Drugie spojrzenie na Bremę
Najważniejsze jest życie dane nam na co dzień,
święto przypomina jedynie w uroczysty sposób o naszej
przynależności do wiekuistego obszaru nieskończoności, w którym
życzenie lub przykazanie Boże wydobywa nas na chwilę z czeluści
chaosu i przybliża do swojego obrazu, ku jakiemu staramy się
wznieść w nieustającej wędrówce od rana do nocy, by posiąść
ład człowieka nieśmiertelnego. Każda kolejna podróż w
znane miejsce uświadamia, że i tak nigdy nie uda się do końca
rozszyfrować zagadek toczącego się tutaj czy gdzie indziej życia,
opisać chwil w taki sposób, by pozostały przy nas na zawsze:
ukochane i kochające. Poczucie straty niweczy blask wspomnień,
a sztuka opisywania staje się jedynie marną pociechą po
utraconej krainie wzruszeń i niepowtarzalnych doznań.
Po wyjściu z autokaru o ósmej rano, mimo całonocnej podróży,
Monika kroczy pewnie, ciągnąc za sobą na kółkach czarną
walizkę okoloną bordowym paskiem. Głowę niesie wysoko, z
ufnością rozkwitającej młodości, z wiarą w zastany porządek
świata, który pragnie poznać. Jest tu i teraz całą sobą,
na kolorowym dworcu autobusów w Bremie, w połowie sierpnia,
gdy lato już zaczyna szarzeć, ona lśni wciąż świeżą bielą
gładkich nadgarstków, gdy naciska numery telefonu, a potem
zgrabnie wsuwa aparat do kieszeni obcisłych płóciennych
spodni. Jej długie czarne włosy opadają drobnymi falami
na ramiona otulone miękką białą kurtką. Zadbana, stanowcza,
niepokorna i gotowa do dalszej drogi patrzy uważnie na rozkład
jazdy i godzinę powrotu do Poznania.
Jest Michał, idzie ku nam, przecinając wolnym krokiem nieduży
plac. Zaspany, ale uśmiecha się przyjaźnie. Przez okna auta
witamy Bremę budzącą się wakacyjnie, bez pośpiechu do
codziennej egzystencji, aż w końcu zjeżdżamy na parking pod
stuletnimi kasztanowcami. Tu zaczyna się Carl-Severing-Straße,
gdzie żyje Stefania z trzema synami i wnukiem. W sześciopiętrowej
kamienicy z windą wynajmuje na drugim piętrze 3-pokojowe
mieszkanie. Z okien sypialni widać jedynie gąszcz zielonych
przeplatających się gałęzi klonów i lip rosnących blisko
murów budynku – żeby upewnić się rano, jaki zapowiada się
dzień, trzeba wyjść na balkon z pokoju stołowego i spojrzeć
w niebo. Z tej strony drzewa rosną dalej, można zobaczyć
skwer z nawołującymi się dziećmi na huśtawkach. Ich głosy
niosą się w szumie liści przez otwarte okna i obracają
rozpoczynający się dzień ku przyjaznej stronie.
Po południu, gdy Michał przygotowuje lśniącą od
przypieczonych warzyw potrawę i podaje ją do stołu z
białym winem, Monika rozpoznaje zaułki domu, wdycha
niepowtarzalną aurę, jaką zwykle odczuwamy po wejściu do
nieznanego wnętrza. Przygląda się fotografiom, obrazom i
portretom ustawionym w różnokolorowych ramkach na komodzie,
wiszącym na ścianach, bierze do rąk figurki, stawia je z
powrotem i szuka dla siebie miejsca, które mogłaby oswoić na
najbliższy tydzień gościny. Znalazła je w końcu na klonowym
krześle z wysokim oparciem, z którego można było przypatrywać
się przez uchylone okno rozkołysanym na wietrze gałęziom.
Po obiedzie aż do zmroku spacerujemy alejami w pobliskim Parku
Rododendronów. W zagłębieniu wśród skał przy stawie uchował
się jeden okazały krzew z wielkimi różowymi kwiatami. Stoimy
przy nim długo wdzięczni za to nieoczekiwane powitanie.
Rododendrony przekwitają zazwyczaj w czerwcu, wiosną jest tu
kolorowo i cudownie jak w rajskim ogrodzie, w sierpniu kwitnąca
gałąź tych królewskich kwiatów bywa rzadkością. Jakby ktoś
niewidzialny czekał na nas samotnie na cienistej ścieżce.
Pomyślałam o Marku, starszym bracie Michała, który nie mógł
przyjechać do domu matki i oprowadzić nas po swoich ulubionych
bremeńskich zaułkach, choć często nam opowiadał o nich na
kartkach wysyłanych z podróży. Krążymy alejami już drugą
godzinę i wciąż nie możemy wyjść z parku; świeże,
wilgotne powietrze zachęca do wtopienia się w pejzaż. Nad
wrzosowiskiem wznoszą się wielkie liście łopianów, a wśród
nich srebrzy się pasmo trawy z dojrzałymi już kłosami.
Monika robi zdjęcie, stoi i podziwia barwy płatków na kwitnących
egzotycznych drzewach i krzewach – fioletowe kielichy, bordowe
dzwonki, różowe kołnierzyki podobne do polnych stokrotek
mienią się w zachodzącym słońcu, radują oczy i dopełniają
różnorakimi barwami niedawną szarość naszych codziennych
zmagań.
Gdy Stefania wraca z pracy, jest już po dwudziestej. Zmęczenie
widoczne na jej twarzy i w całej skulonej postaci czyni ją
jeszcze bardziej kruchą i samotną. Matka. Nieustannie w
drodze, w trudzie od wielu lat, gotowa poświęcić całą
siebie dla dobra dzieci i rodzinnego domu. Mieszka tu tylko z
najmłodszym synem Michałem, studentem socjologii, jednak
prawie co dnia odwiedza ją starszy syn Mieczysław i
szesnastoletni wnuk Krzyś, można więc powiedzieć, że żyją
razem: matka, synowie i wnuk, dzieląc nawzajem swoje troski,
marzenia, nadzieje, wspomagając się w chorobie; próbują
utrzymać najwyższą wartość, jaką na emigracji jest wspólnota
i zrozumienie w rodzinie.
Przy powitalnej kolacji przekazujemy drobiazgi przywiezione z
Polski – lampę z kopalnianej soli odświeżającą
pomieszczenie rześkim oddechem minerałów, która świeci różowo
i naturalnie wtapia się w kompozycję stołowego pokoju. Pani
domu urządziła go z klonowych mebli i foteli w łososiowym
kolorze. Jest więc jasno pod rozłożystym złotym abażurem,
choć już późny wieczór, siedzimy i słuchamy wspomnień z
opuszczonego dawno domu w Rumi. Mietek odkłada na blat komody
podarowany mu „Kalendarz Solidarności”, najnowsze wydanie
na 25-lecie. Patrzy na książkę sceptycznie i pyta, czy naszą
ojczyzną nadal rządzą afery, tak jak tutaj. W każdym zakątku
świata afera goni aferę, ludzie oszukują ludzi. Wykształcił
się w Niemczech, jest historykiem i bibliotekarzem, lecz
ostatnio brakuje stałej pracy; czuje się oszukany przez los,
bo to nie on wybierał obczyznę. Z otrzymaniem stałej pracy są
problemy nie tylko u nas. Ojciec zmarł 10 lat temu, jest
pochowany tu, w Bremie, a rodzinny dom na Wybrzeżu wciąż
czeka na powrót mieszkańców.
Trzej bracia często siadają z matką przy wspólnym stole,
lecz każdy z nich kroczy przez życie osobną ścieżką własnych
wyobrażeń, dążeń i niespełnień. Obecność matki łączy
ich i scala rodzinę, a jej ciągłe staranie o byt ogrzewa i ożywia
to miejsce, by mogło w nim trwać życie, by rozwijała się
przyjaźń niosąca przebaczenie, by miłość wiodła ku
prawdzie nie tylko egzystencjalnych, ale i duchowych zmagań.
Podchodzę bliżej do oszklonego kredensu, by przyjrzeć się
stojącym na półce rodzinnym fotografiom. Spojrzenie Mietka z
czasów licealnych jest czujne i nieufne jakby młody człowiek
już wiedział, że nie wszystko zależy od jego pracowitości i
zmagania. Mały Michaś trzymający kurczowo matkę za rękę
spogląda z naiwną dziecięcą radością poczucia przynależności.
Dwudziestoletni Marek, już seminarzysta, posyła światu
delikatne spojrzenie człowieka poszukującego swojego odbicia w
rzeczywistości, a jego myśli błądzą w sferach nieskończonego.
Wiara ma go umacniać i ocalać przed zwątpieniem, nadawać
dodatkowy sens codziennemu trwaniu, uczyć pokory i zauważania
potrzeb innych, przemieniać cierpienie w siłę dającą moc
ducha. Tutaj, w Bremie, jest przede wszystkim ukochanym synem
Stefanii, który przyjeżdża z Paryża na święta i wyrusza z
nią na wakacyjne wycieczki, z którym dzieli swoje duchowe
troski.
Synowie zawsze mogą liczyć na matkę, na jej gotowość do
ofiary i opiekę. Matka pozostanie ufna w sercu swego syna, choćby
odjechał daleko. Gdyby cały świat w niego zwątpił, ona
pozostanie przy nim. Nieoczekiwana świętość tej wierności z
dnia na dzień staje się często tą jedyną, na jaką możemy
liczyć.
Nazajutrz po śniadaniu i południowej kawie wyruszamy na
bulwary ciągnące się wzdłuż brzegów szaroburej Wezery, by
Monika mogła zobaczyć Stare Miasto – i koniecznie do
”Kunsthalle”. Michał wiezie nas swoim autem szybko i
pewnie. Tutaj jest jego dom, w Bremie dorastał, chodził do
szkoły, przeżywał przyjaźnie, dojrzewał do bycia Polakiem w
Niemczech. Nie jest rozmowny, odpowiada krótko i bez
komentarza. Liczy na siebie w codziennym prowadzeniu domostwa.
Jako najmłodszy z braci radzi sobie nie najgorzej w
egzystencjalnym tyglu – fotografuje, pomaga Markowi w
internetowym piśmie, zdobywa swoją wartość w relacjach z
najbliższymi.
Zalane słońcem ulice otwierają przed nami gościnne
przestrzenie. Wychodzimy w milczeniu z podziemnego parkingu i
kierujemy się na Schnoor. Tutaj, w zaułkach średniowiecznych
uliczek i rybackich sklepików można spędzić cały dzień i
wciąż znajdować nie odkryty zakątek urzekający surowym pięknem
przeszłości. Kwitnące czerwono i różowo pelargonie
przelewają się z parapetów obfitymi girlandami, wokół brzmi
muzyka i gwar turystów nawołujących do siebie w różnych językach.
Stara Europa zaciekawia i przyciąga coraz więcej młodych ze
Wschodu, słychać śmiechy i żarty, radość poznawania dzwoni
w rynnach nadwerężonych przez czas.
W „Kunsthalle” oglądamy retrospektywną wystawę fotografii
Lothara Welleha (Berlin 1930 – Londyn 1979) oraz stałą
ekspozycję malarstwa holenderskiego, włoskiego, aż po
impresjonistów i Picassa. Monika jest oczarowana zbiorami,
patrzy w skupieniu, by jak najdłużej mogło w niej pozostać
spotkanie z pięknem w pierwszym niepowtarzalnym spojrzeniu.
Przystaję znów dłużej przed płótnem Emila Pissaro
„Dziewczynka odpoczywająca na trawie”, a po chwili powracam
do obrazu Heinricha Vogelera „Pierwsze lato”. Rozedrgane
barwy i jasne plamy rozjaśniające twarze postaci sprawiają,
że zaczyna pulsować wspólne źródło – życie, jakby oba
obrazy powstawały jednocześnie. Gdy malarz patrzy na matkę
obejmującą niemowlę w ogrodowej altanie i szkicuje radość
stworzenia, drugi artysta obserwuje dziewczynkę zmęczoną pracą
przy grabieniu trawy, odpoczywającą w słońcu wczesnego popołudnia.
Życie wzrasta, ma swoją kontynuację, podobieństwo i różnice
spojrzeń. Vogeler objawia piękno codziennego trudu i tajemnicę
ofiarowania, by życie trwało. Pissaro dostrzega najmniejsze
drobiny materii unoszące się w powietrzu i spadające w dłonie
dziewczynki. Jego spojrzenie jest pogodne, nadające światu
lekkość bytu w grze światła i kolorów.
Na czarno-białych zdjęciach fotografik Lothar Welleh
przedstawia mężczyzn w różnych rolach, w jakich występują
w społeczeństwie: robotników, biznesmenów, księży i
zakonników, urzędników, artystów. Najciekawsze wśród
zebranych prac wydają się kompozycje pojedynczych postaci
pokazujące ich relacje z otaczającymi przedmiotami. Najczęściej
fotografowany mężczyzna umieszczony jest w centrum przestrzeni
– w taki sposób, że może znaleźć z niej wyjście, choć płaszczyzny
otaczające go ograniczają i zamykają pole wokół niego. On
widzi dla siebie wyjście z tego labiryntu. Patrząc, odnosimy
wrażenie, że artysta nałożył na własne spojrzenie także
punkt widzenia postaci fotografowanej, dając jej dzięki temu
możliwość zaistnienia w dystansie do przyjętej pozy – lub
wyjścia z kompozycji. Popartowskie instalacje i kreacje
przyciągają uwagę, malarskość nie jest im zupełnie obca,
wpisują bowiem gest prestidigitatora w rzeczywistość
prezentowanych postaci rodem z cyrkowej magii, wszak fotografia
to sztuka magiczna, każdy chce się przejrzeć w krzywym
lustrze, bo nie obawia się ujrzeć swego prawdziwego oblicza.
Podwieczorek w miejskim parku. Pijemy mrożoną kawę w letniej
kawiarence nad wodą. Promienie słońca wciąż ogrzewają
nasze ramiona przyjaznym dotykiem. Wokół cicho i łagodnie. W
budce dla ptaków ustawionej na wysepce pośrodku stawu
gospodaruje kacza rodzina, słychać z dala trzepot otrząsanych
z kropli wody skrzydeł.
Znów piękny, jasny poranek. Monika wstaje chora i choć słonecznie
zapowiadający się dzień zachęca do nowych wędrówek, nie możemy
wyruszyć na wymarzoną wycieczkę nad Morze Północne. Musi
wystarczyć „Wyprawa do latarni morskiej” Wirginii Woolf. Po
południu słychać deszcz dudniący o parapety – tutaj to
normalne: rano słońce, w południe chmury, a wieczorem znów
jasne niebo. Bremeńska aura jest zmienna, wiatr od morza
wprawia w ruch powietrze nad miastem, jest świeżo i przejrzyście.
Patrzę znów z balkonu na plac zabaw pod kasztanowcami –
dzieci przesypują złocisty piasek, biegną gdzieś i powracają.
Nić babiego lata oplata gałąź przed naszym oknem. Przeglądam
książki pozostawione w rodzinnym mieszkaniu przez Marka –
albumy z malarstwem Gustawa Klimta, zbiory dawnych mistrzów i
katalogi wystaw przywiezione z europejskich galerii sztuki współczesnej.
Kto określił cel swojej podróży, dla tego życie jest krzepiącą
wędrówką z miejsca w miejsce – w poszukiwaniu własnego
odbicia w oglądanych obrazach i akceptacji dla zmiennego
nastroju w przemieniającym się pejzażu. Komu niepotrzebny
drugi człowiek, by podziwiać piękno rysunku czy fakturę średniowiecznych
murów, ten znajdzie ukojenie w zaciszu czytelni, w domowej
bibliotece, w mistycznym oddaleniu się od codziennych trosk –
i będzie żył życiem zapisanym w księgach, nie mając siły,
by zapytać o swoje. A czasem trzeba spojrzeć śmierci, czyli
swojemu życiu prosto w oczy w słoneczne bremeńskie południe,
przyjąć wiadomość o nieuchronnym zmierzchu każdej ludzkiej
drogi.
Białą pajęczynę porwał z gałęzi przedwieczorny wiatr.
Pakuję walizki i biorę stąd coś, co nie jest moje –
nadzieję przetrwania w słowach lżejszych od egzystencjalnych
zmagań, w cytatach myśli artystów i uczonych, którzy
potrafili pielęgnować Boskie widzenie natury. Chciałoby się
powiedzieć za Poetą Rilkem, bo własnych słów nie starcza:
„Podaruj mi jeszcze jedną chwilkę: chcę kochać rzeczy jak
nikt inny, aż wszystkie staną się godne Ciebie i dalekie.”
Przed wyjazdem przystajemy w parku na moście, Michał robi pożegnalne
zdjęcie. Dzwonią dzwonki rowerów, powracają niedawno przeżyte
chwile, krążą przy nas jak ulotne pamiątki przeszłego.
Stefania żegna się z nami przez telefon. Wyszła do pracy wcześnie,
nie chciała nas budzić. Słyszałam, jak przed szóstą trzasnęły
drzwi. Zamknął się rozdział spojrzenia na znaki miłości, z
której darów prędzej czy później każdy musi po swojemu zdać
sprawę. Życzę synom Stefanii, żeby ich los nie był związany
z poczuciem straty, ze skargą czy dumą klęski. Niech opieka
matki wciąż pomaga im się wydobywać z ciemnych dolin na słoneczne
wzgórza.
Brema - Poznań, 24 sierpnia 2005
Teresa TOMSIA
Teresa Tomsia – poetka, eseistka, autorka książek
poetyckich: „Wieczna rzeka”, ”Przed pamięcią”, „Skażona
biel”. Ostatnio ukazał się jej nowy wybór wierszy „Wątpiąc,
idę” (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2005). „Pierwsze
spojrzenie na Bremę” zostało opublikowane w 19. numerze
„Recogito” (styczeń-luty 2003).
|
Na zdjęciu:
Autorka tekstu
(Brema, 2005)
Fot. Michael Wittbrot
|