Zaczynać od siebie

Ja i wy

Samoświadomość człowieka, który odgrywa rolę na deskach życia, pojawiła się zapewne w momencie powstania pierwszego teatru. Czyli bardzo dawno temu… To była jednak inna świadomość, od tej, o której chcemy tutaj mówić. Bowiem było nią poczucie, że człowiek zanurzony został w istniejącym poza nim i przed nim fatum. Od roli, która przypadła mu w udziale, nie ma ucieczki. Najistotniejsze, to dobrze tę rolę odegrać. Rola staje się w momencie, kiedy wydani zostajemy na świat. Jest ukonstytuowana przez stan, w którym się rodzimy. Możemy być biedni lub bogaci. Możemy być cieślami albo politykami. Możemy być mężczyzną bądź kobietą… Natomiast Montaigne twierdził, że większość ludzkich czynności cechuje się komedianctwem. Współcześnie myślimy o sobie w szerszym wymiarze.  
Według Ervinga Goffmana jesteśmy osadzeni w sieci ról, które musimy odgrywać, a one same tworzą stosunki społeczne[1]. Wszystko opiera się na komunikacji, a komunikacja na interakcji (jak dobrze znamy „interakcję” z Gombrowicza!). To, co  przekazujemy werbalnie, jest małą cząstką wrażenia, jakie świadomie lub podświadomie chcemy wywołać na  odbiorcy. Spotkanie z drugim człowiekiem staje się przedstawieniem, istnym popisem kunsztu gry aktorskiej. Wierzymy w wiarygodność aktora im precyzyjniej, odgrywa swą rolę. Jakże często nasuwa się pytanie: Czy dobrze pracować i nie być zauważonym przez pracodawcę, czy odgrywać rolę wzorowego pracownika? (Idealnym przykładem są wszelkie poradniki – „Jak dobrze wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej”, „Sztuka profesjonalnej autoprezentacji”…).  Wracając do wątku przedstawienia i terminologii teatralnej, zaznaczyć trzeba, że u Goffmana  jednostka sama siebie stwarza, a wręcz narzuca subiektywną wizję siebie – publiczności. Od najdrobniejszego szczegółu począwszy, profesor będzie manifestował swoją profesorskość. Ubiór, mimika, a nawet cechy charakteru ulegają pewnej stereotypizacji, a raczej, mimowolnie wpisują się w ogólnospołeczne wyobrażenie o danej roli.
Do każdej z owych ról przypisane są swoiste jej atrybuty, przez Goffmana nazwane dekoracją (do przedstawienia), a są nimi od teczki i garnituru począwszy, na symbolice ceremonialnej czy obrzędowej skończywszy. Scena i kulisy są także mocno wydzielone w naszej rzeczywistości. Profesor, wracając do domu, zakłada papucie i stary rozciągnięty sweter. Namiętnie zaczyna dłubać w nosie. Za to kobieta , wśród innych kobiet będzie zachowywała się inaczej, swobodniej, niż w środowisku mężczyzn. Nawet nasz dom ma wydzielone strefy, „publiczną” i dla publiczności niedostępną, jak sypialnia(choć od tego schematu zaczynamy powoli odbiegać). Jednak obserwacja jednostki przechodzącej ze sfery kulis, na sferę sceny może być bardzo dla naszego tematu pouczająca. Jednostka w chwili przejścia ulega całkowitej przemianie. Poprawia włosy, zmienia wyraz twarzy. W zależności od rodzaju sytuacji nabiera pokory lub powagi. 
Performance i rola w jaką się wcielamy, jest sposobem radzenia sobie w konkretnych sytuacjach społecznych. Konstruuje naszą rzeczywistość, na zasadzie wzajemnej kontroli, buduje całą siatkę uporządkowanych społecznych zachowań. Z jaką siłą odczuwamy potrzebę kontroli otoczenia i kontroli własnej pokazuje jak fanatycznie staramy trzymać się dobry ton. Wysoko ceni się taktowność. Spontaniczność może spowodować wykluczenie w oczach „publiki”, a nawet uznana może zostać za niepoczytalność.  Nasuwa się myśl, czy wszystkie sytuacje życiowe, święta, przyjęcia, nie zamieniają się w pewien rodzaj widowiska, a to zmierza w stronę absurdu. W stronę hipokryzji.
Czyżby nasz świat, najprostsze obcowanie z człowiekiem, opierało się na hipokryzji? Czyżby hipokryzja była niepisaną zasadą, na której buduję się szereg nie tylko jednostkowych zachowań, ale masowych zachowań? Nie ma indywidualnego sumienia, jest sumienie społeczne. Indywidualny i spontaniczny zachwyt przeradza się w jednolitą minę inteligentnego zaciekawienia tłumu, często kółko wzajemnej, taktownej adoracji. Doświadczyć tego można na własnej skórze. Wystarczy mieć odrobinę obserwatora w sobie, by wychwycić, że na wernisażu nikt nie śmie wyrazić swojej indywidualnej opinii, nawet gdy w oczy kłuje nijakość, lub ewidentne beztalencie autora.  O tym też, między innymi pisze Gombrowicz. W świecie, gdzie ludzie wzajemnie zmuszają się do zachwytu i do ekscytacji, nie ma już miejsca na sztukę. Sztuka ginie, ponieważ zamiast niej widzimy człowieka i zostajemy porwani, i „zbratani” we wspólnej ekstazie, we wspólnej celebracji tego jak nam, Nam się coś cudownie podoba! To właśnie jest, to Goffmanowskie, „ale” – czy grać dobrze swoje przeżywanie, czy rzeczywiście przeżywać sytuację, w której się znaleźliśmy. Gdzie szukać przyczyn tego zjawiska? U Goffmana  człowiek stwarzał sam siebie. U Gombrowicza już nie (nasuwa mi się takie porównanie, że człowiek Gombrowicza jest do człowieka Goffmana jak Flaneur do Dandysa; Flaneur snuje się niespiesznie ulicami i unika skrzyżowania wzroku z każdym na swojej drodze, boi się być stworzonym; boi się zaistnieć, ponieważ przestał by być anonimowym przechodniem; natomiast Dandys obnosi się ze sobą, jest swoim najdoskonalszym dziełem; jest dziełem samokreacji). Człowiek stwarzany jest przez człowieka. Jest człowiekiem, tylko przez człowieka. Rodzi się w oczach drugiego człowieka. Jego tożsamość jest mu z góry narzucana, przez drugiego człowieka. Od tej twarzy nie ma ucieczki. Sprawa się komplikuje, ponieważ w każdej sytuacji, w każdej interakcji, człowiek jest sTWARZany na nowo. Dla Gombrowicza nie ma indywidualności i tożsamości jako takiej. Człowiek w odosobnieniu, sam na sam ze sobą traci formę, twarz, gębę, maskę. Istnieć przestaje. Zostaje niedojrzałość. Zostaje dłubanie w nosie profesora, który założył papucie, a jeszcze godzinę temu manifestował swoją profesorskość. Manifestował coś, co jest dojrzalsze od niego samego. Co jest wznioślejsze, jak sztuka, nauka, filozofia tego świata. Dlaczego? Dlatego, że nasza kultura, nauka pozbawione są  tego, co ludzkie. Pozbawione są papuci i najzwyklejszej niezręczności. Pozbawione są dziecinności, którą tak skrzętnie skrywamy. Pozbawione są nieudolności i starczej niedołężności. A jednak stanowią główny filar naszej definicji człowieczeństwa. Sam człowiek do tak pojmowanego człowieczeństwa nie dorasta. Jest za dziecinny i pokraczny. Dlatego udajemy, że tego człowieka nie ma. Za to jest inny, ten, w którego staramy się wpasować. Sztucznie przez nas wytworzony i wydoroślany. Pewnego rodzaju rekompensatą jaką  fundujemy naszej niedojrzałości jest sfera kiczu i pop kultury. Jawnie można robić rzeczy, które generalnie są zabronione, ale i tam nie brak masek i gęb, jakie nam są narzucane, albo za którymi sami się chowamy. 
Najistotniejszą kwestią jest, czy maski, w które się ubieramy i gęby, które zostają nam narzucane są częścią naszego ja. Gdyby się okazało, że tak, idea całej wysnutej tu myśli by runęła. Gombrowicz powiedziałby, że gęba w żadnym wypadku nie jest „ja”, dlatego że temu „ja” jest narzucona z zewnątrz. Z drugiej strony, w pewnym sensie, tym „ja” jest, ponieważ nasze „ja” funkcjonuje tylko w oczach drugiego człowieka. W jego świadomości i opinii. Ja społeczne. Jeśli myślimy o sobie, jako „ja”, to myślimy patrząc na nasze odbicie w drugim człowieku. Drugi człowiek jest lustrem w którym możemy się oglądać. Za każdym razem widząc mniej lub bardziej zdeformowane kształty. Dla Goffmana rola, jakiej się oddajemy w części swej zawiera nasze ja[2]. Każdorazowo. 
Czy powszechna nienaturalność jest rzeczywiście możliwa? Chyba każdy z nas sądzi, że istnieją ludzie, którzy znają Nas Samych, a  my znamy ich. Żadna sztuczność nie woaluje tych relacji. Tak istotnie sądzimy. Do wielkiego rozdarcia dochodzi, kiedy nie poznajemy, tych, którzy wydawali się dla nas znani. Kiedy twarz ukochanej osoby zmienia się w kogoś obcego, jak u Milana Kundery w „Tożsamości”, i jak w życiu. Kolejna odsłona naszego problemu. Dwie tożsamości. Ta dla bliskich i ta dla całej reszty. Po części wynikająca z czystego instynktu zachowawczego. Kto Cię nie zna, nie jest Cię w stanie zranić. Po części zapewne w procesie wzajemnej kreacji w obcym środowisku. Takie tłumaczenie nie usuwa jednak problemu. Czy twarz jaką pokazujemy innym jest Nasza? Niekoniecznie musi prezentować nas w całości, ale czy ukazuje nas choćby w części?

W co wierzę?

Na koniec naszkicujemy dwa bardzo istotne w moim przekonaniu problemy. To, co chciałabym teraz napisać, można by było nazwać – upadkiem wartości. Jednak rzeczywistym ich upadkiem nie jest. W ideały, wartości wierzymy nadal i chlubnie uznajemy, że takowe posiadamy. Jednak nastąpiła dogłębna metamorfoza tego, w jaki sposób się nimi „posługujemy”. One funkcjonują gdzieś na obrzeżach naszej świadomości. Jesteśmy głęboko przekonani, że kierujemy się nimi w życiu, ale do tego życia nie zaliczamy codziennych sytuacji, zawodowych chociażby. Co najzabawniejsze, sumienie przestaje się odzywać, bo przecież takie są reguły gry. Każdy, kto przystąpił do zabawy musi się na nie godzić, lub przynajmniej się do nich przyzwyczaić. „Bóg, honor, ojczyzna”, „wiara, nadzieja, miłość”, nie wiem gdzie się to wszystko podziało? Jednak każda jednostka, na pytanie o wartości, kilka z nich wymienia, co nieco od siebie dodając. Wpaja je potomstwu. Jak to się mówi jednak – realia życia zmuszają do innego zachowania. Do bycia twardym i nieustępliwym. Stale zmieniające się styl i tryb życia skutecznie przesuwają te niegdyś najważniejsze filary budujące moralność ludzką, w coraz odleglejsze sfery człowieczeństwa. Nie jest to wyłącznie jednostkowe zjawisko. Człowiek jest komórką społeczeństwa, a zarazem soczewką, skupiającą jego – społeczeństwa – cechy charakterystyczne. Społeczeństwo i bardzo podobnie jego rzekomy wyraziciel – media – powszechnie uznają wartości, nazwijmy je „ogólnoludzkimi”, jednak to istnieje gdzieś na obrzeżach i odzywa się rzadko. W zależności od użyteczności w danej sytuacji. Zjawisko można nazwać „syndromem złudnych ideałów”, bardzo ciekawe i przygnębiające zarazem.

Wielkim zagrożeniem, jakie niesie hipokryzja jest nie tylko ona sama, ale także reakcja na nią szerokich mas społecznych. Przyglądanie się tym wszystkim roszadom, komediom „publicznej sceny” może spowodować odrzucenie przez jednostkę wszelkich działań publicznych, sterujących życiem społeczeństwa. Tak też się dzieje. Dlatego pamiętajmy żeby nie popaść w skrajność, która tak samo zniekształci nam obraz rzeczywistości. Tyle, że to nie ktoś inny będzie nam zamykał oczy. Przysłonimy je sobie sami.

Alicja SYMELA

[1] Erving Goffman „Człowiek w teatrze życia codziennego”, przeł. Helena Śpiewak, Paweł Śpiewak, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000, s. 34.
[2]  J.w., ss. 276, 277, 278, 279.

Bibliografia: 
Erving Goffman: „Człowiek w teatrze życia codziennego”. Warszawa: Wydawnictwo KR 2000. S. 31-34, 44-45, 52-55, 57, 60-63, 99-102, 140-141, 149-151,155, 276-279. 
Witold Gombrowicz: „Dziennik 1953-1956”, „Dziennik 1957-1961”, w: „Dzieła”, redaktor naukowy Jan Błoński, Kraków-Wrocław: Wydawnictwo Literackie 1986, t. 7, s. 9, 33-35, 30; t. 8, s. 7-12, 172, 174-m, 175, 190-192, 198-202.
Milan Kundera: „Tożsamość”, Warszawa: Państwowy Instytut Literacki 2004.

Alicja Symela – pochodzi z Radomia, jest studentką drugiego roku kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka w Warszawie.


43-2-1-1.jpg (20512 Byte)

Na zdjęciu:

Autorka tekstu
(Paryż, 2006)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga