Poczęstunek zmarłych
Kiedy Jurek poczuł się głodny, a często mu się to
zdarzało, wspominał ów wspaniały dzień, gdy najadł się do
syta. Było to jeszcze w siole, na ruskie Zaduszki. Od rana pieszo
i na furmankach całymi rodzinami ściągali wędrowcy na kładbiszcze,
czyli cmentarz, w pobliżu sioła Obuchowka. Grzebano na nim zmarłych
z szerokiej okolicy i cmentarz, choć nie stary, był rozległy,
rozrósł się w ciągu niewielu lat. Robił o tyle niezwykłe wrażenie,
że brakowało na nim drzew, brzóz czy świerków, zapamiętanych
z innych stron i innych cmentarzy, brakowało krzewów i zieleni,
zacisza, w którym spoczywała godny i kojący smutek. Po kładbiszczu,
otoczonym niewysokim, glinianym murkiem, na przestrzał hulały
wiatry, latem prażyło gorejące słońce, zimą zawiewał je ze
szczętem śnieg stepowy, tak że całe ginęło w zaspach, z których
tu i ówdzie sterczały wierzchołki krzyżów. Wówczas pozostawało
zapomniane, nikt tu nie zaglądał prócz buranów, niosących śnieżną
zamieć. W zwykły dzień wiosny, lata lub jesieni przychodzili tu
krewni odwiedzić swoich zmarłych, oporządzić mogiły, przykryte
spłowiałą darnią. Stały na nich prawosławne krzyże, albo żerdki
z tabliczką i czerwoną, pięcioramienną gwiazdą.
W ów dzień ruskich Zaduszek było dość chłodno, wiał północny
wiatr, pod nawisłymi, skłębionymi chmurami. Słońce przepadło
i okolicę zasnuła szarość. Gospodynie, baby tęgopierśne,
przywdziały odświętne chusty z frędzlami, w kwiaty i wzory
bardzo kolorowe, barwiły się na całym cmentarzu. Na mogiłach
rozpostarły białe, wykrochmalone obrusy. Dwóch dziadów w
niesamowitych łachmanach, jeden bez nogi, a drugi ślepy i
ospowaty, zawodziło u wrót cmentarza nabożne pieśni. Każdy śpiewał
na swoją nutę, jakby się ścigali, który prędzej dotrze ze
swoimi suplikacjami do bram niebieskich.
Jurek spieszył na kładbiszcze z sąsiadeczką Walą, Ukrainką,
która była nieco od niego starsza, miała figlarne dołki w buzi,
jasne oczy i czarne warkocze. Trzymali się za ręce. Któregoś
dnia Wala spytała, czy całował się kiedyś z dziewczyną. Gdy
się zmieszał, Wala zaśmiała się i pocałowała go w usta.
Poprzysięgli sobie wieczną miłość, która przetrwała Zaduszki
i jeszcze dwa tygodnie. Przystanęli na chwilę i przyglądali się
dziadom, ślepy robił niesamowite wrażenie, miał puste oczodoły.
Beznogi huczał cerkiewnym basem, a gęsta zmierzwiona broda
upodobniała go do mnicha.
– E, marne dziady – orzekła Wala. – U nas, na
Ukrainie, to było dziadów a dziadów. Mrowie takie, jakby powyłazili
spod korzeni.
Gdy weszło się za bramę, cmentarz wyglądał jak barwny jarmark,
targowisko, albo niezwykła biesiada dla kilkuset osób, rojna i
gwarna. Na mogiłach, obrusem przykrytych, stało mnóstwo jadła.
Jurkowi i Wali oczy zabłysły, zgłodniali dopadli pierwszej z
brzegu mogiły. Należało perechrestytsja, co skwapliwie uczynili,
po czym gospodyni wręczyła im po obfitym pierogu. Był smaczny,
pełen sera. Pochłonęli go pospiesznie, łapczywie. I szli dalej,
nie wierząc własnym oczom, oszołomieni widokiem takich kroci
pierogów, które – jak się okazało – były
nadziewane nie tylko serem, ale kaszą albo kapustą, a jakby tego
było mało, jeszcze pyszniły się przyrumienione bliny i placki
ziemniaczane. Gdzie niegdzie częstowano ich nawet śmietaną. Gdy
nasycili pierwszy głód, zaczęli wybierać dostatniejsze mogiły,
na których nie było chudych i małych, tylko spęczniałe dorodne
pierogi. Z ruska żegnali się zamaszyście, dotykając wprzód
prawego, a potem lewego ramienia, nabożnie poruszali wargami w gorącej
modlitwie za zmarłych Iwanów i Kławdie, bijąc pokłony. Choć
po prawdzie na tym gwarnym, rojnym, połykającym smakowite kęsy
cmentarzu, na tych zapustach pełnych ruchu, barw i woni, nikt
chyba nie myślał o śmierci. Zrazu Jurek przeżywał coś w
rodzaju niesamowitego skupienia, uczestnicząc w tym niezwykłym
poczęstunku zmarłych, każdy pieróg napoczynał jak błogosławione
przesłanie z zaświatów w tej słowiańskiej panichidzie,
wywiedzionej z zamierzchłych epok, tajemnej i życiodajnej, ale później
zwyciężyło zwyczajne obżarstwo.
– Mołyszsja? – zagadnęła Wala, gdy
przystanęli na uboczu.
– Mhm.
– A ja nie – powiedziała cicho. –
Powtarzam: „Amin. Amin. Na kładbiszcze wietier świszczę.
Amin. Amin.” Tylko nie mów nikomu... Spróbuj,
to fajnie.
Odtąd na spółkę uprawiali świętokradztwo z tak nabożnymi
minami jak dwoje aniołków, które zstąpiły na ziemski padół.
Jurek stał się bezczelny, zaczął przebierać, domagał się
pierogów z kapustą, które mu najbardziej smakowały, Wala wolała
z serem zmieszanym z kaszą, ten gatunek trafiał się dość
rzadko. Od czasu do czasu przekąsali blinem. Nie zwędrowali nawet
połowy cmentarza, gdy poczuli się najedzeni jak bąki. Wtenczas
przydały się dwie parciane torby, które przezornie za radą Wali
wzięli z sioła. Upychali w nie pierogi, bliny i placki
ziemniaczane, co wymagało trochę sprytu i bezczelności, gdyż
obyczaj nakazywał spożywać poczęstunek na miejscu z należnym
szacunkiem dla nieboszczyka i jego krewnych ofiarodawców. Dorośli
krępowali się chować na zapas, ale dzieciom to uchodziło. Jurek
z Walą buszowali po cmentarzu wybierając co smakowitsze kąski. Sądząc
po zastawionych mogiłach była to kraina mlekiem i miodem płynąca,
tymczasem na co dzień w siole trzeba było zaciskać pasa i tylko
potęga obyczaju nakazywała gospodyniom oszczędzać wiktuały,
aby wystąpić godnie z poczęstunkiem zmarłych. Kto żyw i zdrów
z Polaków ściągał na tę darmową ucztę. Obaj dziadowie
przy bramie zachrypli, ale zawodzili wy trwale.
Kiedy Jurek z Walą napełnili torby pierogami po brzegi, zaczęli
wałęsać się po alejkach, a Wala opowiadała:
– Patrz. W tej mogiłce leży nieślubny synek Anastazji
Pietrowny. Martwy się urodził. A niektórzy mówią, że sama go
udusiła... A tutaj pogrzebany jest didko Prochor, zwany
Sewastopolcem, bo zasłużył się w wojnie krymskiej. Miał więcej
niż sto lat, kiedy umarł. Pewnie żyłby jeszcze dłużej, ale
czort go podkusił i zachciało mu się dosiąść konia. Puścił
się cwałem i wyleciał z siodła. Upadł na ziemię i kwita. Aż
dziw, że nie rozsypał się na drobne kosteczki, taki był stareńki...
A tu, Hospody pomyłuj, Jekatierina Siergiejewna, nasza
nauczycielka, co powiesiła się na strychu, kiedy rzucił ją
Alosza, kochanek... A tu leżę ja, Wala...
– Ty? Sfiksowałaś?
– Bo ja też umrę z miłości. Ja to wiem –
powiedziała Wala z powagą.
Dzięki Wali groby zaczęły przemawiać. Niebawem otoczył Jurka rój
imion, nazwisk, nieszczęść, chorób, dopustów bożych, przekleństw
losu, wszelakich przypadłości i niepodobieństw, jak choćby ów
piorun, który zabił Aloszę kochanka wraz z koniem na stepie.
– Niedawno mówiłaś, że Alosza rzucił nauczycielkę...
– Bo i rzucił. A potem piorun go strzelił.
– E, nie wierzę.
– To nie będę ci więcej opowiadać – obruszyła
się Wala.
– No, dobra. Niech będzie, że to prawda. Chociaż
spytam babuszki... – zwrócił się do starszawej
gospodyni, która w kwiecistej chuście siedziała na ławeczce
przy zastawionej mogile.
– Alosza? Zdrów i cały. Traktorem jeździ –
popatrzyła na Walę. – Ty nie słuchaj, co ci ta
pleciuga opowiada! No, pomódlcie się za mojego Borysa. I
macie po pierożku...
Smak tych pierożków wspominał Jurek w głodnawe dni nad Ubaganem,
gdy nieodmiennie na obiad była łapsza w kociołku, czyli zacierka
z czarnej mąki, szarawa bełtucha bez smaku. Pomyślał też, co
porabia Wala i czy piersi jej urosły, bo w ruskie Zaduszki były
jeszcze maleńkie.
Jerzy KRZYSZTOŃ
Jerzy Krzysztoń (1931-1989), prozaik; jest
autorem powieści: o powstaniu warszawskim „Kamienne
niebo” (1958), o wojennych losach Polaków w ZSRR:
„Wielbłąd na stepie” (1978) i „Krzyż Południa”
(1983), studium psychologicznego: „Obłęd” (1979);
pisał również opowiadania i słuchowiska. Prezentowany
fragment powieści „Wielbłąd na stepie” ukazał się
w „Naszej Rodzinie” – 11 (398) 1977, s. 17-18.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Polanów, 2005)
Fot. Michael Wittbrot
|