„Rozumieć drugiego człowieka”

Z Marią ZENOWICZ-BRANDYS rozmawia Teresa BŁAŻEJEWSKA

Maria Zenowicz-Brandys. Urodziła się w Warszawie; jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, historykiem sztuki i tłumaczką. Przekładała książki takich pisarzy, jak Octave Mirabeau, Albert Camus i Alain Robbe-Grillet. Mieszka w Paryżu.

– Czy trudno być żoną pisarza?

– To jest pytanie, które nie odnosi się do mojej sytuacji, dlatego, że przyszłego męża poznałam jeszcze przed maturą. Oboje mieliśmy po siedemnaście lat i potem spędziliśmy razem całe życie. Razem studiowaliśmy, razem przeżywaliśmy wojnę. Czyli jest to jak gdyby wspólność losu, tak dalece posunięta, że ja nie miałam nigdy poczucia, że to jest pisarz, ktoś sławny. To był po prostu Kazik. To był ktoś, kogo znałam całe życie, który w pewnym okresie zaczął pisać. Podobało mi się to, co pisał. Potem zaczął wydawać, tłumaczyć. Ale dla mnie, w życiu, on był szalenie zwyczajny. Zwyczajne też było dla mnie jego pisanie, które zresztą do dziś bardzo wysoko cenię, z którym on mnie zaznajamiał na bieżąco. Tak się nasze życie układało, że ja pracowałam, wychodziłam z domu, on zostawał i pisał. Mój mąż pisał regularnie, to był pisarz, który nie pisał dużymi partiami. Jego rękopisy są przedziwne, tak szalenie pokreślone. Kiedy ja wracałam, gosposia podawała nam obiad. Po obiedzie on mi czytał właściwie wszystko. Przed oddaniem do wydawnictwa dawał mi rękopis do przeczytania i rozmawialiśmy o tym. Ale przede wszystkim to były jego sprawy. To były jego pomysły, jego fantazje. Pisanie było dla niego najważniejszą sprawą w życiu. A życie ze mną było czymś tak bardzo naturalnym. My się w ogóle prawie nigdy nie rozstawali. Pojęcie: żona pisarza? Nie bardzo umiałabym powiedzieć, co to właściwie znaczy.

– Żoną pisarzy, artystów przypisuje się rolę muz, tych, które inspirują, pobudzają do twórczości itd. Są pierwszymi krytykami i recenzentami ich dzieł. Jak było w Waszym przypadku?

– Na pewno. Ponieważ przy mnie zaczął pisać, debiutował, był ciekaw mego zdania, czy to w ogóle jest coś warte. Zawsze mi czytał swoje teksty, jedne mi się podobały, inne mniej.

– Czy uwzględniał Pani uwagi i sugestie?

– To nie były uwagi. To była rozmowa, podczas której ja zadawałam pytania: czemu to tak a nie inaczej? Wtedy najczęściej uwzględniał moje sugestie. Trudno w to uwierzyć, ale prawdziwą bazą jego życia było pisanie. Ta podstawa życia towarzyszyła mu ciągle. Czasami w nocy zapalał światło, aby coś zanotować. Nawet podczas jazdy samochodem nagle zatrzymywał się, aby coś napisać, co mu w danym momencie przyszło na myśl. To była ta tkanka życia. Oczywiście byłam ja, byli przyjaciele, było wydawnictwo, ale pisanie było dla niego najważniejsze. Naturalnie, że ja byłam na tyle cząstką jego życia, że musiałam go inspirować. Mojego męża interesowało wiele spraw: społecznych, politycznych i innych. To nie było oparte tylko na związku ze mną. Wszystko razem było tak naturalne jak powietrze.

– Ktoś powiedział, że artysta nie powinien się żenić, żeby nie unieszczęśliwiać ani siebie, ani drugiej osoby. Czy zgodziłaby się Pani z tą opinią?

– W naszym przypadku było zupełnie inaczej, choćby z tego względu, że byliśmy zawsze razem – niemal od dziecka. Zresztą w domu nigdy nie padało słowo artysta. Kazik nie lubił tego określenia. Tadzio Konwicki zresztą też to ma. To był zawód. Zawód pisarza, który sobie wybrał i pisał, kiedy miał coś do powiedzenia. Mąż nigdy nie pracował w sensie przywiązywania się do jakiejś instytucji. I tu może jest jakaś różnica, że ja nigdy nie byłam związana z człowiekiem, który ma pensję i przynosi pierwszego pensję do domu. Przynosił je wtedy – raz więcej, raz mniej – kiedy coś wydał. Ja się śmiałam wtedy, mówiąc: „Jeśli to jest na rok, to bardzo dużo, ale jeśli na trzy lata, to bo ja wiem?” A to przecież nigdy nie było wiadome. Ważne było to, że ja pracowałam. Ponieważ nigdy nie mieliśmy dużych mieszkań, zostawiałam mieszkanie puste, nie kręciłam się po nim, nie przeszkadzałam, a kiedy wracałam do domu po pracy, on także był po czasie swojego pisania. Wszystko to było naturalne i bardzo zwyczajne. Nienawidziliśmy tylko jednego: nie lubiliśmy się rozstawać. To nie była łatwa sprawa. Była wojna, mój mąż był pochodzenia żydowskiego, sytuacja była specyficzna. Potem wzięliśmy ślub. Mąż był katolikiem. Nie mieliśmy dzieci, co bardzo zmienia charakter małżeństwa, bo właściwie ciągle byliśmy tylko we dwójkę. Można w tym przypadku powiedzieć, że właśnie jako żona pisarza zawsze wiedziałam, że najważniejszą rzeczą, nie poza mną, ale obok mnie, w jego życiu jest pisanie. Jakby dwa nurty życia płynące jednocześnie. Było to dla niego niebywale ważne. Bez tego nie mógłby istnieć. Jego pisanie było bardzo intelektualne, tak zresztą jak cała współczesna literatura.

– Myślę, że tak dobrze układało się Wam życie dzięki niezwykłemu charakterowi Pani. Optymizm, pogoda ducha, szlachetność charakteru. Czytałam w „Miesiącach”, kiedy był problem paszportu, Pani mówiła do męża: „Nie przejmuj, jeśli nie dostaniemy paszportu, oddamy komodę do renowacji”. Takie cechy charakteru, optymizm wbrew wszystkim niesprzyjającym okolicznościom pozwalały odnaleźć spokój, poczucie, że druga osoba jest blisko, łatwiej znieść trudy, zawsze powie to, co trzeba, aby było lżej.

– Moje sprawy zawodowe zawsze układałam w ten sposób, aby być do dyspozycji męża. W związku z wydawaniem książek Kazika za granicą dużo podróżowaliśmy, i choć niełatwo było zawsze otrzymać urlop, starałam się wszystko godzić. Nigdy nie było tak, żeby mąż usłyszał ode mnie: „Nie mam dla ciebie czasu”.

– Poza tym, że pracowała Pani jako historyk sztuki, zajmowała się Pani tłumaczeniami książek. 

– Tłumaczeniem zajmowałam się nie tyle z upodobania, co z konieczności. Mój mąż był bardzo zaangażowany politycznie i długimi okresami miał zakaz druku. Wtedy nie było żadnych pieniędzy. Ktoś jednak musiał je zarabiać i wtedy ja zaczęłam tłumaczyć. Ale to zaczęło się tak: kiedy byliśmy po raz pierwszy w Paryżu, to był rok 1948, wtedy wyszedł „Obcy” Camusa. Kazik kupił tę książkę, przeczytał w ciągu jednej nocy, nad ranem mnie obudził i powiedział: „Kupiliśmy arcydzieło. Musisz to przetłumaczyć!” Ja to przeczytałam i pomyślałam, że do tłumaczenia lepszego dzieła nie znajdę. Przetłumaczyłam i maszynopis oddałam do Państwowego Instytutu Wydawniczego, ale cenzura z niejasnych dla mnie przyczyn książkę zatrzymała. Wydawnictwo wypłaciło mi honorarium, ale książka się nie ukazała. Ja ten rękopis pożyczałam na prawo i lewo, bo chciałam, aby ludzie wiedzieli, jak na świecie się pisze, jakim geniuszem jest Camus. W 1955 roku dzwoni do mnie ktoś z PIW-u, że jest możliwość wydania „Obcego” i prosi o maszynopis. Okazało się, że ani w wydawnictwie, ani u mnie maszynopis się nie zachował. Nie było innej rady, musiałam przetłumaczyć jeszcze raz. Książka ta do dzisiaj wychodzi i ciągle jest wznawiana. I wtedy się okazało, że ja dobrze tłumaczę. Mnie zawsze interesowała literatura, ale tylko bardzo dobra. Później przetłumaczyłam „Pamiętnik panny służącej” Mirabeau. Powieść ta zresztą została sfilmowana, grała w niej Jeanne Maureau. Następnie przetłumaczyłam „Żaluzję” Robbe-Grilleta. Była to książka bardzo trudna do tłumaczenia. Miałam opinię dobrej tłumaczki, ale tak naprawdę nie mogłam uprawiać żadnego. 

– Czy dlatego, że była Pani żoną pisarza?

– No tak, bo kiedy Kazik mógł znów wydawać, zaczęły się wyjazdy, podróże. Ja już nie musiałam tłumaczyć, żeby zarabiać pieniądze. No i tak trwało to małżeństwo ponad sześćdziesiąt lat. 

– Wiele lat przeżyła Pani z człowiekiem niezwykłym. Życie było ciekawe, niebanalne, ale co w życiu człowieka jest najważniejsze, co się naprawdę liczy?

– Przede wszystkim liczy się dobro i dobroć dla ludzi, liczy się miłość. Trzeba kochać, trzeba wiele wybaczać i rozumieć drugiego człowieka – a także trzeba poskramiać swoje wymagania.

42-5-2.jpg (48751 Byte)


Na zdjęciu:

Maria
Zenowicz-Brandys
z mężem
(Mediolan, 1992)


Fot. Archiwum Vinzenco Cottinelli

© Recogito, Rafaliga