Mickiewicz w czasie pisania „Pana Tadeusza”

Adam Mickiewicz,
”Pan Tadeusz”,
wydany po raz pierwszy
w roku 1834 w Paryżu.

Adam Mickiewicz (17981855) jeden z największych poetów polskich urodził się w Zaosiu koło Nowogródka (Litwa). Studiował na uniwersytecie w Wilnie. Należał tam do patriotycznego Związku Młodzieży Polskiej — Filaretów. Za działalność patriotyczną już po ukończeniu studiów zostaje wywieziony do Rosji i mieszka tam przez pięć lat. W 1829 roku przedostał się do Niemiec i tu zaprzyjaźnił się z największymi poetami niemieckimi, jak Goethe i Schiller. Po Powstaniu Listopadowym podzielił losy wielu innych najwybitniejszych obywateli, emigrując za granicę. Przybywa do Paryża i obejmuje katedrę literatur słowiańskich w College de France. Umarł w Konstantynopolu, dokąd udał się z zamiarem utworzenia legionu polskiego, mającego walczyć o wolność Polski przeciw Rosji. Już przedtem zdołał zorganizować w tym samym celu grupę Polaków przebywających w Rzymie. Ten geniusz pióra nie pomijał najmniejszej okazji, by ujarzmionej Ojczyźnie przyjść z konkretną pomocą. Pozostanie na zawsze równie wielkim patriotą jak poetą. Poniżej zamieszczamy fragment ukazujący Adama Mickiewicza w czasie pisania „Pana Tadeusza". To największe dzieło literatury polskiej zrodziło się z tęsknoty za utraconą Ojczyzną; powstało w Paryżu, w miejscach dobrze znanych  wielu  naszym  Rodakom.

Villepreux, ostatnich dni października   1874  roku

Kochany Władysławie,
Od młodu unikałem zawsze swarów z panami literatami, to tym przykrzej dziś, w późnej mojej starości, zadzierać z nimi. Przeczytałem jak tego żądałeś, nekrolog śp. Januszkiewicza w „Czasie” z głębokim żalem i nie taję się ze zgorszeniem, z powodu pokrzywdzonej w nim prawdy i sprawiedliwości. Po żartkości myśli, po blasku i wytworności stylu i wysłowienia, poznałem od razu pióro znamienitego estetyka, które i ja wysoko cenię. Zgorzkniało mi naraz w duszy po tym rozpoznaniu pióra. Oczywiście uczony pisarz nekrologu, pisarz z młodszego, daleko młodszego ode mnie pokolenia, nie wyssał przecież z palca tego co pisał o „Panu Tadeuszu” i o Witwickim. Taki przenikliwy i wytrawny krytyk, a dał się szkaradnie zmistyfikować jakiemuś nowemu Radziwiłłowi,  panie kochanku; i dał się zmistyfikować do tego stopnia, że na ślepo uwierzył, jak mówią u nas na Ukrainie „w niebylice", to jest w baśnie o pierwszym wydaniu i druku „Pana Tadeusza”? A i o poczciwej sławy Stefanie Witwickim, w posłuch jeno za bajarzem, bo go osobiście nie mógł znać ani widzieć, posunął się aż do karykaturowania jego pięknego wizerunku, i aż nawet do potwarczego oskarżenia przeciw któremu, jestem pewien, protestowaliby i wielki Adam i dostojny ksiądz Hieronim Kajsiewicz, biograf śp. Stefana. Cóż to się święci w tej dziwnej mistyfikacji, kryjącej cel dla mnie niepdgadniony? Pojmiesz i to mój Władysławie, jak mi boleśnie słyszeć takie rzeczy o druhach młodości. Nie wątpię, że rozgłośny pisarz nekrologu będzie miał na sumieniu, że nie widzieć dlaczego, został rozpowszechniaczem wymyślonej legendy i dał jej swoje imię.
Otóż Władysławie, wbrew legendzie wymyślonej, jak najmocniej utrzymuję i twierdzę: 1) że Ojciec twój podczas pisania i drukowania „Pana Tadeusza”nie mieszkał w Saint-Germain; 2) że Eustachy Januszkiewicz nie miał najmniejszego udziału w nakładztwie i wydawnictwie wiekopomnego poematu; 3) że Witwicki nie był ani korektorem, ani cenzorem, a tym bardziej katemukochanego swego „Pana Tadeusza”. Twierdzenia powyższe lepiej się rozjaśnią w dalszym ciągu tego listu. Prawdopodobnie Władysławie, ty, co z pobożnością synowską czcisz pamięć wielkiego ojca, a i druhów jego umarłych i żywych szanujesz (za co niech cię Bóg błogosławi), ty odnajdziesz między emigracją o czasach Tadeuszowych niejeden dowód dopełniający lub popierający moje twierdzenia. Pomimo czterdziestu lat co przeminęły ponad naszymi głowami od wyjścia na świat „Pana Tadeusza”, oprócz mnie, żyje drugi jeszcze przyjaciel Adama, Ignacy Domeyko; żyją mnodzy, co dzień rzedniejący rodacy co mieli z nim zażyłość lub znajomość, i przechowują skrzętnie cząstki tradycji o epopei narodowej, urodzonej na emigracji. Pamiętają niewątpliwie coś o niej: O. Aleksander Jełowicki, Ludwik Nabielak, Franciszek Szemioth, Lucjan Weisenhoff, X. Jan Koźmian, Edmund Korabiewicz, O. Piotr Semeneńko, Leonard Rettel i zapewnię inni jeszcze, których imion na razie sobie nie przypominam.
Po niemiłym polemicznym swarze, przystępuję do obiecanych ci wspomnień o twoim ojcu, podczas pisania i drukowania „Pana Tadeusza”. Myślałem, że te wspomnienia o nim zagaję w uroczystszy sposób, to jest w spokoju ducha i rozgrzaniu uczucia, jakby to przystało staremu przyjacielowi. Niestety na razie mam umysł skołatany i w sercu pełno trosk.
Okres czasu w którym Adam pisał i drukował „Pana Tadeusza” nie długi, niespełna dwuletni, od września 1832 do lipca 1834 roku. Po świeżym z nim zaprzyjaźnieniu się, nie odstępowałem prawie przez te lata od jego boku. Jak to już wiesz, mój Władysławie, skądinąd, ojciec twój wydumał „Pana Tadeusza” na wsi, w Poznańskim; tam obmyślił pierwszy plan poematu, i zaczął go od opisu dworu szlacheckiego w Polsce. Pod jesień w roku 1832, kiedy przybył do Paryża, druk „Dziadów”, „Ksiąg Pielgrzymstwa”, potem redakcja „Pielgrzyma” i korekta pism Stefana Garczyńskiego zajmowały mu wszystek czas przez wiele miesięcy, że niemal całkiem oderwały go  od  „milszej  pracy"  która  już była opanowała całą jego wyobraźnię. Wśród różnorodnych zajęć literackich i politycznych, użalał się często Adam przed przyjaciółmi najwięcej na to, że te zajęcia „dławią mu w pieluchach Tadeuszka". W pogodniejszych godzinach jednak ówczesnego znojnego życia, dorzucał dorywczo po kilkadziesiąt wierszy do swej „ulubionej powieści", jak ją sam nazywał. Otaczało już wtedy Adama kilku rodaków, do których od razu po zapoznaniu się przylgnął sercem. Bliższe to, niejako przyboczne grono, składali: Antoni Górecki, Ignacy Domeyko, Bohdan Jański, Stefan Zan, ja i nieco później Stefan Witwicki i brat mój Józef. Mieliśmy wolny przystęp do Adama o każdej godzinie dnia, czy dumał, czy pisał, czy obiadował. Używaliśmy też swego przywileju i często nadużywali, osobliwie przynosząc niepotrzebne rozgwary z bruków paryskich i od sejmików emigranckich. Wielkoduszny i czuły Adam pobłażał wszystkiemu i kochał nas, pomimo nieznośnych wad i dziwactw tego lub owego w gronie. „Ulubiona powieść" niejednokrotnie szkodowała i od przyjaciół. Najwięcej nadokuczałem Adamowi ja z moim politykowaniem, czego zostały ślady w jego korespondencji. Główną mu zaś wadą do pisania był duch burzliwy, rewolucyjny, co wiał w ówczesnej Europie, a który i jego samego rozmarzał na dnie i tygodnie. Gdzie tu można było i myśleć o „Panu Tadeuszu”. Tron Ludwika Filipa postawiony na trzęsawisku, chwiał się nieustannie. Periodycznie, po dwa i trzy razy na miesiąc, podnosiły się bruki na barykady, którym Polacy przyklaskiwali z lubością, spodziewając się w następstwie wojen i triumfującego powrotu do Polski, a choć te zamachy republikanów kończyły się zwykle na niczym, zapał nasz rycerski wcale nie ostygał. Odwiedzali Adama wtedy tłumnie, jako słynnego już autora „Wallenroda”, „Dziadów” i „Ody do Młodości”, rozbitkowie Powstania Listopadowego, roznamiętnieni, krzykliwi, powracający z Taranne i Vauban. Tak zwały się dwie Góry, huczące naprzeciw siebie wyklinaniami, nasze emigranckie Hebal i Garizim. Z umiarkowańszą bracią Adam chętnie przestawał; usiłował nastroić zwichnione umysły do zgododźwięku i zapał ich nieobłudny skierować ku wyższym celom, pożyteczniejszym dla sprawy narodowej. Nie bardzo mu się to udawało. Nastały wkrótce wieczorne schadzki u Adama, po większej części umiarkowańszych osób i tym samym sympatyczniejszych. Uczęszczali na nie ile pamiętam: Jełowiccy, Edward Aleksander, bracia Sobańscy, Kaszyc, Worcel, Cezary Plater, Karol Montalambert, David rzeźbiarz, generałowie Dembiński i Miś Mycielski, Władysław Zamoyski, Fryderyk Chopin, Franciszek Szemioth, Leonard Chodźko, Wrotnowski, Wejsenhoff, Januszkiewicz, Kołysko, K. E. Wodzyński, Kajsiewicz, Rettel, Semeneńko, Ropelewski i wielu, wielu innych. Goście przychodzili do szczupłych pokoików nie co dzień, ale po parę razy w tygodniu, na pół godziny, na godzinę, czasem raz jeden na miesiąc. Adam stał wtedy na swym zenicie, w pełni twórczości poetyckiej i w ciągłym podniesieniu ducha. W mowach i rozmowach codziennych, błyskawicował parabolami rozświecającymi głębie ducha, sypał jak z rękawa genialne spostrzeżenia, cudne myśli, oryginalne dowcipki w oryginalnym wysłowieniu. Schadzki te, a właściwiej mówiąc biesiady patriotyczne, toczyły się w najzupełniejszej swobodzie, o przedmiotach tyczących się Polski, jej bied i prześladowań ówczesnych. Zabierał głos kto chciał. Czytano listy z Litwy, Ukrainy i zawiązywały się spory. Adam uśmierzał burzliwszych cytatami z Ewangelii, to przysłowiami starego rozumu pobożnych ojców. Niestety dobre jego ziarna głuszyła politykomania, czyli jak ją zwał „retoryka polityki" panująca wtedy na emigracji. Adam widocznie smutniał; na dziwnie wyrazistej jego twarzy odzwierciedlało się zniechęcenie — a może i żal po zaniedbanej od dawna „ulubionej litewskiej powieści". Schadzki też wieczorne nagle ustały. Zaniosło się w Paryżu znienacka na ogromną burzę. Groźny rozruch gwardii narodowej i przedmieści, na którego czele miał stanąć marszałek Clausel, działający jak mówiono, w porozumieniu z generałem Dwernickim, rozpłomieniał głowy emigrantów. W barykadach i pod oknami króla huczała bez ustanku Marsylianka i Dwernicki z kilkoma generałami i całym sztabem, przechadzali się po ogrodzie Tiuleryjskim w mundurach polskich i przy pałaszach. Zbroiliśmy się każdy ciszkiem chyłkiem, a i Adamowi zanieśliśmy w nocy karabin z bagnetem, chociaż on niedowierzał entuzjazmowi episjerów. Tymczasem przez układy (jeśli dobrze pamiętam) z Odilon-Barrotem, Ludwik Filip zdołał przeciągnąć na swą stronę gwardię, że skrupiło się jeno na porażce republikanów z przedmieści. Nastąpiła reakcja rządu przeciw sprawcom ruchu i sprzymierzeńcom ich, a głównie przeciw Polakom. Kluby zaraz rozwiązano, członków komitetu internowano w odległych departamentach. Dotknęła ta proskrypcja i wielu innych rodaków,  osobliwie z młodszych, uczęszczających na wieczory u Adama. Skądinąd takoż uderzyły na nas bolesne zawody i szkody. Po niefortunnej wyprawie Zaliwskiego, rozpostarły się i w Polsce okrutne Mikołajowskie prześladowania i katusze. Chodziliśmy po Paryżu przygnębieni na duchu i jak z krzyża zdjęci. Adam opłakane te wypadki przebolał z nami jak najdotkliwiej w głębi swej duszy: sposępniał bardzo i począł się odosobniać. Znał on wszystkich zasłużonych współemigrantów, cenił ich, poważał i udzielał się każdemu na zawołanie, ale odtąd najochotniej żył tylko w otoczeniu wypróbowanych przyjaciół. Ku ukojeniu powszednich smutków i oderwaniu się od piekącej obecności, Adam wziął się z wielkim wysiłkiem do umysłowej pracy, która poszła zaraz na pożytek zaniechanemu „Panu Tadeuszowi”. „Pielgrzym” ustał już był od niejakiegoś czasu, a i druk pism Garczyńskiego zdążał ku końcowi: czuł się wtedy swobodniejszym od roztargnień i tym uparciej wziął się do pisania. Z początku pisanie to szło twardo, aż rozgrzał się w duchu i wkrótce tym obficiej dla niego wytrysnęło źródło Hipokreny. Napisał drugą i trzecią księgę „Pana Tadeusza”. Przy czytaniu piękniejszych ustępów z poematu, którego nie znaliśmy jeszcze rozmiarów ani obejmowali całości, napędzał i nas do pracy, osobliwie do pracy wewnętrznej nad sobą. Radził abyśmy zaniechali na czas reformy społeczeństw, aż on i my z nim zreformujemy się sami naprzód, aż rozniecimy w skołatanych sercach stygnącą wiarę, miłość i nadzieję, „Smutni, chorzy, my zamiast cieszyć się i leczyć, wolimy wzajemnie siebie smucić i kaleczyć". W rzeczach Wiary wszyscyśmy już wtedy stali w Kościele, z odcieniami przeróżnych, osobistych uwidzeń przeciw Jezuitom i księżom, które drużba Jański usiłował zharmonizować, mając upatrzonych w Paryżu i w okolicy doskonałych spowiedników. Około tego czasu, zaczęliśmy u Adama wspólne modlitwy, które wygłaszał najstarszy wiekiem Antoni Górecki ze szczególnym namaszczeniem. Ku wiośnie zapachniał Adamowi las, opanowała tęsknota za wsią, poetycka tęsknota, którąśmy obydwaj kiedyś po bratersku odczuwali. Na razie miał różnego rodzaju zobowiązania, co nie pozwalały mu wychylić się za Paryż. Ogród Luksemburski wtedy okazały, przestronny, zaciszny, nęcił go ku sobie, głównie z powodu „Pana Tadeusza”. Domeyko, uczeń szkoły Min, miał mieszkanko o kilkadziesiąt kroków od tego ogrodu z oknami na wsze strony jak w latarni, w którym tylko nocował. Adam, w nadziei że użyje słońca, do niego się wprosił i rozgościł się na dobre. Niestety, na wstępie zaraz spotkała go najnieznośniejsza przygoda. Podczas niesłychanej płodności literackiej jakiej doznał w Dreźnie, Adam przetłumaczył był i „Giaura” z Bayrona, niemal całego. Po przyjeździe do Paryża tłumaczenie to razem z „Korsarzem” Odyńca, sprzedał Aleksandrowi Jełowickiemu. Nadchodził termin wyznaczony na druk, a tu brulion drezdeński gdzieś się zapodział, ani sposobu aby go odszukać. Rad nie rad, ze szkodą „Pana Tadeusza”, musiał zasiąść do tłumaczenia na nowo, z przykrym uczuciem, że dawniejszy przekład był lepszym. Żmudna i nudna ta praca zabrała mu cały długi miesiąc czasu. Prócz tego, marcowe chłody i słoty nabawiły go fluksji dokuczliwych, że zaledwie kilkaset wierszy mógł dorzucić do „Pana Tadeusza”. Sprzykrzył już mu się Carrefour de l’Observatoire i nawet Ogród Luksemburski. Na szczęście Stefan Zan znalazł apartament na ulicy Saint-Nicolas d'Antin, dość obszerny, chociaż nad stajniami, który się Adamowi od razu spodobał. Istotnie poszczęściło mu się w nowej siedzibie. Z wypogodzonym umysłem zasiadł do umiłowanego i pobłogosławionego swego arcydzieła, i natchnienie popłynęło mu wnet strumień iście. Wtedy to pisał po sto i sto pięćdziesiąt wierszy na dzień za jednym zamachem, które nam odczytywał wieczorami, jeszcze niezaschłe na papierze. Podziwialiśmy ich świeżość, krasę, barwę i woń rodzinną. Rozdobruchany Adam, zachęcał rymujących swoich przyjaciół, aby przynosili luźne rapsody szlacheckie, które on wcieli do swej powieści na pamiątkę stosunków między nami na emigracji. Tym to sposobem kilkadziesiąt wierszy Witwickiego zostało się, w opisie matecznika, wplecionych tak zgrabnie, że dziś zaledwie je kto rozróżnić zdoła. Zaczęły się skwary letnie. Wieszcz nasz pisał a pisał, korzystając na razie z dobrego swego usposobienia do pracy. Rzadko wychodził teraz z domu, chyba wieczorami na przechadzkę i w odwiedziny do przyjaciół i znajomych paryskich. Kiedy niekiedy po większym unużeniu się i wyczerpaniu, zabiegał na jeden dzień i drugi do mnie mieszkającego w Sevres, jak mawiał ,,na wypoczynek i dla chłypnienia wiejskiego powietrza". Wiedziałem doskonale o każdym przyroście „Pana Tadeusza”. Już róg myśliwski pana Wojskiego grał mi bez ustanku, w słuchu i w sercu, i gwary braci szlachty zaściankowej poczynałem rozumieć. Księga czwarta była już napisana a i piątej większa część. Przyjaciele życzyli końca i całemu poematowi, bo Adam więdnął nam i sechł w gorączkowej pracy. Wśród znojnego Z dnia na dzień życia w Paryżu, pod koniec czerwca Adam odebrał smutny list 7. Drezna, że Stefan Garczyński źle jest na zdrowiu, i że już wyruszył powoli ku Szwajcarii. Serdeczny druh chorego, postanowił natychmiastowy do niego, wyjazd. Nazajutrz był już w drodze. Z początku byliśmy pełni dobrej otuchy, że Stefanowi się polepszy i że Adam owiany alpejskim powietrzem orzeźwieje na siłach i choć po trosze, ale będzie mógł pisać dalej „Pana Tadeusza”. Domeyko (u którego zostawił manuskrypt czterech ksiąg pierwszych poematu, aby go Zan przepisał) częste od niego odbierał kartki. Kartki te nie były wcale pocieszające. Stefan widocznie niknął, a i Adam umartwiony jego cierpieniami i umęczon czuwaniem po nocach zaniechał całkiem pisania. Umyśliłem wtedy, za zgodą przyjaciół, wyjechać ku pielęgnowaniu naszych biedaków, Stefana, Adama i „Pana Tadeusza”. Uwiadomiłem o tym Adama i czekałem na jego skinienie kiedy i kędy mam się udać, bo przenosił się ze swoim chorym z miejsca na miejsce. Listy się nasze skrzyżowały. Dowiedziałem się z nowej kartki do Domeyki czy do Witwickiego, „że obydwaj są w Avignon, że dla Stefana nie masz ani odrobiny nadziei, ale napiera się na gwałt do Włoch i że on (Adam) jedzie na kilka dni do Marsylii dla uzyskania paszportów". Puściłem się więc z Paryża pędem i prosto do Marsylii. Otóż rozminęliśmy się w drodze — i potem długośmy się nawzajem szukali. Przygody tej podróży opowiem kiedyś indziej. Dość że odnazlazłem Adama w Lyonie. Przechodząc około jakiegoś hotelu, zobaczyłem go w oknie z papierem w ręku. Po wejściu do pokoju, zastałem Adama co dosłownie zacietrzewionego nad „Panem Tadeuszem”. Wieczorem tegoż samego dnia, zdaje mi się ostatniego września 1833 roku, puściliśmy się w podróż ku Paryżowi. Za powrotem, pojechał Adam wprost z dyliżansu na dawniejsze mieszkanie przy Saint-Nicolas d'Antin, któreśmy dlań wcześnie zamówili. Nazajutrz już się całkowicie w nim instalował. Od razu wpadł na trop swój, i cieszył się jak najbujniejszym natchnieniem. „Pan Tadeusz” wystąpił dopiero teraz w zarysach wyraźnych swej architektoniki epicznej. Mistrz potężny opanował całkiem swe narzędzia; język, rytmy, rymy, jak roztopiony kruszec lały się w ogromne tygle, że na skinienie czarodzieja posąg, dzwon lub działo wyskakiwały w mgnieniu oka jak spod ziemi. Roskoszowaliśmy się razem z Adamem, spożywając tenowaliepoetyckiego jego geniuszu. W czasie odczytów, żyliśmy jak przemienieni, jak przeniesieni cudownie do Polski między braci i siostry, tak w „Panu Tadeuszu” wszystko jest żywe, swojskie; zapominaliśmy bied i trosk powszednich tułactwa, zapominaliśmy piekących tęsknot, poojczystych i porodzinnych. Unosiliśmy się chlubą Adama, i zarazem dumą narodową, że oto Polska posiada swoją epopeję. Adam zdążał pospiesznie ku końcowi, dorabiając jednocześnie wstawki do ksiąg poprzednich. Błogie wieczory zimowe u Adama w roku 1833 nie zamierzchną nigdy w pamięci przyjaciół. Nuciliśmy pieśni litewskie, białoruskie, ukraińskie, w chorowód za wieszczem. Adam opowiadał nam chętnie ustępy z dziejów swej młodości, w Nowogródku, Wilnie i Kownie, wyzywając nawzajem  do poufnych zwierzeń, że każdego z nas znał niejako na wskroś. W uroczystszych godzinach, z lubością rozprawiał o tajemnicach zaziemskiego życia, o świecie duchów i hierarchii ich, wedle świętego Dionizego Areopagity, jednym słowem, do subtelności mistycznych miał już od owego czasu niepowściągnioną skłonność. W codziennym obejściu się z nami był nad podziw dobrotliwy, słodki, rzewny, że mimo woli Witwickiemu i mnie przypominał się dobroduszny Kazimierz Brodziński; umiał każdemu umilić dolę wygnańca, zażegnać boleści i bóle wewnętrzne, których nam nigdy nie brakło. Z tego okresu czasu Tadeuszowskiego ileż osobiście zadużyłem się Adamowi! Nosiłem ucisk w sercu, bolesny jak zastrzał: Hœret lateri lœtalis arundo. Otóż zabliźnił tę ranę moją czułością brata i pieszczotami siostry. Łzę zcałowaną wtedy, po dziś dzień, odwdzięczam łzami przed Bogiem za jego duszę.
W połowie lutego 1834 roku, wieczór pod szarą godzinę, kiedyśmy się już zebrali przy ulicy Saint-Nicolas i po cichu gwarzyli, widząc gospodarza w drugim pokoju przy kominku „szparko machającego piórem po papierze..." powstał od stolika Adam z rozpromienioną twarzą i zawołał ku nam: „chwała Bogu! oto w tej chwili podpisałem pod «Panem Tadeuszem» wielkie finis". Radośnie za nim powtórzyliśmy: „chwała Bogu!" i wykrzyknęliśmy trzykrotny: wiwat! z oklaskami przy winszowaniach i uściskach jak najserdeczniejszych. Nazajutrz staropolskim obyczajem wysłuchaliśmy najpierw mszy świętej w kościele Saint-Louis d'Antin, a po mszy zaprosiliśmy go na obiad do Palais-Royal. Uczta była niewystawna, ale dostatnia i z gęstymi toastami w cześć i Adamowi i jego nowonarodzonemu infantowi. Godowaliśmy jeszcze i w dniu następnym, równie skromnie i po emigrancku. Po tych ucztach zażądał Adam, abyśmy wcześniej do niego przychodzili, „odbędzie się bowiem jeszcze jedna ceremonia, to jest imienin i chrzcin «Pana Tadeusza»". Tak nazywał autor niezbędne poprawki w poemacie. W pierwotnym tekście stały imiona własne, rodowe osób i przeróżnych miejscowości na Litwie, które należało koniecznie przechrzcić, to jest zastąpić wymyślonymi. Oczywiście, na pierwszym zaraz posiedzeniu, nawymyślaliśmy bez liku dziwnych imionisk, które Adam rozgatunkowywał i przyjmował je lub odrzucał. Najpożyteczniej mu, w tej rzeczy, służył Domeyko, który jako Litwin i spółpowietnik „Pana Tadeusza” doskonale znał ojczyste strony. Przy tej sposobności, Adam wymagał także od nas, zaklinając na przyjaźń, abyśmy póki czas jest po temu, wskazywali mu do sprostowania i ważniejsze błędy, bądź to w duchu, bądź w treści, bądź w formie, bądź to na koniec w słowach i wyrażeniach czymkolwiek grzeszących. Wymawialiśmy się w tej mierze i targowali z nieudanym sromem, ale w końcu musieliśmy ulec jego niezłomnej woli. Adam z piórem w ręku sam czytał „Pana Tadeusza”, księgę po księdze, a kiedy uczuwał zmęczenie, odsuwał rękopis ku Witwickiemu albo ku mnie do czytania. Z początku branie inicjatywy tej cenzorskiej szło twardo; ten to ów bąkał jednak uwagi, które Adam po krótkim namyśle, uznawał za niesłuszne lub też słuszne i natychmiast własnoręcznie mazał lub podkreślał poprawki: a czynił to z nieocenioną skromnością i nawet z pokorą. Nieraz w czasie czytania, wyrywał mi rękopis i przekreślał piękne wiersze bezlitośnie. Wypraszaliśmy je jak najwymowniej od śmierci. Adam zbywał nas dowcipnym ub głębokim słówkiem: „wiersz umorzony jak ziarno pszenicy, rozrodzi się tym bujniej itd." Najwięcej takich wykreśleń było przy Telimenie. Stanisław Witwicki bił ostro na tę panią. Adam potakiwał mu, czując śliskie strony jej roli; toteż przeciw zgorszeniu jakie dawał, słabo się bronił; utrzymywał jeno ciągle, że mu Telimena była arcypotrzebną dla kontrastu i dla przeróżnych kombinacji poematu. Zgodził się na końcu na wyrzucenie wielu jej tyrad, zmazał o świecy w kominku, a historię klucza i następstw, zaczernił palcem umoczonym w atramencie, że wątpię aby ją dziś jaki estetyk zdołał przeczytać. Inny z przyjaciół czynił innego rodzaju zarzuty, przy mowach Buchmana i przy swarach szlachty zaściankowej, że zniżają nieco nastrój poważnej epopei. Adam podkreślił naznaczone przez niego wiersze, ale dodał: „Hę! wiem ja mój drogi, czego ty chcesz,  ale  nie tylko  w tych tu miejscach co wskazałeś, ale i w całym  poemacie  potrzeba  by podnieść nastrój o jakieś pół tonu. To  na  prędce  nie  da  się  zrobić, klamka już zapadła. Po dziś dzień huczy mi w uszach wasz Taranne. Poprawię się da Bóg w innej powieści, bodaj w synie «Pana Tadeusza», a najprawdopodobniej w dalszych częściach «Dziadów»". Koniec końców, żaden z nas nie mazał w Tadeuszu pomimo „królewskiej obojętności autora dla swych skarbów" a tym bardziej nie mazał Witwicki, który Adama zwał zawżdy „Napoleonem poetów" w znaczeniu wyższości jego ponad współczesnymi kolegami. Ustępik o Potockich, przekreślił Adam na czyjąś uwagę, że nie tylko Alfred i Artur, ale Adam i Włodzimierz z imionami szlacheckimi formowali wtedy pułki polskie; dodał przy tym przekreślając: „Prawda, z takich ludzi co pułki stawiali dla ojczyzny, nie godzi się żartować". Tyle tylko więc naszego, Stefanowego i mojego jest w „Panu Tadeuszu”, że po zmienieniu imion szlachty i nazwisk miejscowości, kiedy kulała gdzieniegdzie miara wierszów, Adam dla ulżenia sobie żmudy i nudy, polecił nam abyśmy ją wyprostowali w całym poemacie. Wątpię jednak, aby przy pilnym dozorowaniu przez autora ostatniej korekty, zostały się i te niewinne nasze poprawki.
Po tej ostatniej operacji, rzec można estetycznej, dopełnionej na „Panu Tadeuszu” przez samegoż autora, rękopis leżał na stole gotowy do druku; Adam w przeczuciu wieszczym, że mu Bóg pomoże skończyć szczęśliwie poemat, z dawien dawna upatrzył był i zamówił dlań nakładcę. Aleksander Jełowicki, podówczas poseł hajsyński na sejm, podjął się od razu wydania. A więc nie Januszkiewiczowi, ale Jełowickiemu „zawdzięcza Polska «Pana Tadeusza»", to jest jego wydanie. Przy układach, autor u swego nakładcy zawarował sobie, aby nie kto inny jak Bohdan Jański był jego płatnym korektorem. Rozpoczął się tedy druk „Pana Tadeusza”, postępował spiesznie i tym spieszniej, że dozorowany przez niecierpliwiącego się autora. Adama w tym czasie uczepiły się nieznośne spliny, ale na przekorę im, uważał nudną, żmudną, mechaniczną korektę, którą zwał „drabowaniem liter", za pracę swoją obowiązkową, tudzież jako ekspiację za wielkie przyjemności jakich doznał przy pisaniu litewskiej powieści. Drabował tedy arkusz po arkuszu przez wiele tygodni. Na początku kwietnia pierwszy tom „Pana Tadeusza” był na ukończeniu i Adam dla tym pilniejszego dozorowania druku i korekty, przeniósł się na ulicę do Seine-Saint-Germain, do hoteliku, w którym już mieszkali Bohdan Jański i Stefan Zan. Jednocześnie, ja z moim bratem Józefem wyjechaliśmy na wieś do Sevres. Przy pożegnaniu Adam z głębokim westchnieniem obiecał nam, że rychło połączy się z nami. Istotnie, po kilku dniach zawitał on do nas, rozpogodzony, na swoją willegiaturę. Stołował się w naszym hoteliku, ale najął osobne mieszkanko na pogórku ku Bellevue, nieopodal od księżnej Giedrojciowej staruszki, przy której bawiły córki jej: Białopiotrowiczowa i Reutensztrauchowa. Dalej nieco w lasku Meudon osiedlił się wspólny przyjaciel, młody Karol Edward Wodzyński, zagrożony już suchotami. Wersal pełen był Polaków znajomych nam i życzliwych. W Marly Maurycy Mochnacki kończył druk swojej historii „Powstania Listopadowego”. Wiosna tego roku 1834 była nadzwyczaj piękna, ciągle prawie pogodna, ciepła, powonna. W Sevres jak w Paryżu, Adamowi, nieznużonemu piechotnikowi, ja sam jeden wtedy dotrzymywałem kroku na przechadzkach. Napoleońscy żołnierze: Antoni Górecki i Józef mój byli za starzy. Witwicki zaczął już utykać na nogi, Domeyko ślęczał po laboratoriach mineralogicznych i chemicznych, Jański prócz korekty w drukarni, wybiegał na rekolekcje, to na konferencje duchowne, Zan siedział kamieniem przy basetli. Codzienne tedy z Adamem robiliśmy wycieczki po Sevres; wałęsaliśmy się po laskach i przy laskach okolicznych aż do Saint-Germain, odwiedzając po drodze rodaków, to dumając i gwarząc o przenajróżnicjszych rzeczach. Adam używał teraz w pełni swobody, słusznie i święcie mu należącej się po dwuletnich niepokojach i znojach. W zanadrzu i po kieszeniach nosił jednak korekty drukarskie, przeglądając je najczęściej leżący na murawie z ołówkiem w ręku. W opromienieniu wiośnianego słońca i wśród zieleni pól i lasów, Adam żeśki dotąd i wesoły, nagle począł się chmurzyć, co dosłownie zciemniać na obliczu. Odosobniał się, zamykał się w domu na całe dni, skarżąc się na dokuczliwe swoje spliny. Przyjaciele różne naznaczali przyczyny tym splinom; jedni, zbiegowi dziwnych perypetii z jego życia, które się w tym czasie właśnie zwikłały; drudzy nieuchronnym obawom i troskom przy zmianie stanu, bo już wiedzieli, że ma się żenić. Walna ich przyczyna tkwiła wszelako gdzie indziej. Raz mimochodem koło leżącego napomknąłem: „nie prawdaż Adamie, rozbierają ciebie «Dziady»?" Na to zapytanie, uścisnął mi rękę, potakując skinieniem głowy. Ile razy zabierał się do pisania dalszych części „Dziadów” doświadczał wielkich wzruszeń i cierpień. Wstrząsały nim tak wewnątrz wulkaniczne prądy genialnej twórczości. W „Dziadach” streścić chciał wszystkie potęgi swego ducha; rozrachunki z Bogiem, zapasy i walki sumienia człowieczego, żary i bóle patrioty. Z „Dziadów” uczynić miał „główne i jedyne swoje dzieło, godne czytania". Istotnie w tym czasie na luźnych kartkach pisał nocami nieczytelnie notaty i urywki do dalszych części „Dziadów”. Te kartki widziałem i wtedy w Sevres i po latach jeszcze w Lozannie, kiedy mnie sam wtajemniczał w ich arkana. Ale to już nie tyczy się bezpośrednio „Pana Tadeusza”. Spliny zresztą po niewielu dniach całkiem ustały, rychło rozpogodził nam się Adam i niemal odmłodniał. W końcu czerwca lub na początku lipca odbijał się w drukarni ostatni arkusz „Pana Tadeusza” i jednocześnie zjawiła się w Paryżu panna Celina Szymanowska, twoja Władysławie i twego rodzeństwa przezacna i ukochana matka, a która niebawem po ożenieniu się z nią ojca, stała się i nam jego przyjaciołom miłą i drogą siostrą.
Na zakończenie, Władysławie, załączam jeszcze dla ciebie przyjacielską przestrogę. Tekst edycji „Pana Tadeusza” z roku 1834 jest jedynie autentyczny, poprawiony, uznany i przyznany przez autora; posiadasz więc prawo i obowiązek synowski, strzeżenia go od skażeń cudzych i niepotrzebnych wtrętów.
Masz oto, kochany Władysławie, kruciuchny jaki taki zarys dwuletnich niemal dziejów z życia twego ojca, podczas kiedy pisał i drukował „Pana Tadeusza”. Aby nie gmatwać opowiadania, naumyślnie opuściłem uboczne rzeczy chociaż ważne, jako to o stosunkach Adama towarzyskich, politycznych i literackich w Paryżu, tudzież charakterystykę przyjaciół i znajomych; o jego żarliwych zabiegach ku zwołaniu sejmu polskiego; o wspólnych naszych wycieczkach do hetmańskiego męża Karola Różyckiego w Fontainebleau; o improwizacjach itp. Opuściłem także mnóstwo ciekawych i zabawnych anegdot o Adamie z okresu czasu Tadeuszowskiego. Jak pisałem Władysławie, starczyłoby wątku i na drugi list takiej samej objętości, co dzisiejszy. A ileż mi nurtuje w sercu wspomnień dla następnych, po Tadeuszowskich? Czasami w zadumaniu dawne te wspomnienia wydają mi się jakoby wczorajsze.Mógłbym wyraz po wyrazie odtworzyć rozmowy Adama ze mną, mógłbym odmalować przeróżne miejscowości tudzież postacie osób, dawno pożegnanych, potrzeba by trochę pogody, swobody i niemal natchnienia jak do poematu. Niestety, zgryźliwa starość nie zazna już „pięknych dni w Aranchuez".

 ...Och dni te,  dni szczęścia i
chwały, Obwinęły się w jesienny liść —
i gdzieś powiały.

Uwielbiam jednak Władysławie i aprobuję twoją nieznużoną troskę w śledzeniu za krokami naziemskimi wiekopomnego twego ojca, to jest w zbieraniu szczegółów i szczególików o nim do obszernego życiorysu. Bóg widzi, że radbym i ja coś z moich wspomnień dorzucić do twego skarbca. Otóż bodaj za późno już do tego, czy zdążę je spisać? najprawdopodobniej że żywym głosem opowiem je tobie i synom moim ku zapamiętaniu i spisaniu. Około wielkiego imienia Adama krążą już niebylice i fałszywe legendy, to potrzebnym jest bardzo i jakieś ognisko, w którym by się święciła czysta prawda o nim i przechowywały się wierzytelne podania z pokolenia w pokolenie. Tyle na dzisiaj.
Bądź zdrów i kochaj życzliwego tobie i rodzeństwu.

Józef Bohdan ZALESKI

 Józef Bohdan Zaleski (1802–1886), poeta; reprezentant ukraińskiej szkoły poetów; uczestnik powstania listopadowego 1830–1831, poseł na sejm i współredaktor „Nowej Polski”; od 1832 na emigracji we Francji, współzałożyciel i działacz między innymi Towarzystwa Słowiańskiego, Młodej Polski, 1835–1837 TDP, 1848 Komitetu Emigracji Polskiej, 1863 Komitetu Narodowego Polskiego; przyjaciel Adama Mickiewicza; wydał książki: „Śpiew poety” (1823), „Dumka hetmana Kosińskiego” (1823), „Rusałki” (1829), „Duch od stepu” , „Pyłki”, „Jamby”  (1841), „Poezje” (t. 1–2, 1841–1842), „Pisma” (t. 1–4, 1877). Po jego śmierci ukazały się „Dzieła pośmiertne” (t. 1–2, 1891), „Korespondencja...” (t. 1–5, 1900–1904). Prezentowany tekst – list do Władysława Mickiewicza ze wstępem –  ukazał się w paryskim "Kalendarzu Naszej Rodziny" na rok 1970, s. 65-74.




Na ilustracji:

Strona tytułowa
pierwszego
wydania
"Pana Tadeusza"
(1834)


 

© Recogito, Rafaliga