Mater Solemnis

„Matka zawsze dostojna, uroczysta” – tak ochrzcił ks. kanonik Jail, proboszcz parafii Św. Józefa w Grenoble, na którego terenie znajdował się jeden z domów polskich Sióstr Szarych Urszulanek. Ochrzcił i nazwał ich Przełożoną Prowincjalną, Matkę Brygidę Rodziewicz. I tak rzeczywiście wyglądała: monumentalnej budowy, wyprostowana z uprzejmym może trochę łaskawym uśmiechem na dostojnym obliczu, była jakby usposobieniem Respectability, godności, jaka cechowała osoby z wyższych sfer z czasów przed pierwszą wojną światową, w dalekim Aschadzie, w azjatyckiej części imperium carów.
Rzeczywiście urodziła się 1885 roku na przełomie XIX i XX wieku i żyła w latach przełomowych dwóch epok, dwóch kultur. Pochodziła z zamożnej rodziny ziemiańskiej spokrewnionej z arystokracją. Jej rodzoną babką była hrabianka Potulicka. Wychowana była na pensji Św. Katarzyny w Petersburgu gdzie kształciły się panny z jej sfery. Ale potem dla pogłębienia życia religijnego i znajomości polskiej kultury, rodzice w 1902 roku na dwa lata powierzyli ją „czarnym” Siostrom Urszulankom w Krakowie. Jej nauczycielką i wychowawczynią była siostra Urszula Ledóchowska – przyszła założycielka zgromadzenia Sióstr Szarych, beatyfikowana przez Jana Pawła II w 1981 roku [i kanonizowana w roku 2003] – z którą mimo różnicy wieku połączyła ją głęboka przyjaźń oparta na wspólnych dążeniach, by jak najlepiej służyć Panu Jezusowi i Jego Kościołowi, służąc rodakom a później także [innym] ludziom na całym świecie. Zaczęło się od wspólnej pracy na pensji, szkole i w internacie Św. Katarzyny w Petersburgu. Tam po powrocie z Krakowa objęła pracę nauczycielki Pauli Zoe Rodzewicz i tam wytrwałym staraniem ściągnęła z Krakowa kilka urszulanek „czarnych” i siostrę Urszulę Ledóchowską, która objęła kierownictwo internatu, nadając mu jeszcze bardziej chrześcijański i narodowy, polski charakter.
Tak było do wojny 1914 roku i do Rewolucji Rosyjskiej 1917 w tym okresie zakład został wraz z dużą znaczną częścią personelu i uczennic przeniesiony naprzód do Finlandii a potem do Szwecji i Danii. Gdzie już siostry urszulanki, do któ­rych przyłączyła się Paula Zoe Rodzewiczówna, zajmowały się nie kształceniem panien z „dobrych domów”, ale opieką nad polskimi uchodźcami oraz polskimi dziewczętami, które tam wyjechały, by zarabiać na życie pracą przeważnie fizyczną. A siostry urszulanki, aby być razem z nimi i opiekować się, same się taką pracą zajęły. I wtedy zmieniły czarne habity urszulańskie na szare robocze stroje, a welony na ciemne czepki. Ponieważ jest coś z prawdy życiowej w marksistowskiej tezie, że byt określa świadomość, dlatego też podejście do życia zakonnego jako służby Bogu i ludziom jeszcze bardziej się zdemokratyzowało, przemieniło się ze służby naukowo-wychowawczej w szkołach średnich na podejmowanie się różnego rodzaju prac gospodarczych, by uczyć innych gospodarstwa i gospodarności. I w takiej właśnie pracy umieć dojrzeć służbę Bogu i ludziom a zarazem własną drogę wyrobienia duchowego i dążenia do świętości. Taką działalność siostry, już teraz nie „czarne” ale „szare” urszulanki, rozwinęły po powrocie do odrodzonej Polski, a później i poza jej granicami. Opiekując się i pracując zarazem z pol­skimi dziewczętami pracującymi fizycznie za granicą, zwłaszcza we Francji. Powstało tam w okresie międzywojennym kilka do­mów sióstr, których przełożoną prowincjalną została właśnie dostojna już nie Paula Zoe, a siostra a później od 1946 roku Matka Generalna Brygida Rodziewicz. Na opiekunkę, ale zarazem towarzyszkę pracy robotnic świeckich i robotnic sióstr „szarytek” nie bardzo wyglądała. Nie od razu wszystko grało harmonijnie. Ale na tym stanowisku przepracowała kilkanaście lat i doprowadziła do znacznego rozwoju zgromadzenie i jego działalność. I to w obcym kraju a potem na dokładkę w ciężkich latach wojny, okupacji Francji przez Niemców szczególnie zajadłych na Polaków. I właśnie w czasie wojny, w roku 1943 zetknąłem się z Siostrami „Szarotkami” i ich dostojną głową. To zetkniecie było trochę zderzeniem dwóch zewnętrznie bardzo różnych stylów życia i pracy i dwu osób, jednej raczej w stylu majestatycznego Paccellego, papieża Piusa XII, a drugiej przeczuwającej i tęskniącej do stylu dobrego „Babbo” Taty, Jana XXIII, który wtedy jeszcze, tymczasem jako delegat apostolski, przyjaźnił się, a raczej można powiedzieć, bratał z braćmi odłączonymi, z Bułgarami, potem z muzułmańskimi Turkami, a zaraz po wojnie jako nuncjusz w Paryżu z socjałami i masonami rządzącymi wówczas (i znowu od paru lat) we Francji. Nic więc dziwnego, że podświadomy uczeń „Taty” Roncalliego przy pierwszym kontakcie z okazji rekolekcji głoszonych Siostrzyczkom „Szarotkom” (pracującym w Aubenas w górzystym masywie Centralnym, w fabryce przemienionej na prewentorium dla dzieci zagrożonych często w czasie wojny gruźlicą) zderzył się z ich dostojną Mater Solemnis.
Pół żartem, ale tylko mniejszym pół a raczej więcej serio przygadywaliśmy sobie: ja jej, że jak królowa, że jak angiels­ka Regina imperatrix wygłasza ciągle mowy tronowe; a ona mnie znowu, że ja naiwnie chcę robić z życia „symfonie pastoralną”. I z tą wymianą „komplementów” rozjechaliśmy się. Matka Rodziewicz do Virieu, by tam doglądać siostry pracujące w Maison de Repos de l'Ouvrière, w domu wypoczynkowym dla robotnic, a ja do szkoły młodych, byłych żołnierzy polskich z armii Sikorskiego w Villard na płaskowyżu Vercors w Alpach. I dopiero hitlerowcy nas pogodzili. Gdy w następnym 1944 roku siostry znowu miały odprawiać doroczne rekolekcje, a trudno było zdobyć polskiego księdza z dalszych okolic, bo wszędzie już wtedy pa­noszyli się hitlerowcy, nawet w tak zwanej „wolnej” Francji, ze stolicą w Vichy, niby to rządzonej z Vichy przez zupełnie im podległych marszałka Petaina i premiera Lavala. Matka Rodziewicz doszedłszy do wniosku, że „z braku laku dobry i opła­tek”, zaprosiła mnie, stosunkowo najbliżej urzędującego, jeszcze raz. Trochę z duszą na ramieniu, bo Niemcy wyciągali ludzi z pociągów i autobusów, i dlatego z patelnią na głowie (w zabawnym płaskim kapeluszu, jaki nosili wówczas francuscy księża) dojechałem do Aubenas. Ale wyjechać już nie mogłem, bo Niemcy rozpoczęli oblężenie dwóch naturalnych twierdz Ruchu Oporu, dwóch masywów górskich: Vercors, gdzie była nasza szkoła polska i Masywu Centralnego, gdzie były siostry polskie. Najpierw oblężenie, a potem walki w obu masywach trwały mniej więcej do połowy sierpnia. W Vercors raczej zwyciężyli chwilowo Niemcy, a w Masywie Centralnym „Makiści” (od maquis – zarośla, krzewy, w których się ukrywali na Korsyce bandyci, a we Francji partyzanci). Pomimo bombardowania przez lotnictwo niemieckie i bomb zapalających rzucanych na Aubenas dzielni lewicowi partyzanci F.T.P. (Franc Tireurs et Partisans – wolni strzelnicy) i partyzanci oddzieleni, konkurujący z F.F.I. (Forces Francaises de l’Interieur – siły francuskie wewnątrz kraju; coś podobnego jak Armia Krajowa i Armia Ludowa) nie tylko nie poddali się, ale wciągnąwszy hitlerowców w zasadzkę w wąwozie koło Aubenas, wzięli sporą ich ilość do niewoli – dokładnie nie wiem ilu, ale paruset zamknęli w zabudowaniach dużej fabryki włókienniczej „Viscosa” w Vals, gdzie (o parę kilometrów od Aubenas) dziwnym zrządzeniu losu czy opatrzności zakwaterował się po cichu główny zarząd polskiego Czerwonego Krzyża. Wówczas subsydowanego przez Rząd Londyński.
A ja siłą faktu stałem się w to lato kapelanem w Aubenas i Vals. Ponieważ przypuszczaliśmy, że wśród żołnierzy niemieckich mogą być siłą wcieleni Polacy ze Śląska i poznańskiego, teraz w niewoli u „czerwonych” partyzantów F.T.P., a Polski Czerwony Krzyż był wtedy „biały”, więc wysłano do Viesseaux mnie, jako bez, a raczej ponad partiami fruwającego gołąbka pokoju. Miałem się dowiedzieć, czy są Polacy wśród Niemców, czy możemy im pomagać lekarstwami dla chorych i rannych, i w miarę możliwości dożywianiem. Partyzanci od razu się na to zgodzili, ale skąd wziąć jedzenia, gdy Niemcy urządzili blokadę Masywu Centralnego, a w górach nie wiele co rosło, głównie owoce: „przedpołudniowe” brzoskwinie i morele, które stanowiły podstawę naszego wyżywienia. Chleb bowiem wydzielano na kartki 400 gramów na dwa tygodnie. W szybkim tempie wszyscy odzyskiwaliśmy młodzieńcze sylwetki, ale nie młodzieńczą energię. W Vals zarząd PCK urzędowali głównie na leżakach, a jeńcy, gdy ich odwiedzałem, z głodu słaniali się na nogach lub leżeli i tylko jęcząc prosili o coś do jedzenia, gdy się tam zjawiłem z koszem migdałów. Skąd je miałem? Właśnie dzięki matce Rodziewicz, której serce i ofiarność wtedy poznałem w pełni. Jej zachętą i przykładem siostry urszulanki pracujące w prewentorium wyrzekały się dla jeńców tych 400 gramów chleba przydzielonych na dwa tygodnie. Jedliśmy owoce – jakieś zielska i „topinambury” bulwy słodko-mdlące, imitujące i zastępujące kartofle. A przecież zacne „szarotki” pracowały (nie spoczywały na leżakach). Jak one przez blisko miesiąc wytrzymały, to naprawdę cud. Mater Solemnis z barokowo-rubensowskiej stała się wysmukła, albo raczej ascetyczna, jak z obrazów El Greco. Wszystko razem to był cud chrześcijańskiej miłości i ekumenicznego serca Matki Rodziewicz. Uzgodniła bowiem z siostrami, że ten ich chleb mam rozdzielać w prowizorycznym lazarecie jenieckiego obozu, rozdzielać wszystkim chorym tam leżącym (dla innych „zdrowych” już nie starczało) bez różnicy narodowości. Wtedy się narodziło chrześcijańskie braterstwo z kapitanem Fischerem z Kolonii – księdzem kapelanem tych wziętych do niewoli Niemców. On dla siebie niczego ode mnie nie brał, ale z wdzięczności za opiekę nad jego owieczkami (czy wilkami) ofiarował mi swój ołtarzyk polowy, bym mógł odprawiać nabożeństwa i sam ozdabiał go polskimi chorągiewkami produkcji sióstr (umarł wkrótce po wojnie). Zawiązała się też trwała przyjaźń z docentem Uniwersytetu Wiedeńskiego por. Cocronem. A także sympatia wzajemna z „czerwonym” lekarzem lazaretu por. czy kap. używającym pseudonimu „Chanderier” – lichtarz może ze Świątyni Jerozolimskiej, bo chyba pochodził z rodaków Pana Jezusa? Na początku był on bardzo cięty na Polaków. Właśnie wtedy w sierpniu walczących z Niemcami w Powstańczej Warszawie. Gdym przychodził nieraz zbolały tragicznymi wieściami z płonącego mego miasta rodzinnego, on się jeszcze dogadywał, że dobrze nam tak burżujom i obszarnikom, dlaczegośmy od razu nie przyłączyli się do radzieckiej wspólnoty. Ale zmienił ton, gdy w dniu czy nazajutrz po kapitulacji Niemiec zobaczył mnie na schodach, dźwigającego jak zwykle kosz z wiktuałem dla jego chorych, wtedy byli już tam nimi sami Niemcy, gdyż Polaków z Wehrmachtu udało się nam już uwolnić i skierować do formujących się we Francji oddziałów polskiej armii. Zatrzymał mnie na schodach i zapytał; do dziś pamiętam tą naszą rozmowę i nawet jego słowa: 
Monseur l’abbe savez vous deja la triste nouvelle – czy ksiądz już zna smutną nowinę, że obrońcy Warszawy musieli skapitulować przed Niemcami.
– Tak, słyszeliśmy o tym w radio. 
– I ksiądz także dziś niesie żywność dla Niemców? 
– Oni też są ludźmi i są głodni, więc polskie siostry dały mi jak zwykle prowiant dla chorych i głodnych. 
Wtedy się wzruszył, zaprowadził do gabinetu lekarskiego, napełnił koniakiem dwie banieczki (jakie się stawia na plecach przy przeziębieniu), podał mi jedną, drugą wziął w rękę i wychylił toast przed tym powiedziawszy mocnym głosem słowa, które do dziś pamiętam:
Vive la Pologne immortelle – niech żyje Polska nieśmiertelna. 
Był to owoc ofiary Sióstr „Szarotek” inspirowanych przez Matkę Rodziewicz. Po moim wyjeździe ona opiekowała się jeszcze Niemcami, dopóki istniał ten prowizoryczny obóz jeniecki w Vals. Jeszcze na Boże Narodzenie 1944 zaniosła im choinkę, prezenty gwiazdkowe (przeważnie ciepłe swetry zrobione przez siostry) i podczas tej uroczystości ucałowała się czule z księdzem kapelanem Fischerem. To była antycypacja pocałunku pokoju, jaki Kościół w Polsce w osobie księdza prymasa Wyszyńskiego i biskupów dał Niemcom w 1967 roku /?/ na znak chrześcijańskiego przebaczenia.

* * *

I inne dowody szerokości umysłu i odważnego serca dawała Matka Rodziewicz w Virieu, gdzie polskie urszulanki prowadziły dom wypoczynkowy dla francuskich robotnic. Tam już 1943 roku, gdy po kapitulacji Włoch Niemcy zajęli „wolną” południową Francję i wyłapywali Polaków, zwłaszcza byłych wojskowych, kilku z nich z narażeniem życia Matka Rodziewicz ukryła na najgorętszy okres w wydzielonej części domku przeznaczonego na mieszkanie sióstr. Nie jestem pewien, ale zdaje mi się, że niektórych przebrała w habity.
Po ustaniu działań wojennych Matka Rodziewicz wynajęła w sąsiedz­twie piętrowy dom dla przygarnięcia choć cząstki Polaków z obozów i szpitali. I to bez różnicy poglądów i orientacji pro-londyńskiej, i pro-warszawskiej. Umiała stworzyć taką atmosferę we względnej zgodzie, mimo toczących się często gorących debat i dyskusji, które jednak nigdy nie zamieniały się w kłótnie, kiedy się potem już rozjeżdżali każdy w swoją wybraną stronę.
Edek Wolski, mój dawny uczeń z Villard, szkoły a potem kaleka bez nogi, na wyjezdnym do Polski napisał w ich imieniu długie, bardzo serdeczne podziękowanie. Zapamiętałem z niego jedno zdanie: „Przyjechaliśmy tutaj do Virieu jako żebracy, wyjeżdżamy jako bogacze – dzięki złotym sercom Matki i sióstr, którymi nas obdarowywały”.
To samo szerokie gorące serce którym Mater Solemnis podbijała ludzi, gdy ją bliżej poznali, zachowała Matka Rodziewicz aż do śmierci.
Dom macierzysty Sióstr Urszulanek w Pniewach koło Poznania, w którym najczęściej urzędowała, miał ruchomą ścianę rozszerzającą się tak, jak ścianki ich serc, by ugościć wielu, wielu ludzi, których może nie byłoby stać na wakacje w płatnych pensjonatach. Mater Solemnis robiła Honory Domu zawsze dostojnie i serdecznie, zarazem z troską, aby każdy czuł się jak najlepiej, jak w domu. I wszyscy wyjeżdżali z nich wypoczęci, zdrowi i bogatsi duchowo, nie zdając sobie nawet sprawy, że czuwając nad nimi, nad całym domem i Zgromadzeniem Sióstr Urszulanek, Matka Rodziewicz cierpiała na ciężką, bolesną chorobę nowotworową. Wyjeżdżała coraz częściej do szpitala w Poznaniu na badania, kuracje, aż wreszcie na operację odrastającego złośliwego bolesnego nowotworu. Ale i w szpitalu podbijała serca, a największym jej „podbojem” był lekarz, który się nią opiekował. Człowiek dobry, ofiarny, oddany chorym, ale chyba pozostający z dala od Kościoła i ludzi Kościoła. Poznawszy Matkę Rodziewicz podczas tego najlepszego, najbardziej wymagającego testu, jakim jest ciężka, bolesna, beznadziejna choroba. Opiekował się nią nie tylko, jak zwykle, z oddaniem cierpiącemu człowiekowi, ale z miłością i czcią, jak wobec rodzonej matki. I koniecznie chciał jej towarzyszyć w powrotnej drodze ze szpitala w Poznaniu, do domu macierzystego Sióstr Urszulanek w Pniewach, w którym Matka pragnęła zakończyć doczesne życie, ostatnie dni życia wśród swoich, zarazem córek i zarazem sióstr.

* * *

Gdy ją przywiezioną już beznadziejnie chorą do Pniew, aby umarła w domu rodzinnym, macierzystym szarych urszulanek, koniecznie ją zaprowadzono do kaplicy i wtedy jak mi opowiadały ze wzruszeniem siostry zaintonowała mocnym głosem hymn wyśpiewany niegdyś przez Matkę Najświętszą – Magnificat, „wielbi dusza moja Pana” – i to był niejako Leitmotiv nie tylko ostatniego tygodnia, ale i całego życia Mater Solemnis Matki Rodziewicz, która umiała w nim dokonać rzadko spotykanej (zdarzającej się harmonijnej syntezie dostojeństwa Mater Solemnis i pełnej pokory serdeczności służebnicy Boga i ludzi. Jak to wyglądało w ostatnich dniach jej życia, niech opowiedzą jej córki, siostry Urszulanki „Szare”, kochane „Szarotki”, jak je nazywam wraz z tymi, co się z Matką Rodziewicz i z nimi stykają.

Bronisław BOZOWSKI

Ks. Bronisław Bozowski (1908-1987) - kapłan, kaznodzieja, ojciec duchowny. Znany ze swoich godzinnych homilii, które każdej niedzieli głosił w warszawskim kościele Sióstr Wizytek. Publikowany tekst pochodzi z archiwum "Naszej Rodziny".

42-2-1.jpg (92409 Byte)


Na ilustracji:

Pierwsza
strona
rękopisu
księdza
Bozowskiego




© Recogito, Rafaliga