Kim jestem dla Ciebie (2)
I. POSMAK PRZYGODY DUCHOWEJ
W PIELGRZYMCE
3. W Wyższym Seminarium
Duchownym. „Poznanie Jezusa Chrystusa jest wszystkim”
Zbliżały się Święta
Bożego Narodzenia. Mój brat Zygmunt doradził mi, bym zapoznał
się z pismami Ojca Antoine’a Chevriera (1826-1879): „Prawdziwy
uczeń naszego Pana Jezusa Chrystusa lub Kapłan według Ewangelii”[1].
„Przeczytaj Edku!” i wręczywszy mi książkę
dodał: „Jestem pewny, że to cię zainteresuje”.
Pobieżnie przekartkowałem książkę, i musze się przyznać, że,
ani mało atrakcyjna okładka, ani też zawartość nie wydały mi
się wówczas szczególnie interesujące. Zarówno styl, jak i
rozważania autora o kapłaństwie pozbawione były oryginalności.
Dopiero później odkryłem, że był to zbiór konspektów i wstępnych
notatek przygotowujących do rozmów z kandydatami do kapłaństwa.
Już znacznie później zrozumiałem, jak trudno jest wprowadzić w
życie te idee, które dla mnie – kandydata do kapłaństwa -
wydawały się wówczas ewidentne. Dopiero z biegiem czasu zdałem
sam sobie sprawę, jak niewielu było kapłanów, którzy wzięli
sobie jego wskazówki nie tylko do serca, ale i żyli według
nich.
Dość szybko jednak po przeczytaniu tej książki stwierdziłem,
że w naszej diecezji byli zarówno kapłani, jak i seminarzyści,
którzy, nie tylko dzielili poglądy Chevriera, ale próbowali
praktycznie wprowadzać je w życie. W kwietniu 1950 roku miałem
możliwość uczestniczenia w Krajowym Zjeździe w Lyonie i wysłuchania
prelekcji „O Misterium Miłości”, które wygłosił
Biskup Pomocniczy i jednocześnie Superior Generalny Prado –
Ojciec Ancel. Jego przemówienie poświęcone było korzeniom i esencji
misterium naszego życia w służbie Chrystusa. Prostota, jasność
i ewangeliczność tych słów zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Uległem jednak jeszcze silniejszym wzruszeniom, kiedy korzystając
z tej samej okazji odwiedziłem Prado, miejsce działalności
Antoine’a Chevriera. Prostota, a wręcz ascetyczność Ojca
Ancela, w połączeniu z jego serdecznością wobec kapłanów,
braterską miłością, jak i pełne wigoru misjonarskie oddanie
tych kapłanów, to wszystko razem poruszyło mnie tak głęboko,
że już po pierwszym spotkaniu zapragnąłem być jednym z
nich.
Jakiś czas później, biskup Ancel odwiedził nasze Wyższe
Seminarium i zrobił nam prelekcję na temat „Nawrócenie
praktykujących Chrześcijan”[2]. Długo zachowam
w pamięci te rozważania i chciałbym dzielić się tym poglądem,
który wywarł na mnie silny wpływ:
„Własne nawrócenie jest najważniejszą rzeczą w naszym
życiu. Nawrócenie się wymaga zakorzenienia w wieku dojrzałym
wiary, która zakiełkowała w dzieciństwie. Jak długo uważamy,
że jesteśmy dobrymi, uczciwymi katolikami, tak długo nie
odczuwamy konieczności nawrócenia się. Ale czy to jest całkowicie
w porządku? Św. Paweł przed nawróceniem, w drodze do Damaszku,
był przekonany o własnej doskonałości. Lecz po nawróceniu
uznaje, że „nie czyni dobra, którego chce, ale czyni to zło,
którego nie chce” (Rz 7,19). Jesteśmy bardzo wrażliwi
na egoizm innych, egoizm który nam przeszkadza, ale równocześnie
nie jesteśmy świadomi własnego egoizmu, który nam zupełnie nie
przeszkadza. Są rożne rodzaje egoizmu, na przykład:
– osobisty egoizm sprowadzania wszystkiego do siebie;
– egoizm grupowy polegający na wyłącznym koncentrowaniu się
na rodzinie, życiu zawodowym czy organizacyjnym;
– egoizm klasowy, kiedy na przykład prasa chłopska wyklucza
ze swoich zainteresowań problematykę robotniczą;
– egoizm narodowy, kiedy zasadą działania narodu jest dbałość
o własne interesy i podnoszenie standardu życia, kiedy to dwie
trzecie ludzkości pozbawiona jest elementarnych racji żywnościowych;
– egoizm apostolski, od którego nie są wolni słudzy Boży,
na co zwrócił uwagę św. Paweł mówiąc: „Gdybym rozdał
na jałmużnę całą majętność moją, ciało wystawił na
spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał”
(1 Kor 13,3);
– egoizm duchowy ogarniający tych, którzy znajdując różne
usprawiedliwienia zwalniające od modlitwy (na przykład różaniec
jest nudny, czuję się zmęczony, jestem zawalony pracą, nie mam
czasu, itp.) zapominają, jak bardzo potrzebna jest człowieczeństwu
łaska Boża.
Dlatego też konieczność modlitwy jest tak istotna dla odkrycia własnego
egoizmu. Jedynie szczere modlitwy będą wysłuchane. Świętobliwy
Proboszcz z Ars modląc się z głębi serca prosił: „Panie,
obdarz mnie łaską poznania samego siebie!”. Jego
modlitwa została wysłuchana.
Dostrzegłszy jednak, kim był w intymności swojej duszy, święty
proboszcz z Ars był tak zdegustowany odkryciem, że tym razem w
swojej modlitwie prosił „Panie, oszczędź mi poznania tego,
czym jest serce moje!”.
Tak więc, zdając sobie sprawę z naszej własnej grzeszności, my
sami powinniśmy szukać środków ku doskonałości, na wzór Ojca
(Mt 5,48)[3]. Jezus był tego przykładem. (J 13,15) On
pragnie byśmy miłowali bliźniego tak, jak On nas umiłował. (J 13,34)
Nie ma większego aktu miłości, niżeli gotowość poświęcenia
własnego życia za przyjaciół. (J 15,13) Powinniśmy być gotowi
na podjęcie ryzyka życia taką właśnie miłością. Jedynie
przez całkowite oddanie duszpasterze mogą osiągnąć ten cel.
Czyż ludzie nie powinni widzieć Chrystusa poprzez Jego uczniów?
Czyż nie jest naszym duszpasterskim obowiązkiem pójść za słowami
św. Pawła: „Nie żyję teraz własnym życiem, ale życiem
mieszkającego we mnie Chrystusa”? (Ga 2,20).
Ten, który pragnie pielęgnować swoje pragnienie pójścia śladami
Pana, nie jest pozbawiony w głębi serca dylematów. Miotani zwykłymi
dla nas wszystkich pasjami, mówimy sobie: „Nie nadwyrężaj
się!... Nie przesadzaj!... Bądź człowiekiem!... Bądź w zgodzie
z własną naturą!... Nawet nie będąc świętym mogę przecież
ku świętości poprowadzić innych!”. Tak więc życie według
Ewangelii wydaje się nam szaleństwem. Ojciec Chevrier powiedział:
„Zbyt mało mamy świętych, ponieważ nie brakuje nam
rezonerów!” [4].
Pozostaje pytanie, czy możemy zatem zostać świętymi? Własnymi
tylko siłami… Nie. Jezus, ukrzyżowany naszym egoizmem za życia,
zmartwychwstał i zmartwychwstały w nas może serca nasze napełnić
Duchem Świętym. Duch Miłości oczyścić może nasze serca z
egoizmu i przerwać łańcuch zniewalających nas pasji. Dlatego z
boleści naszych serc powinniśmy z nieustającą prośbą kierować
się ku Niemu „Nawróć nas Panie!”. Tak, jak kiedyś
św. Paweł powiedział: „Nie mówię, że już stałem się
doskonałym, lecz pędzę, abym został zdobyty przez Chrystusa...
To jedno czynię zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły
ku temu, co przede mną, pędzę...” (Flp 3, 12-14).
Dlatego też dziękczynienie jest znakiem, że uczeń Chrystusowy
chociaż trochę rozsmakował się w Miłości Boga. Ktokolwiek
wierzy tej miłości, oddaje się w podzięce Bogu.
Ale czy my faktycznie wierzymy, że wszystko jest w mocy Boga?
Desperacja jest znakiem ułomności naszej wiary w Ojca Wszechmogącego.
To, co przeszkadza Jego dziełu w sercach naszych, to nie są: nasz
egoizm, grzeszność, czy słabość, ale przede wszystkim ułomność
naszej wiary. Wiara w Niego jest tym właśnie współdziałaniem,
którego On oczekuje od nas. W tym samymi momencie, kiedy
zaczniemy z Nim współdziałać, naszym naczelnym zadaniem jest próba
osiągnięcia świętości. To wszystko. Pan nie oczekuje niczego
więcej od nas. „Proś, a będzie ci dane!” (Mt
7,7). Tą obietnicą przepowiedział Chrystus, że ci, którzy modlą
się pełnią serca o łaskę, będą nagrodzeni. Modlitwa też
jest efektywna sama w sobie. Ojciec obłąkanego chłopca zwrócił
się do Jezusa: „Jeżeli możesz cokolwiek zdziałać,
zlituj się nad nami, wesprzyj nas!” Jezus powtórzył:
„Jeżeli możesz?” i dodał: „Wszystko
jest możliwe dla każdego, kto wierzy!” Reakcja ojca chłopca
była natychmiastowa: „Wierzę, lecz wzmocnij moją słabą
wolę!” (Mt 9, 22-24) Człowiek ten wyraził swoją
modlitwą to, co my powinniśmy wyrażać nie zwlekając i nieustająco.
Jezus zaprasza swoich uczniów do oddawania się ciągłej
modlitwie, ciągłemu czuwaniu, pełnej ufności wierze w Ojca.
„Ale czy kiedy Syn Człowieczy nadejdzie, czy znajdzie on
jakąkolwiek wiarę na tej ziemi?” (Łk 18,8).
Moja znajomość pism Chevriera, spotkanie Ojca Ancela i innych
pradowskich braci prowadziła mnie ku Prado, dlatego też w 1954
roku poprosiłem o przyjęcie mnie w pradowskie szeregi. Zostanie
jednym z nich było dla mnie tak ważnym krokiem ku Chrystusowi, że
chciałbym się teraz chwilkę zatrzymać nad postacią założyciela
Prado – Antoine’a Chevriera.
Urodzony w 1826 roku w Lyon, Chevrier został najpierw księdzem
diecezjalnym. Zaraz po święceniach kapłańskich został
mianowany wikariuszem parafii St André de la Guillotière.
Parafia ta w tym czasie zamieszkiwana była przez dużą liczbę
robotników, którzy migrowali do miasta z pobliskich wiosek w
nadziei znalezienia pracy. Ponieważ były to początki
industrializacji przemysłowej, warunki pracy robotników były
nieludzkie. Za groszowe wynagrodzenie pracodawcy domagali się
nawet 14-godzinnej dniówki. Mimo że większość tych napływowych
robotników była ochrzczona, wielu z nich już po Pierwszej
Komunii przestało pojawiać się w kościele. Jedną z przyczyn był
fakt, że Kościół jawił się dla tych wyzyskiwanych ludzi jako
sprzymierzona z możnymi i wpływowymi siła. Ponadto ci bezsilni i
pracą sterani ludzie wątpili w księżowską bezstronność,
a sami kapłani wydawali się im niczym więcej, niż żerującymi
na ludzkiej naiwności cwaniakami. Kapłaństwo wydawało się być
z ich perspektywy lekką w istocie profesją i gwarancją, nie
tylko komfortowego, ale nawet luksusowego życia.
Całkowicie oddany swojej duszpasterskiej posłudze ksiądz
Chevrier był gorliwym człowiekiem pragnącym pogodzić wierność
życiowym ideałom z postępującym pogłębieniem własnej wiary.
Dlatego też często odwiedzał biedotę i chorych. Trudno byłoby
go opisać, jako człowieka robiącego „karierę”, czy
też zbierającego owoce swojej działalności. Innymi słowy, ci
sami ludzie jak zwykle chadzali do kościoła, podczas gdy masy
pracujące nadal tkwiły w swojej alienacji nawet, jeżeli niektórym
z robotników zdarzyło się trafić do kościoła przy większych
świętach. Sytuacja ta głęboko smuciła księdza Chevriera, gdyż
mimo swojego oddania się ubogim, borykał się z pytaniem,
dlaczego niewiele zdziałał, i co zatem powinien był zrobić, by
pomóc im w przemianie. Odpowiedź na to dręczące go pytanie
otrzymał w natchnieniu: „być!”.
Chevrier faktycznie zaznaczył, że w Boże Narodzenie 1856 roku, Bóg
zesłał mu światło, które zmieniło całkowicie jego życie. Do
tego wydarzenia powrócił on później w rozmowie z klerykami:
„Powiedziałem sobie: Syn Boga zszedł na ziemię, by
zbawić ludzkość i nawrócić grzeszników. A czego my sami jesteśmy
świadkami? Iluż to grzeszników jest teraz wśród nas! Ludzie
nadal pogrążają się sami! I teraz, aby skuteczniej pracować
dla zbawienia dusz, zdecydowałem ściślej naśladować Jezusa
Chrystusa. Moim pragnieniem jest abyście i wy też ściślej naśladowali
Jezusa” [5].
Chevrier pragnął wprowadzić w życie ideały swojej własnej
przemiany wewnętrznej i poświęcić się świeckiemu
duszpasterstwu, pozostając w kontakcie z klerem diecezjalnym i
oddając się w pokorze biskupiej jurysdykcji, dopełnić swojej
posługi. Nie pragnął niczego więcej, niżeli pójść za głosem
wewnętrznych przekonań kontynuując swoją społeczną misję kapłańską.
Powiedział on też sobie „Zakonnicy żyją według
ewangelicznych zasad. Dlaczegóż nie mieliby tych zasad
przestrzegać także księża świeccy?”. Według
Chevriera księża świeccy również mają prawo żyć według
apostolskich wzorów. Mówiąc to Chevrier ani nie osądzał, ani
też nie krytykował innych kapłanów. „Zamiast krytykować
innych, każdy z nas powinien sam wykorzystać łaskę Bożą!”
– mówił przyjaciołom. Nie zadowalając się duchem
ewangelicznym bez wpływu na własny styl życia i pracy,
Chevrier zwrócił się do biskupa z prośbą o możliwość
oddania się takiej posłudze kapłańskiej, w której wzory
pierwszych apostołów byłyby łatwo zauważalne.
Jego życiowym celem było więc pójście śladami Jezusa
Chrystusa w każdej dostępnej formie. Dla Chevriera trzy misteria:
Żłóbka, Krzyża i Tabernakulum były podobne do trzech płonących
kaganków, w których każdy z uczniów Chrystusa powinien szukać
nieustającej inspiracji. Temat ten zostanie pogłębiony w drugiej
części mojego tekstu. Teraz powróćmy do refleksji nad sensem
osobistej konwersji.
Konwersja, a więc świadoma przemiana duchowa, której uległ
Antoine Chevrier miała istotny wpływ nie tylko na jego
apostolskie duszpasterstwo, lecz całość jego życia wewnętrznego.
Chevrier postanowił poświęcić się przede wszystkim posłudze
ubogim, szczególnie tym, których ekonomiczna ekspansja zepchnęła
nie tylko na margines społeczny, lecz także w konsekwencji
oddaliła od Kościoła. Kontemplacja Jezusa Chrystusa zaprowadziła
go do radości zakorzenionej w słowach Mistrza i decyzji
wprowadzenia słów tych w życiową praktykę: „Bo nie
przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”
(Mt 9,13) „Duch Pański spoczywa na mnie, abym ubogim niósł
dobrą nowinę” (Łk 4,18) Chevrier nie opuścił tym
samym zupełnie regularnie chodzących do kościoła wiernych,
jedynie nie stali się oni centrum jego duszpasterstwa. Świadomie
oddał się posłudze tym, którzy jeszcze nie poznali Chrystusa,
gdyż im właśnie pragnął przynieść dobrą nowinę. Zamożnymi
nie tylko nie pogardzał, ale i nie życzył im krzywdy. Jedynie
konstatując sytuację współczesnego mu Kościoła, Chevrier
stwierdzał fakt, że kiedy zamożni mają do dyspozycji oddanych
Bogu duszpasterzy, ubodzy oddani są własnemu losowi. Takimi właśnie
przesłankami kierował się Chevrier podejmując decyzję oddania
się posłudze ubogim, działalność jego była tak owocna, że któregoś
dnia jeden z robotników pozdrowił go słowami „Ależ
oczywiście, że znam cię Ojcze, czyż to nie ty, który dzielisz
nasz los?”.
Pragnieniem Antoine’a Chevriera nie było samotnicze zmaganie
się z duchowymi problemami biedoty. Dlatego poszukiwał wśród
braci kapłańskiej tych, którzy w podobnej jak on pracy widzieli
sens swojego kapłańskiego powołania. I dlatego też pragnął
bardzo mocno wychowywać przyszłych kapłanów w tym duchu. Początki
tego stowarzyszenia księży świeckich, znanych obecnie jako
„Prado” sięgają 1860 roku. W tym właśnie roku
Chevrier zakupił dawny klub rozrywkowy „Prado” i zamienił
go na dobroczynny przytułek dla dzieci i młodzieży. Nazwa
„Prado” nabrała nowego znaczenia i stała się oazą
chrześcijańskiej solidarności, gdzie Chevrier oddał się bezpłatnej
posłudze najmłodszym robotnikom w imię Opatrzności Bożej.
Dawne miejsce zbytku stało się pierwszym społecznym centrum
planowej edukacji chrześcijańskiej, gdzie pięciomiesięczne
kursy nie tylko przygotowywały do Pierwszej Komunii Świętej,
lecz także dawały podstawy czytania, pisania i arytmetyki.
Potrzeba połączenia duszpasterstwa ubogich ze społeczną
solidarnością, która kierowała Chevrierem, zdeterminowana była
jego pojęciem własnej słabości, jego przekonaniem o konieczności
osobistego przykładu życia według wzorów apostolskich, jego
nadziei, że jego praca wyda owoce. Umierając w 1879 roku,
53-letni Chevrier pozostawił czterech swoich uczniów – nowo
wyświęconych kapłanów. Obecnie przeszło tysiąc członków
kontynuuje pradowską działalność Chevriera w 46 krajach. 15
stycznia 1953 roku, papież Pius XII wydal dekret określający zasługi
Chevriera jako „heroiczne”, a 4 października 1986 roku
Jan Paweł II powołał go do grona „błogosławionych”.
Rozmyślając nad głębią pojęcia Prado, ja sam nie jestem
pozbawiony uczucia własnej słabości i wątpliwości, czy moje własne
życie było zawsze przykładem pradowskiego wzoru. Pisząc o tym
nie szukam usprawiedliwień, a raczej modlitwy.
Prado nie ma monopolu na idee Ojca Chevriera. Ideały te należą
do Kościoła Powszechnego. Ideał braterski księdza Chevriera
dotyczy wszystkich nas tak, jak do nas wszystkich bez wyjątku
zwracał się Chrystus słowami: „Przyjdź i podąż śladem
moim!”. Nie ulega wątpliwości, że wielu z duszpasterzy
żyje ewangelicznymi zasadami pierwszych apostołów z jeszcze większym
oddaniem niżeli my, Pradozjanie. A ci z braci kapłańskiej, którzy
pragną wstąpić w szeregi Prado, robią to z przekonania, że
grupowa działalność duszpasterska wśród robotniczej i
rolniczej społeczności nadaje indywidualnym powołaniom kapłańskim
większą skuteczność.
Od początku swojego istnienia aż do 1918 roku Prado, jako grupa,
nie posiadała statusu prawnego. Jednakże, z wydaniem Prawa
Kanonicznego w 1917 roku, arcybiskup Lyonu zwrócił się do
stowarzyszonych w Prado księży o wybranie adekwatnej dla swojej
działalności formuły prawnej. Mimo to wtedy Pradozjanie nie byli
jeszcze w stanie dokładnie sprecyzować swojego statusu. Jako świeccy,
a jednocześnie diecezjalni księża, Pradozjanie chcieli poświęcić
się ewangelizacji biednych i pozostać pod jurysdykcją
biskupa. Ten rodzaj ewangelizacji wymagał organicznej więzi ze
społecznością, której służył. Praktyka życia społecznego
wymagała od duszpasterzy pradowskich dużego stopnia adaptacji.
Dlatego, podkreśliwszy codzienność swojej pracy, Pradozjanie końcową
decyzję oddali w ręce biskupa. W konsekwencji Prado, jako grupa,
otrzymała status „Stowarzyszenia wspólnego życia bez ślubowań
zakonnych”. Ponieważ definicja ta sugerowała jednak „życie
zakonne”, z chwilą dekretu konstytucji z 1947 roku
„Provida Mater”, Prado sprecyzowało swój status jako
„Instytut Świecki”. Dla Pradozjan, bardziej niż
struktura prawna, ważna była istota misji: naśladowanie
Chrystusa w niesieniu Dobrej Nowiny ubogim poprzez siłę Ducha Świętego.
Mimo to dynamiczna międzynarodowa działalność Prado wymagała
synchronizacji, dlatego Generalne Zebranie Prado zwróciło się w
1968 roku do działających w różnych państwach Pradozjan z prośbą
o naszkicowanie adekwatnego dla ich sytuacji statutu, aby stworzyć
metodą selekcji bardziej uniwersalną formułę. W rezultacie
obradujące w roku 1986 Zebranie sformułowało w oparciu o
aktualną sytuację międzynarodową ogólny zarys swojej
duszpasterskiej posługi.
Dla braci w Prado „poznanie Jezusa Chrystusa jest wszystkim,
a reszta marnością”. Dlatego tak wielką wagę nadali oni
studiowaniu Pisma Świętego. Oznacza to łączenie czytania z głębia
modlitwy w szczerej intencji osobistego spotkania z Chrystusem,
gdyż tylko takie spotkanie dokonać może naszej przemiany w
wiernych Chrystusowi uczniów. Nie znaczy to jednak, że my
Pradozjanie negujemy naukowe metody analizy Pisma Świętego. Nauka
jest jedną z metod poznania. Tym niemniej, posługując się tylko
metodami naukowymi, nie osiągniemy w głębi serca ani osobistego
przywiązania do osoby Chrystusa, ani też takiej sublimacji miłości,
która pozwoliłaby nam oddać się posłudze bliźnim w duchowej
łączności z Nim.
Sposób, w jaki będziemy naśladować Chrystusa w Jego ubóstwie i
poniżeniu różnić się będzie w zależności od kraju, epoki w której
żyjemy i natury naszej działalności. Dzielenie życia ubogich
nie jest takie samo we Francji, w Indiach czy w Północnej Afryce.
Styl życia profesora w seminarium różni się też od stylu życia
księdza-robotnika. Tym niemniej, zwracając nasz wzrok ku
Chrystusowi i sąsiadującym z nami ubogim, powinniśmy zadać sami
sobie pytanie: „Co zrobiłby Chrystus, gdyby był On teraz na
moim miejscu?” Tak więc, mimo pozornie różniących nas
okoliczności życia zewnętrznego, poczucie wewnętrznej solidarności
czyni nas wiernymi powiernikami Chrystusa. Naszym zadaniem jest
zatem nie tylko zewnętrzne naśladownictwo uczynków Chrystusa,
ale poprzez chłonięcie Jego Ducha, osiąganie tego stanu duszy,
który pozwala nam dokonywać właściwych wyborów zarówno w Paryżu,
Rzymie, Tokio czy Buenos Aires. Ewangelia służąca jedynie mnie
samemu nie jest wystarczającym narzędziem przemiany. Konieczne
jest wzięcie pod uwagę różnorodności przyczyn, które
determinują ubóstwo życia innych, jak również pragnienia i
aspiracji życiowych tych mniej uprzywilejowanych. Niezbędne jest
takie ciągłe uciekanie się do źródła naszej wewnętrznej siły,
jaką jest Duch Święty, gdyż mówiąc słowami Antoine Chevriera:
„Duch Święty kształci w naszych duszach Jezusa
Chrystusa”.
Podstawowym celem Pradozjan jest posługa ubogim. Tak samo ważna
jest zatem praca księży parafialnych, kapelanów grup Akcji
Katolickiej, profesorów seminariów, dyrektorów instytucji
charytatywnych, czy tez księży-robotników. Ci pracujący w różnych
obszarach pradowskiej działalności księża najpierw informują o
swoich zamierzeniach właściwego biskupa. Ostateczna decyzja uzależniona
jest więc od biskupa i księży Prado. Zgromadzenie nie posiada również
sztywno określonych metod pracy duszpasterskiej. Dlatego też współpraca
z innymi księżmi w poszczególnych diecezjach nie stanowi dla członków
Prado problemu. Pozwala to na zharmonizowanie naszej diecezjalnej
działalności ze szczególnie pradowską orientacją apostolską.
Ważne dla nas jest:
– jak się modlić, jak ofiarowywać nasze cierpienia w łączności
modlitewnej z cierpieniami Chrystusa;
– jak nasze słowa i uczynki przemienić w ewangelizację
naszym osobistym przykładem;
– jak osiągnąć Chrystusową jasność umysłu i gotowość
udzielenia sakramentów świętych bezpłatnie.
Ewangeliczne szerzenie wiary pozostało dla nas takie, jakie widział
je Ojciec Chevrier: naśladownictwo Chrystusa. Słowa i czyny
Jego były owocami tego, co widział i doświadczał w obecności
Ojca. Podobnie reagowali też pierwsi apostołowie. Świadczyli oni
to, co widzieli, słyszeli, dotknęli i zakosztowali Słowem Życia.
Jednak w przeciwieństwie do apostołów nie było nam dane osobiście
słuchać słów Jezusa, dlatego jedynie poprzez wiarę możemy dać
świadectwo Jego trwania. Musimy więc być w stanie dzielić się
naszą wiarą tak, jak byśmy dzielili się z najlepszym
przyjacielem, jak uczeń podążający już drogą i wskazujący ją
innym. Antoine Chevrier powiedział „Robotnicy nie
przychodzą do nas! To my musimy wyjść im naprzeciw!”.
On właśnie dlatego nie chciał poświęcić się wyłącznie tym
regularnie odwiedzającym kościół wiernym. Współcześni
Chevrierowi księża świeccy nie byli specjalnie zainteresowani
misyjnością, duchowością, czy regułami ewangelizacji. Te
aspekty pozostawały wówczas domeną zakonną. Chevrier jednakże
był innego zdania. I mimo iż księża Prado nie poddawani są
zakonnym ślubowaniom, to jednak szczególnie drogie jest im pełne
osobistych wyrzeczeń podążanie śladami Chrystusa. „Dałem
wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili jak Ja wam uczyniłem.”
(J 13,15) Niemożliwe jest więc naśladownictwo Dobrego Pasterza,
jeżeli jesteśmy w stanie tylko pozostawać z owieczkami w stadzie
i nie oddawać się poszukiwaniom tych, które zagubiły się po
drodze. „Mam także inne owce, które nie są z tej
owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu
mego.” (J 10,16)
Grupowe życie księży Prado nie może izolować ich od działających
pod kierunkiem biskupa innych księży, gdyż będąc integralną
częścią życia poszczególnych diecezji, my wszyscy razem
dzielimy trudy duszpasterskiej posługi. Regularność spotkań
jest konieczna, by osiągnąć ten rodzaj współdziałania, który
jest niezbędny dla funkcjonującego we współczesnym świecie Kościoła.
Dlatego stowarzyszeni w Prado księża nie tylko regularnie oddają
się studiom Ewangelii, ale starają się interpretować ducha
ewangelicznych wskazań w oparciu o aktualne dla ich
duszpasterskiej pracy sytuacje. Te właśnie praktycznie
ukierunkowane poszukiwania pozwalają Pradozjanom na samoorientację
i uwspółcześnienie więzi z Chrystusem, poprzez duszpasterskie
pytanie: „Czego Chrystus oczekuje od nas w tym dzisiejszym
aspekcie naszego działania?” Tak pojęte życie społeczne
umacnia więź między braćmi w Prado, pogłębia wzajemne przyjaźnie,
daje szansę wzajemnej podpory i emanuje siłą wspólnej
modlitwy. Tym samym jest źródłem inspirującego nas wzajemnie
powołania.
Refleksje, którymi powyżej dzieliłem się z czytelnikiem, nad
osobą Ojca Chevriera i Prado, są nie tylko echem spotkania ojca
Ancela z bracią kapłańską diecezji Yokohamy, które miało
miejsce 26 czerwca 1969 roku, ale tez retrospektywnie przybliżyły
mnie ku temu, co formowało mnie w dniach, które spędzałem w Wyższym
Seminarium Duchownym we Francji.
Edward BRZOSTOWSKI
[1] „A
Chevrier, de Véritable Disciple”, wyd. Vitte 1942, reedycja
P.E.L., Lyon 1968.
[2] Ojciec Ancel (1898-1984), profesor metafizyki na Wydziale
Katolickim w Lyonie od 1932 do 1943, został głównym przełożonym
księży w Prado w 1942 roku, aż do roku 1971. Zostawszy biskupem
pomocniczym w Lyonie w 1947, pracuje fizycznie w domu przez 5 lat
(1954-1959). Członek komisji biskupiej Świata Robotniczego od założenie
w 1950 roku, jest jej przewodniczącym w latach 1964-1970. W czasie
soboru zostaje wybrany członkiem komisji doktrynalnej i pracuje
przy redagowaniu ustawy o „Kościele w obecnym świecie”
(Cf. Broszura specjalna, którą miesięcznik Księża Prado temu
poświęcili). W liście z 6 stycznia 1984 roku zachęcał mnie do
nawrócenia. Można powiedzieć, że był konsekwentny w poglądach.
„Mój drogi Edwardzie, właśnie otrzymałem Twój list i mogę
Ci towarzyszyć w Twojej aktualnej i przyszłej wędrówce. Mówisz,
że masz «złamane» serce i nie możesz go bardziej
otworzyć dla innych. Myślę, że na drodze służby, tam, gdzie
się stawiasz, nie musisz przynosić bezpośrednio orędzia czy
nauczać doktryny, jesteś sługą, który wysłuchuje wołania
Boga poprzez wołanie ludzi. Twój rok doskonalenia nie jest dla
Ciebie, lecz dla wszystkich, będzie on wymagający na poziomie
duchowym. Oczywiście nie możesz wyrzec się wszystkich bogactw,
które otrzymałeś w życiu, inni powinni z nich korzystać. Ale
nie zapominaj, że inni nie wykorzystują Ciebie, lecz samego Boga;
dlatego sądzę, że Twój rok doskonalenia powinien być przede
wszystkim dla Ciebie, rokiem zwrócenia się w stronę Pana
Boga. On sam jest zbawcą, coraz bardziej współcześni nam
potrzebują samego Boga. Ten, kto sadzi, jest nikim, ten, kto
podlewa, jest nikim lecz tylko ten dający wiarę jest Bogiem.
Przyznaję niestety, że w przeszłości nie byłem w stanie
dostatecznie utrzymać tego prymatu Boga. Zwłaszcza po doświadczeniach
tego roku, pewne sytuacje odczuwam inaczej niż przedtem. Wiesz o
mojej przyjaźni do Ciebie, mój drogi Edwardzie i także o całym
moim zaufaniu, dlatego to Ci mówię będąc przekonanym, jak
zawsze, że Pan chce Twojej bliskości z Nim. A kiedy powrócisz i
znowu nawiążemy kontakt, będę się cieszył, na tyle, na ile
pozwoli na to dyskrecja, z tego, co Pan uczynił dla Ciebie,
ponieważ dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. To w tym sensie będę
modlił się za Ciebie, aby wszystkie słowa i zachowania wypływały
naprawdę od Boga.
W ostatnich dniach doznałem prawdziwego ukojenia w cierpieniu i
dzisiaj rozmawiałbym prawie z euforią, a to jest już
rozmowa na wyższym stopniu. Mówię Ci to, abyś podziękował za
to Panu ze mną. Jestem ciągle u Sióstr Miłosierdzia. Nie sądzę,
abym mógł być lepiej przyjęty gdziekolwiek indziej. Myślę o
klimacie ewangelicznym, jak również o kompetencji technicznej.
Podziękuj Bogu ze mną, ponieważ moje doświadczenie jawi mi się
coraz bardziej jako łaska. Zapewniam Cię, mój drogi Edwardzie o
mojej całkowitej przyjaźni. Pośrednik, którego potrzebowałem,
aby napisać, jest bardzo dyskretny i jest zdolny zrozumieć naszą
rozmowę. Z wyrazami przyjaźni i życzeniami świętego
roku.”
[3] „Na mszy – jak w ciągu naszego życia, udajemy, że
uważamy się za grzeszników. W związku z tym, pozostaje nam
udawać, że jesteśmy rozgrzeszeni. Fałszywe smutki – fałszywa
radość.” (L. Evely, C’est toi, cet homme, wyd.
Universitaires 1957, s. 177).
[4] J. Fr. Six, „Un prêtre, Antoine Chevrier”,
wyd. Seuil, 1965, s. 121.
[5] Id. s. 122.
Ks. Edward Brzostowski.
Urodził się w 1932 roku we Francji. W 1962 roku obronił doktorat
na rzymskim Gregorianum. W roku 1970 uzyskał tytuł Bachelor of
Arts at japanese Literature na Uniwersytecie Keio w Japonii. Jest
misjonarzem i tłumaczem. W 1982 roku ukazała się w języku
francuskim książka, która dwa lata wcześniej została napisana
po japońsku. Nosi ona tytuł: " Prier: un nouveau défi
japonais ". Jej autor, ksiądz Edward Brzostowski, jest członkiem
Zgromadzenia Prado, pracuje od 40 lat w kraju kwitnącej wiśni.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Sens, 2005)
Fot. Michael Wittbrot
|