|
...
(33)
Posłuchaj, M...
Gdańsk, 7 lutego 1999 roku
Michał Milberger mieszkał na rue Borromée, w piętnastej
dzielnicy Paryża, tel. 45 67... Od ponad roku to jeszcze jeden
nieaktualny adres – w Paryżu, w świecie, w życiu. Nie wiem,
czy nowo poznani ludzie i ich adresy wyrównują bilans adresów
nieaktualnych, których wciąż przybywa – nieważne, czy kogoś
kto już przestał żyć, czy ktoś umarł dla nas (a dla mnie) za
życia, bo tak też jest, i może ten drugi wariant jest gorszy od
pierwszego. Bo w wariancie pierwszym czas przeszły jest pojęciem
umownym, zaczepionym pomiędzy „był” a „jest”, gdy druga
możliwość taką ewentualność zamyka, dotyczy kogoś, kto zrobił
nam coś złego, kto okazał się niegodnym naszej przyjaźni lub
choćby tylko bliższej znajomości, kto nie jest wart pamiętania.
Michała Milbergera chcę pamiętać i myślenie o Nim zaczyna się
– sam nie wiem dlaczego – od miejsca, w którym mieszkał,
zaczyna się zawsze tak: pamiętam, że Michał Milberger mieszkał
na rue Borromée, pod numerem 12... Następnym ogniwem jest skwarny
lipcowy dzień (pamięć upiera się przy wtorku), gdzieś blisko
południa, upał spowalnia każdy następny krok, gorzki smak gauloisses’a
w ustach, brama, pracownia rzeźbiarza jest na prawo po schodach,
tam już jest nareszcie trochę chłodu i spokoju (od razu rzuca się
w oczy popiersie Czesława Miłosza), nieduża część mieszkalna
jest po drugiej stronie podwórka, zimna wódka z lodówki powoli
rozluźnia onieśmielenie i rozwiązuje języki. Potem obiad u
Wietnamczyka (kuskus, który jadłem po raz pierwszy na zawsze
wykreśliłem ze swojego jadłospisu), powrót do Michała, a
raczej ucieczka przed upałem. Co jeszcze? Jeszcze dwa spotkania na
rue Surcouf. Później kilka listów, które między sobą
wymieniliśmy, a w każdym obiecywaliśmy sobie następne
spotkanie – raczej w Paryżu, nie w Polsce. A w niedługi czas już
tylko wiadomość, na którą zawsze jest się nieprzygotowanym, która
przychodzi niespodziewanie, z którą wcześniej lub później
trzeba się jednak pogodzić, trzeba żyć z nieaktualnym adresem,
ale żyć tak, jakby ten ktoś wyjechał tylko na dłuższy czas,
jest tymczasowo nieobecny, ale jest...
Jest, czyli zaprzecza czasowi przeszłemu, co jest tylko
gramatycznym nieporozumieniem, zwykłym przejęzyczeniem. Wystarczy
sięgnąć na półkę po album z napisem „Michał Milberger –
Sculptures – Paris 1991” i w tym momencie „był” ustępuje
miejsca dla „jest”, pamięć osadza się znowu w ciasnej rzeźbiarskiej
pracowni, odszukuje niektóre rzeźby oglądane właśnie na
reprodukcjach, na wargi powraca gipsowy pył, słyszę łagodny timbre
głosu coś objaśniający, śnieg na dachu, który widzę
przez okno, jest teatralnym rekwizytem i w tym momencie staje się
zjawiskiem z przyszłego czasu, bo teraz jeszcze jestem, bo jeszcze
nie wyszedłem z ulicy Borromée...
Aleksander JUREWICZ
Posłuchaj, A...
Długo, bardzo długo
nie umiałem się przyzwyczaić, nie przyjmowałem do wiadomości,
że numeru 45 67 78 34 nie mam po co wystukiwać na telefonicznej
tarczy, a aleją platanów, choćbym dotarł do ulicy Borromée,
nie podążę na rozmowę, która była zawsze spotkaniem z żywymi
i umarłymi.
W opowieściach Michała ci co odeszli, często znani
z podręczników historii czy literackich anegdot, stawali się
niemalże fizycznie obecni; powracały ich sylwetki, ich głosy,
ich rozterki, ich oryginalne i nierzadko kłopotliwe pomysły. Uważny i dokładny Faworski; powtarzający dwa razy te same słowa
Dunikowski; znany nad Sekwaną jako Antoine, zawsze uprzejmy
Cierplikowski; spierający się o pochodzenie Kopernika Dürenmatt;
lubiący dyskutować o miłości i pieniądzach Singer; domagający
się zainteresowania Zadkine; przestrzegający religijnych zaleceń
Lévinas; z zaciekawieniem oglądający swoje popiersie Rabin – i
wielu innych, odżywających we wspomnieniach gospodarza pracowni
przy rue Borromée. O ile o mężczyznach, tak bliskich znajomych
jak i osobach niezupełnie obcych, opowiadał bez końca, o swych
muzach, modelkach czy powiernicach wolał milczeć. O konkretnych
osobach, jeśli należały do – jak lubił zaznaczać –
bardziej intrygującej połowy ludzkości, wypowiadał się oszczędnie,
raczej dość ogólnikowo. Chyba że poczuł potrzebę, żeby
sprzeczać się z Chaną Orłową o jakąś rzeźbę albo chciał
zgadnąć, co naprawdę mogła czuć Clara Malraux, kiedy została
sama. Chyba że znowu podziwiał piersi Anny Achmatowej albo oburzał
się na modelkę Maillola i Zamoyskiego, że starcza jej tupetu, żeby
stawać przed ołtarzem i śpiewać.
Mimo że od ostatniego spotkania minęło prawie dziewięć lat,
adres pracowni nie przestał być aktualny – nie przekreśliłem
go ani nie wymazałem z notesu – nie stał się jednym z wielu
należących do bilansu „strat”. Gdy czytam Twoje in
memoriam, od razu rzuca się w oczy istotny, pominięty przez
Ciebie szczegół: Michał Milberger mieszkał niedaleko Placu
Republiki, zaś w piętnastej dzielnicy Paryża mieściło się
jego atelier, podzielone na dwa pomieszczenia „od
ulicy” i dwa „od podwórza”. Zasadniczo wykorzystywał tylko
jeden, najmniejszy pokój. W nim lepił i pieścił swoje figurki.
Czym innym były rzeźbiarskie portrety. Popiersia wykonywał –
jak podkreślał – dla chleba. Miniatury powstawały z potrzeby
serca. Denerwował się, kiedy ktokolwiek próbował je dotykać, a
tym bardziej przestawiać.
„Oglądam dłonie Milbergera i myślę: są jak spracowane
robotnice, posłusznie wpatrzone we władcze spojrzenie swojego
mistrza” – pisał w roku 1994, na łamach „Nouvel Art du Français”,
Abraham Sutzkever. Kończąc swoje wspomnienie z wizyty na rue
Borromée dodawał, że podczas podróży z Paryża do Tel-Awiwu
towarzyszyły mu, przez całą drogę niosły się za nim lamenty
Hioba i rechoty Szymona Dżigana. Swoimi dłońmi Michał
wyczarowywał codzienne i niecodzienne sytuacje oraz żywe osoby.
Nieobce były mu powszednie, wcale nie mniejsze od głośnych
katastrof czy nieszczęśliwych zdarzeń, na ogół niedostrzegane,
a raczej „dyskretnie” przemilczane dramaty. Nie stronił od
„normalności”: zajęta sobą para zakochanych, nędznie
odziana kobieta, tuląca swoje maleństwo matka, żebrak z wyciągniętą
dłonią – i dziesiątki, setki podobnych scen: z parku, z
trotuaru, z bistra czy spod metra, historie opowiadane nie beznamiętnie,
ale bez czułostkowości i bez patosu.
W gruncie rzeczy Michał nieustannie drążył, zgłębiał
tajemnice ludzkiego losu. I kiedy udawaliśmy się do niewielkiej,
nietypowej knajpki, prowadzonej przez byłego nauczyciela filozofii
i zarazem uciekiniera z Sajgonu, dalej snuł swoje opowieści. Pamiętam,
jak wielką radość sprawiał mu Twój śpiew. Rosyjskie dumki
przypomniały wojenne i powojenne lata, ale też niełatwe, nie
wymazane z pamięci doświadczenia. Wspominał Ciebie chętnie i
czekał na następne spotkanie, dodając niekiedy, iż jesteś
„swój”, że dogadalibyście się bez słów.
Gramatyczne nieporozumienia – jak zaznaczyłeś – nie muszą być,
nie są przeszkodą, jeśli naprawdę niwelują różnice i przybliżają,
zaprzeczają przeszłości, pozwalają czasowi przeszłemu odrodzić
się, zaś naszym marzeniom, spełnionym czy niespełnionym
zamierzeniom, a nieraz zupełnie
surrealistycznym pomysłom – pomagają urzeczywistnić się.
Przywracają naszej pamięci nie tylko zapomniane numery –
przywracają minione; przeszłe – czynią oczekiwanym. W
czasie teraźniejszym i przyszłym umieszczają nas i tych, z których
odejściem nigdy nie zdołamy się pogodzić. – M.
Paryż, 26 lipca 2006 roku
Cykl tekstów „Posłuchaj, M...“ ukazywał się
na łamach „Naszej Rodziny“ od maja 1995 do września 1999
roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list ukazał się w
pierwszym numerze „Recogito“, zaś pierwszy tekst z serii
„Posłuchaj, A...“ ukazał się w numerze 11-12 z 1999 roku (na
stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został poprzedzony
tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru 3-4 (654-655) 1999, s.
29.
|

Na zdjęciu:
Aleksander
Jurewicz
w pracowni
Michała
Milbergera
(Paryż, 1996)
Fot. Marek Wittbrot
|