... (37)

Posłuchaj, M...

Gdańsk, 25 sierpnia 1999 roku

W jej oknach nie paliło się światło. Czas mijał i zostawało go coraz mniej. Jutro było w tej chwili nieważne, dalekie, prawie nierealne. Od kilku wieczorów przejeżdżał obok bloku, w którym mieszkała i widok czarnych szyb śród innych rozświetlonych okien sprawiał mu ból. Nie był to ból przynoszący cierpienie fizyczne, raczej ból fantomowy. Pamiętał układ mieszkania – gdzie stoi stół, do jakiego wazonu wstawia kwiaty, jak skrzypi bujany fotel, pamiętał krąg światła rzucany przez nocną lampkę, co wisi na ścianach, śpiew ptaków nad ranem dochodzący z pobliskiego lasu i terkot dzwonka telefonu. Tych kilka chwil, kiedy patrzył na drugie piętro przywracało jego pamięci to, o czym nie myślał w ciągu dnia. Od tygodnia nie było takiego wieczoru, by nie pragnął pojechać i popatrzyć w jej okna. Było lato i na pewno gdzieś wyjechała. Przez resztę wieczoru nie myślał ani o ciemnych oknach ani o niej, ani o czasie, który przeżyli razem. Nikomu o tym nie opowiadał. Już od dawna nie śniła się jemu. Po przebudzeniu nie myślał o wieczornym rytuale, bo to stało się rodzajem codziennego rytuału, i nie czekał niecierpliwie przez cały dzień aż zajdzie słońce. Po prostu dojeżdżał tam, skąd mógł dobrze widzieć okna jej mieszkania, a po niedługim czasie odwracał się i wracał do siebie. To mu wystarczało. Nie zapalał nawet papierosa. Nie czuł żadnego pragnienia.
Kiedyś ciemne okna jej mieszkania staną się częścią wspomnienia o niej. Będą elementem scenografii, gdy w dalszej części życia powróci pamięć o kobiecie, która była jedynym światem. Wspomnienia też mają swoją biografię. Jej wspomnienia urwały się na którymś dniu. Jego wspomnienia mają dłuższą biografię, dłuższą o kilka zapatrzeń w szyby pokryte mrokiem. Choć jakie znaczenie mają dłuższe lub krótsze wspomnienia, kiedy stają się frazą przeszłości, złudzeniem wykrzywiającym obrazy, rozsypanymi cząstkami, co kiedyś były całością nie do rozbicia?
A jednak, a mimo wszystko czuł jakiś ból, ukłucia pamięci i smak czegoś bezpowrotnie straconego, jakby czuł w ustach popiół spalonych listów miłosnych. Mimo wszystko czuł spokój wiedząc, że jej teraz nie ma i pragnął, żeby jutro jej okna zastał nadal puste i ciemne. Taki widok pasował mu bardziej do tego, co się z nimi stało, niż zapalone światło w jej mieszkaniu, w którym już dawno nie był i nie wyobrażał sobie, że jeszcze kiedykolwiek może przekroczyć jego próg, powiesić płaszcz na wieszaku, pić kawę w swojej ulubionej filiżance, słuchać deszczu bębniącego o parapet. Tak, bał się, że nagle jej okna rozbłysną. Dlatego szybko odwracał się i nie oglądał za siebie. Żółte światło pulsowało na skrzyżowaniu ulic i gdyby teraz spojrzał za siebie, nie mógłby już zobaczyć, czy u niej pali się światło, czy nie. W tym momencie i tak to nie miało większego znaczenia. Może nawet już nie pamiętał, dlaczego znalazł się akurat w tej części miasta?

Aleksander JUREWICZ

Posłuchaj, A...

Czy wspomnienia mają własną biografię i kto naprawdę jest ich autorem? Gdybyśmy chcieli wcielić się w rolę obiektywnego narratora albo beznamiętnego sprawozdawcy, gdybyśmy zapragnęli na papierze odtworzyć wszystko, co pamiętamy lub zapomnieliśmy, albo usiłowaliśmy wymazać z pamięci, jak i nasze marzenia i złudzenia, przecież i tak pisalibyśmy pamiętnik. Próbowalibyśmy wskrzesić nie rzeczywistość, lecz nieistniejący ideał minionych dawno dni, jakiejś nieprzespanej nocy albo poranka, kiedy zdawało się, iż nikt nigdy nie będzie palić żadnych listów ani nikt nie odejdzie bez pożegnania, dobrego słowa albo chociażby przyjaznego gestu. Jednak na cóż komu taka autoterapia albo tylko autokomentarz? Każde wspomnienie staje się nie tyle frazą, echem przeszłości, co spojrzeniem w stłuczone lustro, projekcją, spisem popełnionych błędów i zadanych krzywd albo katalogiem zagojonych blizn, czy też krwawiących długo ran.
Kiedy niedawno, patrząc na ośnieżone korony kołysanych wiatrem drzew i stalowe wody Zatoki Kilońskiej, rozmawialiśmy o Lubece autora „Bundenbroków” i o spotkaniach, które właściwie nie wiadomo dlaczego zaważyły na naszych wyborach, a poniekąd i naszej codzienności, dziwiłeś się, iż zapamiętałem rok, w którym po raz pierwszy ujrzałem Renatę. Jakże miałbym nie pamiętać czegoś, co zdarzyło się tylko raz, dokładnie 29 maja 1990 roku, w nowym mieszkaniu Pawła? Z rozsłonecznionego wtedy pomieszczenia zapamiętałem wiele różnych rzeczy, a właściwie nadal widzę podobiznę Franza Kafki i, nade wszystko, ostrożny uśmiech nieznajomej. Czy można zapomnieć kogoś, kto nie przypominał nikogo z dotychczas napotkanych osób? Czy czymś nadzwyczajnym jest pamiętanie – promyka odbijającego się w szkle obrazu albo czyjejś milczącej obecności – jeśli nie przesłaniają tego żadne inne wspomnienia, żadne nadzieje czy obawy?
Nie wiem, co za piętnaście i pół roku będzie oznaczać ta data – 28 listopad 2005 – kiedy po raz drugi, znowu nieplanowo, ujrzałem osobę, która już nie była nieznajomą; poznawaliśmy się poprzez teksty, a także poprzez wspólnych znajomych i przyjaciół. Nie, nie chciałbym wiedzieć, co się wydarzy wiosną 2020 roku, lecz niekiedy odzywa się pragnienie, żeby na wszystko, co teraz się dzieje, móc patrzeć z daleka i z takim samym spokojem przyjmować to, co dopiero nabiera wyrazu, kształtuje się, jak – powiedzmy – zwykło się oceniać miniony rok, ostatnie dziesięć albo piętnaście lat. Zawsze przywiązywałem pewną wagę do dat, być może nadmierną, lecz przecież znacznie mniejszą niż do zapalonego w jakimś oknie światła, ciemnych szyb niemojego pokoju albo progu domu, w którym od dawna nie mam co szukać. Nie jest bowiem tak, że można zapomnieć, a właściwie wyrzucić ze świadomości – tak miłe, jak i niemiłe zdarzenia z przeszłości.
Kiedy teraz sięgam po zapiski Catherine Pozzi i czytam wzmiankę z 17 czerwca 1920 roku o wieczorze, który miał zaważyć na całym jej życiu, myślę nie tylko o tym, co łączy się z dziwnym, sekretnym związkiem szwajcarskiej maîtresse de lettres z francuskim pisarzem, autorem „Variété”. Córka zamożnego chirurga i niespełnionego, parnasistowskiego poety szukała prawdziwej bliskości. Uważała, iż trudno mówić o duchowym pokrewieństwie, a tym bardziej wtajemniczeniu, póki nie ma zgodności, harmonii, a także rezonansu, który przeobraża, przemienia ciała i dusze. Nie sposób istnieć w próżni, a nawet zadowolić się wspólnotą zainteresowań. Jesteśmy istotami, którym nie wystarcza tylko istnienie, tylko uczucie, tylko oczekiwanie. Pożądamy, potrzebujemy znacznie więcej niż może nam dać własne ja, a tym bardziej drugie, inne ja, które nie chce się przeobrazić, zrezygnować – choćby w niewielkim stopniu – ze swojej odrębności. Dlaczego jednak – należałoby zapytać – ideały tak łatwo stają się iluzją? Dlaczego to, co miało być zapisane w gwiazdach, tak szybko, po zetknięciu z ziemią, traci swój blask i moc? Dlaczego wszystko, co miało okazać się dowodem ponadnaturalnego przyporządkowania, kończy się na paleniu listów, niszczeniu fotografii, odsyłaniu książek? Dlaczego dla tego, co stało się naprawdę wielką pasją, Catherine nie znajdowała żadnych innych słów, prócz: „wirus V.”?
Nie tylko w życiu twórców i ich bogiń, zazdrosnych albo nazbyt zaborczych muz, piękne sny przeradzają się w chorobliwe rojenia, a z zapisywanych na kolorowym papierze czułych słów i słodkich wyznań pozostają tylko spopielone wspomnienia, gorycz w sercu albo ból duszy. Patrząc na rozpościerający się za oknem zimowy, prawie nieziemski, kiloński krajobraz, nie o bezpowrotnie utraconych dniach rozmyślałem, lecz o skrzyżowaniu ludzkich dróg, o pojedynczych losach, które splatają się – na dobre i złe, na zawsze i nigdy, na wieczność i ograniczony bardzo czas. Dumałem też o Renacie, o jej literacko-translatorskich zmaganiach, które przeważnie niosą ze sobą poczucie niedosytu, biorą się z potrzeby przekroczenia granic, a także z pragnienia, żeby obce, zbyt odległe sensy i znaczenia, choć w jakimś stopniu stały się własnym doświadczeniem, jeszcze jedną bliską, oswojoną, chociaż – w efekcie – niezbyt pocieszającą myślą.
Każdy nosi w sobie jakieś przeżycia – można by rzec – jakieś opustoszałe pomieszczenia, zamknięte drzwi, wygaszone światła, niedopalonego papierosa lub dawno spopielone karty dziennika. Powracając do jakiegoś miasta, stając obok tego samego co kiedyś okna, zatrzymując się na tym samym przejściu – zanim przejdzie się na drugą stronę albo zniknie za rogiem – może lepiej nie uciekać wzrokiem, nie wyłączać pamięci, nie niszczyć poruszającego niegdyś wyobrażenia albo tylko fantomowego obrazu? – M.

Paryż, 9 stycznia 2006 roku

Cykl tekstów „Posłuchaj, M...“ ukazywał się na łamach „Naszej Rodziny“ od maja 1995 do września 1999 roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list ukazał się w pierwszym numerze „Recogito“, zaś pierwszy tekst z serii „Posłuchaj, A...“ ukazał się w numerze 11-12 z 1999 roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru 9-10/1999, s. 30.




Na zdjęciu:

Aleksander
Jurewicz
(Kilonia, 2005)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga