„Poezja rodzi się sama”
Z Stanisławem MISAKOWSKIM rozmawia Marek WITTBROT
Stanisław
Misakowski (1917-1996). Przyszedł na świat jako Władimir
Fieofanowicz Diemianok w siole Nowo-Wozniesienskoje pod
Chersoniem, w chłopskiej rodzinie. Jego ojczystymi językami,
po ojcu i matce, były ukraiński i rosyjski. Studiował
w Stawropolu. Debiutował, po rosyjsku, w roku 1938, zaś po
polsku w roku 1958. Wydał tomy poetyckie „Kiedy nadchodzi
noc” (1963), „Jest taki świat” (1964),
„Do utraty snu” (1971), „Dwa okna”
(1972), „List” (1975), „Gdziekolwiek z dala od
świata” (1976), „Hołobie” (1978), Nie ma
wyboru” (1980), „Ku tobie ciągną moje
drzewa” (1980), „Trzy chwile” (1983), „żarna”
(1985), „Gdy wychodzisz z domu” (1990); poemat
historyczny „Sydonia” (1970, 1978); prozę „Mój
stary dobry świat” (1973) oraz dramaty: „Zaświat”
(1978), „Przybysze” (1982). Jego utwory były tłumaczone
na język niemiecki i rosyjski. Prezentowana rozmowa ukazała
się w gdańskim „Tytule” 1-2 (21-22) 1996, s.
129-135.
– Zaczęło
się od wołyńskich stepów i pisania po rosyjsku.
– Pierwsze kroki pisarskie stawiałem na Kaukazie, tam
gdzie obecnie toczy się wojna. Zaczynałem mając kilkanaście
lat. Pierwszy wiersz napisałem w szkole średniej. Był
skierowany do dziewczyny, która mi się podobała i przed którą
nie znajdowałem słów, żeby wyrazić swoje uczucia. Chciałem
wyrazić je w słowach pięknych, niezwykłych, a z siebie nic
nie potrafiłem wydobyć. Bardzo mnie to męczyło. Wreszcie
wpadł mi do głowy pomysł, żeby swoje myśli wyrazić poprzez
wiersz. Napisałem wiersz i następnego dnia przekazałem go
przez koleżankę. Obserwowałem uważnie dziewczynę, w której
byłem zakochany.
W trakcie lekcji, kiedy czytała mój wiersz, nawet nie spojrzała
w moją stronę. Na przerwie nieśmiało zbliżyłem się do
niej. Spodziewałem się, że teraz już wie, z kim ma do
czynienia, ale ona odwróciła się ode mnie i uciekła.
– Zaczęło się więc od porażki.
– Takie były moje pierwsze tragiczne chwile pisania
poezji. Do dziś nie wiem, co ją zraziło. Może zbyt szczery
wyraz uczuć, a może sam wiersz. W każdym razie od tej pory
ona nie chciała ze mną rozmawiać.
– I przestał Pan pisać?
– Nie pisałem przez dłuższy czas. Dopiero będąc na
studiach, pod wpływem lektury Homera i Goethego, zacząłem
pisać długie poematy o charakterze politycznym i...
futurystycznym. Zawarłem w nich apokaliptyczną wizję przyszłości.
Widziałem świat w bardzo czarnych kolorach. Ponieważ pisałem
je w czasie stalinowskiego terroru, bałem się, że dostaną się
w niepowołane ręce. Więc przed opuszczeniem domu zwinąłem
je w rulon, włożyłem do stalowej rury i zakopałem w piwnicy.
Te poematy, pisane ręcznie, pozostały na zawsze w ziemi, w
Stawropolu na Kaukazie. Potem wybuchła wojna i zupełnie nie myślałem
o pisaniu wierszy. Mijały lata. Zmieniła się sytuacja.
Przyjechałem do Polski. Do pisania poezji nie wracałem, zresztą
słabo znałem język polski. Dużo jednak czytałem w tym języku
i powoli dochodziłem do poznania literatury i kultury polskiej.
– Aż nadszedł kolejny przełom?
– Nadszedł rok 1956, tragiczne wydarzenia na Węgrzech.
Coś znowu pobudziło mnie do chwycenia za pióro. Napisałem
kilka fraszek satyrycznych i posłałem je do
"Szpilek". Początkowo nie chciano ich opublikować,
ale potem opublikowano. Zacząłem pisać dla innych pism. Po
roku doszły publikacje w "Kaktusie", również piśmie
satyrycznym.
– Od miłości tragicznej, poprzez tragiczne wydarzenia
historii, doszedł Pan do satyry.
– Satyra, jak się okazało, nie była moim
przeznaczeniem. Stopniowo z niej się wycofałem i zacząłem
pisać wiersze liryczne. Drugi okres był nieco tragikomiczny.
Brak znajomości języka polskiego utrudniał wyrażanie myśli.
Próbowałem szukać pomocy. Kiedy skontaktowałem się z
polonistką liceum ogólnokształcącego i przekazałem jej
kilka wierszy, ona nawet nie chciała ze mną rozmawiać. Uważała,
że tymi wierszami nie warto zawracać sobie głowy.
– To była kolejna porażka.
– Bardzo ją przeżyłem, bo uważałem, że w moich
wierszach jednak coś jest. Na szczęście do Połczyna Zdroju,
gdzie wtedy przebywałem, przyjechał profesor Zenon
Szczygielski. Przekazałem mu te same wiersze, które polonistka
odrzuciła. Kiedy się z nim spotkałem, on powiedział:
„W tych wierszach widzę iskierkę prawdziwej poezji. Dużo
tam błędów, ale sądzę, że sam je pan przezwycięży”.
Wówczas podzieliłem się swoimi przeżyciami. Profesor
Szczygielski ostrzegł mnie: „Niech pana Pan Bóg broni
przed polonistkami. One patrzą tylko na poprawność, a poezji
nie potrafią pojąć”.
– Nie próbował Pan zapisać swoich przeżyć z okresu
dzieciństwa i młodości?
– Napisałem dwa tomy wspomnień. Pierwszy to lata przeżyte
na Kaukazie, a więc dom rodzinny, komplikacje narodowościowe i
polityczne pierwszego etapu budowy sowieckiego socjalizmu,
aresztowanie i zsyłka. Wszystko opisałem szczegółowo, włącznie
z głodem, jaki panował na Ukrainie i Kaukazie. Drugi tom
obejmuje okres wojenny. Począwszy od służby wojskowej, w
armii sowieckiej i w armii polskiej, niewoli niemieckej i pracy
w kopalni saletry, aż po oswobodzenie, powrót do Polski,
aresztowanie przez NKWD i ucieczkę.
– Ukształtowały Pana bardzo tragiczne doświadczenia.
– Z kopalni saletry, w której musiałem pracować jako więzień,
niewielu wychodziło żywych. Z tysięcy ludzi, którzy trafili
tam razem ze mną, przy życiu pozostała może setka, a może
jeszcze mniej. Mnie uratowała choroba. Pewnego razu coś stało
się z moim kolanem. Na skutek awarii wygasło światło.
Wszystkich ewakuowano. Ja zostałem, bo nie mogłem iść. Kiedy
mnie odnaleziono, wsadzono na samochód i powieziono w pole. Byłem
przekonany, że to mój koniec, że zostanę rozstrzelany.
Znalazłem się w starej cukrowni, gdzie wykonywałem lżejszą
pracę. Tam odzyskałem siły i noga powróciła do normy. Potem
pracowałem w różnych miejscach, aż wreszcie zdecydowałem się
na ucieczkę z obozu. Udało mi się ukryć i przetrwać do
przybycia Amerykanów. Postanowiłem wrócić do Polski, ale w
Polsce zostałem schwytany przez NKWD i ponownie aresztowany.
Trafiłem do celi, gdzie przebywało dwóch mężczyzn.
Planowali ucieczkę. Miałem do wyboru: albo znowu uciekać,
albo zostać. Wybrałem to pierwsze.Udało się, trochę się
potem włóczyłem, jakiś czas pracowałem u gospodarza. Myślałem
o przedostaniu się przez granicę, do Związku Radzieckiego,
ale przyjaciele ostrzegli mnie, że jeżeli tam się znajdę, to
stamtąd nie ma żadnego powrotu. Zostałem więc w Polsce.
Trzeci tom wspomnień dopiero powstaje. Chciałbym doprowadzić
go do końca, ale to zależy od tego, czy starczy mi czasu, sił
i zdrowia.
– Jak Pan dzisiaj patrzy na tamte przeżycia?
– Dały mi one bardzo wiele. Spotkałem wielu ludzi,
dobrych i złych. Niektórzy pomagali, sprzyjali, ratowali mi życie.
Inni patrzyli wrogo, niechętnie, byłem dla nich kimś obcym i
podejrzanym. Uważam, że bez tych doświadczeń, o których mówiłem,
moje pisarstwo nie byłoby tym, czym jest. Bo pisarstwo to nie
tylko teoria czy jakaś umiejętność, to dzielenie się swoim
życiem, wyrażenie swojego - popartego doświadczeniem -
stosunku do otoczenia i ludzi. Sądzę, że pisarz czy poeta
powinien przeżyć wiele tragedii, bo dopiero wtedy jest
autentyczny, prawdziwy.
– Racją pisania jest tragizm, okrucieństwo losu, nic
więcej?
– Jeśli chodzi o mnie, najpierw była jakaś zdolność,
umiejętność. Osobiste tragedie pozwoliły to wyzwolić.
– A jak jest z intuicją i wewnętrznym przymusem?
– Nieraz my, poeci, wyrażamy myśli, które nie zawsze da
się dokładnie przetłumaczyć. Jestem człowiekiem skrytym,
niezbyt często się ujawniającym. Mieszkałem w Związku
Radzieckim, gdzie nie można było wyrażać myśli otwarcie. Żyłem
wewnętrznym życiem, rozbudowanym w sobie.
– Stąd skłonności do medytacji?
– Medytację połączyłbym z wyobraźnią. Można żyć
wyobraźnią i stworzyć sobie o wiele bogatszy świat, niż
ten, który nas otacza. Człowiek jest jedyną ziemską istotą
obdarzoną wyobraźnią. I chyba za mało ją wykorzystuje. Każdy
i tak żyje swoim własnym światem.
– Pan jednak nie żył wyłącznie własnym światem.
– A czy można żyć wyłącznie własnym światem. Chciałbym,
żeby tak było. Czy jednak można zupełnie odizolować się,
na przykład od polityki? Obecnie układy państwowe, polityczne
czy administracyjne ingerują w człowieka. Człowiek nie może
zachować swojej indywidualności, jest zmuszany do tego, żeby
robił to, czego nie chce. Ingerencje zewnętrzne naruszają
nasz wewnętrzny spokój i wewnętrzny świat. Trzeba też pamiętać,
że człowiek jest istotą poddającą się namiętnościom czy
zwykłemu lenistwu. Żeby coś osiągnąć, trzeba w stosunku do
siebie być bardzo rygorystycznym.
– Bez namiętności nie ma poezji. Przecież i u Pana,
u źródeł Pańskiej twórczości, była namiętność.
– Każda namiętność ma w sobie coś dobrego i złego.
Wszystko zależy od tego, jak spożytkujemy rodzące się namiętności.
– Co jest istotą poezji?
– Poezja rodzi się sama, ale piszący powinien zdawać
sobie sprawę, że napisanie wiersza to nie wszystko. Wiersz
powinien nie tylko wzruszać, nie tylko wprowadzać w inny świat,
ale musi jednocześnie o czymś mówić. Jeżeli nie pouczać,
to przynajmniej podsuwać możliwość innego spojrzenia na
rzeczywistość. W swoich wierszach staram się wprowadzać
puentę, która „podpowiada” czytelnikowi, co chciałem
wyrazić. Trzeba pamiętać, żeby wiersz miał również jakąś
wagę myślową. Ważne jest to, żeby wiersz, który czytam,
zapładniał moją wyobraźnię. Nie wystarczą teoretyczne
umiejętności. Poezja musi płynąć spod serca. Ona sama prosi
się, żeby ją zapisać.
– Zatem bez transcendencji nie ma poezji?
– Tak, w pewnym sensie. Można powiedzieć tylko, że
poezja wypływa z potrzeby, z pewnej konieczności.
– Zdaniem wielu jest Pan poetą sprzeczności, bo
przeciwstawia Pan świat zewnętrzny wewnętrznemu, rzeczywistość
- nierzeczywistości itd. Ja uważam, że jest Pan poetą równowagi.
– Pomimo sprzeczności, które występują od początku
istnienia świata i do jego końca będą występować, musi być
zachowana równowaga. Przeciwstawne siły muszą istnieć. Jeśli
jakaś by osłabła, świat byłby niepełny. Życie to ciągły
ruch, walka. Musi wciąż dochodzić do różnych konfrontacji,
bo taka jest zasada istnienia. Rzecz jednak w tym, żeby
zderzenia, jakie następują, w sposób umiejętny równoważyć.
W innym wypadku zagórowałoby nad nami zło.
– Krajobrazem Pańskiej poezji jest jednak człowiek,
nie świat.
– Tak, przede wszystkim, bo w nim skupia się cały świat,
a także przestrzeń i czas. Świat wewnętrzny nie ma końca,
bo człowiek nigdy siebie nie przeniknie. To w człowieku
koncentruje się świat.
– Czy dlatego mówi Pan o sobie, że jest zwykłym człowiekiem?
– Nie każdy człowiek potrafi wyrazić siebie poprzez słowo,
ale każdy posiada swój świat. Jego wiedza może być zawężona,
ale jego świat posiada wymiar indywidualny. My nie poznamy zwykłego
człowieka. Nie ma więc powodu, żeby wynosić się ponad
innych.
– Pana przeżycia nie były zwykłe.
– One nie były uzależnione od świata wewnętrznego,
lecz zewnętrznego, który ingerował w moje przeżycia.
– To znaczy, że jesteśmy zdeterminowani...?
– Każdy ma swoją pieczęć, swój los wyznaczony przez
Boga.
– Tak samo jest z pisaniem?
– W okresie młodzieńczym, kiedy zaczynałem pisać, nie
byłem tego świadomy. Ale sam fakt, że ciągle chwytałem za
pióro, chyba o tym świadczy.
– Czy wierzy Pan w siebie?
– Człowiek powinien wierzyć w siebie, ale w tym świecie
jest to niezmiernie trudne, bo niełatwo być sobą. W siebie
wierzę wtedy, kiedy jestem odizolowany. Kiedy znajduję się w
jakiejś grupie, przychodzi mi to z trudem.
– Każdy z nas jednak żyje w jakiejś
„grupie”.
– Człowiek żyje w stadzie i jest, w jakimś stopniu,
bezwładny, robi to, co mu każą. Jako cząstka społeczności
nie czuję się do końca sobą. Wraz z rozwojem cywilizacji
zatracamy swoje własne życie. Stajemy się małym pyłkiem w
ruchliwej masie ludzkiej. Ten pyłek jest ciągle gdzieś
popychany i miotany.
Byłem kiedyś dyrektorem wydziału kultury. Potrzebowałem
sekretarki. Zgłosiła się do mnie starsza pani, która miała
kilkoro dzieci i nikt nie chciał przyjąć jej do pracy. Ja również
jej odmówiłem. Przyjąłem do pracy młodą dziewczynę. Kiedy
wróciłem do domu, spojrzałem w lustro i pomyślałem: czy
jestem sobą? Wiedziałem, że powinienem przyjąć do pracy
kobietę, która nie ma za co utrzymać rodziny. Postąpiłem
jednak inaczej, bo uważałem, że instytucja musi dobrze
funkcjonować. Kiedy spojrzałem w lustro, poczułem się bardzo
głupio.
– Czym jest dla Pana wiara?
– Wiary nie łączę bezpośrednio z religią. Wierzę w
istotę wyższą i w jakąś doskonałość, czystość. Bóg
jest dla mnie tym „punktem”, w kierunku którego człowiek
powinien iść. Jeżeli tego „punktu” nie ma przed
sobą, wtedy błądzi. Wiara jest podstawą. Wiadomo, że
doskonałości nigdy nie osiągniemy, bo tylko Bóg jest doskonały,
ale musimy do niej dążyć. Dla mnie wiara to dążność do
ideału.
– Czym jest miłość?
– Miłość to akceptacja, jakiś rodzaj afirmacji
wszystkiego, co mnie otacza. Gdybym nie miał miłości, wątpię
czy mógłbym tworzyć. Chodzi oczywiście o miłość w bardzo
szerokim znaczeniu: do świata, do życia, do Boga.
– Do ludzi również?
– Ludzi trzeba lubić. Nigdy nie miałem w sobie nienawiści.
W moim wewnętrznym życiu nie ma nienawiści. Nawet nie
rozumiem, co znaczy nienawidzić. Jeżeli nie będziemy miłować
konkretnego człowieka, nie będziemy zachowywać w stosunku do
niego granicy norm, nie wyobrażam sobie życia na ziemi.
– Erotyki, które Pan napisał, są wyrazem miłości,
fascynacji, tęsknoty, ukrytych pragnień...?
– Przede wszystkim miłości. Miłość w moich erotykach
jest bardziej wewnętrzna niż zewnętrzna, bardziej związana z
metafizyką niż z wyrażanym w słowach „kocham cię”
uczuciem. Erotyki to to, co wynika z najgłębszego odczucia miłości.
– Dlaczego jest w nich więcej pragnienia niż spełnienia?
– Człowiek zawsze więcej pragnie niż potrafi spełnić.
Któż z nas nie przeżył zawodu w miłości? Nie mówię wyłącznie
o miłości mężczyzny do kobiety, czy kobiety do mężczyzny.
Życie często nas zawodzi. Miłość również.
– Czy dlatego nas zawodzi, bo kochamy mit i wyobrażenie
kobiety czy mężczyzny, a nie konkretną osobę?
– Ideał osoby jest nieosiągalny. Nawet w kobiecie, którą
kochamy, znajdujemy niedoskonałość. Prawdziwym ideałem może
być tylko Bóg.
Ludzka miłość bywa ślepa. Tak było z pierwszą moją miłością.
Przekonałem się o tym po latach. Kobieta, którą pokochałem,
nie była tą osobą, która istniała w mojej wyobraźni. Na
szczęście nie związaliśmy się z sobą.
– „Kochałem, a jednak ciągle jestem
samotny” - powiedział Pan kiedyś.
– Można kochać i być samotnym. Nie jest się samotnym
wtedy, kiedy miłość jest wzajemna, obustronna. Nie chodzi
tylko o miłość do kobiety. Często w moim życiu tak bywało,
że kiedy angażowałem swoje uczucia, spotykał mnie zawód. To
pozostawiło głęboki ślad w mojej psychice.
– Stąd brał się, tak istotny w Pańskiej twórczości,
bunt?
– Tak, buntuję się nawet przeciwko własnym myślom. Ale
one - tak jak pisałem w jednym ze swoich wierszy - też się
buntują. Buntuję się wewnątrz, ale nie zawsze potrafię
wyrazić ten bunt na zewnątrz. To rzecz naturalna, bo człowiek
żyje w społeczeństwie, w różnych społecznych czy
politycznych układach, i nie zawsze może wyrazić do końca swój
bunt.
- Mówi Pan o buncie względem tragicznego losu, niewiary,
niespełnienia, samotności...?
- Bunt dotyczy nie mojego, tragicznego zresztą życia, lecz
tego, co mnie otacza, z czym się nie zgadzam, co pojmuję
inaczej, co chciałbym zmienić. Trwoży mnie przede wszystkim
przyszłość ludzi.
Rozwój techniki, który nas ubogaca, równocześnie nas
ogranicza. Mamy wiele przykładów z dziedziny techniki, gdzie
tak zwane osiągnięcia techniczne obracają się przeciwko człowiekowi.
Jestem, być może, niepoprawnym pesymistą, ale obserwując
przez kilkadziesiąt lat swojego świadomego życia to, co się
dzieje, wydaje mi się, że z naszą cywilizacją, z człowiekiem
jest coraz gorzej. W różnych częściach globu ziemskiego ciągle
nasila się niepokój. Młodzi ludzie, którzy korzystają z osiągnięć
techniki, często przestają myśleć, wykorzystywać swoje
zasoby myślowe. Grozi nam to, że ludzkość będzie staczała
się w niewiedzę, w sensie samodzielnego myślenia, a jednocześnie,
że będzie nastawiona wyłącznie na konsumpcję.
– Kiedy Pan powraca myślami do przeszłości, patrzy
na swoją młodość i na siebie sprzed lat, kiedy porównuje
tamten czas ze swoim wiekiem dojrzałym, więcej widzi Pan
podobieństw czy rozbieżności?
– Myśli,
które zawarłem w pierwszych poematach towarzyszyły mi przez
wszystkie późniejsze lata i towarzyszą mi do dzisiaj. Na
pewno moje spojrzenie na świat czy ludzi jest o wiele pełniejsze
i głębsze, ale fundament pozostaje ten sam. To, co w życiu
przeszedłem, nie zmieniło mojej natury.Dzieciństwo wciąż
rodzi się w mojej pamięci, tak jakby było dopiero co przeżywane.
Nic prawie nie pamiętałem z dzieciństwa, kiedy jednak zacząłem
pisać wspomnienia, wszystko powróciło. Może to „prawo
łuku”. Człowiek wzbija się, wzbija coraz wyżej, i
potem spada na to samo miejsce. W twórczości, w poezji, dzieciństwo
jest podstawą, elementem, od którego odchodzimy... i do
którego powracamy. Nawet, jeśli dzieciństwo było tragiczne,
powracamy do niego.
– Nigdy
nie próbował Pan odnaleźć swoich pierwszych, młodzieńczych
poematów?
– Tak, próbowałem,
ale tam, gdzie one zostały ukryte, nic nie ocalało.
Paryż, 24
sierpnia 1995 roku
|

Na zdjęciu:
Stanisław
Misakowski
(Paryż, 1995)
Fot. Marek Wittbrot
|