... (35)

Posłuchaj, M...

Gdańsk, 19 kwietnia 1999 roku

Wciąż przez moją pamięć przelatują niezliczone klucze żurawi, które miesiąc temu towarzyszyły mi (oprócz psa) na zupełnie pustej plaży Mierzei Wiślanej. Leciały i leciały na wschód i jakże inny był ich klangor – nie tak żałosny i zmęczony jak jesienią. One teraz powracały do dawnych swoich miejsc, kierowane niepojętym dla nas instynktem albo podszeptem wiatru. W ich krzyku było coś z niecierpliwości, by dolecieć jak najprędzej, by wreszcie dostrzec znajomą łąkę, tamtą wierzbę strzaskaną któregoś roku przez piorun, zakole zarośniętej wikliną rzeki. Jutro miał być pierwszy kalendarzowy dzień wiosny. I nastał następny dzień, i przyszła wiosna, a żurawie znowu poczęły nadlatywać. Nic więcej podczas kilkudniowego pobytu nie zdarzyło się, a jednak przez te żurawie tamto miejsce zapamiętam na długo, może na zawsze. Kiedy życie zaczyna coraz bardziej boleć, przywołuję tamten obraz i nie powiem, że wtedy ból staje się lżejszy, robi się raczej inaczej, ból przytłumia się, uspokaja, kiedyś zacichnie...
Powracamy, tęsknimy, fruniemy myślami do dowolnych miejsc i spraw, do przeszłego czasu, co gdzieś odcisnął w sobie ślad po naszym byciu – gdzieś, kiedyś. Jak powracające wiosną żurawie... Bo czyż tak naprawdę nie składamy się z przemijania i nostalgii – reszta jest umowna, możliwa do zagłuszenia albo wytłumaczenia. Czas dany tobie, mnie, jej czy jemu, jest tą pustą plażą, nad którą przelecą żurawie. I wtedy jesteś. I wtedy idziesz i czujesz się pełniejszy, może nawet bogatszy, choć twoim jedynym bogactwem akurat w tej chwili jest czułość przeznaczona dla kogoś innego, a kogo nie ma przy tobie. I powstajesz z wilgotnego piasku i czujesz, że dojdziesz do końca. Bo to jest ważne – żeby czuć, że się dobrnie do końca: dnia lub nocy, życia, linijki wiersza...

Aleksander JUREWICZ

Posłuchaj, A...

Nie bywam często nad Zatoką Gdańską. Ilekroć jednak przybywam do Trójmiasta, niezależnie od pory roku staram się popołudnie albo wieczór spędzić na plaży. I tym razem – nie dzięki sobie – znalazłem się w Jelitkowie. Wiosna tego roku zapomniała o swym rytmie. Zimny wiatr  i nieliczne, dwu-, trzy-, czteroosobowe, pojawiające się w oddali grupy spacerowiczów, niełatwe do rozpoznania sylwetki – pary albo gromadki osób poszukujących odosobnienia, spokoju, może beztroski – przypominały o tym, co dawno zmiótł niespodziewany podmuch, zniszczyły albo zniekształciły kolejne przypływy i odpływy.
Czymże jest bolesne, wyraziste wspomnienie pożegnalnej eskapady, a nawet łez szczęścia, jeśli wypłukała wszystko nie żadna nawałnica, lecz miesiące, lata oddalenia, niecierpliwego oczekiwania albo zwykłej lekkomyślności? Krzyk mew, podszepty wiatru, ogłuszające uderzenia fal... Czyż pozostaje tylko tyle: nostalgia i przemijanie? Kiedy i kto jest w stanie nas przekonać, że nie tęsknota, nie olśnienie, nie potrzeba czułości  ani nieobojętność na piękno – nie mogą, nie są w stanie wypełnić tej pustki, jaka powstaje w sercu, kiedy brakuje: nie słońca, nie żurawi, nie łąki zielonej, lecz woli istnienia?
Fruniemy, powracamy do swoich spraw, obsesji albo namiętności, krążymy jak ptaki, odpływamy albo dopływamy do znanych i nieznanych brzegów. I wydaje się nam, że wreszcie będziemy mogli się zatrzymać, odczuć prawdziwą bliskość, zapomnieć o nadchodzącej burzy, odpocząć albo tylko zanurzyć stopy, tak jak kiedyś, w na chwilę uspokojonym nurcie Mierzei Wiślanej, a przecież inaczej biegną wersy, linijki, wypisywane na piasku zaklęcia czy marzenia – inaczej linie życia.
W każdą podróż zabieram ze sobą książkę. Nad Bałtyk zabrałem dziennik – nie swój, lecz dotyczący innego czasu, innych losów... Co znaczy istnieć? Możliwe jest istnienie w absolucie, czy jedynie w odniesieniu do rzeczy i osób? – zastanawiał się mało znany poeta i pisarz. I zamiast odpowiedzi przychodziły kolejne pytania, kolejne wątpliwości. – M.

Paryż, 25 kwietnia 2006 roku

Cykl tekstów „Posłuchaj, M...“ ukazywał się na łamach „Naszej Rodziny“ od maja 1995 do września 1999 roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list ukazał się w pierwszym numerze „Recogito“, zaś pierwszy tekst z serii „Posłuchaj, A...“ ukazał się w numerze 11-12 z 1999 roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru  5-6 (656-657) 1999, s. 22.


40-6-1.jpg (1699833 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Gdańsk, 2006)


Fot. Paweł Huelle

© Recogito, Rafaliga