Ojcze nasz
Ojcze nasz któryś jest w niebie
Moja wiara nie
przenosi gór
Ani nie karmi głodnych
Jedyny cud jaki umiem czynić
To zamiana denaturatu w wino
Piję do lustra i patrzę w te siedem lat nieszczęścia
Szukam naszego podobieństwa
Dmuchane szkło smukłych butelek
Wydłuża moją twarz w „Krzyk” Muncha
Widzę Twoje plecy - śpisz
Na zrogowaciałą skórę dłoni
Kapią łzy
Panie
Znów piję na smutno
I w bezsilności gryzę rękę
Która przed chwilą próbowała uciszyć żonę
Za obrazem Marii
Zamiast odłożonych banknotów
Tylko pajęczyna i kurz
Przed nim
Zapalone świece
Spijają łapczywie tlen
Coraz trudniej oddychać
Święć się imię Twoje
Stawem ze złotą
łzą karpia
Którą wysuszoną chowam na dobrą wróżbę
W portfelu znalezionym pod choinką
Stopami zakurzonymi u kresu wędrówki do Betlejem
Gdzie do dziś pustynia spija krew
Z korony cierniowej
Kamieniem rozgrzanym w dłoni
gotowym do wskrzeszenia iskry buntu
na ulicach pełnych wołania o chleb i pracę
Krzewem co płonie
w naszych zmęczonych głowach
I przed snem rzuca na kolana
Chłodem posadzki
co rzeźbi skórę węża
Po ukąszeniu Kleopatry
Krzyżem
który codziennie
zdejmujesz z moich ramion
Przyjdź królestwo Twoje
Panie
kolejną noc zabijam bezsenność papierosami
Męczy mnie ten banalny obraz z kiepskich filmów
Że utracę przytomność na środku ulicy
I nie zdążę się nawrócić
wyznać ostatniej zdrady
Przypomnieć pierwszej modlitwy
Ja - owieczka
na której ponoć
Tobie najbardziej zależy
To jeszcze nie trwoga nie ostatnie wołanie
tylko zwyczajny codzienny ból
Wchodzenia po schodach
Czekania na list od dzieci
Rozpoznawania siebie w lustrze
Liczenia zasług na odcinku renty
Tracę wzrok
I ostrość widzenia
Ale włosy mi jeszcze nie wypadają
Nie wiem co to dializa
Parkinson Alzchaimer
Chemioterapia
Ale już powoli się uczę
dzień święty święcić
Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi
Cóż więcej mam
powiedzieć
ta kobieta jest mi przypisana
zeszła już z nieba na ziemię
zrzuciła anielską powłokę
jej głos nie pasuje do chóru
każdej nocy leżymy obok siebie
zęby wyszczotkowane do granic pożądania
Konkurują ze spadającymi meteorytami
Schylone potajemnie cienie dzieci
Powracając z nocnych lokali
Zdmuchują nasze kolorowe sny
Śródziemnomorskie ryby kuszą barwą
I lepią się do snu jak znaczki pocztowe
harpun chybia kolejny raz
w bezsenności brakuje już wolnego boku
od jakiegoś czasu nie kusi mnie niebo
Zostaję na ziemi
Z wiarą w grawitację
i przyciąganie charakterów
oraz ciała
niebieskie
w marzeniach
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
Już od dawna śmierdzę
Ludzie jak komety omijają mnie coraz większą elipsą
Nim zamarznie ziemia
Walczę ze szczurami o białą penicylinę pleśni
Na chlebie potajemnie wyrzucanym do śmietnika
Czasem podkradam go znajomemu gospodarzowi
Który ma fermę kur
jest wilgotny i rozchodzi się między palcami
nawet w wigilię
Nie pęka jak opłatek
Czy wojskowy suchar
Nie mam już wiernego psa
Który był tak wybredny
Że przynosił mi szkolne kanapki od dzieci
Nie śliniąc się nawet
Stoję często za ogrodzeniem boiska
Ale nie mam odwagi poprosić
Chociaż już przestali
Rzucać we mnie kamieniami
Już od dawna nie kojarzę
Bochenka ze złotówką
I odpuść nam nasze win
Stoję w długiej
kolejce po pieluchomajtki
Mocz ścieka do mokasynów
Które na ostatnią drogę kupiła mi
Świętej pamięci żona
Ona na szczęście nie doczekała
wezwań do prokuratury
i zajadłych pytań IPN-u
oczywiście że stosowałem metodę odwróconego taboretu
i jaskółkę
Boże
Stoję już cztery godziny
I żadnej nadziei na powrót do moich domowych
Zwierzątek
Rybki pewnie głodne
Kanarki spragnione
Panie
Nie wyobrażasz sobie
Jaki urok ma naga kobieta w pozycji jaskółki
Nie musiałem po nocach wyczekiwać pod jej oknami
Wystarczyło że miała brata w AK
Dzisiaj czeka obok
siedzi na wózku inwalidzkim
z wyblakłym błękitem źrenic
w zasadzie to mnie zawdzięcza wszelkie zniżki
Jej twarz jest bez wyrazu
I bez bólu
Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom
Być może mnie bił
Wysoki Sądzie
Ale jakie to ma dziś znaczenie
Skóra powoli zlizała blizny
A odciski od łopaty sprawiły
Że te rany przestały się rymować
Ze słowem ojczyzna
Nie pamiętam
Twarze mieli podobne jak i legitymacje
Uderzenie polskiej kolby
Bolało tak samo jak i niemieckiej
Wilgoć murów ta sama
Agresja szczurów też
Nie wiem
Kto wybił mi więcej zębów
Większość z nich zjadłem
Na niemodnym dziś słowie
patriotyzm
I nie wódź nas na pokuszenie
Nie zazdroszczę sąsiadowi
samochodu w kolorze
Burgund metalic
Drzewa w jego ogrodzie
Nigdy nie kusiły mnie owocem
Talerz satelity wielki jak Polska Jagiellonów
nie przysłonił mi rozumu
Ani słońca w pogodny dzień
Ale wzywa mnie do broni
Krótka koszulka jego żony
Podnosząca się prowokacyjnie przy wieszaniu prania
Jak o ścianę płaczu
Uderzam głową w mur mojego domu
Wbijam paznokcie w zasadzone drzewo
Patrzę na syna
I powtarzam przysięgę sprzed lat
i nie opuszczę cię
aż do śmierci
Ale nas zbaw ode złego
Panie
Pierwsze pytanie jakie sobie stawiam
To jakie miałoby oczy
Czy byłoby podobne do mnie
Czy do ojca
Często stawałam profilem do lustra
Wkładałam poduszkę pod sukienkę
I sprawdzałam
Ile dumy doda mi brzuch
okrągły jak świat
Jednak w moje samotne rude noce
Pokój z lustrem zamieniał się w beczkę śmiechu
I drwił z moich piersi
Zwisających jak uszy myśliwskiego psa
Garściami pełnymi tabletek
O ciężarze jednej ołowianej kuli
Napychałam zapadłe policzki
I zapominałam numeru pogotowia ratunkowego
Rano znów robiłam kanapki
Pakowałam tornister
Worek z zamiennym obuwiem
Syn czy córka
Milczy lustro
Bełkoce coś tarot
Zaniemówiła pokątna znachorka
Niebieskie i różowe wstążki
Zaciskają moje gardło
Panie
Jestem pusta jak tykwa
Nigdy jeszcze
Nie miałam mężczyzny
Amen
Ten kamień jest
zimny jak twarz dziecka na mrozie,
Nie grzeje go płomień ni martwe liście dębu,
Oczy już nie płaczą , serce twarde jak orzech,
Choć północ nad krzyżem , żaden strach się nie lęgnie.
Pod bryłą kamienia jest odrobina domu,
Zaklęta w matczyne, odarte z życia dłonie.
Bo nawet Ty Panie nie byłeś w stanie pomóc,
Chociaż wbity na krzyż, ciągle stajesz w obronie.
Odpłacam kwiatami i marnym ciepłem zniczy
Za troskę o rany, za każdą kromkę chleba,
Za nocne czuwania, których nikt nie policzył,
Za wszystkie nadzieje, których piach nie pogrzebał.
Jerzy FRYCKOWSKI
Jerzy Fryckowski. Mieszka w Dębnicy
Kaszubskiej, gdzie pracuje jako nauczyciel polonista w szkole
podstawowej. Debiutował audycją radiową w 1978 roku. Do tej
pory opublikował: „Cierpliwość ubogich” (1989), „Copulum
abruptamae” (1991), „Aleja dusz” (1992), „Nogami do
przodu” (1994), „Gdzie już cicho o mnie” (1995),
„Antologia poezji wigilijnej” (1995), „Zaufać ślepcom”
(1997) „Treny” (1999), „Zanim zapomnisz” (płyta CD -
2001), „Byłem tu za krótko – Liberum arbitrium” (tomik
w wersji internetowej - 2002), „Kroki na suficie” (2004). |