Pieśń na każdy dzień

Zaskoczenie to jedno. Podziw to drugie. Żywa
ikebana martwej natury: mandale kwiatów
w okowach kieliszków i my, pędzle Malarza.

Dla ciebie orchidee i róże w kolorze łososia. 
Te z rodzaju eterycznych dendrobium godne
są błogosławieństw botanika i modlitwy słońca.

Najważniejsza jest wilgoć (na tarasie prawdziwe 
ulewy urządzaliśmy naszym różanecznikom – 
kaskady kropel w perlistych macicach kwiatów).

Dla storczyków pożywka grzybów w dormitoriach 
ze szkła, na zimę kora – balsam różaneczników
Mimo to mrozy są dla nich zabójcze jak brzytwa 

(Jan Jonston pisał o tym w swej Dendrographii, 
Michał Boym może w listach). Robiliśmy wszystko 
podręcznikowo: najpierw torf w kilku pryzmach, 

potem złuszczona skóra dębów czy sosen – mróz
i tak wysuszał je nieubłaganie. A jednak przetrwały. 
W ciszy Serca. Kiedy kwitły latem przenosiły nas 

na Ostrów Tumski, na botaniczne ścieżki Kurnika,
jak dendrobium densiflorum do wąwozów Nepalu,
w Himalaje. Magia kolorów w aksamicie form – 

prawdziwa uczta zmysłów. Kwiaty u Twych stóp
lśniące diamentowym światłem. W snach i na jawie.
Nie znam jędrniejszych ust dla naszych kieliszków.

Wschód. Późny  wrzesień

Najzwyklejszy wschód słońca.
Tak czas przełamuje sam siebie. 
Jak lodołamacz. Wstałem wcześnie.

Ten odgłos bezgłośny i zapach sosen.
Ten znieruchomiały sen w tętniącym
Sobą Kosmosie. Wstałem oniemiały

najzwyklejszym wschodem słońca.
Przystanąłem: ostrość powidoków,
wydłużone cienio-obrazy. Czuję.

Narasta chęć, by zapisać to czucie 
w Sobie. Gotujące się wody. Ogniki mgły
w kokonie jeziora. Nad wszystkim

supernowa. Chciałbym to zapisać – 
zmartwychwstanie Ognia, narodziny
Słowa – ale wymykam się sobie.

Podwyższony rejestr znaczeń w linii
obrazów. Jestem gorejący, w ekstazie 
poranka. Teraz, bardziej wierzę Temu

Czemuś, co we mnie narasta. Bardziej
niż moim wizjom. Bardziej ufam
Wschodzącej Wewnątrz Mocy Ognia.

Płomień

Nad naszym niebem chmury lepią się jak wata.
Zapach bakłażanów i tofu w marynacie. Tylko

jeżyki z katedralnych gniazd przemykają wyżej
niż woń bazylii, lawendy i cząbru. Cały świat 

w boskich dłoniach pieszczony wiatrem Jego
gardeł znad wieży. Drogocenna homeostaza.

Ale Bóg jest bez-gardły i bez-dłonny (skąd niby 
to wiemy?), a Nim płoną Twoje dłonie i w Nim

rozpływa się nasza modlitwa. W przestrzeni, 
pomiędzy Absolutnym Dobrem jesteśmy. 

Nad naszym niebem wzlatują parami jeżyki.
Muskam Twoją szyję, podsycam Jego płomień.

Jarosław  M. GRUZLA

Urodzony w 1966 roku w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Poeta, pedagog, historyk, terapeuta. Autor dwóch tomów wierszy: „Kolej transsyberyjska” (Świdnica 1998) i „Smak teraz” (Elbląg 2003), z których wiersze drukowane były m.in. w: „Odrze”, „Toposie”, „Czasie Kultury”, „Studium”, „Nowej Okolicy Poetów”. Mieszka w Elblągu. Wiersze poniższe zostały wyróżnione w I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim i Eseistycznym  pn. „Bliżej Nieskończonego” (Poznań 2006).

42-2-4.jpg (96085 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(2006)


Fot. Paweł Huelle

© Recogito, Rafaliga