A Słowo stało się Ciałem...

Idzie ku nam święto, ongiś sercu miłe, dziś dla wielu jakżeż gorzkie: Boże Narodzenie. Święto rodziny, miłością spojonej, jak nigdy w roku: dziś siedem gór i siedem rzek dzieli nas od najbliższych. Święto poezji, rozkwitają­cej od wiek wieków cudnym splendorem na pniu ojczystym z gleby rodzimej: dziś obcy ludzie, ziemia obca karmią naszą tęskno­tę. Na sam dźwięk kolęd, na­brzmiałych radością lat dziecin­nych, niejednemu z nas łzy cisną się do oczu. Wspomnienie tam­tych wilii, białym opłatkiem pie­czętujących braterstwo serc i jed­ność krwi, boli nas dziś jak rana otwarta. Surowa rzeczywistość zda się urągać naszym snom najsekretniejszym. Próżno wycią­gamy ręce ku pierzchającym mirażom. Tedy, smutkiem zdjęci, sta­ramy się zapomnieć. Przekraść jak złodziej przez te dni najboleśniej­sze. Nie myśleć, nie czuć.
Pamięć nie da się zakłamać. Wygnane wspominki wracają jak widma z zaprószonego świata. Trudno nam pasować się z nimi: są mocniejsze. Więc może przyjąć nam je wypadnie, przyhołubić jak głodne sieroty? Wywieść na światło dzienne i skonfrontować z samym sercem rzeczywistości? Krwawo przeżywamy nasz własny dramat: może otworzy on nam oczy na ten inny, przerastający nas o bezmiar? Jesteśmy tak bar­dzo zaprzątnięci sobą: może po to są nasze rany otwarte, byśmy przez nie niby przez świetlisty przetak wyszli z siebie? Boże Narodzenie było nam dotąd tylko świętem rodziny, naszej rodziny: w surowej ciszy samotności może po raz pierwszy zrozumiemy, że jest ono także i przede wszystkim świętem innej Rodziny, rocznicą olśniewającego Misterium, zna­kiem zaślubin nierozerwalnych po­między niebem i ziemią? W chło­dzie baraków i źle ogrzanych mieszkań, samotrzeć z Bogiem i własną duszą, pod niebem ob­cym, na obcej ziemi, odnajdziemy sens zapomniany – a kto wie, może dotąd nieznany – tych dwu drogich, prostych słów: Boże Narodzenie. Warunki, w których żyjemy, sprzyjają temu zbliżeniu. Trzeba być głodnym, by zrozu­mieć głodnego, i nagim, by wiedzieć, jak drży się na wietrze z braku dostatecznego okrycia; i trzeba być ubogim, by zrozu­mieć Panią Biedę. Kogóż zaś to cudne święto przywodzi nam przed oczy, jak nie Dzieciątko w żłobie położone, w ubóstwie narodzone, w nędznej szopie od zimna drżące?
Jest dziś między nami i Nim jakieś bliższe powinowactwo: toż sprawdzamy na sobie, czym było Betlejem w świętą noc. Dzielimy poniekąd dolę tego Maleństwa. Jesteśmy z Jego świty. Spójrzmy więc na Nie oczyma wiary (na chwilę odwracając wzrok od siebie), pokłońmy Mu się najpokorniej i prośmy, by odsłonić nam raczyło choć rąbek tajemnicy „Słowo, które stało się Ciałem”.
Gdyż Dzieciątko to, ubóstwu od pierwszej chwili zrękowione, jest Bogiem i zarazem Człowiekiem. W tym płaczącym od zimna Maleństwie kryje się Wszechmoc, przez którą „stało się wszystko, co się stało”. Tu oto, w Betlejem „niesławnym mieście”, tej nocy, nade wszystko świętej, ziściły się tęsknoty tysiącleci, pomiędzy niebem i ziemią został przerzucony żywy most, Bóg stał się Człowie­kiem, by człowieka przebóstwić, podnosząc go do uczestnictwa w życiu Bożym, w rodzinie Bożej. Pomiędzy nami i tym Niemowlęciem istnieje związek pokrewień­stwa, mocniejszy nad śmierć. Jego Rodzina jest naszą rodziną, gdyż Ono jest naszym Bratem. Za Jego sprawą możemy mówić „Ojcze nasz”, i Maryję zwiemy „Matką”. W tę cichą noc, w tę świętą noc spełniła się bezszelestnie największa rewolucja świata, poczęło się Królestwo Boże, którego wzrostu triumfalnego nic odtąd powstrzymać nie zdoła. W tej oto kolebce – nader mizernej – leży Pan wieków, Mądrość, Klucz jedności i pokoju, Zbawiciel świata, Słowo Wcie­lone. Jakiż kontrast przejmujący pomiędzy tą nocą utajoną i ubóstwem widzialnym? Nie mógłżesz to Bóg pozwolić sobie na inne Narodziny? Czyż bezmiar światów nie jest poddany Jego stwórczej woli, posłuszny na najlżejsze Jego skinienie? Czemuż nie jawi się nam jak Król, witany przez wszystek okrąg ziemi? Czemuż nie kłoni się przed Nim, na znak poddaństwa, władca dumnej Romy? Cóż ta pokora i to poniżenie? Tedy gor­szymy się cichcem, myśląc: „Inne zgotowalibyśmy Ci przyjęcie, o Panie, gdyby to od nas zależało!”
Nie my gorszymy się pierwsi i nie ostatni. Od pierwszej chwili po dziś dzień, to ubóstwo Boże było światu głupstwem. Żydzi nie przyjęli Mesjasza tylko dlatego, że nie przyszedł ku nim z widzialną mocą i chwałą, że Królestwo Jego nie było z tego świata. Pomimo proroctw – jakżesz przejrzystych – dali się zaślepić swym marzeniom ambitnym i trwają w tym za­ślepieniu. Lecz tragedia Żydów nie jest tylko ich własną tragedią: poprzez wieki wciąż i wciąż odradza się pokusa buntu przeciw Słowu, wcielonemu w ubóstwo człowiecze. Tu leży klucz współczesnych apostazji. Doktryny totalne odrzekają się Chrystusa, bo nie miał i nie chciał potęgi widzialnej; bo umarł na krzyżu, zamiast ogniem i mieczem rozgromić swych prześla­dowców; bo Jego ubóstwo i poniżenie obrażają zaborczą pychę narodów, uzurpujących rządy samowładcze nad wszystkim, co słabsze liczebnie. Kult materii, wciągającej ducha w niewolę Rasy czy Klasy, czy Złotego Cielca jest tak do gruntu sprzeczny z istotą Dobrej Nowiny, że konflikt musiał wybuchnąć. Jesteśmy zaledwie u progu wielkiej rozprawy, w której każdy z nas, z woli czy po niewoli, będzie musiał zająć stanowisko: za lub przeciw temu Dzieciątku, z krwi Dawidowej, tającego Bożą moc w „postaci sługi”, zaślubionemu od pierwszej chwili swego istnienia Pani Biedzie, mającej wierną sobie świtę: Głód i Chłód, Wzgardę i Opusz­czenie.
Chrystus był i jest na wieki kamieniem obrazy dla ludzkiej pychy. Każde pokolenie, do skończenia świata, poddane bywa tej samej próbie, na jakiej ongiś zała­mali się Żydzi. W tym Dziecku ubogo narodzonym, w tym Synu cieśli, w tym Skazańcu, przygwożdżonym do szubienicy Krzyża, mają rozpoznać i uznać, Kogo? – Boga Wcielonego, Stwórcę Wszechświata, Wszechmoc i Majestat nieskończony. Twardy to test dla ludzkiej natury urzeczonej widzialnością. „Możesz być coś dobrego z Nazaretu?” „Jeśliś jest Synem Bożym, zstąp z krzyża!” Ale Chrystus z krzyża nie zstąpił, i nie zstąpi do końca wieków. Musimy przyjąć Go na tej szubienicy lub nie przyjąć wcale. Nie mamy wyboru: Chrystus wybrał tę właśnie drogę, co więcej, za sobą kazał nam iść. Któż śmiałby twierdzić, że chrześcijaństwo jest wygodne? Kto raz wziął je dosłownie, już nie zazna spokoju: jest jak człowiek na stromym zboczu, zapatrzony w szczyt upojony ryzykiem. Zapytajmy alpinistę, co woli: przechadzkę wśród ruczajów czy trudną wspi­naczkę, mobilizującą wszystkie mięśnie, całą wolę wobec przeszkód nieuchronnych! Autentycz­ny chrześcijanin jest z rasy ryzykantów: idzie po orlej perci – i gwiżdże na świat.
Cóż, gdy wielu zatraciło dziś doszczętnie świadomość, czym chrześcijaństwo w istocie swej jest. Ten przewodnik rekordów wysokogórskich zmieniono w beztroską sielankę. Kazanie na górze rozcieńczono w wodzie różanej, ucho igielne rozszerzono ku wygodzie nieśmiertelnej kasty beati possidentes do wymiarów zajezdnej bramy, wygładzono i poprawiono jak się patrzy drażliwe zdania Ewangelii, by broń Boże nikogo nie odstręczały, wyobrażono sobie Chrystusa jako „łagodnego Galilejczyka” (o perfidio Renanów), który był zbyt dobrze wychowany, żeby gromić kogokolwiek, lub o zgrozo!, powrósłami poniewierać Bogu ducha winnych przekupniów. Przycięto Ewangelię do użytku dewotek, teksty zbyt kompromitujące schowano pod korcem, zaczęto myśleć po cichutku, że byleby tylko Panu Bogu świeczka („chodzę co niedziela na mszę... daję dziesięcinę z mięty i ruty...”), to i diabłu można ogarek i że wystarczy być jako tako w porządku z kodeksem karnym, żeby kiedyś prościutko do nieba zajechać. Gdyż odrzeć chrześcijaństwa nikt by nie chciał – skądżesz! – tradycja rodzinna, wiara ojców, sentyment odświętny, nastrój religijny, który przywdziewamy w chwilach uroczystych, by znów z kolei zawiesić go na kołku, dyskretna praktyka, czasami nawet raz do roku („ja nie lubię się afiszować”) – i miałżeby Pan Bóg nie być zadowolony, co więcej, wdzięczny, że pan Dyrektor lub pan Major robi Mu taki zaszczyt i co tydzień przychodzi na pół go­dziny nudzić się w kościele, patrząc osowiałym okiem na ewolucje księdza przed ołtarzem?
Gdybyż ci panowie, którzy nawet wszedłszy nie raczą przyklęknąć (ubliżałoby to ich godności), gdybyż ci dygnitarze i szarże wzięli do ręki podczas mszy nie­dzielnej –  „odwalonej” dla przykładu maluczkich – tę mizerną książeczkę, krwią i ogniem pisaną – Ewangelię? Gdybyż tak odczytali sobie właśnie owe kompromitujące rozdziały pod adresem nieśmiertelnych faryzeuszów i uczonych w Piśmie, aplikując je do czasów obecnych? Nie wiem, czy by przejrzeli (pycha to groźne bielmo), ale to wiem, że na dźwięk owych „biada”, idących poprzez stulecia z łoskotem gromu, zasta­nowiliby się nad śmiesznością swojej wyniosłości. To prawda, Chrystus nie jest „wygodny”, Ewangelia to nie sielanka! Ten łagodny Galilejczyk nie uznaje w ogóle żadnych kompromisów: wszystko albo nic, „kto nie jest ze Mną, jest przeciw Mnie”. Może nawet nie docenia faktu, że pan Dyrektor dzisiaj wcześniej wstał i pofatygował się na mszę? „Wszystko albo nic”. Pani Prezesowej robi się jakoś głupio. „Tak nie postępuje się w świecie. To nie salonowe wychowanie! Nie wy­pada tak kogoś przyciskać do muru! Chrystus jest stanowczo zanadto wymagający”.
Każde pokolenie od dwu tysięcy lat przechodzi przez test Ewangelii. Każdy chrześcijanin musi odpowiedzieć na pytanie: „Czy mam prawo zwać się Jego uczniem?” Zaś na to, żeby zbyt trudna i „nieżyciowa” nie wydała się nam nauka Tego, który sam siebie nazwał: „Droga, Prawda i Życie”, z pokolenia w pokolenie biegną słupy-drogowskazy chrześcijan „na całego”, szaleńców Bożych, którzy pewnego pięknego dnia Ewangelię wzięli dosłownie i z całą zimną krwią postanowili się nie kompromitować. Wybrali najpierw Królestwo Boże – i dlatego wszystko inne zostało im przydane. Z Panem Bogiem rachunek strat i zysków wygląda osobliwie: by zyskać, trzeba stra­cić, i bierze się w tej mierze, w jakiej się daje. Los tych „Bożych ryzykantów” jest podobny do losu Chrystusa: toż idą za Nim, ślad w ślad, a „nie jest uczeń nad mi­strza”. Prześladowani – żywym fermentem przenikają świat. Ich klęski są tylko pozorne: czyż Krzyż nie okazał się triumfem? Ich życie jest jednym, wielkim paradoksem: szukają, czego świat nienawidzi, kochają się w głodzie i chłodzie, w ubóstwie i wzgardzie, widzą rzeczy w jakiejś innej, nowej per­spektywie, nowymi oczyma – i bije w nich serce nowe. Są tacy jak wszyscy – a jednak inni. Co gorsza – przyciągają. Są żywą ilustracją Ewangelii: i niejeden zetknąwszy się z nimi odchodzi wstrząśnięty do głębi, po raz pier­wszy skonfrontowany z chrześcijaństwem wcielonym w życie, po raz pierwszy sprawdziwszy, do czego chrześcijaństwo angażuje w ostatecznej konsekwencji, jeśli nie ma być karykaturą. Święci są również niewygodni, jak Chrystus – mają zawsze ostatnie słowo. Choćby przedostatnie było powtórzeniem owego Eli, Eli, lema sabachthani, którym Syn, konając w  niewysłowionym  opuszczeniu, żalił się Ojcu...
Ewangelia nie jest sielanką – a Betlejem to start krzyżowej drogi.

Maria WINOWSKA

Maria Winowska (1904-1993), z wykształcenia filozof i teolog, absolwenta Uniwersytetu Lwowskiego (1927), podczas drugiej wojny światowej aktywna uczestniczka polskiego Ruchu Oporu, po wojnie zaś organizacji niepodległościowych, była jedną z najwybitniejszych przedstawicielek polskiej emigracji. Opublikowała wiele książek w języku polskim i francuskim, m.in. "Prawdziwe oblicze Ojca Pio, kapłana i apostoła" (1955), "Papież Epifanii. Paweł VI" (1970), "Sekret Maksymiliana Kolbego" (1971), "Prawo do Miłosierdzia. Posłannictwo Siostry Faustyny" (1974), "Jan Paweł II, Cały dla Wszystkich" (1979). W 1950 roku otrzymała Nagrodę Akademii Francuskiej za książkę "Le Fou de Notre-Dame". Prezentowany szkic ukazał się w "Naszej Rodzinie" 12 (447) 1981, s. 8-10.


37-2-3-2.jpg (91442 Byte)


Na ilustracji:

Obraz
Correggia
(około 1489-1534)

"Święta Noc"
(około 1530)




© Recogito, Rafaliga