... (32)

Posłuchaj, M...

Gdańsk, 7 października 1998 roku

Gdy myślę Mickiewicz, to odzywa się we mnie zapach i smak prawdziwej kawy pitej po raz pierwszy w życiu i ballada „Pani Twardowska”. To tkwi jak strzęp po przeszłych czasach przyklejony na zawsze do pamięci. Ta kawa miała dopomóc w nauczeniu się na pamięć przez jeden wieczór i kawałek nocy tego monstrualnie długiego wiersza. Być może w obliczu Wieszcza nie przystoi na tak prozaiczny wspominek, ale czasami nie zaszkodzi trzymać się blisko prawdy...
Portret Mickiewicza (wraz z portretami Słowackiego i Konopnickiej) wisiał na jednej z bocznych ścian szkolnej klasy; ścianę frontową zajmowały portrety aktualnych przywódców kraju. Nie wiem, czy często, nie pamiętam, czy w ogóle odwracałem się podczas lekcji w stronę ściany z poetami, czy obserwowałem zamyśloną twarz Mickiewicza, czy intrygował mnie niecodzienny kołnierzyk przy koszuli Juliusza albo dziwnie upięte włosy autorki „O krasnoludkach i sierotce Marysi”. W każdym razie osiem lat ich wzrok obserwował moje dorastanie i przez pewien czas brakowało mi tych portretów na ścianach sal lekcyjnych w liceum. „Urodził się w Zaosiu koło Nowogródka...” – to musiało znać każde dziecko uczęszczające do ówczesnej szkoły. A ja jeszcze wówczas nie zdawałem sobie sprawy, po prostu nie wiedziałem, że to są moje nieodległe strony. Co prawda dzisiaj z tego powodu nie wyciągam żadnych wniosków ani nie uważam, że urodziłem się w lepszej poetyckiej części świata, to jednak na to: „koło Nowogródka” patrzę inaczej – cieplej, łagodniej, jakbym wdychał zapach tamtego powietrza, nagrzanych słońcem traw, kałuż po tygodniowej ulewie. A wśród tych wszystkich smaków i zapachów tamtejszego Mickiewiczowskiego powiatu powraca smak i zapach, którego nie zatarły hektolitry wypitej dotychczas w życiu kawy. Z tego nowogródzkiego powiatu już tylko na sięgnięcie ręką do „Pana Tadeusza”... I tutaj powinny kończyć się wszystkie słowa, a powinna mówić sama ta arcypolska księga ksiąg. „Pan Tadeusz” pojawiał się w moich rękach wielokrotnie, ostatnimi laty coraz częściej. Najgorzej, a może tylko najniechętniej, wspominam „Pana Tadeusza” obowiązkowego – w szkole, kiedy trzeba było uczyć się jego długich fragmentów na pamięć, pisać bzdurne wypracowania wokół hasła „co poeta miał na myśli?”, a potem – na polonistycznych studiach. Teraz „Pan Tadeusz” jest najszacowniejszy, czytany z wewnętrznej potrzeby, czysty. No, tak pisząc teraz o moim Mickiewiczu, niepostrzeżenie osuwam się jednak przy biurku na kolana; coś mi się zdaje, że jak skończę pisać do Ciebie, przed snem poczytam kilka dowolnych stroniczek...
Ale nigdy nie mogłem w całości zaakceptować „Dziadów”. Męczyła mnie ich strona narodowo-martyrologiczna. Jeżeli cokolwiek potrafię z ich wziąć, to te części ludowo-obrzędowe, tam jest poezja, tam jest metafizyka tamtejszych miejsc, niecodzienność świata, ślady prawdziwej wiary w pozagrobowe istnienie. Świadomość, że to mogły być obrzędy, w których uczestniczyli moi praprapradziadowie, nie pozostawia mnie na „Dziady” obojętnym.
Mam jeszcze kilku Mickiewiczów, do których nie mam stosunku. Zresztą, czy wszystko u jednego poety trzeba akceptować tylko dlatego, że „wielkim był”?
Dodam Ci jeszcze, że jest kilka liryków lozańskich, bez których trudno mi wyobrazić sobie polską poezję. A czasami lubię powertować w bibliotece w którymś z tomów monumentalnego „Słownika języka Adama Mickiewicza”. I chronicznie nie cierpię, nie rozumiem, udaję, że nie znam Mickiewicza mesjanistycznego. To dla mnie jakiś inny Mickiewicz, ktoś o podobnym tylko imieniu i nazwisku, ktoś nie z nowogródzkiego powiatu...
To, co Ci napisałem, miałem powiedzieć (oczywiście więcej) miesiąc temu na spotkaniu litewsko-polskim w Druskiennikach, ale nie powiedziałem. Był taki wtedy niesamowicie piękny jesienny dzień, jakiego chyba jeszcze nigdy nie spotkałem, i po prostu zasiedziałem się nad Niemnem zapominając o wszystkim. I chyba nawet lepiej się stało – nie przeoczyłem pięknego, dobrego dnia pod litewskim niebem, a o Mickiewiczu – moim Mickiewiczu – mogę teraz Tobie napisać. Gdy będziesz któregoś razu tamtędy przechodził, pokłoń się ode mnie pomnikowi Mickiewicza nad Sekwaną. 
Czy wiesz, że w Lidzie też jest pomnik Mickiewicza?

Aleksander JUREWICZ


43-6-1.jpg (44184 Byte)

Na zdjęciu:

Pomnik
Adama Mickiewicza
(Paryż, 1985)


Fot. Stanisław
Fredro-Boniecki

Posłuchaj, A...

Nigdy nie byłem na Czarnej Rusi i najprawdopodobniej nigdy nie ujrzę lidzkiego dzieła Waleriana Januszkiewicza. Nad Sekwaną, nieopodal monumentu, który w roku 1929, zamiast Collège de France, ozdobił Place de l’Alma, zaś po latach zawędrował na korso Alberta I, bywam od czasu do czasu. Pomnik zamówiony przez polski rząd, przypominający walkę o niepodległość, a przede wszystkim autora „Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego”, oglądam nie tak chętnie jak dawną pracownię, a obecnie muzeum Bourdelle’a. Autor „pomnika dla Mickiewicza” postanowił uhonorować nie tylko jasnowidza i geniusza, ale i jego ojczyznę, a także narody walczące o samostanowienie. 
Swoista kamienna epopeja, pieśń ciemiężonych, krzyk czy zew wolności, szlachetny opór i rzesze porwane wieszczą mową – o tym wszystkim pisał francuski rzeźbiarz w roku 1923, na łamach literacko-artystycznego dwumiesięcznika „La Vie”. Emile Antoine Bourdelle pragnął, żeby każdy przechodzący obok jego „Epopei oporu” umiał ją odczytywać i żeby dzięki niej jeszcze bardziej miłował wolność. Stąd, znad Sekwany miało przemówić dzieło niepospolitego, niefrancuskiego twórcy, jak i odbudowująca się Polska. Niegdyś naród, któremu zabrano ziemie, zatem i kwiaty z ziemi wyrastające, szukał ratunku wysoko, gwiazdom bowiem został powierzony; teraz, gdy powstał z martwych, prorocza ręka Wieszcza wskazuje rozległą przestrzeń, ale i ku każdemu przechodniowi kieruje nieśmiertelne, „uwiecznione w nigdy nie zmęczonym kamieniu” słowa otuchy, słowa nadziei.
Dawny asystent Rodina, zauroczony antyczną formą rzeźbiarz, zarazem autor tekstu „Jak kochałem i czułem Mickiewicza”, nie bał się patosu, wierzył, że po latach jakiś uczeń czy student wzniesie swe młode spojrzenie – i dojrzy, poniesie, przekaże dalej płomienne przesłanie nietypowego Pielgrzyma, natchnionego Wieszcza, słowiańskiego Proroka. 
Kilkanaście lat wcześniej, w roku 1891, gdy prochy Adama Mickiewicza przenoszono z Montmorency do „polskiego Saint-Denis”, czyli na Wawel, francuski slawista, profesor języka serbskiego, rusofil i tłumacz, Louis Léger, zachęcał do sięgania po utwory – jak przekonywał – największego słowiańskiego poety, uwielbianego, lecz – podobnie jak cała literatura polska – nieczytanego we Francji. Zauważał z ironią, iż księgarze paryscy przyciągają uwagę publiczności, a nawet narzucają się z książkami o małej wartości, zajmują się nowinkami zamiast interesować się arcydziełami. Skutek jest taki, że brakuje wielu wybitnych utworów, brakuje dobrych przekładów. Gdyby Mickiewicz był Rosjaninem i pisał po rosyjsku, jego „Dziady”, „Konrad Wallenrod” czy „Oda do młodości” mogłyby zalać francuski rynek tak jak powieści Lwa Tołstoja. Należy jednak do nacji, którą mało kto się interesuje.
Z wszystkich utworów francuski profesor najbardziej cenił dzieło, w którym polski poeta opisał społeczeństwo, jakie poznał w czasach swej młodości, „społeczeństwo hałaśliwych szlachciców, opojów, wielkich myśliwych, strojnych w dźwięczne tytuły, z których każdy wymagałby długiego komentarza”. Nie brakuje w „Panu Tadeuszu” wielkich postaci i – lokalnych patriotów, prowincjonalnych kosmopolitów, światowców ulegających anglomanii, watażków i awanturników czy bohaterów szpady i kielicha; brakuje na przykład godnej uwagi postaci kobiecej, bo infantylna Zosia czy zdeprawowana Telimena nie mają w sobie ani charakteru, ani dostojeństwa. Oburzano się na Mickiewicza – jak przypomniał Léger – że nie wiadomo skąd wziął swoich bohaterów, że fantazjuje, że naśmiewa się z polskiego patriotyzmu.    
Melancholijna opowieść o świecie, którego już nie ma, tęskne wspomnienie kraju lat dziecinnych, poemat godny „Iliady” i „Don Kichota”, heroikomiczny utwór, w którym twórca gloryfikuje polską duszę czy krytyka narodowych przywar, rozliczenie z przeszłością? – zastanawiamy się wraz z Légerem. Sam Mickiewicz miał przyznać, że jego „Ostatni zajazd na Litwie” nie jest dostatecznie wzniosły, dostatecznie poważny. Ale też, na szczęście, nie ma w nim mistycznych rojeń. Jest zabawa, są błyskotliwie odmalowane sceny polowania czy grzybobrania. Jest rozpasanie, brawura, nieopanowanie i gotowanie bigosu; jest polska krótkowzroczność i polska idylla. Ale jest też – jak zauważał wiele lat później autor przedmowy do wydanego w roku 1934 nowego tłumaczenia „Pana Tadeusza” – miłość do ojczyzny.
Louis Barthou, minister wojny w gabinecie Brianda i minister sprawiedliwości w rządzie Poincarégo, pisał o dominującej nad placem Almy, romantycznej i płomiennej sylwetce bohatera. Paryż – zdaniem francuskiego ministra – złożył polskiemu twórcy „sprawiedliwy hołd, który łączy z chwałą i geniuszem poety niedole jego Ojczyzny i jej odzyskaną wielkość”. 
Jednak ważniejsze niż symboliczne gesty i patetyczne uniesienia polityków, zapewnienia o wielkiej przyjaźni czy braterstwie narodów, które nazbyt często okazują się zwykłą retoryką, są zapachy i smaki, o jakich pisałeś; ważniejsze jest spotkanie z dziełem – i tym wszystkim, co ono ze sobą niesie, co przypomina, czym karmi naszą wyobraźnię. Niekiedy jest pokarmem dla duszy. Niekiedy – zapisanym w słowach, a nie w nutach dźwiękiem. Niekiedy – pieśnią, jakiej boimy się słuchać, bo przypomina jesienny dzień, szczególny moment, w którym otwarte niebo i leniwy nurt rzeki okazują się ważniejsze niż całe audytorium, do którego moglibyśmy przemówić. – M.

Paryż, 26 października 2006 roku 

Cykl tekstów „Posłuchaj, M...” ukazywał się na łamach „Naszej Rodziny” od maja 1995 do września 1999 roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list ukazał się w pierwszym numerze „Recogito”, zaś pierwszy tekst z serii „Posłuchaj, A...” ukazał się w numerze 11-12 z 1999 roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru  11-12 (650-651) 1998, s. 20.

 

© Recogito, Rafaliga