek jest górą Synaj, każdy dom rodzinny wieczernikiem, a każda kaplica Świątynią Jerozolimską. Bóg jest w chlebie, to znaczy wszędzie. W chlebie, to znaczy darowany jak jałmużna. Otrzymuje go ten kto jest głodny, a nie ten kto płaci ani ten komu się należy. „Boski wymiar odkupienia nie urzeczywistnia się w samym wymierzeniu sprawiedliwości grzechowi, ale w przywróceniu miłości, tej twórczej mocy w człowieku, dzięki której ma on znów przystęp do owej pełni życia i świętości, jaka jest z Boga”.
„Jezus swoim postępowaniem... swoją działalnością – pisze dalej Jan Paweł II – objawiał, że w świecie, w którym żyjemy, obecna jest miłość... miłość czynna... która... daje o sobie znać w zetknięciu z całą historyczną, ludzką kondycją, która ujawnia ograniczoność, słabość człowieka zarówno fizyczną, jak i moralną”. Ujawnia i rozprzestrzenia na całość społecznych stosunków ową miłosierną rodzicielską relację, która nie jest ani prawem natury, bo jej poza człowiekiem nie ma, ani tendencją rozwojową cywilizacji, bo jej człowiek stale zaprzecza swą działalnością organizacyjną i prawodawczą. Jest to relacja spoza natury i spoza kultury, relacja nadprzyrodzona, w której prócz tego, kto ją świadczy, i tego, kto z niej korzysta, bierze udział ten, kto ją dał, to jest Bóg przez Chrystusa, który ją wyjawił. Miłosierdzie nie jest ani cnotą wyłącznie chrześcijańską, ani nie było nie znane przed przyjściem Chrystusa, natomiast Chrystus pierwszy zaświadczył o nim jako o tajemnicy Boga samego i ogłosił je najwyższą, uniwersalną, zbawczą zasadą ludzkiego świata, uświęcając go tym samym, podnosząc. „Krzyż... to najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad losem człowieka... dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka”.
Dopóki mieścimy się w normie natury, możemy liczyć na to, że jej prawa ocalą nas same; dopóki mieścimy się w normie prawa, obyczaju, polityki, ekonomii, możemy liczyć na to, że ocalą nas instytucje powołane na wszelką, przewidzianą ludzkimi rachubami okoliczność. Więc „miłosierdzie” to pogotowie, które większości naszej może nigdy nie być potrzebne? Obyśmy zatem nigdy nie znaleźli się poza jakąkolwiek normą i nie wołali o taką bezinteresowną miłość ludzką, która jest podobna do Bożej, która przychodzi tylko z Bożego natchnienia... Ale nie możemy sobie tego życzyć, ponieważ każdy z nas jest przedmiotem „miłosiernej miłości” jako osoba, do której nie stosuje się żadna norma. Normy są dla wszystkich, ale dla nikogo z nas. Są to umowne fikcje, które umożliwiają budowę cywilizacji, ale nie rozwiązują niewiadowej, jaką jest kondycja człowieka. Marzenie o pełnym „znormalizowaniu” życia zbiorowego, czyli pogodzenie jednostki ze zbiorowością, jest stare jak ludzkość; było natchnieniem filozofów piszących traktaty o idealnych państwach, poetów snujących utopijne wizje, teoretyków współczesnego totalizmu. Przewidzieć prawo na każdą ewentualność, ustanowić instytucje wchłaniające każdy wariant losu... Byłby z tego zapewne porządek, ale nie byłoby życia, które poczyna się w zagadkowej przestrzeni losu nieznanego, w przestrzeni przygody i ryzyka, w przestrzeni ludzkiej osoby, której zachowań nie potrafi nikt przewidzieć i która dlatego właśnie budzi podziw i wymaga miłosierdzia. Każdy z nas, bodaj w głębi swego serca, w tajemnicach swej wyobraźni i drgnieniach swych nerwów jest „ubogi, cierpiący, niewidomy, uciśniony, grzeszny”... 
„Każda głowa chora, a każde serce żałosne” (Iz 1,5). Każdy z nas jest już teraz klientem miłości, której w zamian nic dać nie potrafi oprócz miłości podobnej. Miłosierdzie jest to miłość, która niczego w zamian nie żąda, bo sama siebie nagradza podziwem dla obdarowanego. To ona sprawia, że – jak mówi encyklika – „ludzie spotykają się w tym samym dobru, jakim jest człowiek z właściwą mu godnością”. To ona sprawia, że zwiastunem zbawienia jest dla człowieka drugi człowiek, który mu ofiaruje uczucie analogiczne do Bożego, bo równie darmowe. To ona tworzy zbawczy klimat Kościoła. To jej szyfrem są wszystkie sakramentalne znaki Kościoła. Jan Paweł II rozprzestrzenia zbawczy klimat miłości miłosiernej na całą budowę społeczną, na wszystkie ludzkie relacje – klasowe, międzynarodowe, rodzinne, przyjacielskie; całą przestrzeń ludzką prześwietla transcendentnym światłem tej miłości, która daje każdemu to, co mu się należy, nie ze względu na to, czego nie dali mu inni ludzie, ale ze względu na to, co mu już Bóg dał.

Andrzej KIJOWSKI

Andrzej Kijowski (1928-1985) Polski krytyk literacki, eseista, prozaik. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował w prasie w roku 1950. Pracował w redakcji krakowskiego "Życia Literackiego" (1951-1954), następnie w Warszawie (od 1958 roku) w zespole redakcyjnym miesięcznika "Twórczość". Po 1970 roku felietonista "Tygodnika Powszechnego". Opublikował zbiory opowiadań: „Diabeł, anioł i chłop” (1955) „Pięć opowiadań” (1957),  „Dyrygent i inne opowiadania” (1983)). Jest autorem powieści: „Oskarżony” (1958), „Szyfry” 1962), „Pseudonimy” (1962), „Dziecko przez ptaka przyniesione” (1968), „Grenadier Król” (1970). Napisał felietony i eseje literackie: „Różowe i czane” (1957), „Arcydzieło nieznane” (1963), „Miniatury krytyczne” (1965), „Szósta dekada” (1970), esej historyczny „Listopadowy wieczór” (1972). Zrealizowane scenariusze filmowe: „Szyfry” (Wojciech Has, 1965), „Wesele” (Andrzej Wajda, 1972), „Pasja” (wspólnie z E. Żebrowskim,  reż. Styanisław Różewicz, 1978). Zbiory krytycznoliterackie: „Różowe i czarne” (1957), „Arcydzieło nieznane” (1964), „Szósta dekada” (1972). Monografia popularna „Maria Dąbrowska” (1964). Publicystyka: „Sezon w Paryżu” (1962), „Podróż na najdalszy Zachód” (1982). Esej „O dobrym Naczelniku i niezłomnym Rycerzu” (1984). Prezentowany szkic ukazał się w "Naszej Rodzinie" - 4 (511) 1987, s. 8-11.


37-4-1-2.jpg (22364 Byte)

Na ilustracji:

Obraz
"Jezusa 
Miłosiernego"
z kościoła 
św. Józefa
w Kaliszu




Fot. Archiwum "NR"

© Recogito, Rafaliga