Zmierzanie się z pięknem

Z Maciejem ŚWIESZEWSKIM rozmawia Jan SOCHOŃ

Maciej Świeszewski urodził się w 1950 roku w Sopocie. Malarz, uprawia także rysunek i grafikę. Absolwent gdańskiej ASP. Związany z macierzystą uczelnią, od 1993 r. prowadzi na Wydziale Malarstwa i Grafiki pracownię malarstwa, od roku 1994 jest profesorem. W 1995 r. rozpoczął przygotowania do realizacji wielkoformatowego obrazu „Ostatnia Wieczerza”, sześć lat później otrzymał tytuł profesora zwyczajnego. Wielokrotnie wystawiał w kraju i za granicą: od Kairu po Słupsk, od Łodzi po Chicago. Był stypendystą Britisch Council, jest też członkiem wielu instytucji, między innymi Akademie der Kunste w Berlinie czy Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych Zachęta. Współtworzył kwartalnik „Projekt". Obecnie prowadzi pracownię malarską na Wydziale Malarstwa i Grafiki gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. 

– Świadomie nie uznajesz się za twórcę modnego. Ale, być może, przyznajesz się do tradycji awangardowych, choć to pojęcie, przyznaję, dość niejednoznaczne. Przyjmijmy jednak, że oznaczałoby ono porzucenie tradycyjnego akademizmu i realizmu na rzecz wizyjności przedstawień, odwołujących jednak zawsze do realności. Bo myślenie awangardowe nie tyle bazuje na idealnych jakościach estetycznych, ale ma wyraźny związek ze światem. Pomijając ten moment musielibyśmy przyjąć, że sztuka abstrakcyjna to ostatnia faza budowania cywilizacji pochrześcijańskiej.

–  Dla mnie sztuka prawdziwa zawsze była fascynująca. Ale odkrywałem w sobie wiele problemów, które chciałem wyrazić inaczej, właśnie nie awangardowo. Wydaje mi się, że do prawdy artystycznej dochodzi się w wyniku bardzo ciężkiej pracy; staje się to wtedy, kiedy artysta zamyka w kolorze, dźwiękach lub barwach odkryty sens własnego życia, odarty ze zwątpień i znajduje czystą duchowość. Ale do tego trzeba dojść i to długa droga. Każdy z ludzi przebywa ją na swój własny sposób, taki czy inny. Ja szukam swojego świata i mam cel wyraźnie określony. Każdy żyje i tworzy w horyzoncie źródeł, z jakich wyrósł. Ja miałem szczęście stykania się z różnymi kulturami i staram się z tego wyciągnąć – dla siebie – artystyczne jakieś wnioski. „Awangardowe” oznacza dla mnie nowe widzenie rzeczywistości. Nie chodzi o to, czy ktoś będzie malował pędzlem i komponował utwory, ale chodzi tu o przedstawienie zupełnie nowej wizji świata. I to jest dla mnie awangarda, a nie to, że ktoś nagle przestaje malować pędzlem, bo używa komputera. Za pomocą ołówka można stworzyć arcydzieła, a za pomocą komputera skostniały akademizm. 

–  Awangarda jest więc zasadniczo sposobem myślenia.

– Właśnie tak.

–   A czym jest dla Ciebie wyobraźnia?

– Wyobraźnia jest wypadkową zmysłów i intelektu. Zetknięcie się tych dwóch stron naszej osobowości, tych władz poznawczych, rodzi wyobraźnię. Wyobraźnia karmi się ziemskimi krajobrazami i owocami ducha ludzkiego. To zmusza człowieka do szukania pewnej wizyjności. „Boska komedia” czy „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” to były książki mojego dzieciństwa. To niebywałe dzieła oparte o – powiedziałbym – zmysłową wyobraźnię. Chodzi o to, aby oglądać dzieła w oryginale. To jest tak, jak z kobietą. Możesz oglądać zdjęcia pięknych kobiet w magazynach, ale możesz na ich temat coś odpowiedzialnego powiedzieć dopiero wtedy, kiedy je poznasz.

–  Także w biblijnym sensie tego słowa.

–   Ależ oczywiście. Wyobraźnia kieruje rozwojem ludzkości. Żyć bez wyobraźni i wierzyć w Boga to chyba sprzeczność, to sprowadzenie własnego istnienia do roli bycia manekinem albo drewnianą kukłą; manekiny i drewniane kukły, których tak wiele namalowałem, nie mają wyobraźni i odwagi; ich życie jest zaledwie zaprogramowanym wykonywaniem obowiązków. Moja wyobraźnia jest wyobraźnią matematyczną, aby nie dać się zwieść na  manowce. Matematyka była jakby cuglami, by rozszalałą wyobraźnię wprząc w  pewien ład. Tak jak w muzyce szaleństwo dźwięków jest podporządkowane harmonii, co tu dużo mówić,  matematycznej.

–    Rzeczywiście Twoja „Ostatnia Wieczerza” została zbudowana w sposób zachowujący „matematyczne widzenie świata”, odsyłający do greckich pitagorejczyków, gdzie liczba określała najwyższy stopień poznania, była niemal samym poznaniem. Kosmiczna harmonia stanowiła wszelki kulturowo-egzystencjalny ideał, nie mówiąc już o ideale artystycznym. Czy chodziło Tobie tylko o ujęcie „boskiej proporcji”? Czy nie widzisz w tym także nawiązania do alegorii „pojedynku magów”, o której pisał  Ghyka w „Złotej liczbie”?

–  Oczywiście, to hymn na cześć pewnej doskonałości, tego, co chyba najważniejsze, a co nie ośmielam się nazywać Bogiem – Miłością, choć wiem, że miłość jest najważniejsza. Stąd dziecko jest kwintesencją miłości. Ale jest też jak gdyby największym zagrożeniem, ponieważ dziecko czy młody człowiek bardzo łatwo ulegają pewnym doktrynom, różnym zniewoleniom. Wiem, to z własnego doświadczenia. Nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby nie pewne wydarzenia, które uświadomiły mi, w jak niebezpiecznej znalazłem się sytuacji. Trzeba ten mój szalony okręt, zbudowany zresztą z samych bzdur i złych emocji, zawrócić, i zapytać, czy upadki, eksperymenty, które prowadziły mnie do dziwnych i trudnych sytuacji, mają sens. Trzeba powrócić do świata wartości, do dobra i do piękna, zawsze kierujących w stronę doskonałości, zarówno tej duchowej, jak i ontycznej, w sensie filozoficzno-religijnym. A te sprawy odsuwałem na bok, często ze strachu, często z koniunkturalizmu, z tchórzostwa i niewiary.

 –   Czy te Twoje poszukiwania łączyły się z doświadczeniami religijnymi?

– Tak. Przypomina mi się teraz św. Augustyn, który – jak wiesz – przeszedł swoje piekła, ale miał na tyle szczęście, że doznał objawienia, które pozwoliło mu zmienić całe dotychczasowe życie i odnaleźć Boga. Ta jego droga była i jest wciąż fascynująca, także i dla mnie. Stąd też twarz Jezusa na moim obrazie została przedstawiona w potrójnym wymiarze. Użyłem tu twarzy Memlinga, z którą niemal wzrastałem od dziecka; która była dla mnie symbolem i właśnie tak wyobrażałem sobie twarz Jezusa... Mieszkałem przecież w Gdańsku i często odwiedzałem muzeum. Ten obraz zrobił na mnie – i dzisiaj robi – kolosalne wrażenie. Kolejną niebywałą postacią w sztuce, której „Zdjęcie z krzyża” niejako tkwi we mnie, jest Roger van der Weyden. W jego obrazie szukałem zetknięcia z twarzą Jezusa, choć wiem, że ona pozostaje i musi pozostawać niewyobrażalna. To wszystko było i jest pożywką dla mojej wyobraźni, dla mojego widzenia pewnych rzeczy, pewnego widzenia Boga. Oczywiście, szukałem jakiegoś wzoru twarzy Jezusa. Początkowo namalowałem nawet twarz androgyniczną, ale mnie to przeraziło. Poszukiwałem ekspresji sacrum, ale bez osobistej więzi z Chrystusem. Okazało się to artystyczną i duchową porażką, i pułapką zarazem. Przeraziła mnie ówczesna chęć wprowadzenia kulturowego banału, ale – na szczęście, mam nadzieję – wyzwoliłem się z tego ograniczenia. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że nie znam odpowiedzi na fundamentalne pytania odnoszące się do Jezusa. Jedynie symbolika „kwadratury koła” mogła stanowić jakiś znak mojej twórczej bezradności, ale i – po ludzku sądząc – zwycięstwa. Bo cóż jesteśmy w stanie przeciwstawić Bożej mądrości i tajemnicy? W ten sposób pytam też o wyobrażenie twarzy Jezusa odbiorców mego obrazu. Przeciwstawiłem te trzy twarze odbiciu twarzy w kielichu. I właściwie nie dałem odpowiedzi. Ale jest na obrazie gołąb, który uosabia Ducha Świętego... Widzisz, nie uciekłem od tradycji, również teologicznej, gdyż problem Jezusa to fundamentalny problem tradycji.

– Twoje malarstwo jest obsesyjne, to znaczy wciąż obraca się w podobnym kręgu tematów i symboliki. Krzyż, szkielet, zwierzęta, najróżniejsze kalekie formy flory i fauny. Czy mógłbyś jednak powtórzyć za Mistrzem Eckhartem, że „każde jedno stworzenie jest pełne Boga, jest księgą”?

 –  Absolutnie tak. Stąd wzięła się koncepcja mojego obrazu, tego przedstawienia całego świata stworzeń, które są nie mniej warte i ważne, niż nadęci światowi notable. Chciałem pokazać, że nasza – także i moja – twórczość, nasza pycha i estetyczne nadęcie nie są wiele warte wobec tajemnicy Boga, piękna świata. Jesteśmy tylko elementem całości. Te różne owady, ryby, kwiaty mają nam uświadomić, że stanowimy stwórczą całość, choć różnimy się stopniem samoświadomości.

–  Pojawiają się u Ciebie różne formy krzyża, na przykład tzw. „cruces dissimulatae”, krzyże ukryte bądź monogramy chrystologiczne. Kto rozpoznaje w trójzębie spokrewnionym z kotwicą symbol krzyża, uświadamia sobie, że w pogańskim antyku trójząb i delfin uznawano za znaki szczęścia i dobrej wróżby, a ryba nie zawsze miała pozytywną wymowę symboliczną. Czczona przed chrześcijaństwem, w Grecji, była zwierzęciem ofiarnym, w późnym zaś antyku pogańskim stała się symbolem fallicznym, lecz w sztuce sepulkralnej otrzymała inne znaczenia. Symbolizowała mianowicie wodę, w której żyła. Stanowiła symbol życia i płodności. Ale oznaczała też szatana, śmierć lub ludzkie zło. Wczesnochrześcijańskie piśmiennictwo porównywało Chrystusa do ryby i delfina niosącego na swym grzbiecie Arkę Kościoła, choć nazywano Go i rybakiem. Dla wielu Ojców Kościoła i innych pisarzy sprawy te przedstawiały się jako naturalne; my dzisiaj musimy je ponownie odkrywać.

– Chodzi mi o to, żeby pewne symbole, archetypy, które tkwią w każdym człowieku i tylko w historii kultury uzyskują odmienne usymbolizowanie, mogę powiedzieć – szatę znakową, zostały odebrane i uświadomione. Bo przecież każdy w miarę wykształcony człowiek powinien móc to działanie obrazu odebrać na wielu płaszczyznach emocjonalno-duchowych. Nie chodzi nawet o to, żeby odbiorca zrozumiał, że ryba sugeruje to czy tamto; to ja mogę powiedzieć, że chodziło mi o konkretne treści. Chciałem stworzyć raczej swego rodzaju metafizykę znaczeń, poszukiwanie pewnych konotacji, które umieszczałyby obraz w szerszym kontekście znaczeniowym. Bardzo mi zależy na tym, żeby człowiek na różnym poziomie rozwoju duchowego i intelektualnego, odnalazł w obrazie jakiś punkt jedności, swoistego scementowania ze swoją wyobraźnią i odczuciami. Chodzi o dialog, który go zafascynuje i sprawi, że będzie chciał trwać w jakiejś duchowej zgodzie i błogości. Zastosowałem w obrazie kilka obszarów interpretacyjnych: perspektywę ducha, rzeczywistości realnej i Boga-odbicia. Są tu trzy płaszczyzny: ziemska, duchowa i Boża.  Każdy znajdzie dla siebie to, co będzie chciał. Ja nie ograniczam twórczego widzenia i nie mogę zmusić do takiego czy innego odbioru, ale rzecz cała obraca się wokół pytania: patrząc, zastanów się, daj się ponieść sile koloru, układu postaci, sugestiom promieniującym z symboliki.

–  Jak rozumieć – pozwól jednak, że zapytam – Twoją symbolikę krzyża, ujmowaną dość przewrotnie, chyba nawet na granicy chrześcijańskiej ortodoksji?

 –  Dla mnie krzyż był zawsze, od początku mojej twórczej drogi, znakiem świętości. Moje eksperymenty z krzyżem miały pokazać, że współczesność zatraciła tę wrażliwość na pierwotne znaczenie krzyża jako narzędzia odkupieńczej męki i trudu człowieka. Jeżeli bowiem przyjrzymy się temu wszystkiemu, co się dzieje: wojnom, masakrom, całemu zniweczeniu nauki Chrystusa, to nie wiemy, jak się w tym wszystkim odnaleźć, gdzie jest to, co najważniejsze, co przynosi ratunek i nadzieję. Dużo mówimy o Bogu, ale zachowujemy się tak, jakby problem Boga w ogóle w naszym życiu i w naszej społeczności nie istniał, nie mówiąc już o kwestii krzyża czy cierpienia. Ale cóż, wizja świata bez Boga wydaje się czymś koszmarnym i pozbawionym racjonalności, która i w sztuce ma jednak swoje miejsce.

–  Co to bliżej znaczy?

 –  To, że sztuka nie może wyzbyć się wrażliwości na konkret, na dogłębne przeżycie realnego świata, kulturę i tradycję. Wspominałem już wcześniej o tym, teraz tylko całą sprawę podkreślam. Krzyż to również dotknięcie ludzkiego dramatu życia i wiary, symbol dramatu Boga, ale i doświadczenia człowieka, które często wymyka się poznaniu i nazywaniu.

Gdańsk, wrzesień 2005




Na zdjęciu:

Maciej
Świeszewski
(2000)


Fot. Archiwum "JS"

© Recogito, Rafaliga