Chmury i chmurki

„Jesteśmy jak chmury i chmurki, pojawiamy się i znikamy” – usłyszałem kiedyś w pracowni w Boulogne, gdy oglądałem rzeźby i rysunki, jakie wtedy wcale nie kojarzyły mi się z tym, co niedotykalne, niedosięgłe czy niedookreślone. Człowiek-chmura, człowiek-tajemnica, homo viator. A zarazem człowiek z krwi i kości, człowiek wpisany w czas i przestrzeń, człowiek, który rodzi się i umiera, homo creator czy też homo faber, tworzący czy wytwarzający, określający swoje miejsce w historii, we wspólnocie, wobec Boga czy losu. Kim jest? 
Kim jesteśmy? Dlaczego jesteśmy i dlaczego, prędzej czy później, musimy się rozstać? Dlaczego tak nagle? Dlaczego w taki lub inny sposób? Dlaczego bez uprzedzenia albo po długotrwałych cierpieniach? Takie pytania pojawiały się nie raz. Niekiedy, jak po śmierci Jacka Bierezina, Tadeusza Brudzyńskiego czy Michała Milbergera, okazywały się nazbyt bolesne. Właściwie odpowiedzi pozostawały tylko dwie: milczenie i modlitwa.
„Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzy otrzymaliśmy chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierci?” – pytał św. Paweł. Konkluzja uczonego, wykształconego w żydowskiej teologii i kulturze greckiej człowieka szła bardzo daleko. Albowiem, tak jak Zbawiciel doświadczył zła tego świata, tak i my, zdaniem apostoła, na różny sposób doświadczamy destrukcyjnej siły, która uśmierca nie tylko ciało, lecz i duszę; mocy, która jak Tanatos Eurypidesa czy Händla, porywa nie martwego człowieka, lecz żywą osobę. I ogołaca w najgorszy z możliwych sposób: uśmiercając za życia.
Według jednego z ugaryckich, znanych Pawłowi z Tarsu tekstów („Aqhat”), nie tylko nie żyjemy wiecznie, lecz poprzez różnorakie ograniczenia, choroby, fizyczne czy duchowe cierpienia, już za życia dostępujemy ogołocenia. Śmierć nie jest snem, zejściem do mitycznej krainy, lecz realnym, bolesnym doświadczeniem, które przeżywamy w różnych wymiarach i w różnoraki sposób, zawsze ludzki sposób. Jednocześnie jednak jesteśmy grzebani z Jezusem – jak czytamy w Liście do Rzymian – „po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie”, odrodzili się, stali się wolni, weszli w inny wymiar istnienia.
„Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę Moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata” – mówił Jezus krótko przed pojmaniem. Modląc się za swoich uczniów zaznaczył, iż warunkiem urzeczywistniania się obecności Bożej jest jedność, tak pośród najbliższych Jego współpracowników, jak i całej Bożej społeczności.  Tak jak miłość między Ojcem i Synem jest fundamentem, podstawą wszelkiej działalności Jezusa, tak i słowo kierowane poprzez każdego z uczniów dopiero wtedy staje się skuteczne, kiedy poddaje się Jezusowej woli i działaniu Ducha Świętego. Tajemnica życia trynitarnego, której tutaj, na ziemi, nigdy w pełni nie rozpoznamy,  jest jednocześnie wezwaniem do budowania wspólnoty: kościelnej, społecznej, ludzkiej, duchowej, a nawet mistycznej. Tak jak Jezus oddał swe życie, by inni mogli się odrodzić, tak i w nasze życie wpisana jest perspektywa bycia dla innych – nie wyłącznie dla własnego szczęścia czy własnej chwały, lecz dla tego, co wyraża jedno, najprostsze i zarazem najtrudniejsze do urzeczywistnienia słowo: agape, caritas.
Plaut, Cyceron czy Horacy o kimś drogim, bliskim, umiłowanym mówili carus czy też cara. Dla żyjącego w czasach Chrystusa historyka Liwiusza i innych pisarzy starożytnych bycie dla kogoś carus, carisimus, czy też darzenie kogoś caritas to największy honor. My, choć mamy za sobą 2000 lat chrześcijaństwa, często nawet nie wiemy, czym jest przyjaźń, bliskość, zwykła serdeczność czy życzliwość. Homo alieni, alienus, czyli ktoś podległy, zależny, obcy, wrogo usposobiony, zastąpił człowieka dobrze usposobionego, otwartego, kreatywnego w najbardziej podstawowym, bo egzystencjalnym wymiarze. Homo totiens moritur, quotiens amittit suos – mawiali starożytni. I rzeczywiście, tyle razy umieramy, ile razy tracimy przyjaciół czy najbliższych. Ale moglibyśmy odwrócić ową sentencję i stwierdzić, że tyle razy rodzimy się, ile razy doświadczamy prawdziwej bliskości, przyjaźni czy miłości. Ile razy z tego, co zostało nam dane czy objawione, robimy twórczy użytek. 
„Jesteśmy jak chmury i chmurki”, pojawiliśmy się i znikniemy, ale może nie do końca, jeśli ziarno, które zasiał w nas ktoś bliski – ojciec czy matka, homo creator, artifex, magister vitae czy przyjaciel duszy – będziemy pielęgnować, jeśli talentów, jakie zdają się czasem bardziej ciężarem niż darem, nie zakopiemy głęboko, jeśli nie zamkniemy oczu i serca.
„Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał...” – mówił Jezus do swego Ojca. Ale syn nie może nie poznać, odwrócić się, zapomnieć... „Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich” – mówił i zarazem modlił się Chrystus. „Sama natura każe być ludziom użytecznymi” – pisał Seneka w swoim „De vita beata”. Co do Księgi Boskiej i różnych innych ksiąg dopiszemy – zależy od nas. Co ocalimy, co objawimy, w czym będziemy pomocni... I po nas pozostaną obrazy żywe i martwe, być może zapisane gdzieś nuty, słowa albo szkice, być może pozostaną zacierające się ślady, wspomnienia, marzenia albo tylko milczenie.
Jesteśmy jak chmury i burze, lecz niebo, w które patrzymy, myśli, które przywołujemy, płyną jeszcze dalej niż sięga nasz wzrok, wyobraźnia, wiara czy pamięć.

Boulogne, czerwiec 2005

Marek WITTBROT

Słowa wypowiedziane podczas Mszy świętej za śp. Genowefę, zmarłą matkę Pawła Jocza.


37-5-2.jpg (245088 Byte)


Na zdjęciu:

W pracowni
Pawła Jocza
(Boulogne, 2002)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga