„OJCZE NASZ” - krzyk biednych
Ilość inwestycji rosła w sposób
zadziwiający i już w roku 1970 Japonia zajęła szóste
miejsce wśród światowych potęg inwestujących za granicą. A
oto dane statystyczne podane przez Biuro Statystyki Ekonomicznej
Państw Dalekiego Wschodu (Toyo-Keizai-Tokei geppo, lipiec
1971), dotyczące wielkości japońskich inwestycji za
granicą podane w dolarach USA.
1958: 200
mln dolarów
1969: 2.700 mln dolarów
1970: 3.600 mln dolarów
W 1970 liczące się w tym zakresie potęgi światowe to:
1.
USA: 78.000 mln dolarów.
2. Wielka Brytania: 20.000 mln dolarów.
3. Japonia: 3.600 mln dolarów.
Jakie zatem
szanse ma człowiek w tym wyścigu, w walce o podbicie międzynarodowych
rynków, w inwazji zagranicznych inwestycji kompanii
ponadnarodowych?
Przyjaciel z
towarzystwa ubezpieczeniowego
Nigdy chyba nie zapomnę wizyty, jaką złożyłem przyjacielowi
chwilowo pracującemu w firmie ubezpieczeniowej w okręgu Osaka.
Miejsce, w którym pracował, było obsadzane na nowo średnio
co dwa lata. Kiedy okazałem swoje zdziwienie, wyjaśnił:
„Dyrekcja organizuje takie transfery, aby ustrzec swoich
pracowników przed korupcją i aby zapewnić im nowy start, aby
pracowali ze zdwojonym zapałem!” Moje zdziwienie wzrosło
jeszcze bardziej, kiedy zapytałem, jaki jest właściwy cel
takiego działania. „Weźmy – kontynuował swoje
wyjaśnienie – na przykład ten miesiąc. Nasza filia składająca
się z trzydziestu pracowników, i niewielkiej armii agentów
ubezpieczeniowych, musi się wywiązać z zadania zdobycia 2000
nowych klientów i osiągnięcia dochodu wysokości 10 miliardów
jenów. Jeśli nam się to uda, nasza filia otrzyma milion jenów,
które możemy używać nie na własne wydatki, lecz w celach,
które pomogłyby naszej firmie bardziej się rozwinąć. Można
na przykład z tych pieniędzy pokryć koszty rozmów
telefonicznych z USA, lub służbowych przelotów na Hokkaido (północna
wyspa Japonii). Jednym słowem finansowanie są w ten sposób
wydatki, które trzeba ponosić szukając nowych klientów. W
rzeczy samej, nasza firma plasuje się na 9. miejscu w Japonii i
na 26. na świecie, ale żeby pewnego dnia osiągnąć pozycję
numer jeden, musimy realizować nałożone nam miesięczne
zadania”. „Ale dlaczego musicie zająć pierwszą
pozycję?” – zapytałem. Tym razem nie było już
odpowiedzi.
Zamiast tego obydwaj zaczęliśmy rozmyślać o konsekwencjach
takiego systemu. Żona i dzieci pracownika są pierwszymi
ofiarami. Z powodu bezustannej zmiany miejsca zamieszkania i
nauki nie mają nawet czasu, aby się przystosować. To samo
pracownicy, którzy zaledwie zdążyli się nawzajem poznać, a
już okazuje się, że znowu będą przeniesieni. Taka sytuacja
promuje indywidualizm i zapobiega jakiejkolwiek formie solidarności.
W dodatku liczba samobójstw wśród pracowników rośnie z roku
na rok, a wciąż narastające napięcie jest coraz częściej główną
przyczyną targnięcia się na własne życie. System transferów,
co dwa lub trzy lata, istnieje także w innych sektorach:
telekomunikacji, bankowości itp. Mój przyjaciel zgodził się
ze mną, że w momencie rozpoczęcia pracy w firmie ani jemu,
ani żadnemu z jego kolegów wcale nie leżała na sercu
ekspansja kompanii. Jak to się stało, że wszyscy się
zmienili? Czy to rezultat „edukacji”, czy raczej
„prania mózgów”, sprytnie przeprowadzanego w
czasie sesji studyjnych organizowanych przez dyrekcje?
Rzeczywiście, co roku pracownicy muszą uczestniczyć w
„sesjach studyjnych”, organizowanych w przepięknej
scenerii gór Hakone. Podświadomie cele menadżerów stają się
celami każdego pracownika. Są wprawdzie związki zawodowe, ale
ich jedynym zadaniem jest troska o warunki życiowe pracowników.
To prawda, że kiedy nadchodzi tradycyjny wiosenny „okres
walki”, podwyżki płac zaproponowane przez dyrekcję zwiększane
są o kwotę, której domagają się związki. Nie trzeba jednak
dodawać, że te związki nie zabiegają wcale o „nowe społeczeństwo”.
Byłem na przyjęciu weselnym swojego przyjaciela. Pamiętam słowa,
którymi pracodawca panny młodej wychwalał jej zalety. „Zawsze
była uśmiechnięta. Nigdy nie okazała niechęci i złej woli
wobec firmy”, feudalnej przecież na swój sposób.
„Mam nadzieję, że będzie rozwijać swoje drogocenne
wartości i będzie gotowa całkowicie poświęcić się, aby
pomóc swemu mężowi w oddaniu się jego kompanii!”.
W tym poświęceniu mieści się przenoszenie z miejsca na
miejsce, nadgodziny, praca w niedzielę itp... Jednakże ona
musi znosić wszystko, z uśmiechem, tak aby jej mąż mógł poświęcić
się firmie, robić wszystko na rzecz jej rozwoju.
Wykształcenie czy szaleństwo
Kiedy się poważnie nad tym zastanowimy, uświadomimy sobie, że
wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, nosimy piętno
wykształcenia otrzymanego w dzieciństwie, piętno przynależności
do określonej grupy, i że głównym celem takiej
„edukacji” jest utrzymanie i wzmocnienie
polityczno-ekonomicznego porządku. A jak wygląda ta sprawa w
Japonii?
W kręgu rodzinnym rodzice często powtarzają dzieciom:
„Jeśli będziecie otrzymywać dobre stopnia,
dostaniecie się do dobrej szkoły, a w ten sposób znajdziecie
dobrą pracę z bezpieczną przyszłością. Więc uczcie się
pilnie!“Kiedy rodzina jest biedna i ma na utrzymaniu
dużo dzieci, wtedy rodzice mówią: „Nie ma mowy o
dalszej nauce, musisz iść do pracy i zarabiać na życie! A póki
co, szybko wracaj po szkole do domu, bo potrzebna jest twoja
pomoc!” (w sklepie albo w polu). Albo kiedy indziej:
„Jak tylko zaczniesz pracować, we własnym interesie słuchaj
przełożonych”, „Jeżeli będziesz ciężko
i dobrze pracował, zostanie to na pewno docenione i nagrodzone,
a to pomoże ci wybić się!”. Często stymuluje się
ambicjami i zaleca współzawodnictwo: „Zostać
robotnikiem do śmierci to żadne osiągnięcie. Staraj się
zostać pracodawcą!”.
Szkoła to wyścig po dobre stopnie i dyplomy. Stąd, w
średniej szkole, podział uczniów na dwie grupy: tych, którzy
zaraz po skończeniu szkoły podejmą pracę i tych, którzy pójdą
na studia. Dzieci są oceniane według wyników w nauce. Te, które
pochodzą z biednych rodzin, nie będą mogły sobie pozwolić
na uczęszczanie do prywatnej szkoły (jest takich wiele),
bowiem koszty prywatnego kształcenia są zbyt wysokie. Tak
szybko jak tylko to możliwie muszą wspomóc finansowo swoich
rodziców. Nie mają nawet środków, aby opłacić lekcje
przygotowujące do egzaminów wstępnyoh do wyższej szkoły
publicznej, gdzie opłaty są znacznie niższe. Z tych
wszystkich więc powodów zostają zepchnięte do grupy uczniów
mających wkrótce podjąć pracę. Pomiędzy nimi i tymi, którzy
będą dalej studiować, powstaje olbrzymia przepaść.
Wprowadza się dyskryminujące zasady. Podkreśla się, iż należy
szanować tradycje szkoły i zwyczaje nauczycieli, że nie wolno
szargać dobrego imienia szkoły. Ale nieważne, że przy
okazji, właśnie z tego powodu, obraża się ludzką godność
dzieci. W czasie ceremonii zakończenia roku szkolnego, w
prywatnej wyższej szkole prowadzonej przez zakonnice, usłyszałem
mowę dyrektora ważnej miejscowej fabryki. Gratulował ciału
pedagogicznemu znakomitego wykształcenia odbieranego w owej
szkole przez dziewczęta, wysoko oceniane w miejscowym biznesie
z racji swoich nienagannych manier, gracji i uśmiechu. Taki
rodzaj wykształcenia jest prawdopodobnie rezultatem złożonego
wpływu japońskich sfer zarządzających biznesem i
ministerstwa szkolnictwa, ale na pewno nie można powiedzieć,
że zgodne jest z duchem Bożym, szanuje prawa Boga, naszego
Ojca, obrońcy biednych i słabych.
W okresie wielkiej koniunktury w 1965 roku Ministerstwo
Szkolnictwa wydało manifest zatytułowany: „Człowiek,
jakim chcielibyśmy, aby był”. Mówi się tam między
innymi: „Zdajemy sobie sprawę z konieczności określonych
warunków polityczno-eknoomicznych potrzebnych do szczęśliwego
życia. Jednak to co najważniejsze, to nasz sposób patrzenia
na świat, nasz sposób odczuwania, poznawania, życia w duchu
szacunku i wdzięczności”. Interesującym spostrzeżeniem
jest, że to dokładnie ten sam duch, którym promieniuje pan
Matsushita w swoim miesięczniku „P.H.P.” [Peac.
Happiness. Prosperity]. W swojej książce „Otwarcie
dróg” pisze:„Składanie odpowiedzialności w każdym
wypadku na ramiona innych to bardzo proste, to jednak zaciemnia
umysł, odbiera satysfakcję i rani serce... Ważne jest
samodzielne myślenie i samodzielnie podejmowanie decyzji.
Trzeba działać tak jak byśmy nie znajdowali się w trudnej
sytuacji, mimo że w niej jesteśmy... pomagać sobie nawzajem w
codziennej pracy... Na świecie żyją różni ludzie i nie
wszyscy są aniołami. I dlatego trzeba, abyśmy kultywowali
cierpliwość i wielkoduszność”.
Oczywiście wszyscy wychowani w tym duchu staną się pełnymi
entuzjazmu robotnikami popierającymi ekspansję swojej firmy,
ślepymi na cierpienia swoich rodzin i na fakt, że robotnicy
Azji południowo-wschodniej ponoszą zgubne tego konsekwencje.
Dziennik „Asahi” z dnia 25 listopada 1973 tak
ustosunkowywał się do celu, do jakiego zmierza ministerialna
Komisja Edukacyjna: „Mamy nadzieję, że Komisja zwróci
uwagę na następujące pytania:
1. Współczesny system szkolnictwa opiera się prawie całkowicie
na zasadzie współzawodnictwa. A może by należało propagować
zasadę solidarności?
2. Czy jest jeszcze gdzieś na świecie kraj, w którym dzieci są
tak obciążone zadaniami domowymi, że muszą z tego powodu
niedosypiać? Rezultat jest oczywisty. Mamy znaczne osiągnięcia
w formowaniu narodu 100 milionów ludzi potrafiących współpracować
z państwem w pogoni za państwowym celem. Lecz co się stanie z
nami, jeśli państwo posunie się zbyt daleko, lub, jeśli cel
będzie chybiony? Nasze szkolnictwo powinno uksztaltowć z nas
osoby dorosłe z krytycznymi umysłami”
Można tylko przyklasnąć takim uwagom.
W pracy wszelkie formy „kształcenia” są
nastawione przede wszystkim na to, by zachęcać do
produkowania. Przeszkolenia nowych i starych pracowników,
system wynagrodzeń, działania zmierzające do nieustannego
obniżania kosztów, poranne ceremonie, ciągły rozwój
„miłości do firmy”, wprowadzanie nowych technik,
stymulowanie „racjonalizacji” itd...Wszystko to ściśle
wiąże się z niezmiennym dążeniem do wzrostu produkcji i
niemal nierealnymi planami wydajności, ustanawianymi przez
dyrekcję. Nawet to nie powstrzymuje pracowników przed pracą w
niedziele i dni ustawowo wolne od pracy, aby tylko przyciągnąć
uwagę przełożonych. I jeśli wydarzy się wypadek w czasie
pracy, to w trosce o reputację firmy nie jest on zgłaszany.
Wpajane jest przekonanie o wyższości lojalności wobec szefów
i starszyzny nad solidarnością w warsztacie lub fabryce.
Robotnicy przytłoczeni ciężarem pracy, wciągnięci w wir
rywalizacji, powoli zanurzają się w egoizmie i nie potrafią
już myśleć o swoich współtowarzyszach pracy. Od swoich
pracodawców słyszą jedynie: „Nie możemy podnieść
waszych płac dopóki firma nie osiągnie dobrych rezultatów...
Brakuje siły roboczej. Pracujcie po godzinach! Jesteście młodzi,
więc powinniście pracować więcej, aby powiększyć swoje
dochody!...Tylko pracownicy wykonujący dodatkową pracę są
poważnymi robotnikami!... 90% wszystkich wypadków przy pracy
spowodowanych jest indywidualną nieuwagą zainteresowanych! Ci,
którzy biorą urlopy, tylko przeszkadzają pozostałym współpracownikom.
Starajcie się brać jak najmniej urlopów. Jeśli zdarzy się,
że będziecie musieli wziąć zwolnienie, piszcie prośbę na
specjalnym kwestionariuszu, podając przyczyny zwolnienia i składajcie
podania najpóźniej w dniu poprzedzającym zwolnienie!...
Pracujcie tak, jak byście sami byli właścicielami firmy!...
Musicie zawsze brać pod uwagę, co mówią przełożeni! Związki
pracownicze chcą po prostu zrujnować przedsiębiorstwo!...Starajcie
się nie mieć z nimi nic wspólnego”.
Japoński ruch związkowy przyswaja sobie coraz więcej
elementów polityki „współpracy klas”. Jak
twierdzi Sato Yoshio: „Ciągle rośnie liczba
robotniczych związków czy, jak się to określa, syndykatów,
lecz w rzeczywistości są one dodatkowym instrumentem
sterowania siłą robotniczą”. Doskonale zdaje sobie
on sprawę z tego, co mówi, gdyż sam był przewodniczącym związku
zawodowego pracowników stoczni okrętowych, później zaś
szefem konfederacji znanej pod nazwą Churitsu-Roren. Pozostawił
po sobie cenną, odważną krytykę. „Grałem wielką
figurę, gdy udawałem się na rozmowy z premierem w sprawie
stabilizacji cen na artykuły pierwszej potrzeby, miało to być
transmitowane przez telewizję. Muszę jednak przyznać, że
oddaliłem się mocno od zasadniczych problemów i całkowicie
je zignorowałem”. Przytoczył także wiele faktów świadczących
o braku demokracji w związkach i biurokratycznych sposobach
zarządzania nimi. Mówił o prywatnych konferencjach (często
zakrapianych alkoholem) prowadzonych w gronie dyrekcji zakładu
i przedstawicieli związków, o długich upojnych wieczorach spędzanych
w prywatnych rezydencjach.
„Tam mają miejsce poufne negocjacje na szczycie. Żaden
z szeregowych członków związku, gdyby nie zrelacjonował ich
jeden z uczestników, nawet nie przypuszczałby, że takie
rzeczy się zdarzają”. To właśnie w czasie takich
negocjacji podejmuje się decyzje o utrzymywaniu niskiego
poziomu płac, przedłużaniu godzin pracy, o żałosnych
warunkach pracy, na które warsztatowy lub zakładowy związek
przymyka oczy.
Ciągle jeszcze jest wiele związków, które przez cały rok
organizują akcje typu Ofensywa Wiosenna, walka o premię,
obchody święta robotniczego itd. Jednak wszystko to, gdy przywódcy
związkowi dają robotnikom coraz mniej szans na przedstawienie
swoich egzystencjalnych potrzeb i sformułowanie żądań, staje
się obrzędem bez znaczenia. Coraz słabsze są próby
zjednoczenia robotników, coraz słabiej słyszane głosy
robotników, których orędownikami winni stać się właśnie
kierujący ruchem związkowym. Wygodniej jest przecież
przekazywać decyzje podjęte w czasie tajemnych konferencji z
pracodawcą. Robotnik odbiera te ustalenia jako owoc
indywidualnych układów. Po co więc dalej marnować
czas?
Kiedy związek jest jeszcze bardzo silny, dyrekcja dyskretnie,
ale efektywnie przystępuje do ataku, siejąc przez to niezgodę
i powodując rozłam wśród robotników. W wielu miejscach
udaje się umieścić ludzi dyrekcji na stanowiskach związkowych,
potem zaś proponując im awanse rozbudza się żądze
indywidualnego sukcesu i własnych korzyści. Wszystko to
prowadzi do utraty zaufania w ruchu związkowym. Robotnicza
solidarność traci sens. W czasie wydziałowych spotkań związkowych
przedstawiciele związku używają zawiłego, niezrozumiałego języka
dla wyjaśnienia ekonomicznej sytuacji przedsiębiorstwa i
usprawiedliwiania „status quo” proponowanego przez
dyrekcje. Zawsze brakuje czasu na pytania, które ewentualnie
chcieliby zadać robotnicy. Zasadniczym celem działalności związków
staje się organizacja rozrywek i wolnego czasu dla pracowników
i temu poświęca się znaczną część energii.
Każdy, kto włączy się do akcji zbierania robotniczych
postulatów w formie pisemnej, aby potem stojąc przed bramą
fabryki rozdawać je wśród współtowarzyszy, szybko popadnie
w głęboki konflikt ze związkowymi oficjelami. Każda aktywna
grupa mniejszości walczącej o takie zreformowanie związków,
aby faktycznie zajęły się sprawami robotników i ich
oczekiwaniami, naraża się na ostry sprzeciw i naciski ze
strony „żółtego” związku przy pełnym poparciu
dyrekcji. Zdarza się nawet, ze „żółte” związki
kierują niektórych swoich członków na przeszkolenie w
zakresie walki taktycznej w bazach i na terenach Sił
Samoobrony.
Środki masowego przekazu przyczyniają się do pogrążenia
społeczeństwa w świecie marzeń i iluzji i oderwania go od
rzeczywistości dnia codziennego. Wielkie przedsiębiorstwa
sprytnie wykorzystują masmedia do reklamowania swoich wyrobów,
ale nie ma tam miejsca na pytania o trud, niebezpieczeństvo i
warunki pracy w jakie robotnik musi je wytwarzać. Sześć
niezależnych stacji telewizyjnych wprowadziło reklamy do
swoich programów. Co dziesięć minut wystawiają niezbędne, do kupienia na raty lub gotówką, aparaty fotograficzne, zestawy
stereofoniczne, motorowery, samochody itp... Większość
tygodników zamieszcza na swych lamach fotki rozebranych
panienek, publikuje opowiadania o przygodach seksualnych,
romansach, małżeństwach i rozwodach znanych aktorów, aktorek
i popularnych piosenkarzy. W skrócie taki rodzaj nachalnej
reklamy wywołuje tylko bierność u czytelników i kreuje w ich
świadomości obraz kobiety - obiektu przyjemności, kobiety -
towaru handlowego. W większości wypadków telewizja serwuje
seriale o życiu średnich i wyższych sfer, wywołując w
telewidzach pragnienie osiągnięcia tego samego poziomu, lub
stwarzając iluzje, że się tam już jest. W każdym razie
telewizja coraz bardziej utwierdza ludzi w przekonaniu, że taki
styl życia jest w dobrym tonie i zwyczajnym sposobem na
codzienna egzystencje. Bardzo dużo pokazuje się także programów
muzycznych, pokazów-varieté, filmów wojennych, kryminałów
itd... odwracających uwagę widzów w kierunku. nierealnych
aspektów życia. Propaganda urealnia marzenia o kupnie domu za
20 do 40 mln jenów. Lecz dla klasy robotniczej jest to
nierzeczywisty sen. „Środki masowego przekazu
informowały o kryzysie naftowym, lecz jeśli dokładniej
przyjrzeć się sprawie, zauważymy, że zgodnie z informacjami
zebranymi przez Ministerstwo Finansow, ilość nieprzetworzonej
ropy sprowadzonej do Japonii w listopadzie 1975 roku o 5,4 %
przewyższała analogiczny okres roku poprzedniego. Kto w takim
razie zrobił najlepszy interes na panice sztucznie wywołanej wśród
nabywców poprzez głoszenie, że «Ten kryzys będzie
okropny?» I to wszystko pełnym głosem, podczas gdy po
cichu skupowano jak największe ilości ropy jeszcze po niskich
cenach. Jeśli zapytamy sprzedawców o szczegóły, odpowiedzą:
„to hurtownicy!“. Gdy zaś zapytać hurtownikow, ci
tłumaczą się międzynarodową sytuacją na Bliskim Wschodzie
i odpowiedzialność wydaje się spadać na barki Allacha, który
tak właśnie zdecydował. Taka niejasna krytyka
nieuczciwych praktyk handlowych nic daje tym najsłabszym, którzy
tak czy inaczej muszą borykać się z ich konsekwencjami.
Religie, a w szczególności chrześcijaństwo, często
zalecają posłuszeństwo i poddanie przełożonym, cierpliwość
wobec innych i ogólną harmonię. To doprowadziło nas do
pogodzenia się z rożnymi formami niesprawiedliwości, chociażby
takimi jak „racjonalizacja” w jej rożnych formach.
W dziewiętnastowiecznej Europie nikt nie dbał specjalnie o
znalezienie przyczyn nędzy pośród wciąż, wraz z rozwojem
kapitalizmu, wzrastającej liczby proletariatu. To wyjaśnia,
dlaczego do dnia dzisiejszego miliony podobnych Łazarzowi
umiera z głodu u wrót nielicznych bogaczy, żyjących w
przepychu, we wspaniałościach tak niskim kosztem zdobytych (Łk
16/19-31). Jeśli kościoły nie zadawalałyby się jedynie
modlitwą, rozdawaniem jałmużny, doraźną pomocą, działalnością
charytatywną, gdyby uczyniły wszystko co możliwe, aby usunąć
tajemnicze, niekończące się przyczyny nędzy, być może
wielu posiadającym nie udałoby się w pełni zrealizować
swoich egoistycznych celów. A może udałoby się im okazać miłość
bliźniego.
Sato Yoshio mówi nam o „prawdziwej walce klasowej, w
której człowiek próbuje wyzwolić swego brata od eksploatacji
i wyzysku w poszukiwaniu szczęścia dla biednych i oddzielić
ludzką kulturę od chciwej władzy żądnego zysków
kapitalizmu, tak, aby każdy człowiek mógł w pełni rozwinąć
swoje potencjalne możliwości”. Czyż tak określona
walka klasowa nie jest manifestacją miłości bliźniego?
Niwano Nikkyo, slynny przywódca buddyjskiej sekty
Rissho-Koseikai, przytacza wypowiedź amerykańskiego
ekonomisty: „Byłoby rzeczą bardzo irytującą, gdyby
Japonia nie doceniła faktu, że stała się państwem
bogatym”. Naiwno kontynuuje: „Bez wątpienia,
porównując obecną z sytuacją przedwojenną, Japonia jest
dobrze zaopatrzona w dobra codziennego użytku i żyjemy
otoczeni bogactwem, które można by określić mianem luksusu.
Ciągle jednak wielu Japończyków narzeka: «Nie mam tego
co powinienem mieć!» Jak się okazuje, bieda jest
jeszcze udziałem wielu. Oczywiście, jeśli wszystko, o czym myślimy,
to dobra materialne, wtedy zawsze będziemy pożądać więcej.
Ale ponieważ istnieje granica ilości dóbr posiadanych, której
nie można przekroczyć, dostaniemy mdłości z
niezadowolenia”. Pan Naiwno niewątpliwie nie minął
się z prawdą! Smutne, lecz w mrokach zamożnego społeczeństwa
ogarniętego szałem „konsumpcji” dochodzi do
nieprawdopodobnego zaniedbania wartości duchowych. Nawet
funkcjonowanie związków pracowniczych skażone jest
indywidualnymi zadaniami ilościowymi. Rzadko zwraca się uwagę
na cierpienia robotników, których godność poniewierana jest
w kolejnych posunięciach „racjonalizacji”. Coraz
mniej popierana jest solidarność z podwykonawcami, robotnikami
(70% klasy robotniczej Japonii) i pracownikami filii w południowo-wschodniej
Azji. Jednakże gdyby Kościół potraktował to zjawisko jako
„duchową chorobę”, religia mogłaby stać się
poważną przeszkodą we wszystkich wysiłkach dla stworzenia
sprawiedliwszego i bardziej humanitarnego społeczeństwa.
Nowoczesny świat jest także dotknięty strukturalną chorobą,
pozwalającą bogatym z krajów rozwiniętych i trzeciego świata
w takim samym stopniu zwiększać stan swego posiadania ze szkodą
dla biedaków z tych wszystkich krajów. Jeżeli wierzący nie
poświęca się leczeniu tego podwójnego strukturalnego i
duchowego schorzenia, bez jakiegokolwiek rozdzielania tych dwóch
aspektów, poniosą nie tylko porażkę w budowie nowego świata,
który będzie wrastał bez nich (brak współuczestnictwa z
działaniem Boga), ale także będą odpowiedzialni za zgubę
społeczeństwa brnącego w dumie i niesprawiedliwości.
Biblia zachęca nas do „nieustannej radości”, i do
„życia w duchu dziękczynienia”. Ale to nie oznacza
wcale, że mamy przymykać oczy na niesprawiedliwość z uświęconym
uśmiechem. Jeżeli religijny mężczyzna lub kobieta, w szczególności
wyznania chrześcijańskiego, tylko nalega na dyskusje o
duchowych schorzeniach i zapomina o zwalczaniu przyczyn
dehumanizujących nasze społeczeństwo, religii będzie można
zarzucić to, co twierdził o niej Marks i jego uczniowie, że
jest jedynie „opium dla ludu”. Bogaci czy biedni,
ci, którzy zachłysnęli się dymem tego opium, zamykają oczy
na niesprawiedliwość, izolują się w swoim wewnętrznym
spokoju, ogarnięci niemocą wyrażenia jakiegokolwiek gestu współczucia
czy solidarności z pogrążonymi w rozpaczy.
A zatem, jak widać, „wykształcenie” wpajane przez
rodzinę, szkołę, „żółty związek”, środki
masowego przekazu, Ministerstwo Szkolnictwa, kościoły, religię,
mogą stać się niczym innym jak tylko „aktem bezmyślności”,
służącym tylko tym, którzy dysponują monopolem na BOGACTWO,
WŁADZĘ i WIEDZĘ. Edukacja tego typu zmierza do
przeksztalcenia Japończyków w uległych niewolników wzrostu
ekonomicznego, pogłębiania cierpień współobywateli i utraty
wrażliwości na prawdziwą wartość godności w ludzkim życiu.
Wsłuchując się uważnie w wypowiedzi młodych robotników i
działaczy organizacji YCW (Organizacja Młodych Robotników
Chrześcijańskich) mogłem dokonać tej analizy. Nikt z nich
nie chce być traktowany jak zwierzę lub robot. W zakończeniu
pięcioletniego programu działalności YCW umieszczono
deklarację wymagań i błagalnych próśb pracującej młodzieży:
- Chcemy budować społeczeństwo, w którym każdy będzie
szanowany i sam będzie okazywać szacunek dla innych.
- Pragniemy być zdolni do samodzielnego wyboru zamieszkania i
samodzielnego działania.
- Chcemy być dumni z naszej przynależności do klasy
robotniczej, znaleźć powód do nadziei związanych z całym
naszym życiem.
- Chcemy dzielić radości i cierpienia naszych towarzyszy i
odkrywać, dlaczego warto żyć.
- Chcemy spotykać Boga w naszym wspólnym życiu i w ten sposób
dorastać do miana robotnika.
Znak Chleba
Jezus z Nazaretu, ucząc nas, abyśmy prosili naszego Ojca o
chleb powszedni, nie pomija naszych doczesnych potrzeb. Choć
sam zgłębił wiedzę o życiu wiecznym, o radości Królestwa
Niebieskiego i niezmierzonej głębi łaski Bożej, troszczy się
jednak o praktyczną stronę naszego ludzkiego życia na tej
ziemi.
Edward BRZOSTOWSKI
Ks. Edward Brzostowski. Urodził się w 1932 roku we Francji. W 1962 roku obronił doktorat na rzymskim Gregorianum. W roku 1970 uzyskał tytuł Bachelor of Arts at japanese Literature na Uniwersytecie Keio w Japonii. Jest misjonarzem i tłumaczem. W 1982 roku ukazała się w języku francuskim książka, która dwa lata wcześniej została napisana po japońsku. Nosi ona tytuł: " Prier: un nouveau défi japonais ". Jej autor, ksiądz Edward Brzostowski, jest członkiem Zgromadzenia Prado, pracuje od 40 lat w kraju kwitnącej wiśni.
Źródła: SATO Yoshio,
"Atarimae no rodokumiai e", wyd. Aki-Shobo,
1973, strony 51, 117-124, 143-144,148. Według dziennika
"Asahi", 21.X.1978, 66% firm japońskich posiada na
szczeblach dyrekcji poprzednich dyrygentow związków
zawodowych.
“Tensei-Jingo” ("Vox populi, vox Dei"),
"Asahi" 18.XII.1973.
«Mysl Prezydenta», Gazeta "Kosei",
14.VII.1972.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Kawasaki, 1996)
Fot. Archiwum "NR"
|