Widzialne i niewidzialne

„Za czasów mojej młodości – pisze Montaigne – gadali ludzie, iż pewien król, nasz sąsiad, poniósłszy jakąś porażkę z ręki Boga, przysiągł się na nim pomścić, i zarządził, aby dziesięć lat nie modlono się doń ani nie mówiono o nim, ani też, o ile to było w jego mocy nakazać, nie wierzono weń” („Próby”, tom l, rozdział 4, przełożył Boy-Żeleński ).
Co to się działo w owym królestwie!
Gdyby nie sam Bóg, lecz tylko jego ludzie, kler mianowicie, oraz wszyscy wierzący, byli przedmiotem zemsty królewskiej, władca poprzestałby na zamknięciu kościołów i konfiskacie dóbr duchownych. On jednak naprawdę chciał ukarać samego Boga, pozbawić go modłów i wiary. Zarządzono więc rekwizycje modlitewników, mszałów, brewiarzy, śpiewników i różańców. Jakże jednak przeszkodzić  modlitwom  odprawianym w cichości, westchnieniom i miłosnym  spojrzeniom  wysyłanym w stronę wizerunków Boga  na krzyżu, na tronie, w tęczy, do oka w trójkącie,  do hostii w promieniach, do baranka, do gołębicy, do pelikana karmiącego krwią swe małe, jak usunąć aluzje do jego łask i tajemnic ukryte w kłosach pszenicy i winnych gronach, albo inne jeszcze oznaki, jak to: serca, kielichy, ryby, chleb, pewne litery greckiego i rzymskiego alfabetu, a na koniec najbardziej rozpowszechniony, nie dający się usunąć nawet przy najsilniejszym staraniu znak dwóch skrzyżowanych kresek? Cóż  zrobić z rzewnymi opowieściami, wokół których wyobraźnia  ludzka oplotła się od tylu setek lat i dzięki którym wspięła się na wyżyny poezji i spekulacji? Jakże usunąć go z pamięci obecnego w innych pośrednich postaciach jego aniołów i  świętych, zwłaszcza gdy się jest, jak ów król, miłośnikiem sztuki i architektury? Zadanie, doprawdy, ponad siły, ale król podjął je, bowiem tak wielka była jego miłość i tak wielki gniew. Zlecił je do wykonania swoim artystom, kustoszom,  pisarzom i architektom. Wzięli się do dzieła z wielkim znawstwem i zapałem, okazując tyleż namiętności w niszczeniu, ile jej zwykli okazywać w tworzeniu. Są to bowiem działania o tyle do siebie podobne, że w jednym i drugim potrzebna jest wola doprowadzenia rzeczy do końca, tę zaś mają właśnie twórcy. Poniszczyli więc wszystko. Czy to dość? Z okien swojego pałacu król oglądał rezultaty swojego przedsięwzięcia: widział ogołocone wieże, kopuły i fasady, białe, wapnem zasmarowane blizny i nastroszone gołębie przycupnięte w pustych niszach. W niedzielne poranki nad miastem panowała cisza, która kierowała myśl króla znów na nienawistny temat, a raczej – jak należałoby rzec – na ulubiony temat jego nienawiści.
– Słyszę tę ciszę – myślał – a jeśli ja ją słyszę, inni także ją słyszą. Widzą także te puste miejsca, jeśli ja je widzę. Widząc pustkę, myślę o niej, a jeśli ja myślę, to inni także myślą. I kto zaręczy czy ta pustka nie jest nim? I kto zaręczy, czy pustki nie kochają, ciszy nie wielbią, czy do tych blizn i dziur, zgliszcz i śmietników, gdzie złożono resztki po nim, nie zanoszą modłów? Czy on nie śmieje się ze mnie? Czy nie skrył się przede mną w jakieś obszary, w których go nigdy nie dosięgnę i dla których zbadania nie starczyłoby życia, stulecia, ja zaś mam czasu tak niewiele, skoro za dziesięć lat obiecałem przywrócić całą jego chwałę? I cóż to będzie za przywrócenie, skoro nie zdołałem jej całkiem usunąć? Cóż to będzie za powrót, skoro nigdy nie odszedł? Gdzież jego upokorzenie? Za co mi będzie wdzięczny, wracając? Śmiech, śmiech.
Uznał wszystkie dotychczasowe środki za niewystarczające i zwrócił się o pomoc do doradców. Pośpieszył z nią jako pierwszy były inkwizytor, oddając mu do dyspozycji swe ogromne doświadczenie oraz wypróbowany aparat. W tych samych miejscach, w których płonęły niegdyś stosy palące heretyków i niedowiarków, zapłonęły teraz nowe, na których zginęli w mękach ci, co nie zrozumieli w porę, że szczególne stosunki łączące ich władcę z Bogiem wymagają odwrócenia się od tego ostatniego na jakiś czas plecami, i wciąż żegnali się ukradkiem przechodząc obok opustoszałych świątyń, lub w dawnych porach modlitw mamrotali coś do siebie. Ceremonia stosów wywołała jednak zamieszanie : lud prosty na widok ognia podjął śpiewy starych litanii; albowiem ten sam sygnał wywołuje zawsze ten sam odzew. Zaprzestano zatem tej praktyki, a jako ostatniego spalono inkwizytora, aby usunąć wszystkie wątpliwości, o co idzie.
Zburzenie wszystkich dawnych miejsc kultu okazało się zbyt kosztowne i długotrwałe. W owych czasach nie znano jeszcze dynamitu, a rozbiórka olbrzymich gmachów, które wznoszono przez wieki, przeciągnęłaby się z pewnością poza termin wyznaczony na ułaskawienie Boga. Przedłużenie go byłoby niegodne ani tak wspaniałego władcy, ani tak poważnego winowajcy.
Koła wojskowe proponowały wojny dla odwrócenia uwagi. Któż jednak mógł zaręczyć, że będzie to wojna zwycięska? Gdyby zaś zdarzyły się królowi nowe niepowodzenia... Strach pomyśleć co przyszłoby do głowy ludowi, żołnierzom, a nawet samemu królowi.
Próbowano tedy zająć lud, a zwłaszcza młodzież, czystą sztuką. Wprowadzono ich do dawnych świątyń pod opieką wykwalifikowanych przewodników, którzy wyjaśniali zasadę konstrukcji, technikę budowy, tajemnice stylów, sławili talenty twórców, nie zapominając o pochwale króla, który je ufundował. Pomijali tylko milczeniem cel, dla którego je wzniesiono, i przyczynę ich spustoszenia. Na nic się to nie zdało. Ludzie prości wpuszczeni w mroczne nawy walili się zaraz na kolana i w takiej postawie wysłuchiwali wykładów, po czym bili się w piersi, a wychodząc obcałowywali przewodników po rękach.
Widząc to król polecił umieszczać na dawnych ołtarzach swoje wizerunki, a na miejsca, które zdobiły dawniej figury aniołów i świętych polecił wynieść malowane i rzeźbione portrety swoich przodków, generałów, faworytów i dam dworu. Artyści mieli pełne ręce roboty, sztuki piękne znów kwitły, chociaż znawcy po cichu wyrzekali na pośpiech widoczny w ich wykonaniu oraz zepsucie smaku przez nadmiar pochlebstwa. Dostrzegał to zresztą sam król, najwyborniejszy ze wszystkich znawców. Nie to go jednak martwiło, lecz zachowanie ludu. Przed wizerunkami króla zapłonęły teraz świece i lampy oliwne, obwieszono je wotami ze srebrnych i złotych serc, przynoszono przed nie obłożnie chorych prosząc o cuda. Obnoszono też kolorowe portrety i figury króla w procesjach, w czasie których śpiewano hymny przypominające dawne litanie. Podobnej czci zaznały także piękne kurtyzany i dziarscy generałowie. – Kogo właściwie wielbią i kogo upraszają o cuda? – zastanawiał się król – Mnie, czy... A jeśli nie mnie, lecz... w mojej postaci, to kto na tym zyskuje: ja, czy...?
I wzdrygnął się, ponieważ zdawało mu się, że słyszy szyderczy śmiech dolatujący z obłoków. A czas płynął i już nie wiele go pozostało królowi do ostatecznego wykonania zemsty i przywrócenia Boga do łask.
Przyszedł wówczas do króla człowiek o umyśle przewrotnym i rzekł mu tak: Panie, nigdy widzialne nie wygra wojny z niewidzialnym. Widzialne jest tym, czym  jest, niewidzialne jest wszystkim. Widzialne jest tu, gdzie jest, niewidzialne jest wszędzie. Widzialne może, ile może, niewidzialne może wszystko, czego widzialne nie może. To samo ze znanymi nieznanym, bliskim i dalekim, osiągalnym i nieosiągalnym, dozwolonym i zakazanym. Jeżeli chcesz zemścić się na owym Niewidzialnym, Nieznanym, Dalekim, Nieosiągalnym,  Zakazanym,  musisz  sam wejść w posiadanie jego atrybutów.
Co takiego? – zdumiał się król – Jakże mogę być niewidzialny, skoro panuję, a zatem pozwalam, a nawet nakazuję się oglądać, jakże  mogę być  niewidzialnym,  skoro znajomość mojego imienia, moich przodków oraz moich czynów stanowi   podstawę wykształcenia w moim kraju, i jakże mogę być  nieosiągalny, skoro  każdy powinien wierzyć w to, że ma do mnie dostęp, jeżeli nie bezpośredni, to za pośrednictwem licznych  instytucji,  które stworzyłem na kształt drabiny prowadzącej tam, gdzie ja zasiadam, i jakże na koniec  mogę być zakazany, skoro to ja zakazuję?
No, właśnie nie możesz, panie – odparł przewrotny człowiek – i dlatego nie pokonasz go nigdy.
I odszedł zostawiając króla pogrążonego w rozmyślaniach.
Od czasu tej pamiętnej rozmowy zauważono dziwne zmiany w postępowaniu króla. Opuścił pałac stojący w środku miasta, z którego okien często pozdrawiał lud zgromadzony przed bramą. Zamieszkał w odległym od stolicy, niedostępnym zamku w górach, gdzie wpuszczano tylko najbardziej zaufanych współpracowników, a liczba tych, którzy cieszyli się tym przywilejem malała z dnia na dzień. W końcu nie dopuszczano już nikogo, a rozporządzenia królewskie dochodzące z górskiej samotni do sprawujących rządy ministrów były coraz bardziej tajemnicze, sprzeczne z sobą i lakoniczne. W końcu przestały przychodzić zupełnie.
Źle zaczęło się dziać w kraju puszczonym samopas. Pierwsze podniosło bunt wojsko zniecierpliwione bezczynnością i brakiem wyżywienia, potem wszystkie wywrotowe elementy, których nie brak w żadnym ustroju, sprzysięgły się na całość królestwa. Aby ratować państwo, ministrowie zdecydowali się ogłosić króla za umarłego. Czy umarł naprawdę, nie można było sprawdzić, ponieważ do zamku w górach nikt już nie miał dostępu. Sam zmarły nie zaprzeczył wiadomości...
Wobec tego ustanowiono regencję i ogłoszono amnestię dla wszystkich skazańców politycznych; z naciskiem podkreślono w ustawie słowo „skazańców”, aby wiadomo było, że chodzi nie tylko o więźniów, lecz wszystkich, których król na coś skazał. Kler pojął aluzję. Rozdzwoniły się radośnie dzwony nad miastem, kościoły wypełniły się tłumem wiernych, którzy wznosili modły dziękczynne i błagalne do spoglądającego na nich dobrotliwie z ołtarzy...
Właśnie: kogo?

Sierpień 1976

Andrzej KIJOWSKI

Andrzej Kijowski (1928-1985) Polski krytyk literacki, eseista, prozaik. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował w prasie w roku 1950. Pracował w redakcji krakowskiego "Życia Literackiego" (1951-1954), następnie w Warszawie (od 1958 roku) w zespole redakcyjnym miesięcznika "Twórczość". Po 1970 roku felietonista "Tygodnika Powszechnego". Opublikował zbiory opowiadań: „Diabeł, anioł i chłop” (1955) „Pięć opowiadań” (1957),  „Dyrygent i inne opowiadania” (1983)). Jest autorem powieści: „Oskarżony” (1958), „Szyfry” 1962), „Pseudonimy” (1962), „Dziecko przez ptaka przyniesione” (1968), „Grenadier Król” (1970). Napisał felietony i eseje literackie: „Różowe i czarne” (1957), „Arcydzieło nieznane” (1963), „Miniatury krytyczne” (1965), „Szósta dekada” (1970), esej historyczny „Listopadowy wieczór” (1972). Zrealizowane scenariusze filmowe: „Szyfry” (Wojciech Has, 1965), „Wesele” (Andrzej Wajda, 1972), „Pasja” (wspólnie z E. Żebrowskim,  reż. Styanisław Różewicz, 1978). Zbiory krytycznoliterackie: „Różowe i czarne” (1957), „Arcydzieło nieznane” (1964), „Szósta dekada” (1972). Monografia popularna „Maria Dąbrowska” (1964). Publicystyka: „Sezon w Paryżu” (1962), „Podróż na najdalszy Zachód” (1982). Esej „O dobrym Naczelniku i niezłomnym Rycerzu” (1984). Prezentowany szkic ukazał się w "Naszej Rodzinie" - 2 (413) 1979, s. 16-18.




Na ilustracji:

"Montaigne"
(około1590)

Rysunek
François Quesnela
(1543-1616)
 

© Recogito, Rafaliga