11 września. Czy istnieje bin Laden?
Nie tak dawno temu
pożegnaliśmy Orianę Fallaci. Odsądzana od czci i wiary, czasem
traktowana, delikatnie rzecz ujmując, z przymrużeniem oka,
konsekwentnie atakowała zdziadziały i zblazowany Zachód za
nihilizm, porzucenie konstytuujących go wartości i parcie ku zagładzie.
Jej słowa ginęły we wrzawie politycznie poprawnych konferencji,
„dialogów”, uścisków dłoni i sztucznych uśmiechów.
Zachodnia nazwijmy to umownie lewica żyje bowiem ciągle przeświadczeniem,
że świat wygląda tak jak na konferencjach. Tak kiedyś uważano
i u nas na partyjnych zjazdach. – Ale: ułuda konferencji i
szwedzkich stołów pryska w zetknięciu z rzeczywistością kiedy
tylko raczy się otworzyć oczy. Ci jednak, którzy mają
odwagę je otworzyć i zaczynają mówić co widzą, stają
się obiektem ataku zarówno ze strony tych, którzy zostali przez
nich zastani przy swych niecnościach jak i przez tych, którzy
nie otworzywszy swoich patrzałek, wolą pozostać przy złudzeniach.
Fallaci miała odwagę otworzyć oczy. „Przejechała się”
po królach, dyktatorach i innych „gwiazdach” współczesności,
dostrzegła też rysy na gmachu Europy i wszystko opowiedziała
tym, którzy chcieli słuchać…
11 września samoloty pasażerskie wbiły się w gmachy WTC. Ogłoszono
wszem i wobec, że to terroryści bin Ladena, onegdaj w Ameryce
wyszkolonego do walki przeciw Sowietom. Tej informacji muszę
wierzyć na słowo, ponieważ rzeczonych terrorystów nie widziałem,
a gdy mówi bin Laden, to też nie do końca wiem, czy to on mówi
albo czy prawdę mówi, czy też raczej się przechwala. Taki już
ze mnie niedowiarek.
Niewątpliwie stała się rzecz straszna: zginęły tysiące Bogu
ducha winnych ludzi. Mnie wszakże zastanawia jedno: czy bin Laden
nie wiedział, na co, albo raczej, na kogo się porywa?
Naprawdę miałby złudzenia, że mu to ujdzie na sucho? Byłby aż
tak głupi? Nie przypuszczam. Nie przypuszczam też, by wywiad
amerykański wierzył w bajkę o Saddamie a Bush dał się jej
ponieść. Nie wierzę by w Waszyngtonie wierzono, że atak na Irak
rozwiąże sprawę, tak jak nie wierzę, że satelity wykrywające
pudełko od zapałek i „słyszące” bicie serca nie
potrafiły zlokalizować składów broni czy pomóc w ujęciu
Ladena. Nawet pomoc Mosadu czy Intelligence Service nie dałaby
efektów? Jeśli tak, to oznaczałoby to, że w/w instytucje są
figę warte a USA jako sojusznik na nic się nie przyda. Zresztą
Irakijczykom amerykańska obecność wcale nie przeszkadza bić się
między sobą. A bin Laden jak uciekał, tak sobie ucieka… Bo
może nie chodzi o to by, jak ktoś powiedział, króliczka złapać,
tylko by króliczka gonić… Tym bardziej, że przy okazji
„gonienia” wymienia się już inne kraje, na które może
paść cień amerykańskich bombowców. W „międzyczasie”
Izrael dokładnie zrujnował ledwo doprowadzony do jako takiego
stanu Liban, nic w zamian nie zyskując. Muszę przyznać, że
niczego z tego nie rozumiem. Tak, jak nie rozumiem, dlaczego północnokoreańskie
rakiety są mniej groźne dla Ameryki od irańskich i dlaczego
Izrael może mieć bomby atomowe a wspomniany Iran, nie.
Próbuję różnych wersji, by zlokalizować „bin Ladena”,
i ciągle mi wychodzi, że ktoś po coś chce cały bliski Wschód
obrócić w perzynę. Po co – to się z czasem okaże.
Absurd, powie czytelnik, lecz jeśli tak, to nie pierwszy to absurd
w tej sprawie… Na pytanie o to, co sugeruję, odpowiadam, że
nic nie sugeruję tylko szukam… bin Ladena. Prawdziwego.
Czy wobec tego kwestionuję istnienie islamskich terrorystów?
– Skądże!
Oni też mają swoje cele: półksiężyc na kopule bazyliki św.
Piotra i chociażby na wieży Eiffla. Przez lata patrzyłem z
niepokojem jak Kościół „bawi się granatem”,
przyjmując za dobrą monetę wszystko co płynęło z islamskiego
brzegu. Czas od czasu coś tam nieśmiało rzeknięto, dodając
zaraz spiesznie słowa o szacunku i wszystko biegło swoim torem: w
Europie przybywało meczetów, „w islamie” ubywało kościołów
i chrześcijan, i to z przyczyn bynajmniej nie obiektywnych. Zakaz
posiadania Biblii, zakaz prywatnej nawet modlitwy, zakaz
eksponowania krzyża, to jeszcze nic w porównaniu z możliwością
sprzedania w niewolę czy poderżnięcia gardła. I choć nie
wszystkie kraje islamskie z równą gorliwością prowadzą ten
swoisty dialog, to trudno wyzbyć się wrażenia, że na bazie
monoteistycznego islamu powstała swoista karykatura religii, a
raczej ideologia z religią nie mająca nic wspólnego: taki
zwyczajny zbiorowy terrorysta, którego nie stać na żadną
intelektualną, a tym bardziej moralną refleksję. Wiem, wiem, że
są też „uczciwi muzułmanie”, ale jakoś ich nie słychać,
a jeśli już, to dosyć cicho i wcale nie z cieniem najmniejszej
choćby skruchy. Stąd reakcja na słowa papieża Benedykta, jest błogosławioną
reakcją: odsłania całą wewnętrzną pustkę islamu, a także
ukazuje go jako realne niebezpieczeństwo dla europejskiej
cywilizacji czy jakiejkolwiek innej poza islamską, nie mówiąc już
o iluzoryczności „mostów” dotychczasowym dialogiem
zbudowanych.
Nikt z tamtej strony nie podjął poważnego dialogu, podniosła się
jedynie nienawistna wrzawa, a zdemoralizowane elity zachodniej
lewicy stać jedynie na jazdę dawnymi koleinami; prawicę chyba
zresztą też, choć nie całą.
Zachód jest już nie do obrony; nie będzie już żadnego Poitiers,
Lepanto czy Wiednia, będzie jedna wielka katastrofa, gdy nagle
pewnego dnia okaże się, że w najbliższy piątek wszyscy muszą
iść do meczetu (czego niektórym krajom po cichu z serca życzę).
Ja pogląd o islamie jako „religii pokoju” już dawno
między bajki włożyłem, do czego też i innych namawiam.
Postawiłem w tytule pytanie o to, czy istnieje bin Laden…
Tak, istnieje, ale dla mnie niejedno ma on oblicze i przebywa w różnych
miejscach naraz, stąd tak trudno go zlokalizować.
Wyrósł na olbrzyma ponieważ my z Ducha uczyniliśmy karła
(w sobie) i zamiast się modlić filozofujemy i pokazujemy Bogu
drzwi. Dla „bin Ladena” sytuacja to wymarzona.
Dzięki temu wszystko zmierza ku idealnemu chaosowi, który skończy
się dla nas tragicznie.
Czy więc jestem pesymistą? Tak, jestem… chociaż nie do końca.
Po cichu liczę bowiem na jakiś cud, na jakieś wewnętrzne
przebudzenie, na pojawienie się lekarstwa, które uleczy Europę i
jej przemądrzałe „elity” z Chrystofobii i da siłę
zbudować normalność, w której nie będzie się już kwestionować
rzeczy oczywistych, rozum nie będzie próbował zepchnąć wiary w
przepaść, a krzykliwą propagandę i indoktrynację zastąpi
prawdziwy a nie udawany szacunek, dziś, jak na razie, przechodzący
szybko w irytację gdy tylko ktoś na poważnie chce być sobą (na
przykład katolikiem). Jednym słowem – czekam na, nomen
omen, Proroka. Zakochałbym się w Europie, gdyby zaczęła
siebie szanować i wymagała tegoż szacunku od innych. Powrót do
korzeni wcale nie musi oznaczać powszechności paradowania w
niedzielę do świątyń Amsterdamu czy Paryża (choć nie byłoby
to wcale takie złe), ale powinien stać się przynajmniej powrotem
do pewnych pryncypiów, które Europę odnowią i umocnią. Tak
zwane „wartości laickie” w niczym tu nie pomogą, bo
czym one są widać gołym okiem. Szeroko rozumiana kultura
europejska budowana z ominięciem szerokim łukiem chrześcijaństwa,
to właśnie budowanie na piasku. Powiedział ktoś, że Boga może
nie być, ale religia być musi, i coś w tym jest. Dla mnie osobiście
ważna jest i religia i Bóg, ale jeśli Europa uwierzy, że można
się obejść bez jednego i drugiego, skończy jak stary Rzym. W
tym problemie też siedzi „bin Laden”, stąd niezbędne
jest w pierwszej kolejności skończenie z „binladenowszczyzną”
w podejściu do wartości. Chyba, że nam wszystko jedno i nigdy
nie skończymy z grą pozorów i nie powiemy gościom w naszym
domu, że są tylko gośćmi i mogą mieszkać ile chcą, ale
grzecznie jest zachowywać się porządnie w naszym mieszkaniu i że
to my będziemy decydować o meblach i kolorze ścian.
Czy Europę stać na POWRÓT i na wypędzenie swego „bin
Ladena” na pustynię?
* * *
Tak wygląda 11
września z mojej perspektywy. Pani Fallaci, „katolicka
ateistka”, zapewne jest w niebie, więc chyba warto do niej
się zwrócić o to, by nam wyprosiła krztę zdrowego rozsądku i
dar myślenia zagubiony w epoce rozumu…
Nie biegajmy więc za bin Ladenem po górach Pakistanu…
Franciszek GOMUŁCZAK SAC
Ks. Franciszek Gomułczak. Urodził się w 1957
roku w Dobkowicach koło Przemyśla. Ukończył Wyższe Seminarium
Duchowne Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego w Ołtarzewie koło
Warszawy i Katolicki Uniwersytet Lubelski. Studiował teologię i
historię. Pełnił urząd mistrza nowicjatu w Ząbkowicach Śląskich,
pracował na parafiach w Sarnach i Żytomierzu. Przez ostatnie
cztery lata był ojcem duchownym i wykładowcą Wyższego
Seminarium Duchownego we Lwowie. Obecnie mieszka w Lublinie.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Gniezno, 2006)
Fot. Michael Wittbrot
|