O kolażach Romana Cieślewicza
Kolaż i fotomontaż towarzyszą sztuce
nowoczesnej od zarania. Co najciekawsze, nie płyną jednym zwartym
korytem, ale przejawiają się w różnych formach, jakby
samorodnie, gdziekolwiek twórcy w ciągu ostatniego stulecia
zrywają z tradycją, niszczą kanony perspektywy, dążą do nowej
przestrzeni, marzą o innej sztuce, która by szła ręka w rękę
z innym życiem. Kubiści pierwsi włączą w płótno strzęp
starego dziennika, skośnym szlakiem tapety przekażą zawrót głowy,
gdy budząc się, nie poznajemy własnego pokoju. Wstrząs
pierwszej wojny światowej, utrata wiary w automatyzm burżuazyjnego
postępu wywołają nihilistyczne kolaże Dada w Berlinie i
Zurychu, a w Moskwie gniewne lub utopijne fotomontaże
konstruktywistów. Od strony Freuda powstaną z kolei kolaże
surrealistów, odkrywców owej „operacji magicznej”, jaką jest
traktowanie skrawków cudzej wizji jako tworzywa wizji własnej
drugiego lub trzeciego stopnia. Sztuka współczesna – nie wolno
nam o tym zapominać – jest rówieśniczką fotografii. Nie uszło
to uwagi jej pierwszych teoretyków, ale zaślepiła ich rzekoma
funkcja zastępcza mechanicznego odzwierciedlenia rzeczywistości,
jak gdyby celem sztuki plastycznej było zamknięcie wycinka
przestrzeni w klatce perspektywy. Prawdziwą rewolucję fotografii
(i jej potomstwa), z której dziś dopiero możemy zdać sobie
sprawę, stanowił natomiast zalew znaków wizualnych, prosty fakt,
że gdzie rzucisz okiem w domu czy na ulicy, rzucą ci się w oczy
wizerunki i podobizny... autentyków, którymi są ten dom, ta
ulica, przechodnie, nie mówiąc już o dalekiej wojnie czy
pobliskim zamachu na ekranie telewizji. Nic zatem dziwnego, że
fotografia, reprodukcja, stały się przynajmniej od dwudziestu lat
prawdziwą obsesją artystów plastycznych, nie tylko jako
,.temat” (komiksy, ,,wizerunki fotografii”, improwizacje na
temat procederu drukarskiego), ale również głębiej, na poziomie
semiologicznym, krytycznej refleksji dotyczącej funkcji ryciny
(lub bardziej uczenie: ikony). Roman Cieślewicz jest jednym z
najbardziej odkrywczych, najwybitniejszych grafików naszej epoki,
mistrzem całego pokolenia polskich i francuskich twórców plakatów,
makietystów, redaktorów artystycznych pism poświęconych
grafice, reklamie, modzie. W tym swoim zawodowym wcieleniu (określa
się on sam skromnie i dumnie jako „rzemieślnik”) wyprzedzał
nieraz artystów stojących na drugim brzegu „zalewu znaków
wizualnych“. Jemu zawdzięczamy rozdęcie wycinka fotografii do
ledwie rozpoznawalnych rozmiarów, multyplikację rycin w
przestrzenne serie, ukazanie elementarnej kropki składowej
fotografii reprodukowanej w gazecie – a więc odkrycia
przypisywane od strony muzeów sztuki nowoczesnej Warholowi czy
Lichtensteinowi. Istnieje jednak drugie wcielenie Cieślewicza, które
nazwałbym „wallenrodowskim”, gdyż chwyta się w nim swego
graficznego mistrzostwa jako broni przeciw banalizacji wizualnego
znaku. Tworzywem jego są tutaj elementy starego malarstwa z
anachronizującym dodatkiem motywu współczesności, zwykle tak
minimalnym, że wywołuje błyskawiczne zaskoczenie. Degradująca
reprodukcja, poprzez którą znane nam są dziś wszystkie wielkie
obrazy przeszłości, zaciera nieraz oryginał aż po jego
wspomnienie. Operacja, której dokonuje Roman, ma w sobie coś z
zabiegu Księdza Volty na zelektryzowanym trupie żaby. Wrażenie
szoku jest jej składnikiem koniecznym, ale nie wystarczającym,
gdyż urokiem tych prac jest ich jedność duchowa, jakkolwiek wyrażona
w gniewie, śmiechu, szyderstwie czy refleksji. Wyobrażam sobie
Cieślewicza zamyślonego nad swym surowym jeszcze tworzywem jak wróżą
dociekającego związków ukrytych w biegu chmur, locie ptaków czy
kształcie rzuconych kamyków. Nasuwa się, na wzór geomancji –
„ ikonomancja“. Przykładów byłoby wiele. W fotomontażu
zatytułowanym „Przemiana w ciągłości”, Erazma Holbeina
rysuje współczesny afisz, a przez ramię podgląda rysunek młoda
dziewczyna. Podobnym „komentarzem błyskawicznym” jest „Mona–tse“
– połączenie twarzy Giocondy z torsem ubranym w chiński mundur
– nieoczekiwane – i celne – zderzenie dwóch mitów. Wspomnę
tu jeszcze – z pokrewnej, choć innej nieco dziedziny – wrażenie,
jakie na mnie zrobił w trakcie pisania tego tekstu plakat do
historycznego przedstawienia „Dziadów” w warszawskim Teatrze
Narodowym w roku 1968. Jest to kolaż osiowy, na zasadzie
lustrzanego zduplikowania części zdjęcia, dający w rezultacie
kształt będący zarazem grotą, stworem przedhistorycznym, groźnym
Golemem pojawiającym się na polskim horyzoncie. Znałem ten
plakat – a przecież zobaczyłem go dziś po raz pierwszy...
Zapytany z okazji wielkiej wystawy poświęconej mu przed dwoma
laty w Warszawie o wpływy, jakim ulegał w swej twórczości,
Roman Cieślewicz odpowiedział: „Zdaję sobie sprawę, że
ludzie, którzy zadziałali na moją wyobraźnię, to Witkacy.
Bruno Schultz, Alfred Kubin. Kafka, Arcimboldo. Majakowski.
Rodczenko i Bosch. Może się wydać dziwna ta grupa, ale są to
ludzie, którzy mnie zafascynowali i dla których mam wielki
kult”. Odpowiedź wcale dla mnie nie dziwna – ale za to jakże
rewelacyjna. Cóż łączy tych pięciu pisarzy, trzech plastyków
z sześciu krajów, w ciągu pięciu wieków? Wszyscy (darujcie, że
tego tu nie uzasadnię, na to trzeba eseju) są artystami
metamorfozy, demiurgami składającymi niepowtarzalnie własne światy
z wycinków najprecyzyjniej wyczutej rzeczywistości. Stanowią oni
razem „glebę” kolaży Cieślewicza.
Kiedy Ksiądz Zenon Modzelewski powiedział mi, że wydawnictwo
Editions du Dialogue zamówiło do tej książki kolaże Romana Cieślewicza
(prosząc mnie o zapoznanie czytelników z ich genealogią, zasadą
i funkcją), nie zdziwiło mnie to wcale, miałem bowiem w pamięci
choćby wizjonerskie witraże Jana Lebensteina i wstrząsającą głowę
Chrystusa Aliny Szapocznikow (zmarłej żony Romana) w kaplicy na
rue Surcouf. Nie mogłem sobie jednak tych ilustracji wyobrazić.
Zapomniałem, że ikonografia chrześcijańska musi zawierać owe
trudne, tajemnicze i rewolucyjne wskazanie: Miłujcie
nieprzyjacioły wasze. Zrozumiał to natomiast Roman, z tym że Sacrum
w sztuce stanowią nie tylko „Święte obrazy”, ale choćby
martwa natura Chardina (przypomina o tym w jednym z ostatnich numerów
„Tygodniku Powszechnego” Jan Błoński, do Sacrum w
polskiej literaturze zaliczając Witkacego i Schultza, dwóch
„patronów” Cieślewicza).
Kolaży zawartych w tej książce wolę nie komentować. Niech
zagrają tu indywidualne skojarzenia czytelników, o to przecież
ich twórcy chodzi. Warto może jednak wskazać na szacunek i
dyskrecję, jakie cechują te prace. Symbole wiary chrześcijańskiej
przesuwają się w nich jak w kalejdoskopie, a złoty błysk nabojów,
niebieskie odcienie śmiercionośnej stali, schylona sylwetka
wroga, bluźnierczy krzyż swastyki, łuny pożarów, ruiny
Warszawy czy prosty znak wizualny – czerwona krecha lub spirala
– mówiący o zadawanym bólu są tu cichym przypomnieniem choćby
tego, co widzimy codziennie na ekranie telewizji
Paryż,
październik 1982
Konstanty A. JELEŃSKI
Konstanty A. Jeleński (1922–1987), eseista, krytyk literacki i krytyk
sztuki. W grudniu 1939 roku opuścił kraj, 1940 wstąpił do armii
polskiej we Francji, 1944 jako żołnierz I Polskiej Dywizji
Pancernej odbył kampanię Normandia–Belgia–Holandia. Od 1945
przebywał we Włoszech, od 1951 we Francji. Wieloletni współpracownik
„Kultury” paryskiej; publikował w języku polskim, włoskim,
francuskim, niemieckim, angielskim. Wydał między innymi: "Hans
Bellmer" (1966), "Leonor Fini" (1968), "Jan
Lebenstein" (1980), "Zbiegi okoliczności"
(1981); "Antologie de la poésie polonaise" (1965).
Tekst pochodzi z książki „Miłujcie
nieprzyjacioły wasze”, wydanej w Paryżu przez Éditions du
Dialogue i zarazem „Naszą Rodzinę” w 1983 roku, s.
191-193.
* * *
Talent jest rzeczą niematerialną. Moim zdaniem
talent to przede wszystkim szczęście, ale zasadniczą rzeczą
jest upór. We Francji mówią „uparty jak Bretończyk”,
ja mówię „uparty jak lwowiak”. Schulz był uparty
pisząc swoją cudowną literaturę i zarabiając na życie jako
profesor w gimnazjum. zarabiając na życie jako profesor w
gimnazjum. Nie jeździł do Warszawy prosić o stypendia. Nie robię
porównań. Podaję tylko przykład postawy człowieka, który chce
i który wie, co chce zrobić. Ja chcę wykonywać swój zawód
normalnie. W Polsce nigdy nie stwarzano mi problemów w wykonywaniu
zawodu. Do Paryża wyjechałem przede wszystkim dlatego, że nie
mogłem już w Polsce wytrzymać tego ogromnego opóźnienia
technicznego i mentalnego w porównaniu z tym, co się dzieje na świecie.
Francja jest centrum świata, a Paryż jest miejscem, które ludzi
stymuluje. Chcę przez to powiedzieć, że w moim zawodzie, w którym
ogromną rolę odgrywa technika, możliwość komponowania obrazu
bez brudactwa, bez plam, bez ślinienia... Paryż jest jedyną
platformą wymiany tendencji i kierunków, która mnie
satysfakcjonuje.
Roman CIEŚLEWICZ
Prezentowany fragment wypowiedzi artysty pochodzi
z książki Wiesławy Wierzchowskiej „Autoportrety”.
Agencja Wydawnicza "Interster", Warszawa 1994, s. 72 i
75.
|

Na ilustracji:
Kolaż
Romana
Cieślewicza
z książki
wydanej przez
Editions
du Dialogue
"Miłujcie
nieprzyjacioły
wasze" (1982)
|