...(34)

Posłuchaj, A...

Siedem lat! Tyle czasu minęło zanim dostrzegłem błąd. Nie, w niczym nie zawinił los czy zbieg okoliczności. Raczej własne zapomnienie lub roztargnienie, lub zbytni pośpiech. Dopiero teraz, szukając „Posłuchaj, M...” oznaczonego numerem 34, zobaczyłem, iż nie było takiego tekstu. Poprzez własną niefrasobliwość albo nieuwagę skazałem się na trudny wybór: odpowiadać na milczenie, pozostawić puste miejsce czy też, żeby się nie pogubić lub nie pomieszać szyków, zapisać tylko symboliczne cyfry?
W rezultacie, po namyśle, wybrałem pierwsze rozwiązanie. Zdecydowałem się na coś, co jakby nasunęło się samo. Jest rzeczą oczywistą, że znaczenie posiada nie tylko zbiór gramatycznych struktur, ustna czy pisemna wypowiedź. Liczy się podłoże słów i nie zawsze muszą je stanowić werbalnie wyrażone poglądy lub konwencjonalnie stosowane normy. Na ogół bierzemy pod uwagę różnego rodzaju twierdzenia, sugestie, przypuszczenia czy hipotezy. Nie bez znaczenia pozostaje psychiczne nastawienie do określonego problemu, emocjonalne zaangażowanie czy umiejętność godzenia treści z formą. Ale wypowiadane zdanie staje się przekonujące dopiero wtedy, kiedy – oprócz racjonalnych przesłanek, wewnętrznej spójności – zachowuje respekt wobec tajemnicy; kiedy nie uzurpujemy sobie wyłączności na całą prawdę, całą wiedzę, każde „za” i „przeciw”.
„Czymże jest istnienie? Czy można istnieć w absolucie, czy tylko poprzez coś? Istnieć poprzez jedne i nie istnieć poprzez inne rzeczy? Czy egzystencja ma swój początek i swój koniec? Czy jest w niej narodzenie i śmierć? Czy jest w niej odrodzenie???” – pytał Stanislas Rodanski. Jego dziennik, a raczej zapis przemyśleń i spostrzeżeń, w którym niemało dylematów, przeniósł mnie w inną przestrzeń, w inny wymiar. Powróciłem do fragmentów zaznaczonych podczas podróży do Gdańska. Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero dzwonek do drzwi. Chociaż rendez-vous – spotkanie po dwunastu latach – było umówione, w pierwszej chwili zdało mi się, że ktoś się pomylił. Zaskoczenie trwało jednak krótko. 
Gdy Iwona zaczęła mówić o swojej pracy w krakowskim wydawnictwie i powracać do dziesięcioletniej, dawno minionej paryskiej przeszłości; a tym bardziej, gdy wspomniała Jacka i jego szalone pomysły, w wyobraźni – powiedziałbym nawet – przede mną, przed moimi oczami pojawiły się zdarzenia, sytuacje, osoby, jak i rzeczy, jakich już nie ma. Gdy najpierw się zaanonsowała i po kilkunastu minutach zjawiła się Milena i swoim zwyczajem – mimo że mojego gościa widziała pierwszy raz w życiu – wypytała o różne fakty z przeszłości, odniosłem wrażenie, że dawne jakoś trwa, że nie tyle pozostawia ślad, co dopisuje się, łączy obecne z minionym. Gdy z kolei, w trakcie rozmowy o istnieniu i nieistnieniu, zadzwonił telefon i – jako komentarz do obejrzanego filmu – usłyszałem zdanie, że „albo walczymy dla miłości, albo walczymy przeciwko niej”, uznałem, że to tylko stylistyczna figura. Odłożywszy słuchawkę i wziąwszy do rąk „Journal 1944-1948” trafiłem na passus: „Strach przed miłością jest strachem przed śmiercią”. Wcześniej autor skłaniał się ku opinii, iż miłość jest jedynym dostępnym nam środkiem, dzięki któremu możemy czynić dobro w wymiarze kosmicznym.    
Czy rzeczywiście zabiegamy o miłość, walczymy o nią albo występujemy przeciwko niej? Czy o nią najczęściej nam chodzi? Czy ona prowadzi w nieznane, jest krokiem w inną, ziemską i zarazem pozaziemską przestrzeń, czy też niedościgłym ideałem? Dlaczego, z jej powodu, pozbywamy się własnego ja i – całkiem przeciwnie – własne ja uobecniamy? Dlaczego w niej albo dzięki niej doświadczamy rozkoszy i rozpaczy, największej radości i trwogi? Dlaczego tak często – właśnie dzięki niej – odrodzenie łączy się z unicestwieniem, szczęście – z nieszczęściem, absolut – z absurdem trwania, meandrami egzystencji?
Nie, nie zadawałem takich pytań Iwonie czy Milenie. Na szczęście, gdy krążyłem w przestworzach i szperałem, przerzucałem stronice, one były zajęte sobą, na sobie skupione. Tragedia Jacka powracała tylko w moich myślach. Istnienie i rozterki mało znanego, niepogodzonego z życiem francuskiego pisarza, biegły jakby w innym kierunku, zachęcały do dalszej lektury, ale z pewnością niczego za nikogo nie rozstrzygały. Nie były, nie mogły być w zamian, w zastępstwie kogoś lub czegoś. Każdy bowiem musi sam decydować i odpowiadać.    
„Jak sądzisz, czy Iwona jest szczęśliwa?” – usłyszałem od Mileny, gdy zostaliśmy sami. Zaskoczony odrzekłem, że nie wiem. Ale nawet gdybym wiedział, gdyby Iwona cokolwiek na ten temat mówiła, przecież niczego nie dodaje ani nie ujmuje moja czy czyjaś wiedza. Takich problemów nie da się ostatecznie rozstrzygnąć. Żadna prawda absolutna w takich kwestiach nie istnieje. Trzeba uszanować czyjąś prawdę i uznać swoją niewiedzę! Co nie zmienia faktu, iż najistotniejsze – w nienaszym i naszym życiu – były, są i pozostaną: dni, godziny, a może i sekundy, w których – mimo różnych lęków, załamań czy zwątpień – nie musimy się obawiać, iż wszystko, co dosięga innego wymiaru, co wykracza poza realia codzienności a jednocześnie łączy się z egzystencją, nie jest jedynie teorią, jedynie skrytym pragnieniem... – M.

Paryż, 22 czerwca 2006 roku

41-6-1.jpg (110542 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Paryż, 1997)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga