Modlitwa, której nauczył nas Jezus
Ojcze nasz to
modlitwa, której nauczył nas sam Pan Jezus. Tekst jej
znajdujemy w dwu Ewangeliach świętego Mateusza (Mt 6, 9-13) i
świętego Łukasza (Łk 11, 1-4). W naszej codziennej modliwie
posługujemy się tekstem mateuszowym zresztą różnice
sformułowań obu tekstów są minimalne, natury redakcyjnej.
Owe minimalne różnice redakcyjne potwierdzają tylko
jednorodność treści tej modlitwy, której Jezus nauczył
swych uczniów, a oni uczynili ją swoją i ponieśli na cały
świat wraz z Dobrą Nowiną o Jezusowym zwycięstwie nad
grzechem i śmiercią.
W Ewangelii Mateusza tekst Ojcze nasz jest wbudowany w
wielkie Kazanie na Górze, w którym Mateusz zebrał Jezusowe
nauki jako księgę Nowego Prawa, którym mają żyć chrześcijanie.
W tym nowym sposobie życia Jezus nakazuje, by modlić się nie
na pokaz, ale w ukryciu, w głębi serca, bez zbędnych słów -
bo Bóg wie, czego potrzebujemy, zanim poprosimy. Na końcu
tego pouczenia Jezus daje nam tekst-wzór. Tak się macie modlić...
Mateuszowa kompozycja Kazania na Górze jest nieco sztuczna – znać w niej rękę redaktora, który zgromadził w
jedno pouczenia Jezusowe. Redakcja łukaszowa jest inna, ale równie
sztuczna. Rozmieszcza on nauki Jezusowe w czasie drogi z
Galilei do Jerozolimy. W tym kontekście umieszcza Łukasz
opowieść o tym, jak to uczniowie zwrócili się do Jezusa z
prośbą: Panie, naucz nas modlić się, jak i Jan nauczył
swoich uczniów. W odpowiedzi na tę prośbę Jezus daje im
tekst Ojcze nasz, po czym następują pouczenia o
potrzebie modlitwy wytrwałej, bowiem Ojciec na pewno da Ducha
Świętego tym, którzy Go proszą.
Teksty pouczeń zebranych przez Mateusza i Łukasza dokoła Ojcze
nasz wydają się mocno różnić.
W rzeczywistości jednak nie są one sprzeczne, a raczej uzupełniają
się. Mateusz przypomina nauki Jezusowe o uwewnętrznianiu
modlitwy i o jej krótkiej formie, Łukasz zaś każe prosić
wytrwale. Mimo że Ojciec wie, czego potrzebujemy, mamy się
modlić wytrwale; nie o różne potrzeby ziemskie, które Ojciec
zna, lecz o Ducha Świętego. Bóg wie także, że tego Ducha
potrzebujemy – ale my, prosząc o Niego, na tego Ducha się
otwieramy.
Sam tekst Ojcze nasz uczy, o co należy prosić. Warto się
też zastanowić nad tym, że Ojcze nasz to modlitwa prośby.
Zdawałoby się przecież, że Pan Jezus nauczy nas modlitwy dziękczynienia,
uwielbienia, a On mówi: proście. Tak interesownie, jak żebracy...
A jednak proście i to wytrwale. Dlaczego tak? Nie wiemy. Ale może
dlatego, że w przypowieści o faryzeuszu i celniku, faryzeusz właśnie
tylko dziękował za to, że jest taki dobry, zaś grzesznik
celnik prosił o zmiłowanie. I celnik poszedł usprawiedliwiony
do domu swego (Łk18, 9-13). Gdy ograniczamy modlitwę do
uwielbienia Boga i dziękowania Mu, nie stajemy przed Nim w pełnej
prawdzie stworzeń, które wszystko otrzymują, a niczego począwszy
od własnego istnienia – nie mają same z siebie, lecz od
Boga. Prosząc, stajemy wobec Boga w prawdzie naszej zależności,
naszej biedy. Ojcze nasz jest modlitwą prośby, ale prośby
szczególnej. Jest w niej bowiem i pragnienie chwały Bożej,
i wdzięczność za dobrodziejstwa, ujęte w formę prośby o
to, byśmy mogli Boga chwalić i święcić Jego imię. Jest w
tej prośbie w podstawie prośby – świadomość, że
nawet wielbić Boga i dziękować Mu nie możemy o własnych siłach,
bo tylko On sam może w nas stworzyć to nasze dziękczynienie i
to nasze uwielbienie Go.
Cała pierwsza część Ojcze nasz przeniknięta jest myślą
o wielkości Boga: o tym, by Go wielbiono i słuchano, by
realizowało się Jego Królestwo. Część druga to prośba o
nas samych. W tym jedna tylko prośba o dobra materialne,
wszystkie inne o naszą wierność Bogu
i Boże wybaczenie – o pojednanie z Bogiem. Ta
modlitwa ma uczniów Jezusowych formować, uczy ich postawy
wobec Boga i siebie, uczy hierarchii wartości.
Pierwsze słowa tej modlitwy to wezwanie: „Ojcze
nasz". Bóg objawia Mojżeszowi swe imię: „Ten, Który
Jest". W ciągu dziejów Izraela Bóg objawia też ludowi
wybranemu, że jest jego Ojcem, a Izrael synem. Jezus w sposób
szczególny ukazuje nam Boga jako Ojca: Ojciec Jezusa i Ojca
naszego. Jest to Ojciec z przypowieści o synu marnotrawnym (Łk
15, 11-32), Ojciec posyłający Syna, by zbawił, co zginęło,
miłujący grzeszników i biedaków – Ojciec Miłosierny i
Dobry, także i dla złych... Jezus własną bezgraniczną miłością
– aż do śmierci krzyżowej podjętej dla naszego
zbawienia – ukazał nam, jak miłuje Ojciec. Bowiem kto
widzi Syna, widzi i Ojca.
Bóg jest naszym Ojcem, to znaczy, że Bóg miłuje nas bardziej
niż rodzony ojciec i matka, bardziej niż my sami siebie; miłuje
nieskończenie i wszystko gotów uczynić, by nas zbawić.
Wszystko, bo nawet Syna Jednorodzonego – swoje Odwieczne Słowo
nam dał...
Bóg jest Ojcem w głębszym jeszcze sensie, w tym mianowicie,
że rodzi nas na nowo w Duchu Świętym, a jednocząc z Synym
Jednorodzonym, Jezusem Chrystusem, czyni nas wszystkich
uczestnikami Bożego życia, tak, że każdy człowiek staje się
poprzez Jezusa wcielonym Słowem Boga – gdy Chrystus w nim
mieszka, a on w Chrystusie, a Chrystus w Bogu.
Gdy mówimy, że jesteśmy przybranymi synami Boga, to
wyznajemy, że jesteśmy tylko stworzeniami, które Bóg zechciał
sobą obdarzyć. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy synami na
niby – synami tylko z nazwy. Jesteśmy synami Boga naprawdę –
synami to znaczy i dziedzicami, pełnoprawnymi
uczestnikami Jego chwały. Jego Królestwa. Jezus nas nauczył mówić
do Boga: „Ojcze" – a nie „Panie, który
jesteś jak Ojciec". I Bóg mówi do nas:
„synu", a nie tylko: „sługo, dla którego
jestem dobry, jak dla syna".
Mamy prawo mówić do Boga – naszego Stwórcy i Pana:
Ojcze. Mamy prawo zwracać się do Niego tym mianem Abba, bardziej
czułym od naszego Ojca, do Tego nieskończenie Innego,
Wielkiego, Niepoznawalnego, który uczynił wszystko, co jest.
To prawo dał nam Jezus. On – który wyszedł od Ojca, który
jeden znał Ojca w sposób przedziwny, On, który jest dla nas
ostatecznym objawieniem Słowa Bożego w Człowieku, On – który wie
– nauczył nas, byśmy mówili do Boga:
„Ojcze". Chrześcijanie od blisko dwu tysięcy lat
powtarzają to słowo – i jakże często nadal czują się
tylko stworzeniami przykutymi do doczesności, zdanymi na własne
tylko siły... A przecie to jedno słowo zwrócone do Boga – Ojcze
– powinno modlących się nim tworzyć,
pocieszać, napełniać nadzieją, zadziwiać... Czy nie należałoby
czasem na tym słowie zatrzymać się w modlitwie? Nie przebiegać
przez nie jak przez grzecznościowy zwrot, ale w nie patrzeć,
nim się radować, nim się sycić jak chlebem, pozwalać, by
ono żyło w tym, kto się modli, by w nim rosło, jak zaczyn w
cieście, jak ziarno w roli.
Ojcze nasz... właśnie nasz. Nie mój tylko, ale nasz. Wszyscy
jesteśmy synami Ojca. I nikt z nas nie może mówić do Boga:
„Ojcze", jeżeli nie poczuwa się do wspólnoty z
wszystkimi ludźmi w Chrystusie. Nie jesteśmy bowiem zbawiani w
pojedynkę, niezależnie jedni od drugich, ale wspólnie,
przez miłość złączeni w jedno ciało – w jednego
Nowego Człowieka w Chrystusie Panu.
Tylko Jezus mógł mówić o Bogu: „Ojciec mój i Ojciec
wasz", bowiem Jezus Chrystus jest pierworodnym Synem – początkiem i dopełnieniem synostwa całej zbawionej
ludzkości. On jest Początkiem synostwa całego stworzenia,
bowiem w Nim Słowo Przedwieczne stało się stworzeniem-człowiekiem
i w Nim człowiek został przyjęty do nieprawdopodobnej wręcz,
bo całkowitej jedności ze Słowem Bożym do takiej jedności,
że człowiek stał się Wcielonym Słowem Boga, kimś jednym,
choć natura ludzka nie ograniczyła w niczym natury boskiej Słowa,
a Słowo Boże wcielając się w człowieka i jednocząc go z
sobą nie zniszczyło w niczym jego ludzkiej natury. Dlatego
Jezus może mówić najpierw: „Ojciec mój" – a
dopiero w wyniku swego posłania do nas: „Ojciec
wasz". A nas uczy mówić: „Ojcze nasz", bo
wszyscy ludzie stają się synami Boga poprzez zjednoczenie z
Jezusem Chrystusem – Synem Pierworodnym. Jezus gromadzi
całą ludzkość dokoła siebie jak kokosz gromadzi kurczęta –
tak jak za życia swego pragnął zgromadzić swój naród.
A nie tylko gromadzi dokoła siebie, ale posyła w serca wierzących
weń Ducha Świętego, który mówi w sercach do Boga: Abba ––
Ojcze. Jezus posyła w serca ludzi Ducha swego. Ducha Bożego,
by się na nowo narodzili, i karmi ich samym sobą – swoim
ciałem i krwią. Tak więc – jak pisze w swych listach święty
Paweł – napojeni jednym Duchem, nakarmieni jednym Chlebem
i Kielichem Pana jesteśmy jednym Bożym Ludem, jednym
Chrystusem, a z osobna członkami Chrystusa, który jest głową
Kościoła, a w nadziei głową całej zbawionej ludzkości.
Jeżeli więc mówimy do Boga: „Ojcze nasz", to przez
to samo mówimy do bliźniego: „bracie". A gdy
naprawdę chrześcijanin czuje się bratem lub siostrą
wszystkich ludzi na całym świecie, to mówiąc do Boga:
„Ojcze nasz" staje przed Nim zjednoczony z całą
ludzkością – nawet wtedy, gdy się modli w czterech ścianach
samotnego pokoju. A wtedy jego modlitwa nie jest tylko samotnym
wołaniem, ale jest potężnym wezwaniem całego Chrystusowego
Kościoła, szerzej nawet – całej ludzkości.
Słowo „Nasz" niesie też upewnienie o tym, że temu
Ojcu możemy śmiało zawierzyć nie tylko „mój"
los, ale los tych których kochamy – co jest o wiele
trudniejsze. Matka lękająca się o dziecko może to dziecko
spokojnie zawierzyć Bogu, bo Bóg jest Ojcem jej dziecka. Jest
więcej niż ojcem – jest ojcem i matką, źródłem
wszelkiego ojcostwa i wszelkiego macierzyństwa. Żadne słowo
nie oddaje w pełni tego, kim jest dla nas Bóg. Słowo
„ojciec" w ludzkim świecie oznacza nie tylko miłość
i danie życia, ale i danie prawa dziedziczenia. Słowo
„matka" oznacza miłość dającą życie i ofiarną
bez reszty, lecz w czasach Pana Jezusa matka nie mogła dać
dziedzictwa. Ale Bóg nie jest jak człowiek. Daje nam swoje
życie i dziedzictwo w swoim Królestwie jak ojciec i miłuje do
końca jak matka – jest więcej niż ojcem i matką...
Dobrze jest pamiętać o tym, że Jego miłość jest ofiarna
jak miłość matki, że dał się ukrzyżować, jak matka
bezsilny wobec ludzkiej złości i odrzucenia Go przez ludzi, i
jak matka wszechmocny w swym przebaczeniu tym, którzy Go krzyżowali
– wszechmocny poprzez krzyż. Temu Bożemu ojcostwu, tak
głęboko macierzyńskiemu, możemy bez reszty zaufać –
możemy mu powierzyć nas wszystkich – siebie,
bliskich, naród, ludzkość... Módlmy się więc tymi dwoma słowami:
Ojcze nasz... Ojcze nasz...
Stanisława GRABSKA
Stanisława Grabska – publicystka, teolog,
działaczka katolicka, żołnierz AK. Studiowała w Akademii
Sztuk Pięknych w Warszawie, na Katolickim Uniwersytecie
Lubelskim i Uniwersytecie w Louvain. W latach 1990–1994
wiceprezes Klubu Inteligencji Katolickiej. Współpracowniczka
miesięczników „Więź”, „ Znak”,
„Tygodnika Powszechnego”. Uczestniczka obrad Okrągłego
Stołu w 1989 roku. Wydała między innymi: „Nadzieja, która
jest wezwaniem” (1980), „Pacierz w Biblii
zakorzeniony” (1983), „Człowiek wobec Trójcy Świętej”
(1990). Rozważania na temat Ośmiu Błogosławieństw były
publikowane w pallotyńskim miesięczniku na przełomie 1984 i
1985 roku. Publikowany tekst ukazał się w „Naszej
Rodzinie” 6 (513) 1987, s. 32–35.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Moret-sur-Loing, 2006)
Fot. Michael Wittbrot
|