Ulica kwitnących bzów

Na ulicę Bolesława Chrobrego w Świdwinie szło się z małego skweru z Krzyżem przy poczcie przez park pod górę, a na jej krańcu w lewo polną ścieżką aż do cmentarza. Tam się kończyło miasto i zaczynały pola uprawne ciągnące się do Smardzka. Dawniej była to krótka droga zakończona łąką na wzgórzu i wysypiskiem śmieci, stały przy niej okolone niewielkimi ogródkami kwietnymi i warzywnymi parterowe, a także piętrowe poniemieckie domy. Obecnie pewnie jest inaczej, miasto się rozbudowuje i przemienia. Wiele lat nie odwiedzałam Świdwina; przywołuję dziś obrazy zapamiętane z pierwszej wędrówki od dworca kolejowego do naszego nowego miejsca zamieszkania, by ocalić tamten czas i „ moją” ulicę kwitnących bzów.
Było majowe przedpołudnie. Mama prowadziła mnie za rękę, umęczona całonocną podróżą z Dolnego Śląska – z walizkami i dwójką dzieci: sześcioletnim synkiem Marianem i mną trzyipółletnią. Tam, skąd wyruszyliśmy, w Wołowie, rodzice poznali się i założyli rodzinę – oboje wydziedziczeni z ojcowizny, ograbieni z młodzieńczych marzeń, bezsilni wobec przemocy nieludzkiego systemu, jechali na pomorskie tereny do swojej Ziemi Obiecanej. I znaleźli tu spokojną egzystencję, a dla mnie Świdwin stał się duchową kolebką i stałym punktem odniesienia; stąd wyruszałam w świat z rodzinnym kodeksem wartości i poczuciem przynależności do małej ojczyzny.
Szliśmy powoli, odurzeni ciepłym majowym wiatrem i nowym miejscem; duszący zapach kwiatów jeszcze bardziej rozgrzewał powietrze. Mama zdjęła granatowy żakiet i przełożyła go przez ramię, staliśmy przez chwilę wpatrzeni w rozkwitające białe i liliowe bzy rosnące przy każdym prawie domu. Tak zapamiętałam na zawsze ulicę Chrobrego: otwartą na nieznaną przestrzeń, gościnną, rozświetloną południowym światłem. Nadzieja i oczekiwanie towarzyszyły mi przez wiele lat w suterenie poniemieckiego domostwa, gdzie mój Ojciec Michał Chałupka otrzymał niewielkie trzypokojowe mieszkanie w sąsiedztwie dwu innych rodzin zamieszkujących piętro i  pomieszczenia przy strychu. Podjął pracę w 1955 roku jako kierownik Inspektoratu PZU delegowany z okręgu wrocławskiego. Mamę bolały nogi w ciężkich półbutach, w tamtych czasach panowała bieda, nie miała letnich sandałów ani pantofelków. Brakowało wtedy niezbędnych rzeczy – poczucie godności, uczciwość i wolność sumienia stawały się jedynymi skarbami wielu młodych małżeństw.
Lecz w trudnym dla dorosłych czasie jakże cudny wydawał się dziecku ówczesny świat. Tyle było do oglądania, jakież bogactwa przestrzeni, ile nowych koleżanek, miejsc i zabaw na starej czereśni w sadzie. Byłam w Świdwinie szczęśliwa radością stworzenia poznającego rajski ogród bytu, a kolczyki z wiśni stanowiły moją najcenniejszą ozdobę. Wiosną, gdy chodziłyśmy do podstawówki, wbiegałyśmy z Elą Wilczyńską i Lucynką Wojciechowicz na piaszczyste wzniesienie za cmentarzem i wspinając się na niewielkie sosny podziwiałyśmy ukochane miasteczko otulone wielobarwną tęczą albo wsłuchiwałyśmy się w bicie kościelnego dzwonu na Anioł Pański.  Świdwin lśnił w dolinie jak nasza najświetniejsza opiekuńcza gwiazda!
Kiedy na początku lat siedemdziesiątych przyjeżdżałam do domu ze studiów w Poznaniu, najmilszym widokiem był dla mnie wciąż obraz naszej ulicy kwitnących bzów. I gdy zdecydowałam się opublikować pierwszy tomik wierszy w Wydawnictwie Poznańskim („Czarne wino”, 1981),  napisałam o domu przesiedleńców i próbie budowania tożsamości na nowym miejscu; to był dla mnie najważniejszy temat: „nasz” stary poniemiecki dom obrośnięty białym i czarnym winnym krzewem. Niektórzy koledzy po piórze, ceniący być może bardziej chodliwe tematy, lekceważyli tę moją wierność rodzinie i pamięci o Dziadku Bronisławie Gołackim, który jako młody legionista walczył w bitwie nad Wisłą w 1920 roku i za odniesione rany dla ojczyzny otrzymał Krzyż „Walecznym”. Jednakże to właśnie ta domowa wierność doprowadziła moje wiersze na łamy czasopism literackich i otworzyła serdeczność  wydawców.
Gdy mój bohaterski dziadek zginął w sowieckim łagrze w Uchcie, rodzinną pamiątkę przekazał  mojej Babci Walerii, zesłanej ze Słonima z dziećmi do północnego Kazachstanu, współtowarzysz jego niewoli, zmierzający przez stepy do formującej się armii gen. Władysława Andersa. Mam ten krzyż do dziś i przechowuję go jak relikwię, bo – jak wielu rówieśników urodzonych w powojennych czasach – nie miałam możliwości poznać żadnego z moich dziadków. Przeczytałam dziś ze wzruszeniem  wspomnienia z młodości Waldemara Łazugi zamieszczone w grudniowym numerze „Echa Świdwina”. Właśnie to budzi mój żal, że ja nigdy nie mogłam pobawić się z dziadkiem Bronkiem, czatować z nim przy trzeszczącym radiu na oczekiwaną audycję patriotyczną czy wsłuchiwać się w przedwojenne wspominki dziadka Franciszka (ojca Taty), który pięknie jeździł  konno i z powodzeniem zarządzał włościami hrabiego Serwatowskiego na Podolu tak jak jego ojciec i dziadek. Często myślę o domu stojącym na wzniesieniu przy ulicy Chrobrego 7, który przecież nigdy tak naprawdę nie był nasz, ale byliśmy do niego przywiązani, bo tam upływało nasze życie. Chciałabym znów zobaczyć serdeczną sąsiedzką ulicę rozkołysaną gwarem dzieci grających w klasy i nawoływaniem matek przygotowujących obiad w południe.
Pamiętam wyprawy pieszo nad Bukowiec i wędrówki wokół jeziora leśną wąską ścieżką wśród trzcin i tataraków. W upalne dni wypływaliśmy z bratem kajakiem po nenufary, które niosłam przez plażę ukryte pod letnią bluzką, by nikt mi nie odebrał skarbu zdobytego z narażeniem życia. W wakacje dziewczyny siadały grupkami na drewnianym pomoście przy kawiarence krytej strzechą; chłopcy skakali z rozbiegu do wody, ochlapując nas zimnymi strumieniami, byśmy zauważyły ich obecność. Był wśród nich pewnie i Adaś Marszałek, któremu do dziś nie brakuje fantazji, czasu ani ochoty, by spotykać się z przyjaciółmi z młodości. Miasto nasze jawiło nam się kiedyś jako oczywista wspólnota, która i teraz widoczna jest w opisywanych przez miejskich kronikarzy społecznych inicjatywach oraz w pielęgnowaniu pamięci o rodzimych korzeniach. Wielu z nas, którym Świdwin dał początek czy inspirację twórczą, powraca często myślami do ukochanych zakątków przy domu, ganków z jaśminami, zaułków nad Regą, do spotkań z ludźmi, co okazali nam cierpliwość, zrozumienie i serce.  

Poznań, poranek wigilijny 24 grudnia 2005 roku

* * *

 W maju 1955 byłam dziewczynką w podróży
rodzice mówili o Pomorzu jak o Ziemi Obiecanej
kiedy zamieszkaliśmy w domu z ogrodem
należącym ponoć do przedwojennego burmistrza
zadziwiały mnie rzeczy z innego świata
o których mówiono że są poniemieckie
stary kredens z rzeźbionymi drzwiami
malowana w niebieskie kwiaty solniczka
i piec kaflowy który zniknął tak nagle
jakby zapadł się pod podłogę
agresty z roku na rok traciły zdolność owocowania
wiśnie zdziczały i kwitły tylko ptakom na pociechę
miałam nadzieję że coś się zmieni
milczałam o tym przed ojcem
który wciąż pochylony nad biurkiem
tracił rachubę dnia i nocy
tymczasem ogród odchodził w nieznane
musieliśmy się wynieść

Dziś kiedy ogród nie sprawia mi zmartwienia
a wszystkie sprzęty są rodzinne i znane
brak mi tamtego świata z obcymi rzeczami

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia – autorka tomików wierszy („Czarne wino”, „Białe tango”, „Wieczna rzeka – Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”, „Piękniejsze – Schöner – C’est plus beau”). Mieszka w Poznaniu.




Na ilustracji:

Litografia
XIX-wiecznego
świdwina
(około 1850)


 

© Recogito, Rafaliga