Kim jestem dla Ciebie (1)

Pewien dziennikarz Państwowej Telewizji Japońskiej powiedział mi któregoś dnia: „Jestem humanistą-marksistą. Nie wierzę w chrześcijanizm, ale łączę się w wierze z Edwardem.” Jednak moja wiara, nawet jeśli nie wynosi obcej tradycji do chrześcijaństwa, nie jest wiarą w chrześcijaństwo. Jest wiarą w osobę, którą jest Chrystus.
Pewnego dnia Jezus pytał uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” Padły różne odpowiedzi. Wtedy Jezus ich spytał: „A wy za kogo mnie uważacie?” Odpowiedział Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego!” Jezus pochwalił Piotra za odpowiedź. Żaden człowiek nie mógł wyznać tak wspaniale wiary bez znaku otrzymanego od Ojca. (Mt 16,13-16) Podobna łaska jest dana tylko pokornym i maluczkim (Mt 11,25).
Moja poprzednia książka: „Prier, un nouveau defi japonais” [Modlitwa: nowe wyzwanie Japończyków] (Wydawnictwo „Ouvrières”, 1982) wyraża już, w pewnym sensie, kim jest Jezus, w którego wierzę. Wszyscy ci ludzie, którzy walczą, aby zbudować nowy świat, aby znieść wszystkie niesprawiedliwości, manifestują zarazem miłość braterską. Chrystus Zmartwychwstały żyje w nas. „Albowiem wiemy, że przeszliśmy od śmierci do życia, bo miłujemy naszych braci” (1J 3,14). 
Jezus ciągle żyje, wczoraj, dziś i jutro. Stawia nadal każdemu z nas to samo pytanie: „Kim jestem dla ciebie?” To pytanie rozbrzmiewało w moim sercu długie lata. Myślę, że odpowiedź jest trudna. Nie chodzi przecież o wyrażenie jej słowami, ale także codziennym zachowaniem przez całe nasze życie. „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania” (J 14, 15).
W miarę jak zdobywamy doświadczenie, nasze wyznanie wiary przybiera na sile. I to jest normalne. Pisząc te słowa nie chciałem zredagować ani abstrakcyjnego dzieła o Chrystusie, ani zwykłej autobiografii. Na prośbę mojego japońskiego wydawcy spróbowałem podzielić się moim świadectwem wiary. Japońska Federacja Protestancka wydała to w 1986 roku pod tytułem: „Chwalmy Pana!”. W 1989 roku, wydawnictwo St. Paul (Manilia) opublikowało wersję angielską pt. „My journey to the living Christ”. Ale nie pojawiła się wersja francuska.
W pierwszej części zarysowałem obraz Chrystusa, który objawiał mi się w dzieciństwie, aż do okresu święceń kapłańskich. W drugiej części starałem się wyrazić, kim jest Jezus w moim aktualnym życiu. To świadectwo wypłynęło z serca, tak jak list pisany przez zakochanego do ukochanej. Mam nadzieję, że czytelnik będzie smakował te skromne słowa z sercem otwartym na miłość.
Ojciec Anthony de Mello opowiada następujący epizod w swoim cudownym „Śpiewie ptaka” (wydawnictwo Desclée 1984, s. 14). Spytano pewnego dnia Uwaisa: „Co daje ci łaska?” Odpowiedział: „Kiedy wstaję rano, czuję się jak ktoś, kto nie jest pewny dożyć wieczora.” Ktoś odparł: „Wszyscy to wiedzą.” Uwais dodał: „Oczywiście, ale nie wszyscy to czują”. Ojciec de Mello dodaje następujący komentarz: „Nikt nigdy nie upił się słysząc tylko wyraz wino”.
Przepełniony Duchem (Ef 5,18), a nie upojony winem, chciałbym stać się świadkiem takim, abym mógł radować się delektując się miłosierdziem Pana. Ponieważ nie wystarczy wiedzieć, lecz trzeba rozkoszować się Jego dobrocią.

I. POSMAK PRZYGODY DUCHOWEJ W PIELGRZYMCE 

1. Wspomnienia z dzieciństwa. „Jak glina w rękach garncarza”

Miałem siedem lat, kiedy, któregoś dnia, mój starszy o dwa lata brat Zygmunt powiedział matce: „Mamo, chcę zostać księdzem”. Wyrażone w mojej obecności pragnienie Zygmunta obudziło w moim sercu podobne nadzieje, którymi nie odważyłem się jednak natychmiast dzielić. Jakiś czas później mój starszy brat został wysłany do szkoły przygotowującej do Średniej Szkoły Katolickiej. Ogarnięty zazdrością nie byłem w stanie dłużej zwlekać i wyjawiłem rodzicom moją decyzję połączenia się z bratem. Reakcja ich była natychmiastowa: „Zygmunt wstąpił do Średniej Szkoły Katolickiej i radość, że zostanie księdzem jest naszą wspólną radością. Tym niemniej, jeden ksiądz w rodzinie wystarczy. A co do Ciebie, jesteś stanowczo zbyt młody, by myśleć o podobnych rzeczach. Szczególnie, że droga do święceń kapłańskich nie jest aż tak prosta, jak teraz może ci się wydawać. Głębsze zastanowienie się nad wyborem takiej drogi życiowej tylko dobrze ci Edku zrobi.”
Powracając myślami z poddasza misyjnej kaplicy w Kawasaki-Asada do tamtej odległej o pół wieku sceny z mojego dzieciństwa, nadal nie mogę się oprzeć wrażeniu, że było to moje pierwsze spotkanie z Chrystusem. ”Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał.” (J 6,44) Od tamtego intymnego spotkania, moje dziecięce marzenia zacząłem łączyć z obowiązkami ministranta w pobliskim kościele. Moje codzienne wędrówki rankiem z polskojęzycznego domu rodziców emigrantów do francuskiej szkoły prowadziły poprzez łacińskie msze. Poranki te nie były dla mnie nużące, wręcz odwrotnie, stawały się zaczątkami radosnych przeżyć, które stopniowo formowały mój chłopięcy światek. Popołudnia spędzałem nie tylko na zbiórkach harcerskich, ale także wśród wielokulturowych zrzeszeń katolickich, które tak jak Krucjaty Eucharystyczne, Sodalicja Mariańska, Tercjarstwo Świętego Franciszka i wiele innych stowarzyszeń były powszechnie dostępne dla nas. Wszystko to razem jedynie wzmagało moje pragnienie pracy kapłańskiej. Bez względu na to, jak określimy ten rodzaj pragnień, życzeń czy marzeń kilkunastoletniego chłopca, fakt pozostanie faktem, że łaska Ojca, której doświadczyłem w trzydziestotysięcznym miasteczku zbliżała mnie ku Synowi. 
Chrystus, w którego ja wierzę, zwraca się osobiście do nas wszystkich, kobiet i mężczyzn, bez wyjątku, w ten czy inny sposób. Jest On w stanie dać nam nie tylko światłość działania, lecz także siły niezbędne, by samemu odkrywszy wolę Boga, praktycznie tą wolę dopełnić w radości codziennych naszych zajęć.[1] Innymi słowy, historia ludzkości i każdej ludzkiej istoty jest niczym więcej, niżeli kolejnym etapem rozwoju ku doskonałości w ostatecznym połączeniu się z Nim. Nasze rodzinne życie zawsze opierało się na właśnie tak pojętej wierze. 
Mimo dwudziestu pięciu lat, które upłynęły wśród przyjmujących po raz pierwszy Świętą Komunię Japończyków, czy mieszkających wśród nich mniejszości koreańskich i chińskich, ja sam często myślami powracam do tamtego prowincjonalnego francuskiego miasteczka, skromnego robotniczego podwórka, które dzieliliśmy z dwiema rodzinami imigrantów z Czechosłowacji i przedrewolucyjnej Rosji, i mojej pierwszej komunii w tym samym francuskim kościele, gdzie sam miałem kiedyś odprawić z moim bratem Zygmuntem mszę żałobną za duszę naszego ojca Jana. Wówczas, kiedy miałem przystąpić do tej pierwszej w moim życiu komunii, przyjechała do nas z Polski siostra mojej matki Anna. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ta właśnie ciocia w przyszłości wstąpi do klasztoru Karmelitanek Bosych we Francji. Ale już wtedy, jak pamiętam, Anna wraz z nami wszystkimi spędzała wieczory rodzinne na modlitwie u podnóża domowego krzyża i obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, pod którym, w świetle palących się świec, śpiewaliśmy ten sam nadal popularny w Polsce hymn, który i teraz w Kawasaki sam sobie nucę łącząc się duchem z daleką Polską:

Wszystkie nasze dzienne sprawy
Przyjm litośnie Boże Prawy
A gdy będziem zasypiali 
Niech Cię nawet sen nasz chwali.

Moi Rodzice opuścili swoją ojczystą Polskę po pierwszej wojnie światowej, udając się za chlebem do Francji. Mimo zmiany kraju, ojciec Jan z matką Weroniką pielęgnowali na emigracji wyniesioną z Suwalszczyzny tradycję przodków. W niedzielę, odświętnie ubrani rodzice, już po Mszy Świętej, znajdowali pomiędzy domowymi zajęciami czas na te nadal popularne w Polsce „Godzinki”. Mimo ubogiego wykształcenia, obydwoje byli namiętnymi czytelnikami, zarówno popularnej literatury, jak i docierających z Polski wydawnictw religijnych. Polskojęzyczne „Żywoty Świętych” i redagowane przez polskiego misjonarza Japonii numery „Rycerza Niepokalanej” kształtowały moje dzieciństwo we Francji. Wraz z hitlerowską inwazją, wydawana przez Ojca Maksymiliana Kolbego w Niepokalanowie prasa religijna przestała docierać do Francji, i wkrótce nasze życie rodzinne uległo raptownej zmianie. Ojciec mój Jan został zesłany przez władze okupacyjne na roboty przymusowe w niemieckim Ludwigshafen. Dopiero po jego powrocie dowiedzieliśmy się, że zdołał zabrać ze sobą do Niemiec polską edycję „Ćwiczeń Duchowych” św. Ignacego, której wielokrotna lektura dodawała mu sił w tamtym okresie. Już znacznie później zrozumiałem, że właśnie tam należało się doszukiwać tej charakterystycznej dla ojca skłonności do przeplatania naszych codziennych rozmów cytatami z Pisma Świętego. „Ćwiczenia Duchowe” kształtowały jego głęboko zakorzenione w nauce Pisma Świętego światopogląd i codzienne decyzje moralne. 
Powszedniość wiary nie ograniczała życia rodziców, nie nadawała ich codzienności szarości smutku. Mimo ciężkich warunków, które moi rodzice dzielili z innymi robotnikami imigracyjnymi, ich życie pełne było pogodnej radości. Nadal żywo pamiętam tamte przedokupacyjne niedziele, kiedy zamieszkująca nasze miasteczko Polonia zamieniała nasz rodzinny dom w rozśpiewany festyn, gdzie między polskimi potrawami ruszano w tańce i tradycyjne „na zdrowie!” przechodziło w ludowe przyśpiewki. Rodzice, Jan z Hańczy i Weronika z Potaszni, mimo czwórki urodzonych we Francji dzieci i emigracyjnych doświadczeń, pozostali na wskroś polscy „i do tańca i do różańca”.
Obydwoje też nie popuszczali nam karbów. Kiedy Niemcy zabrali nam ojca, matka nie roztkliwiała się nad nami. Nie tylko nie pozwoliła nam zapomnieć ojcowskiej ręki, ale bieglej niż on posługiwała się paskiem. Szczególnie ja w czasie nieobecności ojca doświadczałem na własnej skórze ciężkiej ręki matki. Wszelkie moje demonstracje zazdrości, czy prowadzącą do kłótni rywalizację z Zygmuntem perswadowała mi matka paskiem, a przy okazji dostawało się też Zygmuntowi.
Powrót Jana z niemieckiej niewoli dodał nam nie tylko otuchy, ale także pozwolił zrozumieć, że surowa ręka matki w okresie naszego kształtowania była jedynie wyrazem jej matczynej miłości. Pocieszając nas, ojciec miał zwyczaj mówić, że „oczywiście każda kara jest w swoim czasie bolesnym i dosyć niemiłym przeżyciem, tym niemniej później ci, którzy przeszli przez ten rodzaj doświadczeń, byli właśnie dlatego w stanie wydać owoce pokoju i dobroci” (Hbr 12,11). Tak jak autor Listu do Hebrajczyków cytuje fragment Księgi Przysłów:
Upomnieniem Pańskim nie gardź, mój synu, nie odrzucaj ze wstrętem strofowania. Bowiem karci Pan, kogo miłuje, jak ojciec syna, którego lubi (3,11-12). Więc, prowadzony miłością rodzicielska Jana i Weroniki, już od wczesnego dzieciństwa byłem w stanie wyraźnie doświadczać radości i cierpienia, którymi nasz Ojciec Niebieski wiedzie wszystkich nas ku sobie.
Oczywiście moi rodzice nie byli bez skazy. Jak każdy z nas, Jan z Weroniką mieli swoje wady. Weronika na przykład usiłowała bezskutecznie zmusić Jana do rzucenia palenia. Sam też nie zawsze byłem w stanie zrozumieć przyczyn częstych kłótni rodziców, których świadkiem byłem od wczesnego dzieciństwa. Było to dla mnie tak bolesne, że wielokrotnie usiłowałem ich pogodzić. Mimo temperamentu i powtarzających się waśni, doszedłem do przekonania, że jednak kochali się wzajemnie. Było to dla mnie radością, ale też i próbą. Z rodzinnego domu wyniosłem wiarę, że Bóg dopełnia naszej edukacji poprzez kolejne etapy ziemskiego życia. Wykorzystując te wszystkie nasze cierpienia, próby i porażki, stara się On wyzwolić nas z egoizmu i pychy, i skłonić ku głębszej intymności z Nim, naszym Ojcem. Istoty tak właśnie pojętej edukacji, doświadczyłem chyba najgłębiej podczas przewlekłej choroby matki, która dopełnić miała jej życia wśród nas. 
Wolą Boską choroba Weroniki zbiegła się z moim pierwszym, po przeszło 7 latach misji w Japonii, urlopem w Europie. Przerwę tą postanowiłem wykorzystać na odwiedzenie rodzinnej Suwalszczyzny. Dlatego wkrótce, po moim przylocie z Japonii, wraz z Weroniką, Zygmuntem, naszym najmłodszym bratem Janem Piotrem i naszą siostrą Teresą, wyruszyliśmy z Francji do ojczyzny moich rodziców. Już drugi dzień pobytu w Potaszni okazał się dla Weroniki i dla nas próbą. Została ona doświadczona jednostronnym paraliżem dolnej części ciała. Nasza wówczas 65-letnia matka miała spędzić jej ostatnie pięć lat życia we Francji, jako sparaliżowana niemowa z mężem Janem oddającym się całkowicie jej pielęgnacji. Jan nie tylko przejął jej obowiązki kuchenne, ale także pranie i całą resztę zajęć domowych. Pamiętam jak któregoś dnia, przynoszący jej jak zwykle kolejny posiłek, Jan powiedział z uśmiechem: „Coś na przekąskę dla mojej księżniczki!”. Najmłodszy brat Jan Piotr wówczas skomentował: „Nie wydaje się wam, że zachowują się jak para młodocianych kochanków?” Choroba należy do tych doświadczeń, przed którymi wolelibyśmy nie być wystawieni na próbę, ale jednocześnie dobry Bóg Ojciec, nasz najlepszy przyjaciel, jest w stanie nadać jej głębszy sens. Dzięki Ci Boże, ze pozwoliłeś Weronice i Janowi wspólnie przejść przez tą, o piękno duszy, krystalizującą próbę miłości, którą święty Paweł tak ujął w liście do Rzymian: „Wiemy, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra.” (8,28).
Rozmyślając w tym samym duchu nad historią współczesną, powracam w myślach do okupowanej przez hitlerowców Francji i intensywnych próśb Kościoła Katolickiego skierowanych do wiernych o modlitwy w intencji pokoju i szczęśliwego powrotu jeńców wojennych do ich rodzin. W tym samym czasie rodził się we Francji Podziemny Ruch Oporu, który przeszedł do Historii pod nazwa „Résistance”. W 1943 roku, niesiony na ramionach wiernych posążek Naszej Matki Bulońskiej, pielgrzymował w tłumnej procesji po kolejnych miastach Francji. Nigdy nie zapomnę radości, z jaką przyglądałem się tym, często bosonogim, tłumom i ludziom, którzy ze skrzyżowanymi na piersiach rękami śpiewali „Parce Domine! Zlituj się Boże, Zlituj się nad nami!”. Rozśpiewana tymi i innymi religijnymi pieśniami Francja oddawała się Bożej Opiece. Wówczas, jak i wiele razy później, kierowała swoje prośby o wyzwolenie z obcej niewoli - ojczystej ziemi moich rodziców - Polski. Wtedy jednak, w okupowanej Francji, myśli dziesięcioletniego chłopca, kierowały się ku kościołom, w których witający Naszą Matkę Bulońską spędzali czas na nocnym czuwaniu i modlitwie. Ta wspólnota publicznie manifestująca wiarę nie tylko wywarła ogromne wrażenie na wyobraźni dziesięciolatka, jakim wówczas byłem, ale wraz z kolejnymi etapami pielgrzymki moje dziecięce modlitwy nabierały posmaku świadomej przygody. Wspominając w wieku dojrzałym początki pielgrzymki, która geograficznie oddalając mnie od stron rodzinnych, jednocześnie zbliżyć miała mnie ku Ojcu, słowa 23. Psalmu nabierają dla mnie szczególnego znaczenia: „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza.” (23,4). Podobnie, jak Psalm 91:„Ja go wybawię, bo przylgnął do Mnie: osłonię go, bo uznał Imię Moje.
Będzie Mnie wzywał, a Ja go wysłucham i będę z nim w utrapieniu, wyzwolę go i sławą obdarzę.” (91,14-15).
Wówczas jednak, dla rozczytującego się w polskojęzycznych „Żywotach Świętych”, syna polskich emigrantów we Francji, lektura ta wzbudzała jedynie nieśmiałe próby naśladownictwa. Pamiętam jednak, że już w latach chłopięcych, ilustrowana książeczka o życiu ks. Jozefa Cardijna wzruszyła mnie tak bardzo, iż moją przyszłą posługę kapłańską pragnąłem jak on pełnić w robotniczym duszpasterstwie. [2]
Dla urodzonego pod Paryżem syna polskich emigrantów, już pierwsze dziecinne wyprawy z polskojęzycznego domu rodziców na francuskie podwórko były swoistą przygodą. Nie mniejszą przygodą była dla mnie, w dojrzałym już wieku, wycieczka piórem ku początkom moich pierwszych spotkań z Chrystusem. Szczególnie, że przeżyte w kilku innych językach kolejne etapy mojej pielgrzymki ku Ojcu, powracają teraz w mojej pamięci w języku japońskim. Ale, mimo że właśnie w tym języku upłynęło przeszło dwadzieścia lat mojego misyjnego duszpasterstwa, początki tej duchowej przygody sięgają mojego polsko-francuskiego dzieciństwa.

2. W polskim liceum: „Ojcze, czego oczekujesz ode mnie?”

W 1945 roku, moi rodzice wysłali mnie do polskiego liceum w Chevilly blisko Orleanu. Te cztery lata spędzone w szkolnym internacie nie należały do najłatwiejszych, gdyż często tęskniłem za rodzinnym domem. Mimo to radość spotykania się z innymi polskimi rówieśnikami i poszerzające horyzonty dyskusje wciągnęły mnie w to początkowo obce i czasami monotonne życie internatu. Nasze grono pedagogiczne składało się w większości z polskich pallotynów, którzy przeszli przez katorgi nazistowskich obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, Dachau czy Buchenwaldzie. Po wyzwoleniu, zamiast wracać do Polski, zdecydowali się poświęcić pracy duszpasterskiej i pedagogicznej wśród Polonii francuskiej. Ci doświadczeni losem księża nie tylko byli w stanie odzyskać pogodę ducha, lecz także stworzyć wśród uczniów poczucie koleżeńskiej więzi i pełnej wigoru solidarności. Atmosfera ta miała kojący wpływ w czasie młodzieńczych rozterek. Nadal żywo pamiętam jedną z tych dodających odwagi piosenek:

Choćbyś miał w życiu spaść
 Na same dno (bis)
 Choćby ci jak po grudzie  
Wszystko szło (bis) 

To uśmiechnij się i wierz, że osiągniesz to, co chcesz! Zawsze chciej zapamiętać sobie to: 
Zawsze w sercu nieś pogodę 
I miej uśmiechniętą twarz 
Jeśli Ci nie poszło w środę
Zawsze jeszcze czwartek masz przed sobą !

Wielokrotnie przysłuchiwałem się obozowym wspomnieniom naszych nauczycieli. Już wówczas opowieści o okrucieństwie oprawców, przez które ci księża przeszli, wyzwalały we mnie gniew sprzeciwu ku wszelkim formom rasowej dyskryminacji, militarnej przemocy i mniej lub bardziej zakamuflowanemu imperializmowi. Właśnie wtedy zdecydowałem się swoje życie poświęcić walce ze wszelkim przejawami, oddalającego nas od Boga, zła. 
Nauka w polskim liceum pozwoliła odkryć mi piękno rodzinnego języka, w którym to odkrywałem, jak głęboko chrześcijaństwo zakorzenione było w polskiej kulturze i państwowości, co także podkreślił Jan Paweł II w czasie swoich pielgrzymek do Polski w 1979 i 1983: „Trudno jest zrozumieć dzieje naszej Ojczyzny, nasze historyczne „wczoraj”, a także i „dzisiaj”, bez Chrystusa.” Historyk literatury polskiej Juljan Krzyżanowski pisze, że najstarszym w literaturze polskiej źródłem poetyckim jest modlitwa do Bogurodzicy.[3] „Bogurodzica” była historycznie pierwszym hymnem narodowym i śpiewana była zarówno w czasie uroczystości dworskich, jak i na polach bitwy (J. Krzyżanowski „Dzieje Literatury Polskiej”). Polska kultura i przenoszone z pokolenia na pokolenie tradycje były głęboko przepojone wiarą w Chrystusa. Dla mnie, jak dla wielu innych synów i córek Polski, ziemia ojczysta kojarzy się z popularna poezją Marii Konopnickiej: 

Ojczyzna moja, to ta ziemia droga 
Gdziem ujrzał słońce i gdziem poznał Boga 
Gdzie ojciec, bracia i gdzie matka mila
W polskiej mnie mowie pacierza uczyła.

Polskie piosenki zajmowały istotne miejsce w naszym licealnym życiu. Repertuar był dość różnorodny, śpiewaliśmy zarówno hymny, jak i niepodległościowe i popularne wśród Polaków piosenki. Poprzez śpiew łączyliśmy się w wierze i nasze myśli kierowaliśmy ku Polsce, tak jak inni uchodźcy w tej oto piosence: 

1. O Panie któryś jest na niebie 
Wyciągnij sprawiedliwą dłoń 
Wołamy z cudzych stron do Ciebie 
O polski dach, o polską bron. 


Refren: 
O Boże, skrusz ten miecz, co siekł nasz kraj 
Do wolnej Polski nam powrócić daj 
By stał się twierdzą nowej siły 
Nasz dom - nasz dom. 

2. O Panie usłysz skargi nasze 
O usłysz nasz tułaczy śpiew 
Znad Wisły, Warty, Sanu, Bugu 
Męczeńska do Cię woła krew.
 

Refren: 
O Boże, skrusz ten miecz... itd.

Pieśń ta zwana „Modlitwą Uchodźcy” powstała w Rumunii w 1959 roku. Szczególną radość sprawiła mi wiadomość, że pieśń ta śpiewana była także przez uwięzionych w czasie stanu wojennego członków „Solidarności”. Okazywanie serca wrogom i modlitwę w intencji ciemiężycieli (Mt 5,44), lud polski łączył z walką o niepodległość w ciągu prawie dwóch wieków, i nadzieje uzyskania pełnej samorządności nadal mobilizują do działania nasz naród. Miłość przeciwnika nie jest jednoznaczna z pasywnością, a raczej z wyrazem siły, poprzez wspólnotę ostrożnego i wytrwałego działania nie tylko aktywnie przeciwdziała i potępia zło, lecz także uświadamia ciemiężycielowi niemoralność jego postępowania. Tak właśnie pojęta miłość dodawała otuchy strajkującym w Gdańskiej Stoczni (imienia Lenina) robotnikom, kiedy łączyli się w śpiewie:

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy, 
Przed mocą Twoją się ukorzę! 
Ale chroń mnie, Panie, od pogardy, 
od nienawiści, strzeż mnie Boże! 
Wszak Tyś jest niezmierzone Dobro, 
którego nie wyrażą słowa!
Wiec mnie od nienawiści chroń 
i od pogardy mnie zachowaj! 
Co postanowisz, niech się ziści 
Niechaj się Wolą Twoją stanie 
Ale zbaw mnie od nienawiści, 
ocal mnie od pogardy, Panie!
[4]

Poprzez historie niepodległościowych zmagań, naród polski wielokrotnie doświadczał, jak absurdalnie kosztowne były próby zbrojnych powstań przeciw najeźdźcom. Powstania (1850, 1846, 1848, 1863, 1905) nieodmiennie kończyły się egzekucjami przywódców i zsyłką lub emigracja elity społecznej. Niezależnie od tego, każde kolejne próby zbrojnego oporu prowadziły do zaostrzenia przez zaborców represji. Rozlewem krwi zakończyły się również zrywy patriotyczne po drugiej wojnie światowej (1956, 1968, 1970). Dlatego też nauczeni doświadczeniami, skupieni wokół Wałęsy, działacze zrzekli się zbrojnych środków oporu i w oddaniu się Prawdzie szukali siły przetrwania. Tak właśnie krystalizowała się „Solidarność”, ruch odnowy społecznej, w którego programie zawarta była idea samorządności ludu pracy. Idea ta w praktyce władzy komunistycznej równała się z „herezją”. 
W czasie swojej drugiej pielgrzymki do Częstochowy 19 czerwca 1983 roku, papież Jan Paweł II skierował się do Matki Boskiej słowami wieczornej modlitwy: 
Matko Jasnogórska, pragnę Tobie samej zawierzyć to wszystko, co zostało wypracowane w trudnym okresie ostatnich lat, zwłaszcza od sierpnia 1980 r. Spraw, aby te wszystkie prawdy, zasady, wartości i postawy, to co prawdziwe, nie zginęło... Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Słowa te stanowią potężną zaporę przeciw narastaniu nienawiści i odwetu. Te słowa z modlitwy Pańskiej zabezpieczają międzyludzką jedność u samych jej korzeni. Matko naszych serc, spraw aby słowa te kształtowały moc przebaczenia, wszędzie tam, gdzie bez przebaczenia nie potrafimy wyrwać się z pęt nienawiści. Nienawiść bowiem jest siłą niszczącą, a my nie możemy posługiwać się siłą niszczycielską, ani nie wolno dać się przez nią zniszczyć. Iluż ludzi na polskiej ziemi dało świadectwo takiej właśnie postawy w ostatnich czasach. Dziękujemy Ci za to Pani Jasnogórska. Dziękujemy Ci za każde zwycięstwo miłości w roku kanonizacji Ojca Maksymiliana Kolbego, błogosławionych Rafała Kalinowskiego i Alberta Chmielowskiego. Przebaczenie jest mocą miłości, przebaczenie nie jest słabością. Przebaczanie nie oznacza rezygnacji z prawdy i sprawiedliwości, ale oznacza zmierzanie do prawdy i sprawiedliwości drogą ewangelii.
Ojciec Kolbe (obecnie św. Maksymilian) zginął skazany na śmierć głodową w Oświęcimiu zamieniając swoje miejsce ze współwięźniem, sierżantem Gajowniczkiem. Poświęceniem swoim, święty Maksymilian Kolbe dał świadectwo, że nawet w zdominowanym przez nienawiść świecie współczesnym, miłość bliźniego jest nadal żywa (1, J 5/10). [5] Błogosławieni Rafał i Albert byli aktywnymi uczestnikami Powstania Styczniowego w 1863 roku. Rafał przypłacił powstanie zsyłką na wiele lat, a Albert utratą nogi. Jan Paweł II, który 22 czerwca 1983 roku oficjalnie ogłosił Rafała i Alberta „błogosławionymi” podkreślił, że „Powstanie styczniowe było dla nich etapem na drodze do świętości, która jest heroizmem całego życia.” Przeszło milion zgromadzonych w Warszawie wiernych usłyszało w dniu 17 czerwca 1983 roku od Jana Pawła II następujące słowa: „Człowiek powołany jest do zwycięstwa nad sobą. Do zwycięstwa nad tym, co krępuje naszą wolną wolę i czyni ją poddaną złu. Zwycięstwo takie oznacza życie w prawdzie, prawość sumienia, miłość bliźniego, zdolność przebaczenia, rozwój duchowy naszego człowieczeństwa.
Zastanawiając się nad istotą słów, którymi polski Papież dzielił się z doświadczonymi niedawnym Stanem Wojennym rodakami, ja sam powracałem myślami do słów, którymi ci ocaleli z obozów koncentracyjnych kapłani, dzielili się z nami, pierwszymi powojennymi rocznikami Liceum Polskiego we Francji. Podobnie jak Jan Paweł II, nasi duchowni nauczyciele licealni często podkreślali w naszym rodzinnym języku społeczne wartości chrześcijańskiego pojęcia przebaczenia, miłości ku winowajcom i naszą, zarówno jednostkową, jak i wspólną odpowiedzialność za rozwój duchowy. Uniwersalność tych tradycyjnie chrześcijańskich podstaw grupowego współżycia łączyła w wierze tak samo nie tak dawno zebrane w Warszawie tłumy Polaków, jak i członków polonijnej oazy w Liceum Polskim koło Orleanu kilkadziesiąt lat wcześniej. Mimo to, moje szkolne życie nie było pozbawione tych zwykłych, codziennych rozterek i wątpliwości. 
Pamiętam, że w czasie szkolnych wakacji zawsze starałem się odwiedzać mojego, pracującego w wapiennych kamieniołomach, ojca. Jego ciężka fizyczna praca, z której utrzymywał naszą rodzinę, potęgowała we mnie pragnienie jak najszybszego ukończenia liceum. Dlatego też, kiedy dyrektor naszego liceum zasugerował mi przerobienie w czasie wakacji całorocznego kursu i przeskoczenie o dwie klasy wyżej, zgodziłem się natychmiast wiedząc, że rodzice zaoszczędzą poważną sumę na opłatach szkolnych. Nie bez znaczenia tez było, że starszy rocznik licealistów wydawał mi się bardziej dojrzały. 
Któregoś dnia, kiedy zmorzony grypą pozostawałem w internacie, sięgnąłem po traktującą o powołaniu kapłańskim książkę. Powodem mojej duchowej rozterki była dręcząca mnie wątpliwość, czy faktycznie, po zbliżającej się wówczas maturze, powinienem wstąpić do Seminarium Duchownego. Brakowało mi pewności, że Bóg naprawdę wybrał mnie do pracy kapłańskiej, szczególnie, że w głębi duszy nigdy nie słyszałem wyraźnie „Chcę, Edku, żebyś został sługą Bożym”. A jednak, właśnie ta, czytana w chorobie książka, rozwiała moje wątpliwości. Autentyczność powołania kapłańskiego, według autora, nie tylko opiera się na subiektywności naszych odczuć. Istotna jest obiektywna świadomość zarówno potrzeb Kościoła, jak i otaczającego nas świata, innymi słowy, podstawowe kwalifikacje zdrowotne, intelektualne i moralne, pozwalające na rozważne i nieprzymuszone oddanie się chrześcijańskiej posłudze w duszpasterstwie mężczyzn i kobiet. 
Licealny zakres filozofii poszerzył także moje horyzonty myślowe. Szczególnie wciągnęło mnie studium takich kierunków jak egzystencjalizm, marksizm i posiłkujący się „Listami do Ashram” Hinduizm. Mimo to jednak, wraz z pomyślnym ukończeniem liceum, moje rozterki nad wyborem przyszłej drogi życiowej nadal nie dawały mi spokoju. Będąc zaledwie siedemnastolatkiem nie byłem pewny dojrzałości mojego wyboru. Pragnienie kapłaństwa było tak żywe wówczas dla mnie, jak pociągające były inne alternatywy. Wahając się nadal zadawałem sobie w głębi duszy pytanie: „Czy Bóg faktycznie mnie wola?” Czy pragnienie kapłaństwa nie było tylko dziecięcym marzeniem? Odpowiedzi na moje dylematy szukałem też u starszego brata Zygmunta, z którym spędzałem wakacje. Zygmunt, który był już od dwóch lat w Wyższym Seminarium Duchownym wspomniał mi wówczas o spotkaniu Chrystusa z bogatym młodzieńcem (Mt 19,16-22), a następnie dodał: „Ty też przecież, Edku, dochowywałeś wiary przykazaniom, które kształtowały twoją młodość. Jeżeli chcesz pójść za głosem serca i zostać księdzem, wstąpienie do Seminarium Duchownego jest oczywistą konsekwencją. Natomiast, jeżeli czujesz, że raczej powinieneś poświęcić się inżynierii lub medycynie, proszę nie zwlekaj. Bazujący na wolnej woli wybór przedmiotu studiów jest jednakowo ważny. Chrystus nie zmusza nikogo by wbrew swojej woli poświęcił się kapłaństwu. On jedynie powiedział temu zamożnemu młodzieńcowi: "Jeżeli chciałbyś osiągnąć doskonałość..." Podobnie też zwraca się On do Ciebie: "Jeżeli pragniesz... Jeżeli pragniesz być kapłanem... Witaj!"”. Tymi właśnie słowami mój brat Zygmunt wniósł do mojego serca spokój. Zrozumiałem, że tamte dziecięce pragnienia nie były wiążące dla maturzysty. Decyzję wyboru pracy kapłańskiej powinienem był podjąć teraz i w oparciu o obecny stan moich przekonań. Byłem wolny, mogłem dokonać świadomego wyboru mojej przyszłej drogi życiowej. Po rozmowie z bratem powróciłem do lektury książek traktujących o powołaniu kapłańskim. Oddałem się też intensywniej, niż miałem to w zwyczaju, modlitwom. Modląc się zwracałem się do Boga: „Ojcze, proszę Cię jedynie o jedno: dopełnij Twojej Woli! Pomóż mi zrozumieć to, czego oczekujesz ode mnie i daj mi siły, by wypełnić wolę Twoją.” W międzyczasie odwiedzałem też profesora miejscowego Seminarium, z którym dzieliłem się nie tylko myślami o gnębiących mnie rozterkach, ale także szukałem porady. Dopiero wówczas zdecydowałem się pójść do Rektora Wyższego Seminarium Duchownego i przed początkiem nowego roku szkolnego poprosiłem o jego zgodę na rozpoczęcie zajęć seminaryjnych. Jego reakcja zaskoczyła mnie: „Ależ oczywiście! Od dawna już czekaliśmy na ciebie!”.

Edward BRZOSTOWSKI

[1] „Bóg woła człowieka, aby rozbudzić jego czujność poznania Walki Bożej poddania się Mu. Człowiek w odpowiedzi powinien zgodzić się żywo i aktywnie na ten dar, jako prawdziwe pragnienie nawiedzenia, rozbudzone przez apel Boga.” (Dom Braso, Sentier de vie, wyd. Bellefontaine, s. 10-11). 
[2] Miał około 13 lat, pewnego wieczoru w koszuli nocnej z bosymi stopami schodził do kuchni. „Co ty tu robisz?” – zapytał zdziwiony ojciec. „Jesteś chory? Nie, więc do łóżka mój chłopcze.” „Nie mogę spać!” „Co to za historia?” „Ojcze, pozwól mu mówić!” - wtrąciła się pani Cardijn, domyślając się faktó, których w ten sposób nie można było lekceważyć. Józef jest bardzo wzruszony, ale zdecydowany: „Chciałbym nadal chodzić do szkoły. Chciałbym zostać księdzem, a w tym celu trzeba dużo się uczyć. Proszę was o pozwolenie na przerwanie pracy.” „Żono, my już dużo przepracowaliśmy.” – oświadcza ojciec - „ale jeśli my, maluczcy, możemy z dumą dać naszego syna Bogu, to popracujemy jeszcze trochę, a ty” – rzekł do chłopca – „idź spać.” (Marg. Fievet, Jacques Meert. Cardijn, wyd. E.V.O., 1969, s. 19-20). Skrajnie wyczerpany, aby pozwolić synowi zostać księdzem, Henri Cardijn umiera 24 maja 1903 r. „Otrzymując ostatnie ojcowskie błogosławieństwo, uścisnąłem mu rękę przysięgając, że poświęcę moje życie na ratowanie i wyzwolenie klasy robotniczej.”
[3] H. Englemann, Wiosna kościoła polskiego, Cert 1979, s. 15. Oto ten hymn:
„O Matko Boga, Dziewico Maryjo, błogosławiona przez Boga!
Matko Wszechmocna obok swego Syna,
Wstawiaj się za nami: Módl się za nami. Kyrie eleison!
- O Synu Boga, wysłuchaj krzyku Twojego ludu!
Wysłuchaj jego modlitwy i spełnij jego oczekiwania!
Zapewnij nam tutaj spokojne życie
i raj po śmierci: Kyrie eleison!”

[4] Antologia tekstów o miłości do nieprzyjaciół w tradycji polskiej. Wyd. Nasza Rodzina, 25 r. Surcouf, nr specjalny 1983.
[5] Maria Winowska, „Le Fou de Notre-Dame”.

Ks. Edward Brzostowski. Urodził się w 1932 roku we Francji. W 1962 roku obronił doktorat na rzymskim Gregorianum. W roku 1970 uzyskał tytuł Bachelor of Arts at japanese Literature na Uniwersytecie Keio w Japonii. Jest misjonarzem i tłumaczem. W 1982 roku ukazała się w języku francuskim książka, która dwa lata wcześniej została napisana po japońsku. Nosi ona tytuł: " Prier: un nouveau défi japonais ". Jej autor, ksiądz Edward Brzostowski, jest członkiem Zgromadzenia Prado, pracuje od 40 lat w Kraju Kwitnącej Wiśni.

42-3.jpg (69675 Byte)


Na zdjęciu:

Świątynie
(Kioto, 1994)


Fot. Anna Sobolewska

© Recogito, Rafaliga