„OJCZE NASZ” - krzyk biednych

Ilość inwestycji rosła w sposób zadziwiający i już w roku 1970 Japonia zajęła szóste miejsce wśród światowych potęg inwestujących za granicą. A oto dane statystyczne podane przez Biuro Statystyki Ekonomicznej Państw  Dalekiego Wschodu (Toyo-Keizai-Tokei geppo, lipiec 1971), dotyczące wielkości japońskich inwestycji za  granicą podane w dolarach USA.

1958:  200 mln dolarów
1969:  2.700 mln dolarów
1970:  3.600 mln dolarów
W 1970 liczące się w tym zakresie potęgi światowe to:

1. USA: 78.000 mln dolarów.
2. Wielka Brytania: 20.000 mln dolarów.
3. Japonia: 3.600 mln dolarów.

Jakie zatem szanse ma człowiek w tym wyścigu, w walce o podbicie międzynarodowych rynków, w inwazji zagranicznych inwestycji kompanii ponadnarodowych? 

Przyjaciel z towarzystwa ubezpieczeniowego
Nigdy chyba nie zapomnę wizyty, jaką złożyłem przyjacielowi chwilowo pracującemu w firmie ubezpieczeniowej w okręgu Osaka. Miejsce, w którym pracował, było obsadzane na nowo średnio co dwa lata. Kiedy okazałem swoje zdziwienie, wyjaśnił: „Dyrekcja organizuje takie transfery, aby ustrzec swoich pracowników przed korupcją i aby zapewnić im nowy start, aby pracowali ze zdwojonym zapałem!” Moje zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, kiedy zapytałem, jaki jest właściwy cel takiego działania. „Weźmy – kontynuował swoje wyjaśnienie – na przykład ten miesiąc. Nasza filia składająca się z trzydziestu pracowników, i niewielkiej armii agentów ubezpieczeniowych, musi się wywiązać z zadania zdobycia 2000 nowych klientów i osiągnięcia dochodu wysokości 10 miliardów jenów. Jeśli nam się to uda, nasza filia otrzyma milion jenów, które możemy używać nie na własne wydatki, lecz w celach, które pomogłyby naszej firmie bardziej się rozwinąć. Można na przykład z tych pieniędzy pokryć koszty rozmów telefonicznych z USA, lub służbowych przelotów na Hokkaido (północna wyspa Japonii). Jednym słowem finansowanie są w ten sposób wydatki, które trzeba ponosić szukając nowych klientów. W rzeczy samej, nasza firma plasuje się na 9. miejscu w Japonii i na 26. na świecie, ale żeby pewnego dnia osiągnąć pozycję numer jeden, musimy realizować nałożone nam miesięczne zadania”. „Ale dlaczego musicie zająć pierwszą pozycję?” – zapytałem. Tym razem nie było już odpowiedzi.
Zamiast tego obydwaj zaczęliśmy rozmyślać o konsekwencjach takiego systemu. Żona i dzieci pracownika są pierwszymi ofiarami. Z powodu bezustannej zmiany miejsca zamieszkania i nauki nie mają nawet czasu, aby się przystosować. To samo pracownicy, którzy zaledwie zdążyli się nawzajem poznać, a już okazuje się, że znowu będą przeniesieni. Taka sytuacja promuje indywidualizm i zapobiega jakiejkolwiek formie solidarności. W dodatku liczba samobójstw wśród pracowników rośnie z roku na rok, a wciąż narastające napięcie jest coraz częściej główną przyczyną targnięcia się na własne życie. System transferów, co dwa lub trzy lata, istnieje także w innych sektorach: telekomunikacji, bankowości itp. Mój przyjaciel zgodził się ze mną, że w momencie rozpoczęcia pracy w firmie ani jemu, ani żadnemu z jego kolegów wcale nie leżała na sercu ekspansja kompanii. Jak to się stało, że wszyscy się zmienili? Czy to rezultat „edukacji”, czy raczej „prania mózgów”, sprytnie przeprowadzanego w czasie sesji studyjnych organizowanych przez dyrekcje? 
Rzeczywiście, co roku pracownicy muszą uczestniczyć w „sesjach studyjnych”, organizowanych w przepięknej scenerii gór Hakone. Podświadomie cele menadżerów stają się celami każdego pracownika. Są wprawdzie związki zawodowe, ale ich jedynym zadaniem jest troska o warunki życiowe pracowników. To prawda, że kiedy nadchodzi tradycyjny wiosenny „okres walki”, podwyżki płac zaproponowane przez dyrekcję zwiększane są o kwotę, której domagają się związki. Nie trzeba jednak dodawać, że te związki nie zabiegają wcale o „nowe społeczeństwo”.
Byłem na przyjęciu weselnym swojego przyjaciela. Pamiętam słowa, którymi pracodawca panny młodej wychwalał jej zalety. „Zawsze była uśmiechnięta. Nigdy nie okazała niechęci i złej woli wobec firmy”, feudalnej przecież na swój sposób. „Mam nadzieję, że będzie rozwijać swoje drogocenne wartości i będzie gotowa całkowicie poświęcić się, aby pomóc swemu mężowi w oddaniu się jego kompanii!”. W tym poświęceniu mieści się przenoszenie z miejsca na miejsce, nadgodziny, praca w niedzielę itp... Jednakże ona musi znosić wszystko, z uśmiechem, tak aby jej mąż mógł poświęcić się firmie, robić wszystko na rzecz jej rozwoju.

Wykształcenie czy szaleństwo
Kiedy się poważnie nad tym zastanowimy, uświadomimy sobie, że wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, nosimy piętno wykształcenia otrzymanego w dzieciństwie, piętno przynależności do określonej grupy, i że głównym celem takiej „edukacji” jest utrzymanie i wzmocnienie polityczno-ekonomicznego porządku. A jak wygląda ta sprawa w Japonii? 

W kręgu rodzinnym rodzice często powtarzają dzieciom: „Jeśli będziecie otrzymywać dobre stopnia, dostaniecie się do dobrej szkoły, a w ten sposób znajdziecie dobrą pracę z bezpieczną przyszłością. Więc uczcie się pilnie!“Kiedy rodzina jest biedna i ma na utrzymaniu dużo dzieci, wtedy rodzice mówią: „Nie ma mowy o dalszej nauce, musisz iść do pracy i zarabiać na życie! A póki co, szybko wracaj po szkole do domu, bo potrzebna jest twoja pomoc!” (w sklepie albo w polu). Albo kiedy indziej: „Jak tylko zaczniesz pracować, we własnym interesie słuchaj przełożonych”,  „Jeżeli będziesz ciężko i dobrze pracował, zostanie to na pewno docenione i nagrodzone, a to pomoże ci wybić się!”. Często stymuluje się ambicjami i zaleca współzawodnictwo: „Zostać robotnikiem do śmierci to żadne osiągnięcie. Staraj się zostać pracodawcą!”.

Szkoła to wyścig po dobre stopnie i dyplomy. Stąd, w średniej szkole, podział uczniów na dwie grupy: tych, którzy zaraz po skończeniu szkoły podejmą pracę i tych, którzy pójdą na studia. Dzieci są oceniane według wyników w nauce. Te, które pochodzą z biednych rodzin, nie będą mogły sobie pozwolić na uczęszczanie do prywatnej szkoły (jest takich wiele), bowiem koszty prywatnego kształcenia są zbyt wysokie. Tak szybko jak tylko to możliwie muszą wspomóc finansowo swoich rodziców. Nie mają nawet środków, aby opłacić lekcje przygotowujące do egzaminów wstępnyoh do wyższej szkoły publicznej, gdzie opłaty są znacznie niższe. Z tych wszystkich więc powodów zostają zepchnięte do grupy uczniów mających wkrótce podjąć pracę. Pomiędzy nimi i tymi, którzy będą dalej studiować, powstaje olbrzymia przepaść. 
Wprowadza się dyskryminujące zasady. Podkreśla się, iż należy szanować tradycje szkoły i zwyczaje nauczycieli, że nie wolno szargać dobrego imienia szkoły. Ale nieważne, że przy okazji, właśnie z tego powodu, obraża się ludzką godność dzieci. W czasie ceremonii zakończenia roku szkolnego, w prywatnej wyższej szkole prowadzonej przez zakonnice, usłyszałem mowę dyrektora ważnej miejscowej fabryki. Gratulował ciału pedagogicznemu znakomitego wykształcenia odbieranego w owej szkole przez dziewczęta, wysoko oceniane w miejscowym biznesie z racji swoich nienagannych manier, gracji i uśmiechu. Taki rodzaj wykształcenia jest prawdopodobnie rezultatem złożonego wpływu japońskich sfer zarządzających biznesem i ministerstwa szkolnictwa, ale na pewno nie można powiedzieć, że zgodne jest z duchem Bożym, szanuje prawa Boga, naszego Ojca, obrońcy biednych i słabych. 

W okresie wielkiej koniunktury w 1965 roku Ministerstwo Szkolnictwa wydało manifest zatytułowany: „Człowiek, jakim chcielibyśmy, aby był”. Mówi się tam między innymi: „Zdajemy sobie sprawę z konieczności określonych warunków polityczno-eknoomicznych potrzebnych do szczęśliwego życia. Jednak to co najważniejsze, to nasz sposób patrzenia na świat, nasz sposób odczuwania, poznawania, życia w duchu szacunku i wdzięczności”. Interesującym spostrzeżeniem jest, że to dokładnie ten sam duch, którym promieniuje pan Matsushita w swoim miesięczniku „P.H.P.” [Peac. Happiness. Prosperity]. W swojej książce „Otwarcie dróg” pisze:„Składanie odpowiedzialności w każdym wypadku na ramiona innych to bardzo proste, to jednak zaciemnia umysł, odbiera satysfakcję i rani serce... Ważne jest samodzielne myślenie i samodzielnie podejmowanie decyzji. Trzeba działać tak jak byśmy nie znajdowali się w trudnej sytuacji, mimo że w niej jesteśmy... pomagać sobie nawzajem w codziennej pracy... Na świecie żyją różni ludzie i nie wszyscy są aniołami. I dlatego trzeba, abyśmy kultywowali cierpliwość i wielkoduszność”.
Oczywiście wszyscy wychowani w tym duchu staną się pełnymi entuzjazmu robotnikami popierającymi ekspansję swojej firmy, ślepymi na cierpienia swoich rodzin i na fakt, że robotnicy Azji południowo-wschodniej ponoszą zgubne tego konsekwencje. Dziennik „Asahi” z dnia 25 listopada 1973 tak ustosunkowywał się do celu, do jakiego zmierza ministerialna Komisja Edukacyjna: „Mamy nadzieję, że Komisja zwróci uwagę na następujące pytania: 
1. Współczesny system szkolnictwa opiera się prawie całkowicie na zasadzie współzawodnictwa. A może by należało propagować zasadę solidarności? 
2. Czy jest jeszcze gdzieś na świecie kraj, w którym dzieci są tak obciążone zadaniami domowymi, że muszą z tego powodu niedosypiać? Rezultat jest oczywisty. Mamy znaczne osiągnięcia w formowaniu narodu 100 milionów ludzi potrafiących współpracować z państwem w pogoni za państwowym celem. Lecz co się stanie z nami, jeśli państwo posunie się zbyt daleko, lub, jeśli cel będzie chybiony? Nasze szkolnictwo powinno uksztaltowć z nas osoby dorosłe z krytycznymi umysłami”

Można tylko przyklasnąć takim uwagom. 

W pracy wszelkie formy „kształcenia” są nastawione przede wszystkim na to, by zachęcać do produkowania. Przeszkolenia nowych i starych pracowników, system wynagrodzeń, działania zmierzające do nieustannego obniżania kosztów, poranne ceremonie, ciągły rozwój „miłości do firmy”, wprowadzanie nowych technik, stymulowanie „racjonalizacji” itd...Wszystko to ściśle wiąże się z niezmiennym dążeniem do wzrostu produkcji i niemal nierealnymi planami wydajności, ustanawianymi przez dyrekcję. Nawet to nie powstrzymuje pracowników przed pracą w niedziele i dni ustawowo wolne od pracy, aby tylko przyciągnąć uwagę przełożonych. I jeśli wydarzy się wypadek w czasie pracy, to w trosce o reputację firmy nie jest on zgłaszany. Wpajane jest przekonanie o wyższości lojalności wobec szefów i starszyzny nad solidarnością w warsztacie lub fabryce. 
Robotnicy przytłoczeni ciężarem pracy, wciągnięci w wir rywalizacji, powoli zanurzają się w egoizmie i nie potrafią już myśleć o swoich współtowarzyszach pracy. Od swoich pracodawców słyszą jedynie: „Nie możemy podnieść waszych płac dopóki firma nie osiągnie dobrych rezultatów... Brakuje siły roboczej. Pracujcie po godzinach! Jesteście młodzi, więc powinniście pracować więcej, aby powiększyć swoje dochody!...Tylko pracownicy wykonujący dodatkową pracę są poważnymi robotnikami!... 90% wszystkich wypadków przy pracy spowodowanych jest indywidualną nieuwagą zainteresowanych! Ci, którzy biorą urlopy, tylko przeszkadzają pozostałym współpracownikom. Starajcie się brać jak najmniej urlopów. Jeśli zdarzy się, że będziecie musieli wziąć zwolnienie, piszcie prośbę na specjalnym kwestionariuszu, podając przyczyny zwolnienia i składajcie podania najpóźniej w dniu poprzedzającym zwolnienie!... Pracujcie tak, jak byście sami byli właścicielami firmy!... Musicie zawsze brać pod uwagę, co mówią przełożeni! Związki pracownicze chcą po prostu zrujnować przedsiębiorstwo!...Starajcie się nie mieć z nimi nic wspólnego”. 

Japoński ruch związkowy przyswaja sobie coraz więcej elementów polityki „współpracy klas”. Jak twierdzi Sato Yoshio: „Ciągle rośnie liczba robotniczych związków czy, jak się to określa, syndykatów, lecz w rzeczywistości są one dodatkowym instrumentem sterowania siłą robotniczą”. Doskonale zdaje sobie on sprawę z tego, co mówi, gdyż sam był przewodniczącym związku zawodowego pracowników stoczni okrętowych, później zaś szefem konfederacji znanej pod nazwą Churitsu-Roren. Pozostawił po sobie cenną, odważną krytykę. „Grałem wielką figurę, gdy udawałem się na rozmowy z premierem w sprawie stabilizacji cen na artykuły pierwszej potrzeby, miało to być transmitowane przez telewizję. Muszę jednak przyznać, że oddaliłem się mocno od zasadniczych problemów i całkowicie je zignorowałem”. Przytoczył także wiele faktów świadczących o braku demokracji w związkach i biurokratycznych sposobach zarządzania nimi. Mówił o prywatnych konferencjach (często zakrapianych alkoholem) prowadzonych w gronie dyrekcji zakładu i przedstawicieli związków, o długich upojnych wieczorach spędzanych w prywatnych rezydencjach. 
Tam mają miejsce poufne negocjacje na szczycie. Żaden z szeregowych członków związku, gdyby nie zrelacjonował ich jeden z uczestników, nawet nie przypuszczałby, że takie rzeczy się zdarzają”. To właśnie w czasie takich negocjacji podejmuje się decyzje o utrzymywaniu niskiego poziomu płac, przedłużaniu godzin pracy, o żałosnych warunkach pracy, na które warsztatowy lub zakładowy związek przymyka oczy. 
Ciągle jeszcze jest wiele związków, które przez cały rok organizują akcje typu Ofensywa Wiosenna, walka o premię, obchody święta robotniczego itd. Jednak wszystko to, gdy przywódcy związkowi dają robotnikom coraz mniej szans na przedstawienie swoich egzystencjalnych potrzeb i sformułowanie żądań, staje się obrzędem bez znaczenia. Coraz słabsze są próby zjednoczenia robotników, coraz słabiej słyszane głosy robotników, których orędownikami winni stać się właśnie kierujący ruchem związkowym. Wygodniej jest przecież przekazywać decyzje podjęte w czasie tajemnych konferencji z pracodawcą. Robotnik odbiera te ustalenia jako owoc indywidualnych układów. Po co więc dalej marnować czas? 
Kiedy związek jest jeszcze bardzo silny, dyrekcja dyskretnie, ale efektywnie przystępuje do ataku, siejąc przez to niezgodę i powodując rozłam wśród robotników. W wielu miejscach udaje się umieścić ludzi dyrekcji na stanowiskach związkowych, potem zaś proponując im awanse rozbudza się żądze indywidualnego sukcesu i własnych korzyści. Wszystko to prowadzi do utraty zaufania w ruchu związkowym. Robotnicza solidarność traci sens. W czasie wydziałowych spotkań związkowych przedstawiciele związku używają zawiłego, niezrozumiałego języka dla wyjaśnienia ekonomicznej sytuacji przedsiębiorstwa i usprawiedliwiania „status quo” proponowanego przez dyrekcje. Zawsze brakuje czasu na pytania, które ewentualnie chcieliby zadać robotnicy. Zasadniczym celem działalności związków staje się organizacja rozrywek i wolnego czasu dla pracowników i temu poświęca się znaczną część energii.
Każdy, kto włączy się do akcji zbierania robotniczych postulatów w formie pisemnej, aby potem stojąc przed bramą fabryki rozdawać je wśród współtowarzyszy, szybko popadnie w głęboki konflikt ze związkowymi oficjelami. Każda aktywna grupa mniejszości walczącej o takie zreformowanie związków, aby faktycznie zajęły się sprawami robotników i ich oczekiwaniami, naraża się na ostry sprzeciw i naciski ze strony „żółtego” związku przy pełnym poparciu dyrekcji. Zdarza się nawet, ze „żółte” związki kierują niektórych swoich członków na przeszkolenie w zakresie walki taktycznej w bazach i na terenach Sił Samoobrony. 

Środki masowego przekazu przyczyniają się do pogrążenia społeczeństwa w świecie marzeń i iluzji i oderwania go od rzeczywistości dnia codziennego. Wielkie przedsiębiorstwa sprytnie wykorzystują masmedia do reklamowania swoich wyrobów, ale nie ma tam miejsca na pytania o trud, niebezpieczeństvo i warunki pracy w jakie robotnik musi je wytwarzać. Sześć niezależnych stacji telewizyjnych wprowadziło reklamy do swoich programów. Co dziesięć minut wystawiają niezbędne, do kupienia na raty lub gotówką, aparaty fotograficzne, zestawy stereofoniczne, motorowery, samochody itp... Większość tygodników zamieszcza na swych lamach fotki rozebranych panienek, publikuje opowiadania o przygodach seksualnych, romansach, małżeństwach i rozwodach znanych aktorów, aktorek i popularnych piosenkarzy. W skrócie taki rodzaj nachalnej reklamy wywołuje tylko bierność u czytelników i kreuje w ich świadomości obraz kobiety - obiektu przyjemności, kobiety - towaru handlowego. W większości wypadków telewizja serwuje seriale o życiu średnich i wyższych sfer, wywołując w telewidzach pragnienie osiągnięcia tego samego poziomu, lub stwarzając iluzje, że się tam już jest. W każdym razie telewizja coraz bardziej utwierdza ludzi w przekonaniu, że taki styl życia jest w dobrym tonie i zwyczajnym sposobem na codzienna egzystencje. Bardzo dużo pokazuje się także programów muzycznych, pokazów-varieté, filmów wojennych, kryminałów itd... odwracających uwagę widzów w kierunku. nierealnych aspektów życia. Propaganda urealnia marzenia o kupnie domu za 20 do 40 mln jenów. Lecz dla klasy robotniczej jest to nierzeczywisty sen. „Środki masowego przekazu informowały o kryzysie naftowym, lecz jeśli dokładniej przyjrzeć się sprawie, zauważymy, że zgodnie z informacjami zebranymi przez Ministerstwo Finansow, ilość nieprzetworzonej ropy sprowadzonej do Japonii w listopadzie 1975 roku o 5,4 % przewyższała analogiczny okres roku poprzedniego. Kto w takim razie zrobił najlepszy interes na panice sztucznie wywołanej wśród nabywców poprzez głoszenie, że «Ten kryzys będzie okropny?» I to wszystko pełnym głosem, podczas gdy po cichu skupowano jak największe ilości ropy jeszcze po niskich cenach. Jeśli zapytamy sprzedawców o szczegóły, odpowiedzą: „to hurtownicy!“. Gdy zaś zapytać hurtownikow, ci tłumaczą się międzynarodową sytuacją na Bliskim Wschodzie i odpowiedzialność wydaje się spadać na barki Allacha, który tak właśnie zdecydował. Taka niejasna krytyka nieuczciwych praktyk handlowych nic daje tym najsłabszym, którzy tak czy inaczej muszą borykać się z ich konsekwencjami. 

Religie, a w szczególności chrześcijaństwo, często zalecają posłuszeństwo i poddanie przełożonym, cierpliwość wobec innych i ogólną harmonię. To doprowadziło nas do pogodzenia się z rożnymi formami niesprawiedliwości, chociażby takimi jak „racjonalizacja” w jej rożnych formach. W dziewiętnastowiecznej Europie nikt nie dbał specjalnie o znalezienie przyczyn nędzy pośród wciąż, wraz z rozwojem kapitalizmu, wzrastającej liczby proletariatu. To wyjaśnia, dlaczego do dnia dzisiejszego miliony podobnych Łazarzowi umiera z głodu u wrót nielicznych bogaczy, żyjących w przepychu, we wspaniałościach tak niskim kosztem zdobytych (Łk 16/19-31). Jeśli kościoły nie zadawalałyby się jedynie modlitwą, rozdawaniem jałmużny, doraźną pomocą, działalnością charytatywną, gdyby uczyniły wszystko co możliwe, aby usunąć tajemnicze, niekończące się przyczyny nędzy, być może wielu posiadającym nie udałoby się w pełni zrealizować swoich egoistycznych celów. A może udałoby się im okazać miłość bliźniego. 
Sato Yoshio mówi nam o „prawdziwej walce klasowej, w której człowiek próbuje wyzwolić swego brata od eksploatacji i wyzysku w poszukiwaniu szczęścia dla biednych i oddzielić ludzką kulturę od chciwej władzy żądnego zysków kapitalizmu, tak, aby każdy człowiek mógł w pełni rozwinąć swoje potencjalne możliwości”. Czyż tak określona walka klasowa nie jest manifestacją miłości bliźniego? 
Niwano Nikkyo, slynny przywódca buddyjskiej sekty Rissho-Koseikai, przytacza wypowiedź amerykańskiego ekonomisty: „Byłoby rzeczą bardzo irytującą, gdyby Japonia nie doceniła faktu, że stała się państwem bogatym”. Naiwno kontynuuje: „Bez wątpienia, porównując obecną z sytuacją przedwojenną, Japonia jest dobrze zaopatrzona w dobra codziennego użytku i żyjemy otoczeni bogactwem, które można by określić mianem luksusu. Ciągle jednak wielu Japończyków narzeka: «Nie mam tego co powinienem mieć!» Jak się okazuje, bieda jest jeszcze udziałem wielu. Oczywiście, jeśli wszystko, o czym myślimy, to dobra materialne, wtedy zawsze będziemy pożądać więcej. Ale ponieważ istnieje granica ilości dóbr posiadanych, której nie można przekroczyć, dostaniemy mdłości z niezadowolenia”. Pan Naiwno niewątpliwie nie minął się z prawdą! Smutne, lecz w mrokach zamożnego społeczeństwa ogarniętego szałem „konsumpcji” dochodzi do nieprawdopodobnego zaniedbania wartości duchowych. Nawet funkcjonowanie związków pracowniczych skażone jest indywidualnymi zadaniami ilościowymi. Rzadko zwraca się uwagę na cierpienia robotników, których godność poniewierana jest w kolejnych posunięciach „racjonalizacji”. Coraz mniej popierana jest solidarność z podwykonawcami, robotnikami (70% klasy robotniczej Japonii) i pracownikami filii w południowo-wschodniej Azji. Jednakże gdyby Kościół potraktował to zjawisko jako „duchową chorobę”, religia mogłaby stać się poważną przeszkodą we wszystkich wysiłkach dla stworzenia sprawiedliwszego i bardziej humanitarnego społeczeństwa. 
Nowoczesny świat jest także dotknięty strukturalną chorobą, pozwalającą bogatym z krajów rozwiniętych i trzeciego świata w takim samym stopniu zwiększać stan swego posiadania ze szkodą dla biedaków z tych wszystkich krajów. Jeżeli wierzący nie poświęca się leczeniu tego podwójnego strukturalnego i duchowego schorzenia, bez jakiegokolwiek rozdzielania tych dwóch aspektów, poniosą nie tylko porażkę w budowie nowego świata, który będzie wrastał bez nich (brak współuczestnictwa z działaniem Boga), ale także będą odpowiedzialni za zgubę społeczeństwa brnącego w dumie i niesprawiedliwości. 
Biblia zachęca nas do „nieustannej radości”, i do „życia w duchu dziękczynienia”. Ale to nie oznacza wcale, że mamy przymykać oczy na niesprawiedliwość z uświęconym uśmiechem. Jeżeli religijny mężczyzna lub kobieta, w szczególności wyznania chrześcijańskiego, tylko nalega na dyskusje o duchowych schorzeniach i zapomina o zwalczaniu przyczyn dehumanizujących nasze społeczeństwo, religii będzie można zarzucić to, co twierdził o niej Marks i jego uczniowie, że jest jedynie „opium dla ludu”. Bogaci czy biedni, ci, którzy zachłysnęli się dymem tego opium, zamykają oczy na niesprawiedliwość, izolują się w swoim wewnętrznym spokoju, ogarnięci niemocą wyrażenia jakiegokolwiek gestu współczucia czy solidarności z pogrążonymi w rozpaczy.
A zatem, jak widać, „wykształcenie” wpajane przez rodzinę, szkołę, „żółty związek”, środki masowego przekazu, Ministerstwo Szkolnictwa, kościoły, religię, mogą stać się niczym innym jak tylko „aktem bezmyślności”, służącym tylko tym, którzy dysponują monopolem na BOGACTWO, WŁADZĘ i WIEDZĘ.  Edukacja tego typu zmierza do przeksztalcenia Japończyków w uległych niewolników wzrostu ekonomicznego, pogłębiania cierpień współobywateli i utraty wrażliwości na prawdziwą wartość godności w ludzkim życiu. 
Wsłuchując się uważnie w wypowiedzi młodych robotników i działaczy organizacji YCW (Organizacja Młodych Robotników Chrześcijańskich) mogłem dokonać tej analizy. Nikt z nich nie chce być traktowany jak zwierzę lub robot. W zakończeniu pięcioletniego programu działalności YCW umieszczono deklarację wymagań i błagalnych próśb pracującej młodzieży: 
- Chcemy budować społeczeństwo, w którym każdy będzie szanowany i sam będzie okazywać szacunek dla innych.
- Pragniemy być zdolni do samodzielnego wyboru zamieszkania i samodzielnego działania. 
- Chcemy być dumni z naszej przynależności do klasy robotniczej, znaleźć powód do nadziei związanych z całym naszym życiem.
- Chcemy dzielić radości i cierpienia naszych towarzyszy i odkrywać, dlaczego warto żyć. 
- Chcemy spotykać Boga w naszym wspólnym życiu i w ten sposób dorastać do miana robotnika.

Znak Chleba

Jezus z Nazaretu, ucząc nas, abyśmy prosili naszego Ojca o chleb powszedni, nie pomija naszych doczesnych potrzeb. Choć sam zgłębił wiedzę o życiu wiecznym, o radości Królestwa Niebieskiego i niezmierzonej głębi łaski Bożej, troszczy się jednak o praktyczną stronę naszego ludzkiego życia na tej ziemi.

Edward BRZOSTOWSKI

Ks. Edward Brzostowski. Urodził się w 1932 roku we Francji. W 1962 roku obronił doktorat na rzymskim Gregorianum. W roku 1970 uzyskał tytuł Bachelor of Arts at japanese Literature na Uniwersytecie Keio w Japonii. Jest misjonarzem i tłumaczem. W 1982 roku ukazała się w języku francuskim książka, która dwa lata wcześniej została napisana po japońsku. Nosi ona tytuł: " Prier: un nouveau défi japonais ". Jej autor, ksiądz Edward Brzostowski, jest członkiem Zgromadzenia Prado, pracuje od 40 lat w kraju kwitnącej wiśni.

Źródła: SATO Yoshio,  "Atarimae no rodokumiai e",  wyd. Aki-Shobo, 1973, strony 51, 117-124, 143-144,148. Według dziennika "Asahi", 21.X.1978, 66% firm japońskich posiada na szczeblach dyrekcji poprzednich dyrygentow związków zawodowych.
“Tensei-Jingo” ("Vox populi, vox Dei"), "Asahi" 18.XII.1973.
«Mysl Prezydenta», Gazeta "Kosei", 14.VII.1972.


40-2-5.jpg (39054 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Kawasaki, 1996)


Fot. Archiwum "NR"

© Recogito, Rafaliga