Spotkanie

Spóźnia się. Nie ma jej. Jonasz rozejrzał się po peronie, przeszedł wzdłuż holu dworca i skierował się ku ławce stojącej na skwerze wśród kwiatów, opartej o dwa płaskie kamienie. Ochłodził rozgrzaną dłoń w podłużnej misie fontanny, przyłożył do szyi i poczuł ulgę. Po gęstej kępie żółtych nagietków i ciemnoczerwonej szałwi zamaszyście maszerowały muszki przypominające chrząszcze z czarnozielonymi skrzydełkami. Ktoś przystanął w pobliżu i rzucił cień. Jonasz nie podnosi głowy, wpatruje się w kwiaty i myśli o Mariannie. Chce już być blisko, poczuć jej ciepły oddech w swoich dłoniach.
Wszystko odmieniło się tak nagle. Niemożliwe, żeby sprawiły to słowa listu. Jej obecność odczuwał inaczej od początku, już wtedy, gdy szli do ogrodu na kolację u Karoliny, ale nie chciał wcześniej wiedzieć o sobie tego, co wie już teraz. Wyjechał, uciekł, cała przeszłość zamknęła się przed nim w tej jednej chwili, gdy Marianna uklękła przy czarnym skórzanym fotelu i przygarnęła do swoich ust jego dłonie. Zrobiła to, gdy szli wzdłuż nabrzeża, lecz wtedy wyszarpnął się, ocalił, rzucił we wspomnienia w obronie przed teraźniejszością. Jednak nie potrafił już teraz powrócić do tamtego stanu zawieszenia, zapragnął oparcia, utulenia w swojej samotności – za stracone lata, za próżne nadzieje. O, gdyby znów tu była, poczułby się jak wtedy nad morzem z Rutą. Usiedliby w milczeniu wśród drzew, żegnając odchodzącą chwilę, patrzyliby na obłoki wędrujące w bezkres, coraz ciemniejsze od snu i wiatru. Jej smukłe dłonie, łagodne i pełne życia, pośpiesznie szukałyby jego dotyku, wspólna radość  przygarnęłaby ich w środku lata, w upragnionej przystani, która odtąd byłaby wyłącznie ich własnością. Dlaczego wciąż jej nie ma – powtórzył w myślach i zaniepokojony wstał z ławki. W podróży skradziono mu  telefon komórkowy, podszedł więc do budki i nacisnął numer, lecz w domu Marianny nikt nie odpowiadał.
Czyżbym miał już dość podróżowania i szukania wciąż nowych miejsc – pomyślał Jonasz nie bez zdziwienia, nieśpiesznie kierując się ku wyjściu na miasto. Wyprawy w nieznane, z mapą w ręku, z dziennikami bądź wspomnieniami tych, po których śladach kroczył, od lat stanowiły jego pasję i sens planów urlopowych. Zarabiał pieniądze, lecz nie wydawał ich na ubrania czy miejskie rozrywki, wszystko co miał, przeznaczał na kolejne podróże, albumy geograficzne i katalogi z wystaw, które zwiedził.
To mu wystarczało, by przetrwać w zagospodarowanej przez siebie przestrzeni, pośród  powracających cieni i krajobrazów.
Po wyjściu z dworca ujrzał Mury – miasto podobne do innych, wojewódzkie, zadbane w części staromiejskiej, z atrakcjami dla turystów, lecz w bocznych ulicach brudne; nie odnowione kamienice ujawniały wieloletnią biedę i upadek kultury architektonicznej. Jaskrawe napisy, bez ładu i składu, wdzierały się plastikowymi łatami na ściany starych balkonów i  bram. Jonasz chciałby teraz jak najprędzej odnaleźć Mariannę i pójść długą cienistą aleją rododendronów, które w maju kwitną różowo. Widział je ogromne jak drzewa na widokówce z Ogrodu Botanicznego, gdy otrzymał od niej pozdrowienia po powrocie z Paryża. Pewnie już przekwitły, bo wiosna minęła, ale są tam wciąż wśród modrzewi i bzów, wrośnięte głęboko korzeniami w wilgotną ziemię i za jakiś czas znów zakwitną.
Walizka na kółkach wydała mu się niespodzianie zbyt ciężka, rozejrzał się niepewnie i w końcu zdecydował, że pojedzie taksówką do najbliższego hotelu. Dawno nie było go w kraju. Poczuł się obco i niezręcznie, jakby nagle powrócił młodszy o wiele lat, a wszystkie niepokoje i zwątpienia rzuciły się na niego z ciężarem dawnych problemów pozostawionych bez rozwiązania.
Dokąd jedziemy: daleko czy blisko? – taksówkarz zagadnął tonem żartobliwym, dostrzegając zagubienie swojego pasażera. Hotel „Jowisz” – jeśli można. Stąd, z tego hotelu wyjeżdżał kilkanaście lat temu na stałe z kraju, do lepszego świata, po nowe nadzieje, gdy tu panowało zamieszanie, bieda, groza i brak perspektyw. To właśnie tu był jego przystanek w drodze z Gdańska, gdy porządkował jeszcze przed wyjazdem rodzinne sprawy majątkowe, sprzedaż mieszkania i rozmieszczenie bibliotecznych zbiorów u znajomych.  Spojrzał z wiaduktu na główną aleję Murów – wiele się zmieniło przez ostatnią dekadę: odnowione fasady sklepów i banków lśniły ostentacyjną nowoczesnością, której nie lubił na francuskich i niemieckich ulicach, schodził z drogi w zaułki, by poczuć zapach starego podwórza zapamiętany z dzieciństwa. Wolał na uboczu przeczekać chwile zagubienia, gdy nie był pewien, czy warto dalej iść.
Przywoływał w pamięci muzykę; pomagała mu wydobywać się ku jasności, koiła jak gęste czerwone wino. Pił przeważnie wieczorami z Piotrem, który wspierał go w sprawach fundacji, dawał na aukcję swoje nowe obrazy, dyskutował do świtu. Tak, dzięki Piotrowi zapominał czasem, że jest samotny, wysłuchiwał historii o kolejnych kobietach, rozbitych małżeństwach, niespełnionych planach i cieszył się, że świat poszerza swoje perspektywy choćby w opowieści. Znam tylu ludzi, a gdy wracam późnym wieczorem do pokoju, czuję się jakby mnie połknął wieloryb. Jonasz uśmiechnął się do tej myśli, jakby nagle przestała mu zagrażać samotność, westchnął cicho, zanurzył się w miękkie siedzenie  taksówki i przymknął zmęczone gorączką powieki.
Marianna tymczasem leżała w szpitalu miejskim na korytarzu przed salą do badań USG i obojętnym wzrokiem śledziła muchę wędrującą po ścianie. 
– Cześć, siostro – powiedziała do niej po cichu, bo nic innego nie przychodziło jej teraz do głowy. W całym ciele czuła przejmujący ból i niemoc, która nie pozwalała się poruszyć. Zabrano ją z dworca, gdy szła na spotkanie z Jonaszem, było gorąco, przy skwerze zgromadziła się grupa podróżnych oczekujących na przesiadkę. Z daleka zobaczyła Jonasza, jak przechodzi koło głównego wejścia dworca i kieruje się ku postojowi taxi. W jasnej oliwkowej marynarce i włoskim płóciennym kapeluszu wygląda zupełnie inaczej niż go zapamiętała. Jest odświętny, odmieniony. Idzie wolno, ciągnąc uważnie skórzaną walizkę na kółkach, pod pachą trzyma złożone w pół gazety. A więc przyjechał, jest, jeszcze chwila, a życie zacznie się od nowa.
Marianna poczuła, że słabnie, nagłe ściśnięcie w piersiach odebrało jej dech, upadła, a Jonasz nie dostrzegł jej z daleka w tłumie napływającym ku wejściu. Nie miał zwyczaju się rozglądać, zwykle podróżował sam, nie lubił przy kimś czytać ani wspólnie się pakować, nie przywykł do pamiętania o czyjejś obecności. Przychodził na wyraźne wezwanie jak lekarz rodzinny i wracał do siebie.
Za późno – myśli Marianna, już za późno, by cokolwiek zmieniać. Nie mam siły, by przekręcić się na drugi bok. Co się ze mną stało? Skoro zabrakło mi sił, to i Jonasz zrezygnuje, nie będzie próbował mnie odnaleźć, jest przecież taki niepewny siebie. Nie będzie się starał o kogoś więcej poza sobą. Takie jest życie, każdy kiedyś poznaje tę prawdę.
Wieczór już gęstniał. Ciepłe powietrze, które przypływało z ulicy falami, stało się chłodniejsze i bardziej przyjazne. Marianna odetchnęła głęboko i przymknęła powieki.
– Proszę podłączyć kroplówkę – zarządził lekarz w gabinecie obok – jutro zobaczymy, co się da z tym zrobić. Proszę zmierzyć ciśnienie i wykonać podstawowe badanie krwi i moczu. Pacjentkę kładziemy w sali 9 na oddziale II.
A więc mam swoje miejsce, zostałam przygarnięta, przywitana i przydzielona, tamto nie było moje, nie dla mnie przeznaczone. Kto by pomyślał, że w szpitalu znajdę spokój. Poczuła ukłucie w żyłę, a po chwili uderzenie ciepła. Pielęgniarka przytwierdziła plastrem jej rękę do poręczy łóżka, żeby nie ruszała nią w czasie snu i nie uszkodziła igły.
– Kogo zawiadomić? – zapytała – proszę podać telefon lub adres.
– Nikogo – odpowiedziała cicho Marianna. 
Podniosła jeszcze na chwilę powieki, by popatrzeć na poruszające się w otwartym oknie gałęzie starego klonu. Wiatr rozniósł liście po trawniku i toczył je wolno ku ciemniejącej coraz głębiej jezdni. Zbliżała się noc. 
Jeśli Jonaszowi wystarczy wiary, że warto mnie odnaleźć, na pewno wyzdrowieję. Dlaczego mnie nie zauważył, nie podbiegł? Marianna nie umiała sobie na to pytanie odpowiedzieć. Poruszyła spieczonymi wargami jakby chciała jeszcze o coś zapytać, lecz tylko przełknęła ślinę i odwróciła twarz do ściany.

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia – poetka, eseistka. Autorka książek poetyckich: „Czarne wino”,  „Wieczna rzeka”, „Przed pamięcią”. Ostatnio wydała tomik „Skażona biel” (Wyd. SPP, Poznań 2004). W Poznaniu realizuje obecnie we współpracy z Duszpasterstwem Środowisk Twórczych projekt konkursu na cykl wierszy i esej „Bliżej Nieskończonego” oraz spotkania rodzin „Wokół domu”. Szkice o literaturze publikuje na łamach „Tygla Kultury” i „Teki”. www. teresatomsia.prv.pl


37-1-2-1.jpg (29467 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Inowrocław, 2004)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga